Fruwająca duszaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Yoko Ta­wa­da

Fru­wa­ją­ca du­sza

prze­ło­ży­ła Bar­ba­ra Słom­ka

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2020

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Być mo­że pew­ne­go dnia obu­dzisz się i uj­rzysz Ty­gry­sa u wez­gło­wia. La­zur nie­ba zde­rzy się z bursz­ty­no­wą bar­wą zie­mi, prąd po­wie­trza we­ssie sło­wa, a wszel­kie stwo­rze­nia: zwie­rzę­ta, pta­ki i lu­dzie, prze­sta­ną roz­róż­niać cie­pło i zim­no, ra­dość i smu­tek. Ty­grys prze­mó­wi do cie­bie. I choć nie moż­na na­uczyć się ty­gry­siej mo­wy, wsłu­chasz się uważ­nie w to, co po­wie, i wszyst­ko zro­zu­miesz. Je­śli spró­bu­jesz ode­gnać go dy­mem, Ty­grys znik­nie, a ty po­czu­jesz, jak­by na ca­łym cie­le wy­ro­sły ci zim­ne pę­dy tra­wy, i usta­ną wszel­kie od­gło­sy te­go świa­ta. Je­śli jed­nak nie za­pa­lisz ka­dzi­dła, Ty­grys bę­dzie przy­cho­dził co dnia.

Ale mo­że też być tak, że Ty­grys ni­g­dy do cie­bie nie przyj­dzie. Każ­de­go ran­ka po prze­bu­dze­niu bę­dziesz roz­glą­dać się wko­ło, ale nie usły­szysz na­wet sze­le­stu owa­dzich skrzy­deł. A je­śli ma nie przyjść, to nie przyj­dzie ani ra­zu, choć­byś cze­ka­ła ca­łe ży­cie. Mia­sta i wio­ski peł­ne są ko­biet cze­ka­ją­cych na Ty­gry­sa. Jed­ne, pra­gnąc je­go przyj­ścia, ukła­da­ją się do snu z po­dusz­ką zwró­co­ną w stro­nę gór Yara, in­ne nie kła­dą się wca­le: pi­jąc her­ba­tę, czu­wa­ją do ra­na.

Po­dob­no czło­wiek od da­wien daw­na tę­sk­ni do Ty­gry­sa. W księ­gach świą­tyn­nych są za­pi­ski, że przed kil­ku­set la­ty licz­ne by­ły przy­pad­ki po­rzu­ca­nia do­mów przez mło­de dziew­czę­ta, któ­re od­cho­dzi­ły w głąb la­su, gdzie po­noć ży­ła po­grom­czy­ni Ty­gry­sa imie­niem Ki­kyo. W miej­scu, gdzie przy­pusz­czal­nie stał jej dom, jest dziś Szko­ła. Na­ucza tam mą­dro­ści z Księ­gi ko­bie­ta, któ­ra zdo­by­ła roz­głos, na­tu­ral­nie, ja­ko Ki­kyo. I tak jak pa­rę­set lat te­mu, znów cią­gną tam, zo­sta­wia­jąc swe do­my, mło­de dziew­czę­ta. Ri­sui też pew­ne­go dnia spa­ko­wa­ła rze­czy i ode­szła. Ri­sui to wła­śnie ja.

