Nocny tygrysTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Uwagi

Transkrypcja imion i nazw

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału:The Night Tiger

Copyright © 2019 by Yangsze Choo

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2020

Wydanie I

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: BERNADETA LEKACZ, MONIKA ABRAMOWICZ

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Zdjęcie: Kateryna / Stock.adobe.com

Opracowanie typograficzne i skład: MONIKA ŚWITALSKA / Good Mood Studio

ISBN 978-83-66005-87-7

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

Prezes: Joanna Bażyńska

00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6

e-mail: poradniak@poradniak.pl

Poznaj nasze inne książki.

Zapraszamy do księgarni:

www.poradniak.pl facebook.com/poradniak instagram.com/poradnia_k_wydawnictwo


Konwersja: eLitera s.c.

Książkę tę poświęcam ojcu i matce,

którzy urodzili się i wychowali

w Dolinie Kinty.

1

Kamunting, Malaje

Maj 1931

STARZEC UMIERA – ZNAĆ TO PO JEGO PŁYTKIM ODDECHU, zapadniętych policzkach i skórze mocno opinającej kości twarzy. Mimo to domaga się otworzenia okiennic. Z irytacją kiwa dłonią na Rena i chłopiec, ze ściśniętym gardłem, jakby połknął kamień, otwiera na oścież okno pokoju na drugim piętrze.

Na zewnątrz rozciąga się morze jaskrawej zieleni: rozkołysane wierzchołki drzew dżungli, nad nimi niebo błękitne jak w gorączkowym śnie. Ren cofa się przed tropikalnym żarem. Podchodzi do swojego pana, żeby osłonić go własnym cieniem, ale starzec powstrzymuje go gestem ręki. Blask słońca podkreśla drżenie dłoni oszpeconej brzydkim kikutem w miejscu brakującego palca. Ren pamięta, że zaledwie kilka miesięcy temu dłoń ta potrafiła jeszcze uspokajać niemowlęta i zszywać rany.

Starzec otwiera wodniste, błękitne oczy – te pozbawione koloru oczy obcego, które na samym początku tak przerażały Rena – i mówi coś szeptem. Chłopiec nachyla ku niemu ostrzyżoną głowę.

– Pamiętaj.

Ren przytakuje.

– Powiedz. – Chrapliwy szept coraz bardziej przygasa.

– Kiedy umrzesz, odnajdę twój brakujący palec – odpowiada Ren cichym, ale wyraźnym głosem.

– I?

Ren waha się.

– I pochowam go w twojej mogile.

– Dobrze. – Starzec, rzężąc, łapie oddech. – Musisz go odzyskać, nim upłynie czterdzieści dziewięć dni mojej duszy.

Chłopiec wykonał dla niego już niejedno zadanie, zawsze robił to szybko i sprawnie. Więc i teraz sobie poradzi, choć w tej chwili jego szczupłymi ramionami wstrząsa szloch.

– Nie płacz, Ren.

W takich chwilach chłopiec wydaje się o wiele młodszy, niż jest w rzeczywistości. Starcowi robi się go żal – szkoda, że sam nie może się zająć tą sprawą, ale brakuje mu sił. Zamiast tego odwraca się twarzą do ściany.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

2

Ipoh, Malaje

Środa, 3 czerwca

DLA CHIŃCZYKÓW CZTERDZIEŚCI CZTERY TO LICZBA pechowa. Brzmi tak samo jak „giń, koniecznie giń” – w rezultacie czwórki i wszelkich jej kombinacji należy unikać. A tak się akurat złożyło, że w tamto nieszczęsne czerwcowe popołudnie pracowałam na swoim sekretnym półetacie w dansingu Majowe Kwiaty w Ipoh właśnie od czterdziestu czterech dni.

Praca była sekretna, bo żadna szanująca się dziewczyna nie powinna zajmować się tańcem z obcymi mężczyznami, choćby i te usługi reklamowano jako zwykłe „lekcje”. I może nawet w odniesieniu do większości klientów była to prawda: tańczyłyśmy z nerwowymi urzędnikami i sztubakami, którzy wykupywali zwitki biletów, żeby nauczyć się fokstrota, walca albo owego uroczego malajskiego tańca ronggeng. Resztę jednak stanowili buaya, czyli – jak ich nazywałyśmy – krokodyle. Wyszczerzone typy, których wędrujące dłonie można było zniechęcić wyłącznie mocnym uszczypnięciem.

