Nocą drony są szczególnie głośneTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii

W serii ukażą się m.in.:

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Wolfgang Bauer
Nocą drony są szczególnie głośne
Reportaże ze stref kryzysu
Przełożyła Elżbieta Kalinowska


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału niemieckiego Bruchzone. Krisenreportagen

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Kuni Takahashi / Getty Images

Copyright © Suhrkamp Verlag Berlin, 2018

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2020

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Kalinowska, 2020

Redakcja Teresa Leśniak

Korekta Katarzyna Rycko, Elżbieta Krok

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

The translation of this work was supported by a grant from the Goethe-Institut


Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-992-8

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Obietnica

Pierwsze dni wojny

Ulica w Aleppo

„A niech strzelają”

Trucizna

Próba przeliterowania nadziei

Maniak

Ich ostatnia flaga

Statki widma

Prezydent piratów, I

Prezydent piratów, II

Dlaczego kapitan Ibrahim nigdy więcej nie wypłynie na morze

Nocą drony są szczególnie głośne

Dadaab

Bombowa robota

Umieranie matki

Podziękowania dla tłumaczy

Kolofon

Przedmowa

Na froncie jestem jak błazen. Potykam się o gruz na ulicy w Ar-Rakce. Skręcam kostki, obijam się o mury, w upale szybko tracę oddech. Jak tłusty pingwin próbuję wgramolić się na pakę transportera, którym mamy się przedostać na drugą stronę czteropasmowej drogi. Chcemy ją przejechać na pełnym gazie, bo jest w zasięgu rażenia snajperów Państwa Islamskiego (IS). Musimy się spieszyć. Ale nie udaje mi się wdrapać na samochód, nie mam tyle siły, żeby się podciągnąć. Uczepiony paki, przebieram nogami w powietrzu. Ciężka kamizelka kuloodporna ciągnie mnie w dół. Bojownicy kurdyjskich Powszechnych Jednostek Ochrony stoją w półkolu i rechoczą. Nagrywają mnie komórkami, potem będą sobie pokazywać te filmiki. I znów będą się śmiać do rozpuku. Pingwin na froncie. Niemiecki reporter na wojnie.

Ta książka nie ma być opowieścią o bohaterskim reporterze wojennym ani też politologicznym wykładem o prawdziwych przyczynach kryzysów na Bliskim Wschodzie czy w regionie Pacyfiku. Chodzi o coś więcej.

Północna Syria, Ar-Rakka, którą Państwo Islamskie uczyniło swoją stolicą, wrzesień 2017. Amerykanie bombardują miasto od trzech miesięcy, milicje kurdyjsko-arabskie posuwają się lądem. IS broni się, wykorzystuje samochody pułapki i snajperów. Większość domów zmieniła się w betonowo-metalowe szkielety. Całe miasto jest jak szkielet. Pełno w nim much najrozmaitszych rozmiarów, im bliżej frontu, tym więcej much, wszędzie stosy śmieci, w niektórych miejscach wysokie na metr. Słodkawy odór zgnilizny, zaschnięta krew na murach, blade kości pokryte strzępami ubrań, barykady naszpikowane niewypałami, dziury wybite w podłogach, wyloty tuneli, z których nocą wyłaniają się nieprzyjaciele, daleko za linią frontu, by zaskoczyć przeciwników i zabić, szkło chrzęszczące pod butami, plastikowe butelki zalegające ziemię, rozsypane celowo, żeby każdy krok wywoływał głośny trzask.

Miejsce poza wszelką wyobraźnią. Wojenna przemoc formuje świat na swój obraz. Idę przez Ar-Rakkę zlany potem. Moje ciało się rozpuszcza. Jestem wodą, wodą i jeszcze raz wodą. A woda niczego nie pamięta. Idę ulicami Ar-Rakki zmienionymi w hałdy kamieni, mam wrażenie, że znalazłem się na obcej planecie. Ale to nie jest obca planeta, to Ziemia.

 

Tę przedmowę piszę kilka miesięcy później w Rudolstadt, małym mieście w Turyngii. Założyłem, że zajmie mi to dwie godziny, tymczasem męczę się już dwa dni. W pustym pokoju hotelowym pośród notatek, książek, gazet walczę ze słowami, a one cały czas są niewłaściwe, zbyt mgliste, nieuczciwe, za słabe.