W cza­sie kie­dy opusz­cza­łam dom, ko­bie­ty ubie­ra­ły się tak: pier­si za­kry­wa­ły ni­czym zbro­ją ki­mo­nem, któ­re­go le­wa po­ła za­ło­żo­na by­ła na pra­wą, wo­kół szyi sztyw­na stój­ka w ko­lo­rze gra­na­to­wym wpa­da­ją­cym w fio­let, pas obi za­wią­za­ny nad bio­dra­mi i bu­ty z za­okrą­glo­ny­mi czub­ka­mi, na pła­skich ob­ca­sach. Sierp­nio­wy żar wi­ro­wał wraz z chma­ra­mi owa­dów, wdzie­rał się do mó­zgu. Nie­przy­jem­nie by­ło iść w głąb la­su, szłam więc po­chy­lo­na, wstrzy­mu­jąc od­dech. Wcze­śniej nie raz już sły­sza­łam, że by­wa­ją la­ta, kie­dy pio­ru­ny spro­wa­dza­ją co wie­czór ule­wę, pod­czas któ­rej po­wsta­je zja­wi­sko „ję­ku ga­łę­zi”, na­wet w dzień, ale tym ra­zem zda­rzy­ło mi się to na­praw­dę: na­gle nad mo­ją gło­wą za­ję­cza­ło drze­wo, naj­zwy­czaj­niej­sze w świe­cie, so­sna, mo­że cedr. Sku­li­łam się, jak­by mnie coś uką­si­ło w szy­ję, i po­my­śla­łam z lę­kiem, że sko­ro prze­ra­ża­ją mnie ta­kie rze­czy, mo­że wca­le nie zdo­łam dojść do Szko­ły Ki­kyo. Ba­łam się te­go, a jed­no­cze­śnie ogar­niał mnie jesz­cze więk­szy nie­po­kój na myśl, jak to bę­dzie, kie­dy już tam do­trę. Tam­tej­szą mi­strzy­nię lu­dzie na­zy­wa­ją po­grom­czy­nią Ty­gry­sa i w ich sło­wach by­naj­mniej nie ma iro­nii. Po­chwa­ły pod ad­re­sem Ki­kyo sły­sza­łam, kie­dy cho­dzi­łam jesz­cze do szko­ły, dźwięk jej imie­nia bu­dził we mnie na­boż­ny sza­cu­nek, jak­bym co naj­mniej zo­ba­czy­ła sze­ścio­kąt­ną chmu­rę uno­szą­cą się na nie­bie. Nie zna­czy to jed­nak, że kie­dy­kol­wiek po­my­śla­łam, by zo­stać jej uczen­ni­cą; by­ło dla mnie oczy­wi­ste, że Ty­grys nie mo­że mieć nic wspól­ne­go z ży­ciem osób ta­kich jak ja. Ani w przed­szko­lu, ani w niż­szych kla­sach nie by­łam zbyt po­jęt­ną uczen­ni­cą, nie umia­łam ład­nie czy­tać na głos, ani ra­zu nie zda­rzy­ło się, by na­uczy­ciel mnie po­chwa­lił. A już szcze­gól­nie źle ra­dzi­łam so­bie pod­czas dys­ku­sji, do gło­wy by mi nie przy­szło, że mo­gła­bym roz­gro­mić prze­ciw­ni­ka sło­wa­mi. Z te­go sa­me­go po­wo­du ni­g­dy nie po­my­śla­łam, by zgłę­bić Dro­gę Ty­gry­sa. I gdy­by spra­wy po­to­czy­ły się ty­po­wo, pew­nie za­raz po skoń­cze­niu szko­ły za­czę­ła­bym czę­ste spo­tka­nia z męż­czy­zna­mi, ta­kie, o ja­kich do­ro­śli mó­wią, ści­sza­jąc głos: „in­tym­ne chwi­le”. A kie­dy za­szła­bym już w cią­żę, od wszyst­kich krew­nych bez wy­jąt­ku do­sta­ła­bym ko­per­ty z brze­ga­mi ozdo­bio­ny­mi czer­wo­no-zło­to­zie­lo­ną la­mów­ką, z na­pi­sem „Z po­win­szo­wa­niem” i sto­sow­ną kwo­tą w środ­ku. Od tej chwi­li mo­je ży­cie upły­wa­ło­by za­pew­ne na kar­mie­niu pier­sią na­gie­go dzi­dziu­sia i do­ja­da­niu resz­tek słod­kiej po­ran­nej kasz­ki. Nie­ste­ty, męż­czy­zna, z któ­rym pod­czas in­tym­nych chwil osią­ga­li­śmy stan naj­wyż­szych mi­ło­snych unie­sień, już przy trze­cim spo­tka­niu oka­zał się wróż­bi­tą prze­po­wia­da­ją­cym przy­szłość z żół­wie­go pan­ce­rza. Układ pie­przy­ków na we­wnętrz­nej stro­nie mo­ich ud od­czy­tał ja­ko kształt Ty­gry­sa, zda­rza­ją­cy się u jed­nej na sześć ty­się­cy osób. Je­śli ko­bie­ta, któ­ra ma ta­ki układ pie­przy­ków, zaj­dzie w cią­żę, to uro­dzi tro­jacz­ki, a wkrót­ce po po­ro­dzie za­cho­ru­je i umrze. Je­śli zaś po­rzu­ci mę­ża i po­świę­ci się prak­ty­kom me­dy­ta­cyj­nym, dro­ga otwo­rzy się przed nią aż po „nie­bo wę­drow­ne”, za­wy­ro­ko­wał. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że w nie­bie też jest wie­le róż­nych miejsc, a to, do któ­re­go uda­ją się lu­dzie na­zna­cze­ni zna­kiem Ty­gry­sa, to wła­śnie „nie­bo wę­drow­ne”. Wpraw­dzie znaj­du­je się ni­sko, lecz roz­cią­ga naj­da­lej ze wszyst­kich, co da­je na­szym my­ślom nad­zwy­czaj­ną wprost si­łę – się­ga­ją­cą ze­ni­tu. Gdy­bym jed­nak, wy­braw­szy dla sie­bie tę no­wą dro­gę, nie do­szła do ce­lu, był­by to praw­dzi­wy po­wód do zmar­twie­nia. Szłam więc przez las, ga­łę­zie krę­po­wa­ły mi kro­ki, a ser­ce prze­peł­niał lęk: co zro­bię, je­śli mi­mo żar­li­wej na­uki sło­wa Księ­gi po­zo­sta­ną dla mnie nie­zro­zu­mia­łe? Tam­ten męż­czy­zna na­ma­ścił mo­je czo­ło kro­plą pach­ni­dła, któ­re zro­bił na ba­zie tłusz­czu z kro­ko­dy­la, i po­mo­dlił się o mo­je szczę­ście. Te­go dnia za­czę­łam przy­go­to­wa­nia do odej­ścia. Wśli­znę­łam się ja­ko po­moc do­mo­wa do zna­nej ro­dzi­ny, któ­ra po­sia­da­ła wie­le ksią­żek, a po dwóch la­tach sa­mo­dziel­nej na­uki na­pi­sa­łam do Ki­kyo. Że­by do­stać się do jej Szko­ły, trze­ba – za­miast trud­nych eg­za­mi­nów, ja­kie zda­ją kan­dy­da­ci do szkół przy mi­ni­ster­stwach skar­bu lub zbro­jeń – na­pi­sać list bez­po­śred­nio do niej i przed­sta­wić w nim wo­lę wstą­pie­nia w sze­re­gi jej uczen­nic, a po­tem cze­kać na de­cy­zję. Sły­sza­łam, że otrzy­ma­nie po­zy­tyw­nej od­po­wie­dzi jest czymś nie­zwy­kłym, że ktoś cze­ka już dwa­dzie­ścia trzy la­ta, a nie­któ­re oso­by na­tych­miast do­sta­ją od­mo­wę. Nie sły­sza­łam na­to­miast o ni­kim, kto by do­stał list z in­for­ma­cją, że zo­stał przy­ję­ty. Sa­ma set­ki ra­zy wspo­mi­na­łam po­tem dzień, w któ­rym od­po­wiedź na­de­szła.