 

Wiedziałam, że jeśli ciągle będę ich tak odpędzać, nigdy się nie dorobię, jednak liczyłam na to, że nie będę musiała długo się tym przejmować. Chciałam tylko spłacić dług w wysokości czterdziestu malajskich dolarów, który matka zaciągnęła na zbrodniczo wysoki procent. Zarobki z mojej właściwej, dziennej pracy – byłam uczennicą w zakładzie krawieckim – nigdy by na to nie wystarczyły, a moja biedna, nierozsądna matka z całą pewnością nie zdołałaby sama zdobyć pieniędzy; nie miała szczęścia do hazardu.

Gdyby tylko zostawiła rachunki w moich rękach, może wszystko ułożyłoby się lepiej, bo nieźle sobie radzę z liczbami. Nie mówię tego, żeby się chwalić. Ta umiejętność nie na wiele mi się zdała. Gdybym była chłopcem, o, to co innego, ale matce, która owdowiała, kiedy miałam siedem lat, moja pasja do obliczania prawdopodobieństwa do niczego nie była potrzebna. W smutnej pustce, jaka nastąpiła po odejściu ojca, godzinami wypisywałam ołówkiem rzędy cyfr na skrawkach papieru. Cyfry były logiczne i uporządkowane, stanowiły przeciwieństwo chaosu, jaki zapanował w naszym domu. Lecz mimo nagłej niepewności matka nadal uśmiechała się pełnym słodyczy, nieokreślonym uśmiechem, który nadawał jej wygląd Bogini Miłosierdzia – choć zapewne nieustannie zamartwiała się o to, czy będziemy miały co włożyć do garnka. Kochałam ją całym sercem – ale o tym opowiem później.

PIERWSZE POLECENIE, jakie wydała mi Mama z dansingu, kiedy mnie zatrudniła, dotyczyło ścięcia włosów. A ja latami je zapuszczałam, bo kiedyś mój przyrodni brat Shin dokuczał mi, że wyglądam jak chłopiec... Te dwa długie warkocze, zawsze przewiązane schludnie wstążkami, jeszcze od czasów, gdy chodziłam do angielsko-chińskiej szkoły dla dziewcząt, były dla mnie symbolem kobiecego powabu. Wierzyłam, że maskują różne moje niedociągnięcia, między innymi niekobiecy talent do wyliczania w jednej chwili stopy procentowej.

– Nie – stwierdziła jednak Mama. – Z taką fryzurą nie możesz dla mnie pracować.

– Przecież są tu inne dziewczęta z długimi włosami – zauważyłam.

– Tak, ale nie ty.

I posłała mnie do niebudzącej zaufania kobiety, która ucięła mi warkocze. Opadły na moje kolana; ciężkie, niemal żywe. Gdyby Shin mógł mnie wtedy zobaczyć, padłby ze śmiechu. Nachyliłam głowę, a kobieta strzygła dalej. Mój odsłonięty kark wydawał mi się przerażająco nagi. Kobieta zrobiła mi też grzywkę, a kiedy uniosłam oczy, uśmiechnęła się.

– Ślicznie wyglądasz – powiedziała. – Zupełnie jak Louise Brooks.

Jaka znowu Louise Brooks? Okazało się, że to gwiazda filmu niemego, ogromnie popularna przed kilku laty. Zarumieniłam się. Trudno mi było przywyknąć do nowej mody, która nagle zaczęła wynosić na piedestał płaskie chłopczyce takie jak ja. Oczywiście w Malajach, na dalekich rubieżach Imperium, byliśmy bardzo zapóźnieni pod względem trendów. Brytyjskie damy, które przybywały na Wschód, skarżyły się, że londyńskie fasony docierają do nich dopiero po sześciu czy dwunastu miesiącach. Nic więc dziwnego, że w czasie kiedy inne miejsca już dawno ogarnęła gorączka swingu, w Ipoh dopiero rozpoczynał się szał na tańce towarzyskie i krótkie fryzury. Dotknęłam swojego wygolonego karku. Bałam się, że teraz wyglądam bardziej jak chłopiec niż kiedykolwiek wcześniej.