Jak znaleźć język, który uczyni zrozumiałym okrucieństwo, skoro mnie samemu brakuje słów, by je pojąć. Jak oddać w języku strach? Strach trawiący miliony ludzi, całe pokolenia. Jak opisać zrodzoną z niego nienawiść? Strach jak małe, potworne stwardnienie w piersi, które pojawia się w ekstremalnych chwilach ludzkiej egzystencji, rośnie i zmienia się w panikę albo wyniszczającą wściekłość, pożywkę wszystkich wojen.

Opowieść o wojnach jest dziś szczególnie ważna. Gdy grozi nam, wywołana przez Alternatywę dla Niemiec, Wolnościową Partię Austrii, Trumpa i Zjednoczenie Narodowe, utrata wrażliwości na to, co się dzieje na świecie wokoło. Zadowalamy się przedwczesnymi pogłoskami, niedającymi się zweryfikować doniesieniami agencyjnymi, podejrzanymi wiadomościami z internetu. Żyjemy w czasach, gdy interesuje nas wyłącznie własny strach, któremu dajemy się paraliżować. Postrzegamy świat tak, jak chcemy go postrzegać. Zadomawiamy się w zwartych murach myśli. Chcę je zburzyć reportażami z tej książki. Albo przynajmniej zarysować. Rozsadzić schemat zbyt łatwych ocen.

Ta książka ma być ogniwem swego rodzaju systemu wczesnego ostrzegania. Zebrane w niej teksty, powstałe w latach 2010–2017, opowiadają o miejscach, w których nasz świat się rozpada albo już się rozpadł. Próbują oświetlić pęknięcia, jak szczeliny w skale, zbadać ich głębokość i rozgałęzienia. Te pęknięcia to miejsca przewrotów i zmian, tam się zaczyna, tam rozpryskuje się to, co za chwilę obejmie także Europę i Amerykę.

Reporterskie tropy prowadzą mnie najczęściej na skraj dzisiejszych centrów władzy. Na bagna Sudanu Południowego, w doliny Afganistanu czy na pustynię blokowisk rosyjskiego Iżewska. Średniowieczni kartografowie nazywali takie okolice hic sunt dracones. „Tu są smoki”. Co nas dziś bawi. Ale bądźmy szczerzy: nie wiemy o tych miejscach wiele więcej niż wówczas. Zbadanie peryferii naszego obrazu świata pozostawiamy w znacznej części agencjom wywiadowczym, a obcość tych obrzeży ciągle jeszcze nas obezwładnia, wstrząsa posadami myślenia.

Strach przed „potworami i dziwami” może, także w XXI wieku, obalić rządy i zachwiać demokracjami. Wciąż jeszcze mało wiemy o krajach, gdzie są smoki.

Ta książka opowiada o przełomach społecznych w Afganistanie i o tym, jak wspaniała może być tam miłość, o nadziei młodych Syryjczyków, którzy na początku rewolty w 2011 roku zwoływali się co wieczór na demonstracje – nigdy w życiu nie widziałem takiej odwagi cywilnej. O magii Gór Nubijskich i podejrzeniu, że od niedawna używane są tam gazy bojowe, jak w wielu innych miejscowych konfliktach wojny w Syrii. O tragedii Mohameda Adena „Tiiceeya”, gubernatora regionu w centralnej Somalii, który chciał dobrze, a skończyło się źle. O bezimiennym rosyjskim mordercy, najgorszym seryjnym mordercy świata, nigdy nieschwytanym, który zabijał stare kobiety z czystej żądzy zabijania. Zajmowałem się tą historią przez trzy tygodnie z jednego tylko powodu. Chciałem wiedzieć, dlaczego człowiek odczuwa rozkosz, mordując. Rozkosz tak silną, że się od niej uzależnia. O codzienności Waziristanu, gdzie amerykańscy piloci zabijają za pomocą dronów, nigdy nie widząc o wiele za młodych twarzy ofiar. O trzynastu miesiącach w somalijskiej niewoli pakistańskiego kapitana Ibrahima i jego załogi. I wreszcie o Fatmacie z Sierra Leone, jednej z najdzielniejszych kobiet, jakie dane mi było spotkać. Gdy myślę o bólu w moim życiu, myślę o Fatmacie.