Pa­mię­tam, że te­go dnia znik­nął strach przed odej­ściem do la­su. Na po­wierzch­ni stru­my­ka uka­zał mi się „de­mon wo­dy”, wi­dzia­łam, że mi się przy­pa­tru­je, ale by­naj­mniej nie mia­łam ocho­ty wra­cać z te­go po­wo­du do do­mu. Kie­dy wspo­mi­nam ten dzień, czo­ło mi pło­nie, czu­ję ostry ból, jak­by ktoś prze­ciął je ży­let­ką. Był wio­sen­ny po­ra­nek, pro­mie­nie sło­necz­ne od­bi­ja­ły się od sta­rej ka­mien­nej la­tar­ni w kształ­cie kar­pia znaj­du­ją­cej się w ogro­dzie, wy­glą­da­ło to zu­peł­nie tak, jak­by we wnę­trzu ka­mie­nia ro­dzi­ły się zło­te łu­ski. Mia­łam wte­dy zwy­czaj za­my­kać się na dłu­gie go­dzi­ny w po­ko­ju i czy­tać, nie zda­rza­ło mi się więc wy­sta­wać bez­czyn­nie w ogro­dzie, a mi­mo to owe­go dnia ra­no po zje­dze­niu kle­iku ry­żo­we­go z mał­ża­mi wy­mknę­łam się do ogro­du i sta­łam tam, wpa­tru­jąc się w wi­docz­ną hen da­le­ko pa­go­dę. Za­py­ta­na przez mat­kę, co się sta­ło, od­par­łam, że jest mi nie­do­brze i mu­szę za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Nie mia­łam naj­mniej­szej ocho­ty my­śleć o ku­kieł­kach, kie­dy oj­ciec oznaj­mił, że po­dob­no w Do­mu Kul­tu­ry Pocz­tow­ca ma być wie­czo­rem przed­sta­wie­nie. W koń­cu uj­rza­łam nad­bie­ga­ją­ce­go od stro­ny pa­go­dy prak­ty­kan­ta z pocz­ty, któ­re­go czer­wo­ny pas obi po­wie­wał na wie­trze. Już z da­le­ka wi­dać by­ło wy­raź­nie, że wy­ma­chu­je trzy­ma­ną w rę­ce brą­zo­wą ko­per­tą jak ćma skrzy­dła­mi. Za­rys je­go syl­wet­ki roz­my­wał się, w mia­rę jak po­sła­niec się zbli­żał, my­śla­łam na­wet, że za­nim do mnie do­trze, roz­pły­nie się zu­peł­nie w mlecz­nej po­świa­cie. Wresz­cie sta­nął przede mną i dał mi ko­per­tę, ale nie by­łam w sta­nie ani prze­czy­tać, ani na­wet otwo­rzyć li­stu. By­łam tak pod­nie­co­na, że ła­piąc z tru­dem po­wie­trze, wy­rzu­ca­łam tyl­ko z sie­bie gar­dło­we: aha, aha. Co cie­ka­we, bez czy­ta­nia wie­dzia­łam, że to od­po­wiedź po­zy­tyw­na. Wy­bra­na przez ko­goś, kto mnie na­wet nie zna, po raz pierw­szy w ży­ciu do­zna­łam uczu­cia, jak­by na­gle ca­łe mo­je cia­ło po­kry­ło się skór­ką ni­czym świe­żo upa­ro­wa­ny słod­ki pą­czek. Dłu­go jesz­cze nie by­ło mi da­ne spy­tać Ki­kyo, dla­cze­go wła­ści­wie zo­sta­łam wy­bra­na. Czyż­by dla­te­go, że mia­łam w so­bie moc, któ­rą lu­dzie w sta­ro­żyt­no­ści na­zy­wa­li „fru­wa­ją­cą du­szą”? Czy wła­śnie dla­te­go zo­stał wy­bra­ny ktoś ta­ki jak ja: nie­ma­ją­cy wiel­kiej wie­dzy, zmie­nia­ją­cy wie­le­kroć po­glą­dy, błą­dzą­cy w dro­dze do ce­lu? Zja­wi­sko „fru­wa­ją­cej du­szy” zna­łam z ksią­żek, jed­nak do­pie­ro du­żo póź­niej mia­łam zro­zu­mieć, co tak na­praw­dę ozna­cza. Wte­dy na­to­miast dzia­ła­niu „fru­wa­ją­cej du­szy” przy­pi­sy­wa­łam to, że gdy szłam zzięb­nię­ta w cie­niu drzew, ze ści­śnię­tym ze stra­chu żo­łąd­kiem, wy­star­czy­ło, że­bym przy­po­mnia­ła so­bie do­tyk świa­tła, ja­ki po­czu­łam, gdy do­sta­łam od­po­wiedź od Ki­kyo, by dreszcz prze­ra­że­nia ustą­pił. I wie­rzy­łam, że gdy­by uda­ło mi się prze­nieść du­szę do ja­kiejś sy­tu­acji prze­cho­wy­wa­nej w pa­mię­ci, ja sa­ma bym się tam na­praw­dę zna­la­zła.

 

Pa­mię­tam do dziś, że tych pa­rę mi­nut, kie­dy otwie­ra­łam ską­pa­ną w po­ran­nym bla­sku ko­per­tę i w mil­cze­niu czy­ta­łam list, wy­peł­ni­ło się gwa­rem, jak gdy­by po­je­dyn­cze dro­bin­ki świa­tła wy­da­wa­ły głos. Tre­ści li­stu zu­peł­nie nie ro­zu­mia­łam. Ale na prze­kór te­mu, czy­ta­łam go wie­lo­krot­nie z na­masz­cze­niem. Mo­że po­win­nam ra­czej po­wie­dzieć: wo­dzi­łam wzro­kiem po li­te­rach. Wzro­sło mi tęt­no, pod­sko­czy­ło ci­śnie­nie. Mu­sia­łam wy­glą­dać jak ogar­nię­ta mi­ło­sną żą­dzą. Ja­ki był ten list? Nie po­tra­fię so­bie przy­po­mnieć na­wet te­go, czy był na­pi­sa­ny zro­zu­mia­ły­mi dla mnie sło­wa­mi. Czy ja na pew­no go prze­czy­ta­łam? Sto­ją­cy z bo­ku mło­dy prak­ty­kant z pocz­ty nie miał oczy­wi­ście po­ję­cia, w czym rzecz, ale udzie­li­ło mu się mo­je pod­nie­ce­nie i kie­dy ja bez­wstyd­nie wzdy­cha­łam raz po raz, prze­stę­po­wał z no­gi na no­gę, po­ru­sza­jąc rę­ko­ma, ze wzro­kiem wle­pio­nym w mo­je war­gi. Zło­ży­łam list i po­wta­rza­jąc: wspa­nia­le, wspa­nia­le, ob­ję­łam z ra­do­ści chło­pa­ka, któ­re­go pierw­szy raz wi­dzia­łam na oczy. Go­to­wa by­łam mu nie­ba przy­chy­lić tyl­ko dla­te­go, że przy­niósł mi list od Ki­kyo. Kie­dy przy­po­mi­nam so­bie twarz te­go chło­pa­ka, w dło­ni czu­ję znów cię­żar tam­te­go li­stu.