Mama jednak, przenosząc ciężar sporego ciała z nogi na nogę, stwierdziła:

– Potrzebne ci jakieś imię. Najlepiej angielskie. Będziemy cię nazywać Louise.

TAK WIĘC WŁAŚNIE pod imieniem Louise tańczyłam tango owego pamiętnego popołudnia trzeciego czerwca. Mimo bessy na giełdzie w naszym ruchliwym miasteczku Ipoh panowała radosna atmosfera i wszędzie rozkwitały nowe budowle wznoszone za fortuny zbite na eksporcie cyny i kauczuku. Padał deszcz – nietypowo rzęsisty jak na tak wczesną porę dnia. Niebo przybrało barwę żelaza i ku niezadowoleniu szefostwa trzeba było włączyć oświetlenie elektryczne. Krople bębniły głośno o blaszany dach, a dyrygent zespołu, drobny Goańczyk z cienkim wąsikiem, ze wszystkich sił starał się zagłuszyć je muzyką.

Pod wpływem szału na zachodnie tańce na obrzeżach wszystkich miast w Malajach powyrastały jak grzyby po deszczu publiczne sale taneczne. Niektóre, takie jak nowo wybudowany hotel Celestial, imponowały rozmachem, inne niewiele różniło od zwykłych zadaszeń, pod którymi dmuchała tropikalna bryza. Zawodowe tancerki, takie jak ja, trzymano w „zagrodach” niczym zwykłe kurczaki czy owce. Były to oddzielone wstążką sekcje, w których siedziały ładne dziewczęta z ponumerowanymi rozetkami na piersiach. Ochroniarze pilnowali, aby nie zbliżał się do nas nikt, kto nie miał biletu, co nie przeszkadzało niektórym mężczyznom w podejmowaniu prób.

Byłam zaskoczona, że ktoś poprosił mnie do tanga. Nie opanowałam go w szkole tańca panny Lim, dokąd ojczym posłał mnie w ramach pocieszenia, gdy musiałam przerwać naukę w szkole. Nauczono mnie tam tylko walca i, bardziej śmiałego, fokstrota. Tango jednak nie figurowało w programie zajęć. Uważano je za zbyt prowokacyjne, choć wszystkie widziałyśmy, jak Rudolph Valentino tańczy je w swoich czarno-białych filmach.

Kiedy zaczęłam pracę w Majowych Kwiatach, moja koleżanka Hui powiedziała, że powinnam się go nauczyć.

– Wyglądasz bardzo nowocześnie – uznała. – Na pewno będą cię do niego prosić.

Kochana Hui. To właśnie ona nauczyła mnie tego tańca, choć podczas prób wyglądałyśmy jak dwie zataczające się pijaczki. Ale przynajmniej próbowała.

– Cóż, może jednak nikt cię nie poprosi – powiedziała z nadzieją, kiedy po jakimś gwałtownym kroku niemal wylądowałyśmy na ziemi.

Oczywiście nadzieja ta okazała się płonna. Szybko się nauczyłam, że o tango prosili zazwyczaj klienci w typie buaya. Tamten nieszczęsny czterdziesty czwarty dzień nie był wyjątkiem.

POWIEDZIAŁ, ŻE JEST dystrybutorem. I że specjalizuje się w artykułach szkolnych i biurowych. Natychmiast przypomniałam sobie świeży kartonowy zapach szkolnych zeszytów. Uwielbiałam szkołę, ale ta droga była już dla mnie zamknięta. Pozostało tylko zdawkowe trajkotanie i ciężkie stopy handlarza. Dodał, że artykuły biurowe to niezły biznes, choć na pewno stać go na coś lepszego.

– Masz ładną skórę.

Jego oddech czuć było czosnkowym ryżem z kurczakiem w stylu hajnańskim. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc skupiłam się na swoich biednych, zmaltretowanych stopach. Sytuacja była beznadziejna: mój partner wydawał się sądzić, że tango polega na wykonywaniu nagłych, dramatycznych póz.