Kolejność tekstów nie jest ani chronologiczna, ani geograficzna. Jej logikę wyznaczają emocje. Wiedzie ona granicą bólu, z nadzieją, że jej nie przekracza, a przynajmniej nie za często.

Na końcu uliczki w Ar-Rakce, skąd we wrześniu 2017 pisałem o wojnie z Państwem Islamskim, w czteropiętrowym bloku, w pomieszczeniu przypominającym jaskinię spotkaliśmy chłopaka, może szesnastoletniego. To arabski bojownik, przymusowo zwerbowany przez Kurdów do walki z IS. Należał do małej grupy milicjantów, którzy omal nie zginęli poprzedniej nocy. Noc należy do IS, dzień do jego przeciwników. Zaczynało się zmierzchać. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, więc niewiele o nim wiem. Nie wiem nawet, czy jeszcze żyje. Ale nigdy nie zapomnę strachu w jego oczach. W tamtej chwili był to także mój strach.


Afganistan, 2012. Fot. Antonia Zennaro / Zeitenspiegel

Obietnica
Afganistan, 2011/2012

Nawet o tym nie myśl – powiedział starszy brat do Rafiego, gdy ten zdradził mu swój plan.

– Marzyciel z ciebie – dorzucił wuj, przysłuchując się jednym uchem. „Zwariowany plan małego dziecka”, pomyślał przy tym.

Matka długo patrzyła mu w oczy. Siedemnastoletni Rafi był jej najmłodszym synem.

– Chłopcze, sprowadzisz na nas wszystkich nieszczęście.

Dzień, gdy świat w Jabreel na przedmieściach Heratu w Afganistanie wyłamuje się z ustalonego porządku, to 6 lipca 2011, środa. Tego dnia Rafi Mohammed i Halima Mohammedi postanawiają zrealizować swój plan. Jest dość prosty i początkowo wydaje się możliwy do wykonania.

Siedemnastoletnia Halima, której rodzina nie zgadza się na związek z Rafim, po południu wymyka się z domu starszej siostry z ukradzioną jej komórką. Na ulicy czeka na chłopaka, o umówionej porze ma podjechać samochodem. Ale Rafi się spóźnia. Utknął w korku. Halima dzwoni do niego zdenerwowana, boi się, że wkrótce siostra odkryje jej nieobecność. Mówi o wiele za głośno, więc jej słowa docierają do ludzi wokół. To przede wszystkim młodzi rikszarze czekający na klientów. Słyszą, że dziewczyna z Jabreel chce uciec z chłopakiem, na dodatek z chłopakiem z innej dzielnicy.

Gdy Rafi wreszcie nadjeżdża, a Halima wsiada, nagle pół tuzina riksz blokuje drogę. Setki podnieconych ludzi otaczają samochód. Ręce sięgają do środka toyoty, szarpią Rafiego, drapią do krwi, chłopak się broni, ale coraz więcej rąk wpycha się do auta. Wyciągają go prosto w uliczny kurz. Jego uszy wypełniają się ciepłą krwią, słyszy okrzyki: „Powiesić ich! Zabić!”. Spada na niego grad uderzeń, kopniaków w brzuch, w żebra, w głowę. Ma złamany nos, oczy mu puchną, chłopak wije się, krzyczy. Tłum napastników blokuje skrzyżowanie. „Zabiliby ich” – powie później komendant policji w Jabreel. To jego ludzie wyrywają w końcu młodych z rąk motłochu.

Rafi i Halima szybko zostają przewiezieni na posterunek. Ale wściekły tłum nie daje za wygraną. Ściana ciał napiera na metalową bramę komisariatu. W ciągu kilku minut sytuacja wymyka się spod kontroli. Na ulicach padają strzały. Do demonstrantów dołączają przebywający na urlopach żołnierze armii afgańskiej, obrzucają posterunek granatami. Policjanci, którzy zabarykadowali się w budynku, walczą już nie tylko o życie nieszczęśliwej pary, lecz także o swoje. Gdy sytuacja jest opanowana, a Halima i Rafi są uratowani, okazuje się, że policjanci nieumyślnie zastrzelili dziewiętnastoletniego ucznia. Aresztowano dziesiątki ludzi, liczni odnieśli rany. Z ulic Jabreel unoszą się słupy dymu.