Las mo­że wy­da­wać nam się strasz­ny, nie z po­wo­du dzi­kich be­stii, lecz dla­te­go, że to, co nie­wi­dzial­ne dla oka, przy­bie­ra po­stać kosz­ma­ru z na­szej wy­obraź­ni – tak stoi w księ­gach, za­rów­no w sta­rych, jak i w no­wych. „Wiatr ury­wa­ją­cy gło­wy” to tyl­ko na­gły po­dmuch, je­śli na je­go dro­dze po­ja­wi się ludz­ka isto­ta, któ­ra aku­rat strasz­nie się boi, że stra­ci gło­wę. Drze­wa głów nie ma­ją, nie mar­twią się więc o ich utra­tę. Po­nie­waż ca­ły czas po­su­wa­łam się po­chy­lo­na, za­czy­na­łam od­czu­wać ból w krzy­żu. Nie mia­łam od­wa­gi się wy­pro­sto­wać, więc przy­kuc­nę­łam, ale wte­dy roz­bo­la­ły mnie ko­la­na. Usia­dłam więc na wil­got­nej zie­mi. I wte­dy uj­rza­łam, że ktoś się kry­je za za­ro­śla­mi. Nie do wia­ry, ja­kaś ko­bie­ta, po­dob­nie jak ja, sie­dzia­ła na zie­mi. Jej le­d­wie wi­docz­ny pro­fil mógł­by na­le­żeć do lal­ki w stro­ju ślub­nym. Ko­bie­ta nie wzbu­dzi­ła mo­jej sym­pa­tii, nie mo­głam jed­nak tak po pro­stu jej mi­nąć, nie ode­zwaw­szy się sło­wem, prze­cież spo­tka­ły­śmy się w głę­bi la­su. Ha­lo, ha­lo, a pa­ni do­kąd?, za­py­ta­łam przez za­ro­śla, a ona prze­ra­żo­na, jak­by stłu­kła cen­ny dzban, ro­zej­rza­ła się uważ­nie wo­kół. Lecz choć ja ją wi­dzia­łam, ona zda­wa­ła się mnie nie do­strze­gać. Wte­dy nie wie­dzia­łam jesz­cze, że ta­kie rze­czy czę­sto się zda­rza­ją. Tu­taj je­stem! Po dru­giej stro­nie za­ro­śli, za pa­ni ple­ca­mi, z pra­wej stro­ny, pró­bo­wa­łam jej tłu­ma­czyć, ale wy­da­wa­ła się co­raz bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­na, wresz­cie cał­kiem stra­ci­ła gło­wę i roz­glą­da­ła się nie­przy­tom­nie na wszyst­kie stro­ny, za­tem pod­nio­słam się, obe­szłam krza­ki do­oko­ła i zna­la­złam się po jej stro­nie. Wi­dząc mnie, uspo­ko­iła się wresz­cie i zgiąw­szy się wpół w ukło­nie, grzecz­nie za­py­ta­ła: Czy pa­ni też idzie do Szko­ły pa­ni Ki­kyo? Ski­nę­łam gło­wą za­nie­po­ko­jo­na w głę­bi ser­ca. Je­śli tam przyj­mu­ją ta­kie mło­de, tak nie­szcze­rze brzmią­ce i nie­zdra­dza­ją­ce swym wy­glą­dem głęb­szych prze­żyć dziew­czy­ny z non­sza­lanc­ko ucze­sa­ny­mi wło­sa­mi, to by zna­czy­ło, że Ki­kyo wca­le się do­brze na lu­dziach nie zna. Po­pro­si­łam mo­ją roz­mów­czy­nię, że­by po­szła przo­dem, a ja po­sie­dzę, aż ból w krzy­żu tro­chę usta­nie. Ko­bie­ta – przed­sta­wi­ła się ja­ko Sho­jo – sły­sząc to, od­da­li­ła się w po­śpie­chu, jak­by ba­ła się za­ra­zić ja­kąś okrop­ną cho­ro­bą. Ode­tchnę­łam z ulgą. Cięż­ko jest iść tak trud­ną dro­gą z kimś zu­peł­nie ob­cym. Kie­dy się idzie sa­me­mu, nic nie szko­dzi, je­śli na­wet sa­mo­po­czu­cie się tro­chę po­psu­je. Moż­na wte­dy z uśmie­chem wy­obra­żać so­bie, że łu­pin­ki od kasz­ta­nów to je­że, moż­na ba­wić się, pró­bu­jąc na­śla­do­wać ko­niusz­kiem ję­zy­ka od­gło­sy dzię­cio­łów opu­ku­ją­cych ko­rę drzew. W ten spo­sób moż­na po­pra­wić so­bie na­strój. Gdy zaś idzie się z kimś, a roz­mo­wa się nie klei, na­wet za­chód słoń­ca wy­da­je się przy­gnę­bia­ją­cy, a mrok, ja­ki po­tem na­sta­je – jesz­cze bar­dziej mrocz­ny niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Gdy zo­sta­łam sa­ma, wiatr się wzmógł. Kie­dy dziś o tym my­ślę, mu­szę przy­znać, że nie spo­sób nie do­strzec po­do­bień­stwa wie­lo­gło­so­we­go szu­mu wia­tru, sza­le­ją­ce­go w gór­nych i dol­nych war­stwach chmur, do gło­su Ki­kyo. Nie­ła­two śle­dzić je­den ton w jej gło­sie, tra­ci się po dro­dze orien­ta­cję. Kie­dy wy­da­je nam się, że już, już uchwy­ci­li­śmy czy­sty dźwięk, to, co wy­da­wa­ło się do­tąd nie­zmą­co­ne, na­tych­miast wy­stę­pu­je z brze­gów. Nie­któ­rzy męż­czyź­ni błęd­nie oce­nia­li, że w gło­sie Ki­kyo po­brzmie­wa­ją stłu­mio­ne mi­ło­sne żą­dze, i gdy jej słu­cha­li, tward­nia­ły im człon­ki. Do­wie­dzia­łam się o tym du­żo póź­niej. Sto­la­rze, któ­rzy na­pra­wia­li uszko­dzo­ny dach Szko­ły, szep­ta­li mię­dzy so­bą, jak to ją ukrad­kiem pod­słu­chu­ją. W rze­czy­wi­sto­ści jej głos pe­łen sprzecz­nych to­nów, po­sze­rza­jąc bez­u­stan­nie za­sięg swe­go od­dzia­ły­wa­nia, wzmac­niał jej ego. I nie mia­ło to nic wspól­ne­go z tłu­mie­niem żądz. W każ­dym ra­zie ja tak z po­cząt­ku my­śla­łam. A od­gło­sy wia­tru, któ­re sły­sza­łam tam­te­go dnia na chwi­lę przed za­pad­nię­ciem ciem­no­ści, z pew­no­ścią by­ły do nie­go po­dob­ne.