– Kiedyś handlowałem kosmetykami – powiedział i znowu przysunął się nieco za blisko. – Więc znam się na kobiecej skórze.

Odchyliłam się w tył, żeby zwiększyć dzielącą nas odległość. Podczas obrotu handlarz szarpnął mną zbyt mocno, tak że zatoczyłam się na niego. Podejrzewałam, że zrobił to celowo, ale wtedy jego dłoń wykonała mimowolny ruch w kierunku kieszeni, jakby chciał się upewnić, czy nic mu nie wypadło.

– Wiesz – zagadnął z uśmiechem – że istnieją sposoby, aby uczynić kobietę na zawsze młodą i piękną? Za pomocą igieł.

– Igieł? – spytałam zaintrygowana, choć był to jeden z najgorszych tekstów na podryw, jakie zdarzyło mi się usłyszeć.

– Na zachodzie Jawy kobiety wbijają sobie w twarz bardzo cieniutkie złote igły. Aż do końca, żeby nie było ich widać. To taka magia zapobiegająca starzeniu. Spotkałem raz piękną wdowę, która pochowała pięciu mężów; podobno miała w twarzy dwadzieścia takich igieł. Ale powiedziała mi, że po śmierci trzeba je usunąć.

– Dlaczego?

– Bo kiedy umierasz, ciało musi na powrót stać się całością. Wszystko, co dodano, musi zostać usunięte, a wszystko, czego brakuje, uzupełnione. Inaczej twoja dusza nie zazna spokoju.

Moje zdziwienie sprawiło mu wyraźną przyjemność, toteż zaczął szczegółowo opisywać całą swoją wyprawę na Jawę. Niektórzy mężczyźni byli gadatliwi, inni tańczyli w milczeniu, ze spoconymi rękami. Zasadniczo wolałam tych gadatliwych, bo byli za bardzo pochłonięci własnymi sprawami, żeby wścibiać nos w moje.

Gdyby rodzina odkryła, że tu sobie dorabiam, skończyłoby się to tragedią. Drżałam na myśl o wściekłości ojczyma i łzach matki, zmuszonej przyznać mu się do swoich długów z madżonga. No i jeszcze Shin, mój przyszywany brat... Urodził się tego samego dnia co ja i ludzie pytali, czy jesteśmy bliźniętami. Zawsze był moim sprzymierzeńcem, przynajmniej do niedawna. Ale teraz wyjechał: udało mu się zdobyć miejsce w college’u medycznym imienia króla Edwarda VII w Singapurze, gdzie szkolono rodzime talenty, by zaradzić brakowi lekarzy w Malajach. Byłam z niego dumna, bo w końcu był mi jak brat, no i nie można mu było odmówić inteligencji, a jednocześnie paliła mnie zazdrość, bo z nas dwojga to ja zawsze miałam lepsze oceny. Ale nie było sensu tego roztrząsać. Shin zupełnie przestał odpowiadać na moje listy.

Handlarz tymczasem mówił dalej:

– Wierzysz w łut szczęścia?

– A co tu jest do wierzenia? – odparłam, usiłując zapanować nad grymasem twarzy, kiedy nadepnął ciężko na moją stopę.

– Szkoda, bo mnie się bardzo poszczęści. – Handlarz wyszczerzył się w uśmiechu i znowu obrócił mną ostro. Kątem oka zauważyłam gromiącą nas wzrokiem Mamę. Nasze popisy powodowały zamieszanie na parkiecie, a to nie służyło interesom.

Zagryzłam zęby i spróbowałam odzyskać równowagę, lecz w tym momencie mój partner odchylił mnie niebezpiecznie daleko w tył. Zachwialiśmy się, tracąc wszelkie pozory gracji – machaliśmy ramionami i czepialiśmy się nawzajem swoich ubrań. Handlarz chwycił mnie za pośladek i zajrzał mi w dekolt. Odtrąciłam go łokciem. Jednocześnie drugą ręką zaczepiłam o jego kieszeń. Cofnęłam ją szybko, lecz coś małego i lekkiego zdążyło wtoczyć mi się w dłoń. Chyba była to jakaś wąska, gładka tubka. Zawahałam się, oddychając ciężko. Powinnam mu ją oddać; jeśli mój partner zauważy, że coś mu zabrałam, może mnie oskarżyć o kradzież. Niektórzy mężczyźni lubili urządzać takie sceny: to dawało im poczucie władzy nad dziewczynami.