Poprzedniego wieczoru Halima pyta chłopaka przez telefon:

– Co się z nami stanie?

– Wszystko będzie dobrze. Kiedyś nam wybaczą – odpowiada Rafi.

Przygotowywali się do ucieczki prawie dwa lata, omawiali ją w długich nocnych rozmowach telefonicznych, śmiali się, płakali, dyskutowali różne warianty. Oboje mają po siedemnaście lat, on jest Tadżykiem, a więc sunnitą, ona Hazarką, szyitką. Należą do dwóch ludów zwaśnionych od dziesięcioleci. Ale odkryli coś, co odróżnia ich od niemal wszystkich krewnych, coś, czego większość Afgańczyków nigdy nie znała, a wielu obawia się jak klątwy. Miłość.

W Afganistanie nastąpił gwałtowny przełom w życiu codziennym. Coraz częściej stare wartości przestają obowiązywać. Dzięki telefonom komórkowym każdy jest dla każdego osiągalny, ponad murami z gliny. Ludzie oglądają indyjskie filmy, niesłychane sceny, w których inni ludzie całują się i czule dotykają. Dziesiątki tysięcy kobiet i mężczyzn spotykają się na uniwersytetach i w fabrykach na obrzeżach miast. Poznają się osoby, które dawniej nigdy nie mogłyby się poznać. Część młodzieży na nowo definiuje pojęcie szczęścia. Sami chcą wybierać przyszłych małżonków, zawód czy choćby sposób układania włosów.

Inni młodzi kurczowo trzymają się starych zwyczajów, za pomocą słów, kijów, noży i broni palnej strzegą tradycji.

– Jesteśmy świadkami szokującego wzrostu przemocy – skarży się Suraya Subhrang, rzeczniczka Afgańskiej Niezależnej Komisji Praw Człowieka.

W Afganistanie trwa wojna, ale nie tylko ta, o której wie cały świat, przeciw talibom. Druga, cicha wojna toczy się w rodzinach. Fronty przebiegają przez życie prywatne i rzadko są zauważane. Ta wojna dopiero się zaczęła. Nie widać jej końca.

– Nie posłuchałeś mnie – mówi brat Rafiego. Siedzą ze zwieszonymi ramionami na betonowym podwórzu więzienia w Heracie. Rafi unika jego wzroku. Patrzy w niebo nad murem, za samolotami NATO ciągną się smugi kondensacyjne. – Matka płacze co noc. Złości się na młodsze siostry za najdrobniejsze przewinienia.

Plan, który miał dać Rafiemu i Halimie wolność, zaprowadził ich za mury poprawczaka. Jest koniec października. Od chwili, gdy para została zatrzymana przez motłoch w Jabreel, upłynęły cztery miesiące. Ci sami policjanci, którzy wówczas ich uratowali, przyprowadzili ich tu w kajdankach i łańcuchach na nogach. „Złamaliście prawo” – powiedziano im. Zostali skazani z paragrafu 29 kodeksu karnego za „próbę podjęcia współżycia przedmałżeńskiego”. Od tamtego czasu mieszkają w tym samym budynku, lecz w różnych skrzydłach, dzielą ich tylko ściany. Nie widzieli się od aresztowania.

Poprzedniego dnia sąd apelacyjny w Heracie wydłużył karę więzienia dla obojga z sześciu miesięcy do roku. Przestępstwo jest wyjątkowo ciężkie, ponieważ sprawcy spotykali się potajemnie przez dwa lata.

– Myślisz, że ona już wie? – pyta Rafi brata. – Boję się, jak zareaguje.

– Najlepiej byłoby, gdybym umarła – szepce Halima. Siedzi pięćdziesiąt metrów od Rafiego, w skrzydle dla dziewcząt. Patrzy na czubki palców, ręce złożyła na kolanach. O wyroku dowiedziała się rano. – Mówią, że jesteśmy przestępcami. Ale nie jesteśmy.