W chwi­lę po­tem w za­się­gu mo­je­go słu­chu po­ja­wił się na­gle jesz­cze je­den dźwięk. Dzia­ło się to o ta­kiej po­rze, kie­dy na­wet ostre ką­ty traw two­rzą ob­ra­zy, rzu­ca­jąc cień. Wy­tę­żyw­szy wzrok, przez kil­ka warstw splą­ta­nych ga­łę­zi ce­dru wy­pa­trzy­łam ka­mień wiel­ko­ści żół­wia mor­skie­go. Sie­dzia­ła na nim ko­bie­ta, któ­rej gło­śny, gwał­tow­ny od­dech mie­szał się z od­gło­sa­mi świa­ta ro­ślin. Zbo­czy­łam z dro­gi, we­szłam po­mię­dzy ce­dry i uj­rza­łam jej na­gie po­ślad­ki i uda. Po­cie­ra­ła cia­łem o ka­mień. Obok nie­go le­ża­ło na kup­ce, jak ma­łe zwie­rząt­ko, je­dwab­ne ubra­nie, któ­re z sie­bie zdję­ła, a nad nim fru­wa­ły owa­dy, sze­lesz­cząc skrzy­deł­ka­mi. Je­dwab­na opa­ska na jej czo­le po­wie­wa­ła w rytm jej cia­ła po­ru­sza­ją­ce­go się w przód i w tył. Mia­ła wło­sy ob­cię­te na pa­zia, po­ma­rań­czo­we war­gi i za­mknię­te oczy. Kie­dy skoń­czy­ła i otwo­rzy­ła sze­ro­ko swo­je so­wie oczy, uj­rza­ła mnie, nie oka­za­ła jed­nak zdzi­wie­nia, nie pró­bo­wa­ła też za­kryć swo­je­go na­gie­go po­ni­żej pa­sa cia­ła, uśmiech­nę­ła się tyl­ko jak ma­ła dziew­czyn­ka. Po­my­śla­łam, że z nią mo­gła­bym dzie­lić nie­po­kój dro­gi. Ona zaś po­wie­dzia­ła: Chęt­nie się z to­bą za­przy­jaź­nię, mi­mo że prze­szko­dzi­łaś mi w igrasz­kach z de­mo­nem roz­ko­szy... Za­cie­ka­wi­ło mnie bar­dzo, skąd mo­że po­cho­dzić ktoś, kto bez naj­mniej­sze­go za­że­no­wa­nia uży­wa w roz­mo­wie słów „de­mon roz­ko­szy”, za­py­ta­łam więc o to, a ona wy­ja­śni­ła, że na­zy­wa się En­ka i po­cho­dzi zza Wiel­kich Gór, z re­gio­nu słyn­ną­ce­go z ho­dow­li by­dła. Do­da­ła: Je­śli ty też idziesz do Ki­kyo, to po­śpiesz­my się, bo za­raz zaj­dzie słoń­ce. Owi­nę­ła szyb­ko bio­dra je­dwab­ną sza­tą i pierw­sza ru­szy­ła przed sie­bie. Wi­dok wil­got­nych ud En­ki, ob­le­pio­nych zie­mią, przy­po­mniał mi o ukła­dzie pie­przy­ków w kształ­cie Ty­gry­sa na we­wnętrz­nej stro­nie mo­ich ud. Po­sta­no­wi­łam więc wstą­pić do Szko­ły Ki­kyo, po­nie­waż prze­po­wie­dzia­no mi, że tyl­ko tam otwo­rzy się przede mną Dro­ga. Ale czy moż­na pra­wi­dło­wo od­czy­tać czyjś los ze zna­ków na skó­rze? Spy­ta­łam En­kę, co są­dzi o mo­ich wąt­pli­wo­ściach. Od­po­wie­dzia­ła: Ja wie­rzę we wróż­by, prze­cież zna­ki nie uka­zu­ją się bez po­wo­du.

Dla En­ki w tym cza­sie za­rów­no znak Ty­gry­sa, jak i Dro­ga Ty­gry­sa nie by­ły ni­czym wię­cej niż in­ny­mi naz­wa­mi mgli­stej na­dziei wy­ła­nia­ją­cej się z mrocz­ne­go kosz­ma­ru. Dys­ku­sje na te­mat te­go, czy moż­na za­ufać na­uce, czy też ura­to­wać nas mo­gą tyl­ko wróż­by i cza­ry, za­czę­ły się wte­dy, kie­dy oka­za­ło się, że cho­ro­ba, któ­rą no­si­ła w so­bie En­ka, mi­mo po­wstrzy­my­wa­nia jej w ko­lej­nych miej­scach, cią­gle znaj­do­wa­ła so­bie no­we uj­ścia. Kie­dy­śmy się spo­tka­ły po raz pierw­szy, do gło­wy by mi nie przy­szło, że mo­że być cho­ra. W owym cza­sie, praw­dę mó­wiąc, nie ro­zu­mia­łam, co to cho­ro­ba: wy­da­wa­ło mi się to oględ­nym okre­śle­niem wy­po­czyn­ku. Ani mat­ka, ani oj­ciec ni­g­dy nie cho­ro­wa­li po­waż­nie. Po­wie­dze­nie, że ktoś jest cho­ry, ozna­cza­ło dla mnie to, że za­miast pra­co­wać, chce so­bie od­po­cząć w cie­niu. Mnie też do tej po­ry nie przy­da­rzy­ło się coś ta­kie­go jak cho­ro­ba. W przy­pad­ku En­ki by­ła to ero­zja cia­ła pod wpły­wem zbyt wiel­kiej si­ły du­cho­wej. Przez jej skó­rę bi­ło go­rą­co god­ne po­zaz­drosz­cze­nia, ale nie mo­gła szyb­ko iść. Wy­da­wa­ło się, że jej roz­grza­ne przez ener­gię we­wnętrz­ną no­gi sta­ły się dla niej zbyt cięż­kie. Rze­czy go­rą­ce są cięż­sze w po­rów­na­niu z rze­cza­mi zim­ny­mi tej sa­mej wiel­ko­ści, trud­no więc je nieść.