Handlarz uśmiechnął się bezwstydnie.

– Jak się nazywasz?

Speszona, podałam mu prawdziwe imię – Ji Lin, a nie Louise. Coraz gorzej i gorzej. W tym momencie muzyka dobiegła końca i handlarz gwałtownie mnie puścił. Jego oczy skierowane były poza moje ramię, jakby dojrzał tam kogoś znajomego – i nagle zniknął w pośpiechu.

Jakby chcąc się zrehabilitować za ostatnie tango, orkiestra zaczęła grać Yes Sir, That’s My Baby!. Pary ruszyły na parkiet, a ja tymczasem wróciłam na swoje miejsce.

Ów przedmiot w ręce palił mnie niczym piętno. Na pewno handlarz jeszcze tu wróci, miał przecież cały zwitek kuponów na tańce. Wystarczy poczekać, a będę mogła oddać mu to, co niechcący zabrałam. Udam, że upuścił to na podłogę.

Przez otwarte okna napłynął zapach deszczu. Roztrzęsiona, przeszłam pod wstążką oddzielającą miejsca tancerek od parkietu i usiadłam, wygładzając sukienkę.

Otworzyłam dłoń. Tak jak się domyślałam, trzymałam w niej pojemnik z cienkiego szkła – była to fiolka na medyczne próbki, długa na dwa cale i zakończona metalową nakrętką. W środku zagrzechotało coś lekkiego. Zdusiłam krzyk.

Były to dwa górne stawy odciętego, zasuszonego palca.

3

Batu Gajah

Środa, 3 czerwca

KIEDY POCIĄG WTACZA SIĘ DO BATU GAJAH, REN JEST już na nogach, stoi z twarzą przyciśniętą do szyby. Nazwa tego prosperującego miasteczka – siedziby brytyjskiej administracji w stanie Perak – jest dość osobliwa: batu znaczy kamień, a gajah – słoń. Niektórzy mówią, że pochodzi od pary słoni, które przekroczyły rzekę Kinta. Rozzłoszczony tym bożek Sang Kelembai przemienił je w dwa głazy wystające z wody. Ren zastanawia się, czym te biedne zwierzęta zasłużyły sobie na taką karę.

Nigdy dotąd nie jechał pociągiem, choć nieraz czekał na starego doktora na dworcu w Taiping. Okna w wagonie trzeciej klasy są otwarte mimo sadzy, której cząstki, niektóre wielkie jak paznokieć, wlatują do środka, kiedy parowa lokomotywa wchodzi w zakręt. Ren czuje w powietrzu ciężką wilgoć monsunu. Przyciska do siebie płócienną torbę podróżną. W środku znajduje się cenny list. Jeśli lunie deszcz, atrament może się rozmazać. Na myśl o niepewnym, rozedrganym piśmie starego doktora, rozpływającym się pod wpływem wody, chłopiec czuje dotkliwe ukłucie tęsknoty.

Z każdą milą przejechaną tym rozklekotanym pociągiem coraz bardziej i bardziej oddala się od nieporządnego, pełnego rozgardiaszu bungalowu, który przez ostatnie trzy lata był jego domem. Doktora MacFarlane’a już nie ma. Mały pokoik w skrzydle dla służby, w którym mieszkał Ren, tuż obok sypialni cioteczki Kwan, świeci pustką. Dziś rano Ren po raz ostatni zamiótł tam podłogę i starannie ułożył stare gazety, żeby karang guni, skupywacz śmieci, mógł je zabrać. Kiedy zamykał obłażące z zielonej farby drzwi, zobaczył, jak duży pająk, z którym dzielił pokój, w ciszy odbudowuje swoją pajęczynę w kącie pod sufitem.