W korytarzu za jej plecami rozbrzmiewają krzyki innych dziewcząt. Jest ich tu trzydzieści cztery. Wciąż wybuchają kłótnie. Stłoczone na małej przestrzeni, młode kobiety ciągną się za włosy, piszczą, biją się po twarzach, szamocą ze strażniczkami. Strażniczki wyzywają je od kurew. Większość osadzonych popełniła podobne przestępstwo. Zakochały się w niewłaściwych chłopakach.

Jest tu piętnastolatka zmuszona do małżeństwa z pięćdziesięciolatkiem, która potem zadurzyła się w równolatku. Inną ojciec przyłapał na wymianie esemesów z kolegą. Co wystarczyło sędziom, by skazać ją na rok. Chłopcy, z którymi dziewczęta utrzymywały kontakty, także zostali umieszczeni w poprawczaku, jednak pod naciskiem rodzin odżegnali się od nich. Wszyscy z wyjątkiem Rafiego. On cały czas powtarza: „Kocham ją, ale ona kocha mnie dziesięć razy bardziej”. To trzyma Halimę przy życiu.

Po raz pierwszy zobaczyli się w fabryce lodów, gdzie oboje pracowali.

„Jego oczy” – mówi ona.

„Jej poczucie humoru” – zachwyca się on.

Halima pochodzi z biednej rodziny, matka osierociła ją, gdy dziewczyna miała siedem lat. To nieszczęście łączy ją z Rafim. Jego ojciec został zamordowany osiem lat temu, chłopiec nie miał jeszcze dziesięciu. Ojciec Halimy ożenił się powtórnie, ale jego nowa żona nie lubiła pasierbicy. Ciągle się kłóciły. Praca w fabryce była dla dziewczyny prawdziwym wybawieniem, pozwoliła swobodnie odetchnąć. Wielu właścicieli fabryk w Heracie ceni zatrudniane kobiety i dzieci, bo za tak niską płacę nie są w stanie znaleźć wystarczającej liczby mężczyzn. Herat jest miastem przemysłowym. Hale produkcyjne ciągną się z przedmieść daleko w pustynię. Składa się tu motocykle i traktory, napełnia butelki sokiem i supercolą.

– Lubiłam pracować – mówi Halima.

 

W którymś momencie, po wymianie wielu spojrzeń i potajemnych uśmiechów, odważyła się na decydujący krok. Niepostrzeżenie wetknęła Rafiemu kartkę ze swoim numerem telefonu.

Dni w zakładzie poprawczym wypełnia otoczone murami nic. Programowa pustka. Według dyrekcji wobec młodocianych nie wyciągnięto wystarczających konsekwencji. „Musimy surowiej karać niemoralność, w przeciwnym razie wciąż będą to robić”. Nic otacza Halimę, gdziekolwiek spojrzy. Ściany są nagie. Jedyne meble w jej skrzydle, metalowe regały na korytarzu, są puste. Telewizor w świetlicy nie działa.

Stara strażniczka Jontab budzi dziewczyny codziennie o czwartej rano. Łomoce w drzwi. Zmusza do wczesnego rozpoczęcia dnia, żeby jeszcze mocniej odczuły monotonię. Po pobudce przez wiele godzin nie ma co robić, modlitwa, bezczynność, byleby tylko nie zasnąć, bo Jontab rzuca wtedy w delikwentkę pękiem kluczy. O ósmej rozdzielane jest śniadanie, chleb i łyżka cukru. Latem miały lekcje, ale dyrekcji skończyły się pieniądze. Z sześciu klas została tylko jedna, nauczyciel przerabia materiał pierwszej klasy szkoły podstawowej. Halima, która jako jedyna w rodzinie umie czytać i pisać, przed umieszczeniem w więzieniu chodziła do siódmej klasy. Ale jest szczęśliwa, że są te lekcje. Zawsze to coś, czym można zapełnić nic.

– Co powiedziała? – pyta nerwowo Rafi w skrzydle dla chłopców. Nie rozmawiał z nią od czterech miesięcy. Nie wolno, dyrekcja twierdzi, że to wbrew prawu. Macha nerwowo nogami. – Kocha mnie jeszcze? Nie wyparła się mnie? – Rany na jego twarzy zagoiły się. Pod nosem rośnie szeroki na palec puszek. Rafi odzywa się krótkimi, rwanymi zdaniami, czasem ze zdenerwowania połyka słowa. – Jesteśmy czyści jak mleko naszych matek.