Gdy­by nie zło­śli­wy żart bo­ga pio­ru­nów, praw­do­po­dob­nie du­cho­wo nie zbli­ży­ły­by­śmy się do sie­bie tak bar­dzo. Na nie­bie, któ­re za­czy­nał ogar­niać mrok, uka­zał się słup świa­tła, a na­stęp­nie z hu­kiem ru­nął na zie­mię. Wło­sy sta­nę­ły nam dę­ba, no­gi ugię­ły się pod na­mi, ob­ję­ły­śmy się z En­ką, jak­by­śmy się wcze­śniej umó­wi­ły, i ru­nę­ły­śmy na zie­mię. Kie­dy czło­wiek przy­lgnie twa­rzą do zie­mi, po­wie­rza­jąc jej swe cia­ło, jak­by by­ło jej czę­ścią, nie sta­nie się ofia­rą na­głe­go ka­pry­su bo­ga pio­ru­nów. On tyl­ko nie lu­bi stwo­rzeń, któ­re ma­sze­ru­ją z dum­nie wy­pię­tą pier­sią. Dru­gi pio­run chy­ba zre­zy­gno­wał, za­miast te­go na las spa­dły wiel­kie kro­ple desz­czu. Od­głos, ja­ki pod wpły­wem tej chło­sty wy­da­wa­ły ga­łę­zie i li­ście drzew, był prze­ra­ża­ją­cy, za­ty­ka­ły­śmy so­bie uszy i za­sła­nia­ły­śmy oczy, le­ża­ły­śmy bez ru­chu, my­śląc tyl­ko o jed­nym: by zjed­no­czyć się z zie­mią, wto­pić w nią. Po­nie­waż za­padł już mrok, nie po­zo­sta­ło nam nic in­ne­go jak cze­kać w ten spo­sób. Ule­wa by­ła tak gwał­tow­na, że nie mo­głam na­wet do­sły­szeć, co krzy­cza­ła le­żą­ca obok mnie En­ka. Za­nim uświa­do­mi­łam so­bie, że jest mi zim­no, mo­je cia­ło za­czę­ło już drżeć pod mo­krym ubra­niem. W pew­nym mo­men­cie grzmo­ty pio­ru­nów usta­ły i do cza­su, aż ule­wa prze­szła w mżaw­kę, nic się wła­ści­wie nie dzia­ło. Kie­dy deszcz za­mie­nił się w mgłę, dał się sły­szeć ak­sa­mit­ny głos noc­ne­go pta­ka śpie­wa­ją­ce­go z za­pa­mię­ta­niem. Po­mię­dzy czar­ny­mi splo­ta­mi ga­łę­zi uj­rza­ły­śmy świa­tło. Ru­szy­ły­śmy po­wo­li w je­go stro­nę, mo­kre ubra­nia krę­po­wa­ły na­sze ru­chy. By­ła to ma­ła chat­ka ze sta­rym da­chem i roz­pa­da­ją­cy­mi się ścia­na­mi, być mo­że słu­ży­ła za miej­sce wy­tchnie­nia utru­dzo­nym drwa­lom. Oświe­tla­ją­ce ją świa­tło po­cho­dzi­ło ze sta­ran­nie przy­go­to­wa­ne­go ogni­ska, któ­re­go pil­no­wa­ła ko­bie­ta. Skie­ro­wa­ła pe­łen po­gar­dy wzrok na na­sze prze­mo­czo­ne do su­chej nit­ki po­sta­cie. By­ła to po­gar­da dla głu­po­ty i bez­myśl­no­ści, któ­ra ka­że ta­kim jak my – nie­po­tra­fią­cym na­wet ogni­ska roz­pa­lić – ru­szać w trud­ną dro­gę, nie przej­mu­jąc się po­rą dnia ani po­go­dą. W jej gło­sie za­brzmia­ła nu­ta ry­wa­li­za­cji, gdy spy­ta­ła: Wy też idzie­cie do Szko­ły Ki­kyo? Ta ko­bie­ta, imie­niem Ko­se­ki, o spoj­rze­niu tak ostrym, że mo­gło­by ją sa­mą roz­szar­pać na ka­wał­ki, po­tra­fi­ła za­cho­wy­wać się jak ma­ły ko­tek przy Ki­kyo i nikt tak do­brze jak ona nie ro­zu­miał lę­ków, ja­kie na­gle ro­dzi­ły się w ser­cu En­ki, ale o tym mia­łam się prze­ko­nać du­żo póź­niej. W tam­tej chwi­li pa­trzy­ła jed­nak na pod­cho­dzą­cą bez chwi­li wa­ha­nia do ognia En­kę jak zwie­rzę, któ­re za­raz rzu­ci się na ofia­rę. Ostrym to­nem zwró­ci­ła jej uwa­gę, by nie strze­py­wa­ła kro­pel wo­dy z ubra­nia do ogni­ska. Mia­ło to być chy­ba ostrze­że­nie dla En­ki, któ­ra od­ru­cho­wo chcia­ła się ogrzać cie­płem ognia, by nie wa­ży­ła się te­go ro­bić. Ko­se­ki za­pew­ne uwa­ża­ła, że po to, by móc ogrzać się nie­swo­im ogniem, prze­mo­czo­ne do cna isto­ty po­win­ny naj­pierw uznać wła­sną głu­po­tę, a jej oka­zać wdzięcz­ność. Mo­że by­ło w tym też tro­chę wstrę­tu do mo­krych ciał tej sa­mej płci. Ubra­nia i wło­sy ob­le­pia­ły nas jak skó­ra, wy­sta­wia­ły­śmy na wi­dok pu­blicz­ny: En­ka nad­miar tłusz­czu, a ja ża­ło­sną fi­gu­rę, po­zba­wio­ną ko­bie­cych krą­gło­ści. Nikt nie mógł wte­dy prze­wi­dzieć, że gdy wsku­tek na­głe­go po­stę­pu cho­ro­by En­ka zmi­zer­nie­je, a ja na­bio­rę cia­ła, bę­dę grub­sza od niej. Cia­ło ludz­kie to bar­dzo de­li­kat­na, zmien­na ma­te­ria: roz­ma­wia­jąc o ja­kichś prze­szłych wy­da­rze­niach, mu­si­my mieć świa­do­mość, że za­rów­no my sa­mi, jak i in­ni lu­dzie, mie­li­śmy w tam­tych cza­sach zu­peł­nie in­ne cia­ła niż dziś. Dzię­ki te­mu, że w pierw­szej chwi­li krę­po­wa­łam się po­dejść do ognia, uda­ło mi się osła­bić nie­chęć Ko­se­ki. Do te­go stop­nia, że sa­ma mnie za­chę­ci­ła: Po­dejdź, pro­szę, bli­żej. Za­py­ta­ła też: Czy my­śmy się już gdzieś nie spo­tka­ły? Być mo­że pró­bo­wa­ła ze mnie zro­bić so­jusz­nicz­kę, by stwo­rzyć w ob­rę­bie na­szej trój­ki układ sił: dwie prze­ciw­ko jed­nej. Ko­se­ki mia­ła wte­dy pro­ste, do­brze ostrzy­żo­ne wło­sy, ni­cze­go nie moż­na też by­ło za­rzu­cić jej stro­jo­wi, łącz­nie ze sznu­ro­wa­dła­mi, któ­rych splot wy­glą­dał jak ogon wę­ża. Wy­glą­da­ło jed­nak na to, że w kon­tak­tach z ludź­mi nie czu­je się pew­nie. Tę nie­pew­ność sta­ra­ła się ukryć pod płasz­czy­kiem szorst­ko­ści, na­gro­ma­dzo­ną wie­dzę za­sznu­ro­wa­ła w trze­wi­kach, za­ło­ży­ła je i opu­ści­ła dom. Sta­nę­ło na tym, że spę­dzi­my tę noc w chat­ce we trzy.