 

Zdradliwe łzy napływają do oczu chłopca. Jednak Ren ma do wykonania zadanie: to nie pora na płacz. Z chwilą śmierci doktora MacFarlane’a zaczęło się odliczanie czterdziestu dziewięciu dni jego duszy. A to miasteczko o dziwnej nazwie nie będzie pierwszym miejscem, w którym Ren zamieszka bez swojego brata Yi. Znowu przychodzą mu na myśl te dwa kamienne słonie. Czy były bliźniakami tak jak oni dwaj? Czasami Ren czuje jakby łaskotanie, niczym drgnięcie kocich wąsików, zupełnie jakby Yi nadal przy nim był – przebłysk owego dziwnego bliźniaczego zmysłu, który ich łączył i ostrzegał przed nadchodzącymi zdarzeniami. Ale kiedy ogląda się przez ramię, widzi, że nikogo tam nie ma.

DWORZEC W BATU GAJAH to długi, niski budynek o spadzistym dachu, leżący obok torów kolejowych niczym uśpiony wąż. Brytyjczycy na całym terenie Malajów pobudowali takie stacyjki o znajomych, czystych liniach. Wzniesione przez nich miasteczka również są powtarzalne, pełne białych budynków rządowych i trawiastych padang przypominających wystrzyżone zieleńce w angielskich wioskach.

W kasie życzliwy malajski zawiadowca rysuje Renowi ołówkiem mapkę. Ma piękny wąs i spodnie zaprasowane w kanty ostre niczym nóż.

– To dość daleko. Na pewno nikt po ciebie nie podjedzie?

Ren kręci głową.

– Dojdę na piechotę.

Za stacją znajduje się skupisko stłoczonych chińskich sklepów: budynki opierają się o siebie nawzajem, wyższe piętra chylą się nad ulicą, a z zakładów na parterze wylewają się na chodnik przeróżne towary. Właśnie tędy wiedzie najkrótsza droga do miasta. Ren obiera jednak inną, wiodącą w prawo, obok Rządowej Szkoły Angielskiej. Spogląda tęsknie na biały drewniany budynek o wdzięcznych liniach i wyobraża sobie chłopców w swoim wieku, którzy uczą się w klasach o wysokich sufitach albo grają na zielonym boisku. Zaciska zęby i idzie dalej.

Wspina się na wzgórze w kierunku dzielnicy Changkat, gdzie mieszkają Europejczycy. Nie ma czasu na podziwianie licznych kolonialnych bungalowów wzniesionych na modłę Indii Brytyjskich. Jego cel znajduje się po przeciwnej stronie Changkat, tuż obok plantacji kawy i kauczuku.

Nagle o czerwoną glebę zaczynają bić zaciekle krople deszczu. Ren wciąga powietrze i puszcza się biegiem, ściskając swoją torbę. Już prawie udaje mu się schronić pod dużym drzewem angsana, kiedy nagle słyszy warkot furgonetki dostawczej – silnik rzęzi, pojazd z wysiłkiem wdrapuje się pod górę.

– Wskakuj! – krzyczy przez okno kierowca.

Zdyszany Ren wspina się do szoferki. Jego wybawiciel to tłusty mężczyzna z brodawką z boku twarzy.

– Dziękuję, wujaszku – mówi Ren, posługując się grzecznościowym tytułem należnym starszemu. Mężczyzna obdarza go uśmiechem. Ze spodni Rena ścieka na podłogę woda.

– Zawiadowca stacji powiedział, że będziesz tędy szedł. Wybierasz się do domu młodego doktora?

– To on jest młody?

– Nie tak jak ty. Ile masz lat?

Ren zastanawia się, czy nie odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Rozmawiają po kantońsku, a nieznajomy wygląda na życzliwego. Lecz chłopiec jest zbyt ostrożny, żeby pozwolić sobie na szczerość.

– Prawie trzynaście.

– To trochę jesteś niewyrośnięty, co?

Ren przytakuje. W rzeczywistości ma jedenaście lat. Nawet doktor MacFarlane o tym nie wiedział. Przybywając do jego domostwa, Ren dodał sobie rok, jak to czyni wielu Chińczyków.