 

Gdy się obu­dzi­łam na­stęp­ne­go dnia, Ko­se­ki już nie by­ło. Na sto­le zo­sta­wi­ła usy­pa­ny so­lą na­pis: „Wy­cho­dzę”. Pró­bo­wa­łam prze­gnać chmu­ry z czo­ła En­ki, mó­wiąc: „Po­dob­no li­te­ry z so­li przy­no­szą szczę­ście”, ale przy­gnę­bio­na od­po­wie­dzia­ła, że w ży­ciu nie sły­sza­ła o ta­kim za­bo­bo­nie. Cie­ka­we, o któ­rej wy­szła Ko­se­ki? Czy wy­szła o świ­cie? Czy po­szła pierw­sza, że­by unik­nąć kło­po­tli­wej wę­drów­ki we trzy, czy że­by dojść na miej­sce przed na­mi? Po chwi­li my też ru­szy­ły­śmy w dro­gę. Sły­sza­łam, że gdy się wej­dzie do la­su wschod­nią bra­mą, w cią­gu jed­ne­go dnia moż­na dojść do Szko­ły, ale z po­wo­du bu­rzy nam się to wczo­raj nie uda­ło. Gdy jed­nak po­my­śla­ły­śmy, że dziś doj­dzie­my na pew­no, od ra­zu szło się nam raź­niej. W mar­szu En­ka po­wo­li od­zy­ski­wa­ła do­bry hu­mor, a jej cia­ło sta­wa­ło się jak­by lżej­sze, ma­sze­ro­wa­ła w takt me­lo­dii, któ­rą wy­stu­ki­wa­ła dło­nią o ko­rę mi­ja­nych drzew. Opo­wie­dzia­łam jej o mo­im wczo­raj­szym spo­tka­niu z Sho­jo. Gdy za­sta­na­wia­łam się, gdzie też mo­gła wczo­raj no­co­wać, czy mo­że do­szła do Szko­ły, En­ka od­rze­kła ra­do­śnie, że to mu­si być ta ko­bie­ta, o któ­rej sły­sza­ła plot­ki od krew­nych. Po­cho­dzi z ku­piec­kiej ro­dzi­ny, jest je­dy­nacz­ką, po­za uro­dą nie ma żad­nych kon­kret­nych za­let, ale wła­śnie dzię­ki tej uro­dzie, któ­ra sta­no­wi jej ma­ją­tek, uda­ło jej się za­ist­nieć na świe­cie w spo­sób, o ja­kim w dzie­ciń­stwie nie mo­gła na­wet ma­rzyć. Ro­dzi­ce zmar­li mło­do, uto­pi­li się w cza­sie po­wo­dzi, i Sho­jo, nie ma­jąc krew­nych, zo­sta­ła na świe­cie sa­ma bez żad­ne­go wspar­cia. Smu­tek, ja­ki mia­ła wte­dy na twa­rzy, po­ru­szył ser­ce pew­ne­go uczo­ne­go tak, że przy­gar­nął ją do sie­bie. O wie­le star­szy od dziew­czy­ny uczo­ny na­le­żał do ga­tun­ku tych, co ma­ją nie­wiel­kie przy­ro­dze­nie, ostat­ni­mi cza­sy jak­by nie­co przy­bie­ra­ją­ce na ob­ję­to­ści, czuł się speł­nio­ny, ca­łu­jąc jej war­gi, gry­ząc ją w ucho i wspól­nie z nią je­dząc owo­ce. Dziew­czy­na, prze­ko­na­na, że zno­sze­nie te­go to jej pra­ca i obo­wią­zek, wy­ka­zy­wa­ła du­żą wy­trzy­ma­łość. Z cza­sem po­ko­cha­ła książ­ki. Uczo­ny dbał o nią, a ją co­raz bar­dziej po­cią­gał świat ksią­żek i pędz­la. Na po­cząt­ku czuł się, jak­by mu uby­ło lat, z cza­sem jed­nak za­czął od­czu­wać smu­tek. A gdy ona pod­ję­ła osta­tecz­nie de­cy­zję, że wy­ru­sza do la­su, pła­kał gło­śno rzew­ny­mi łza­mi. Tak wy­glą­da­ła hi­sto­ria Sho­jo opo­wie­dzia­na przez En­kę.

Przez las bie­gła tyl­ko jed­na dro­ga, nie roz­ga­łę­zia­ła się, co da­wa­ło pew­ność, że je­śli nie spo­tka­my po dro­dze Ko­se­ki, któ­ra wy­szła przed na­mi, doj­dzie ona na miej­sce wcze­śniej niż my, spo­tka­na zaś wcze­śniej Sho­jo do­trze tam jesz­cze prę­dzej niż ona. Po po­łu­dniu, w po­rze gdy słoń­ce za­czy­na­ło pra­żyć w gło­wę, wy­prze­dzi­ła nas jesz­cze jed­na ko­bie­ta. Wy­glą­da­ła jak zwin­ny mło­dzie­niec wy­sła­ny do ko­goś z wia­do­mo­ścią, strój mia­ła we­so­ły, lecz oczy – spuch­nię­te od łez. Po­zdro­wi­ła nas tyl­ko de­li­kat­nym ski­nie­niem gło­wy i prze­mknę­ła obok, jak­by przed czymś ucie­ka­ła. Co, ty też da­łaś się na­brać na war­to­ści, ja­kie wy­zna­je Ki­kyo, i idziesz do jej Szko­ły?, za­gad­nę­ła prze­kor­nie En­ka, na co dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się, a w ką­ci­kach jej oczu po­ja­wi­ły się zmarszcz­ki przy­po­mi­na­ją­ce ko­cie wą­sy. W każ­dym kłam­stwie jest ziar­no praw­dy, ze śmie­chem od­po­wie­dzia­ła przy­sło­wiem, któ­re­go chy­ba ni­g­dy przed­tem nie sły­sza­łam. Po­tem na­gle zrów­na­ła się z na­mi. Do dziś po­zo­sta­je dla mnie za­gad­ką, jak En­ka, spo­tkaw­szy po raz pierw­szy tę dziew­czy­nę imie­niem Yubi­hi­me, po­tra­fi­ła od ra­zu zna­leźć sło­wa, któ­re tra­fi­ły jej do ser­ca, choć na pierw­szy rzut oka nie mo­gły mieć z so­bą nic wspól­ne­go. Wy­da­je się, że ich póź­niej­sza za­ży­łość rów­nież nie by­ła ani zbyt wiel­ka, ani zbyt ma­ła. Nie by­ło mię­dzy ni­mi kon­tro­wer­sji, ale też nie mia­ły wspól­nych za­in­te­re­so­wań, wy­glą­da na to, że sło­wa­mi i czy­na­mi umia­ły tra­fić na­wza­jem w swój na­strój, co spra­wia­ło, że do­brze się czu­ły w swo­im to­wa­rzy­stwie. Nie da się z gó­ry prze­są­dzić, czy dwo­je lu­dzi pa­su­je do sie­bie cha­rak­te­ra­mi, czy nie. Spra­wy, któ­re zbli­ża­ją lu­dzi, i te, któ­re ich dzie­lą, są jak nie­zli­czo­ne gwiaz­dy roz­sia­ne po wie­czor­nym nie­bie, i tak jak gwiaz­dy łą­czą się, two­rząc kon­ste­la­cje, tak przy­jaźń mię­dzy ludź­mi po­głę­bia się wraz z upły­wem cza­su. Czy moż­na zli­czyć gwiaz­dy? A kie­dy utrzy­mu­je się z kimś bli­skie sto­sun­ki, to te­go, co z nim łą­czy, i te­go, co dzie­li, znaj­dzie się ty­le co gwiazd na nie­bie. Cha­rak­te­ry by­naj­mniej nie mu­szą do sie­bie pa­so­wać. Zro­zu­mia­łam to póź­niej, tym­cza­sem oka­za­ło się, że Yubi­hi­me uwiel­bia ma­sze­ro­wać, a gdy idzie, na­wet dro­ga po­dą­ża za nią jak wier­ny pies. Te­go dnia rów­nież szła bez­gra­nicz­nie szczę­śli­wa, szczę­śli­wa, że idzie. Pod jej wpły­wem En­ka też zmie­ni­ła krok, jak­by za­czę­ła tań­czyć. A gdy do­szły­śmy do miej­sca, gdzie od brzę­cze­nia owa­dów wy­raź­nie od­róż­niał się śpiew, zro­zu­mia­ły­śmy, że zbli­ża­my się do Szko­ły.

Ko­bie­ty się ba­wią, ba­wią się we­so­ło.

Jed­na zbie­ra li­te­ry le­żą­ce przy dro­dze.

Dru­ga śpi w na­mio­cie, boi się pa­ją­ków.

Trze­cia ga­si pa­pie­ro­sa, gdy wy­pa­li jed­ną trze­cią.

Czwar­ta lu­bi no­sić li­sty, jak­by by­ła li­sto­no­szem.

Pią­tą bo­lą pal­ce, gdy tyl­ko coś zro­bi.

Szó­sta za­wsze grusz­ki je, kie­dy wier­sze pi­sze.

Sły­sząc tę pio­sen­kę, wszyst­kie trzy za­mil­kły­śmy na do­bre.

Przed Szko­łą stał tłum ubra­ny w róż­no­ko­lo­ro­we je­dwab­ne stro­je; jak spie­nio­ne wo­dy roz­bi­ja­ją­ce się o dno wo­do­spa­du roz­brzmie­wa­ły ko­bie­ce roz­mo­wy. Czu­ły­śmy, że te gło­sy zgnio­tą nas, je­śli bę­dzie­my mil­cza­ły, więc by nie dać się prze­krzy­czeć, za­czę­ły­śmy gło­śno zło­rze­czyć, że tak du­żo jest no­wych uczen­nic, i na­rze­kać, że bo­lą nas no­gi. Sto­jąc z ty­łu, nie mo­gły­śmy zo­ba­czyć, co dzie­je się z przo­du, czy po­ja­wi­ła się już Ki­kyo, nie po­zo­sta­wa­ło nam za­tem nic in­ne­go, niż zdać się na wy­obraź­nię. I wte­dy ha­łas przy­po­mi­na­ją­cy brzę­cze­nie owa­dów roz­stą­pił się rów­niut­ko na bo­ki, a po­wsta­łą po­środ­ku ścież­ką na­de­szła z prze­ciw­nej stro­ny Ki­kyo. Prze­szła przez tłum ze­bra­nych ko­biet jak no­so­ro­żec. Po­eci z kra­jów tro­pi­kal­nych pi­szą, że nie ma dru­gie­go stwo­rze­nia tak sa­mo ob­da­rzo­ne­go pew­nym ro­dza­jem ko­bie­co­ści jak no­so­ro­żec. Zwi­sa­ją­ca z je­go bo­ków zbro­ja przy­po­mi­na­ła okład­ki dro­giej, opra­wio­nej w skó­rę książ­ki, a ster­czą­ce do przo­du ro­gi z wdzię­kiem rzu­ca­ły wy­zwa­nie nie­ist­nie­ją­ce­mu wro­go­wi. No­so­ro­żec jed­nak nie był ca­ły czas obec­ny na twa­rzy Ki­kyo. Po­ja­wiał się i zni­kał. Kie­dy zni­kał, je­go miej­sce zaj­mo­wał in­ny ro­dzaj pięk­na. Do twa­rzycz­ki dziec­ka, któ­re nie stra­ci­ło jesz­cze uf­no­ści w ruch po­wie­trza ani ra­do­ści za­ba­wy, jak sztucz­ne rzę­sy przy­kle­jo­ny był cy­nicz­ny cień go­ry­czy i cier­pie­nia, ja­ki czę­sto mo­że­my zo­ba­czyć u doj­rza­łych ko­biet. Nie zni­kał on ni­g­dy z jej twa­rzy, ist­niał w sta­now­czo­ści wy­ry­tej w ką­ci­kach zmy­sło­wych warg. W jej źre­ni­cach mi­go­ta­ły my­śli jak nie­zli­czo­ne ogni­ki. Ki­kyo bez mru­gnię­cia okiem prze­szła aż do rzę­dów, gdzie sta­ły ko­bie­ty, któ­re przy­by­ły ostat­nie, przez ca­ły czas spo­glą­da­jąc na tłum jak na łan zbo­ża. Pa­trzy­ła, nie pa­trząc. Jej czy­sty wzrok zda­wał się świa­do­mie od­ma­wiać pa­trze­nia, mu­skał jak wie­trzyk wło­sy ko­biet, prze­su­wa­jąc się nie­co po­wy­żej ich twa­rzy. Kie­dy do­tarł do mnie, na­gle ob­ni­żył się i, wpraw­dzie przez jed­ną tyl­ko chwi­lę, zna­lazł w po­lu mo­je­go wi­dze­nia. Ki­kyo spoj­rza­ła mi pro­sto w oczy. Po­my­śla­łam wte­dy, że mu­sia­ło mi się tak tyl­ko wy­da­wać. Dla­cze­góż mia­ła­by kie­ro­wać swój wzrok tyl­ko na mnie, mi­mo że zgro­ma­dzi­ło się kil­ka­set ko­biet? Co wię­cej, w jej źre­ni­cach do­strze­głam uwo­dzi­ciel­skie wil­got­ne cie­pło zmie­sza­ne z wy­zy­wa­ją­cym chło­dem.