– Masz tu jakąś robotę?

Ren ściska swoją torbę.

– Muszę coś dostarczyć.

Czy raczej odebrać.

– Ten doktor mieszka dalej niż inni obcokrajowcy – mówi kierowca. – Nie szwendałbym się tutaj po nocy. To niebezpieczne.

– Dlaczego?

– Ostatnio coś pożarło sporo okolicznych psów. Nawet jak były na łańcuchach. Zostały po nich tylko łby i obroże.

Ren czuje, jak serce się w nim ściska. W uszach mu huczy. Czy to możliwe, że znowu się zaczęło, tak szybko?

– Czy to był tygrys?

– Raczej lampart. Obcokrajowcy zamierzają urządzić na niego polowanie. Ale tak czy inaczej, lepiej nie kręcić się tutaj po zmroku.

Zatrzymują się przy krętej ścieżce wiodącej wokół wystrzyżonego angielskiego trawnika do rozległego białego bungalowu. Kierowca trąbi dwa razy i po długiej chwili na zadaszonej werandzie pojawia się chudy Chińczyk, który wyciera dłonie w biały fartuch. Ren gramoli się z furgonetki i dziękuje kierowcy, przekrzykując szum deszczu.

– Uważaj na siebie – odpowiada mężczyzna.

Ren spina się i puszcza biegiem po ścieżce w stronę zadaszenia. Ulewa nie pozostawia na nim suchej nitki. Przy drzwiach chłopiec zatrzymuje się z wahaniem – boi się, że zamoczy tekowy parkiet. W pomieszczeniu od frontu jakiś Anglik pochyla się nad pisanym właśnie listem. Siedzi przy stole, ale kiedy sługa wprowadza Rena, podnosi się z pytającym spojrzeniem. Jest szczuplejszy i młodszy niż doktor MacFarlane. Renowi trudno odczytać wyraz jego oczu, bo przesłaniają je okulary, w których odbija się pokój.

Chłopiec odstawia zniszczoną torbę i szuka w niej listu, po czym podaje go uprzejmie obiema rękami. Doktor precyzyjnie rozcina kopertę srebrnym nożykiem do papieru. Doktor MacFarlane otwierał listy kciukiem i kikutem palca. Ren spuszcza wzrok. Nie powinien ich ze sobą porównywać.

Teraz, kiedy już dostarczył list, czuje w nogach ogromne zmęczenie. Instrukcje, których wyuczył się na pamięć, zacierają mu się w głowie; pokój wiruje wokół niego.

WILLIAM ACTON PRZYGLĄDA SIĘ PISMU, które mu podano. Napisano je w Kamunting, małej wiosce w pobliżu Taiping. Litery są spiczaste i chwiejne, skreśliła je ręka chorego.

Drogi Actonie,

obawiam się, że muszę to napisać bez ceregieli. Nie zostało mi wiele czasu i z trudem mogę utrzymać pióro. Z braku jakichkolwiek krewnych, o których warto by wspomnieć, przesyłam Ci pewien spadek: to jedno z moich najciekawszych znalezisk i mam nadzieję, że znajdzie u Ciebie dobry dom. Gorąco polecam Twojej opiece mojego chińskiego służącego, Rena. Jest jeszcze młody, ale dobrze wyszkolony i spolegliwy. Chciałbym, żeby u Ciebie pozostał tylko na kilka lat, dopóki nie osiągnie dojrzałości. Myślę, że będziecie do siebie dobrze pasować.

Twój, etc. etc.,

dr John MacFarlane

William dwukrotnie czyta list i wreszcie podnosi głowę. Chłopiec stoi przed nim, woda ścieka mu z przystrzyżonych włosów na chudą szyję.

– Na imię masz Ren?

Mały kiwa głową.

– I pracowałeś dla doktora MacFarlane’a?

Znowu milczące kiwnięcie.

William przygląda mu się uważnie.

– No to teraz pracujesz dla mnie.

Spogląda na jego dziecięcą, niespokojną buzię i zastanawia się, czy to, co spływa po policzkach chłopca, to deszcz czy łzy.