Gdy zaczęli wysyłać sobie esemesy, poczuli się parą. Godzinami rozmawiali szeptem przez telefon. Na początku chichotali, wygłupiali się, potem pogaduszki stały się poważniejsze. Rozmawiali tak, jak nigdy wcześniej żadne z nich nie rozmawiało z nikim. Dzielili się problemami. Halima skarżyła się, jak bardzo cierpi z powodu macochy, która traktuje ją jak dziecko, choć jest niewiele starsza. Rafi opowiadał o wuju, który troszczył się o niego od śmierci ojca. Dobrze chciał, ale nie traktował go poważnie, nazywał maminsynkiem. Chłopak martwił się, że jest w cieniu starszych braci. Że jest do nich porównywany. Wuj oczekiwał, że będzie postępował tak jak oni.

Spotykali się co kilka tygodni na godzinę, dwie, najczęściej w parku w Heracie. Towarzyszył im kuzyn Rafiego, żeby nie zwracali uwagi. W tym parku któregoś dnia Halima położyła Rafiemu rękę na ramieniu. Była ciepła i lekka jak piórko. Do dziś wspomina tamten dotyk. Jedyny w czasie ich ponaddwuletniej znajomości. Nigdy się nie pocałowali. Nigdy nie doszło między nimi do czegoś poważniejszego, to potwierdził nawet sąd.

Po aresztowaniu policjanci zawieźli Halimę do szpitala, gdzie zmuszono ją do poddania się badaniu ginekologicznemu. Lekarz dwoma palcami rozsunął jej wargi sromowe, sprawdził, czy błona dziewicza jest nienaruszona, naciskał na ścianki waginy, żeby sprawdzić elastyczność mięśni. To relacja pracownicy sądu. Podobne badania traktowane są na świecie jako naruszenie godności. W afgańskim systemie prawnym to wciąż codzienność. Halima i Rafi mieli szczęście, że lekarz poświadczył jej dziewictwo. W przypadku innej diagnozy sąd prawdopodobnie podwyższyłby karę do pięciu lat więzienia.

W historii Halimy i Rafiego tyle samo jest szczęścia, co nieszczęścia. Największym szczęściem jest Jamila Khisrawi, adwokatka Halimy. Ma dwadzieścia siedem lat, należy do nowego pokolenia pewnych siebie prawniczek.

– Trzy lata temu sędziowie jeszcze na mnie krzyczeli, wyrzucali z sali obrad. – Śmieje się w charakterystyczny sposób, bezgłośnie. – Mówili: jako kobieta jesteś zbyt emocjonalna jak na ten zawód.

Ale Khisrawi i trzy jej koleżanki w końcu wypracowały sobie uznanie sądów. Zatrudnia je Medica Mondiale, niemiecka organizacja wspierająca prawa kobiet.

Biuro prawniczki znajduje się w centrum Heratu, ale jest anonimowe, na drzwiach nie ma tabliczki.

– Bez przerwy dostajemy groźby, śmierci też – wyjaśnia.

Adwokatki nigdy same nie wychodzą na ulicę, zawsze są w stałym kontakcie telefonicznym. Siedemdziesiąt procent ich klientek trafia przed sąd z powodu moral crimes, przestępstw przeciwko obyczajności. A to prowadzi ich obrończynie w głąb ciemnego serca Afganistanu.

Khisrawi ma coraz więcej spraw, liczba procesów przed sądami rodzinnymi podwoiła się w ciągu ostatniego roku. Reprezentuje dziewczęta, które zostały wydane za mąż jako dzieci, a po paru latach zakochały się w rówieśnikach i z nimi uciekły. Sądy skazują je na dwa, trzy lata więzienia za zdradę małżeńską. Broni kobiet, które zostały uprowadzone, były miesiącami gwałcone, a później zostały skazane na wieloletnie więzienie, znów za zdradę. Rzadko się zdarza, że przed sądem staje oprawca, skarży się, prawie zawsze jest to kobieta, która uciekła od męża. Mężczyźni unikają aresztowania, bo wiedzą, jak przekupić policjantów, w przeciwieństwie do zamkniętych w domach kobiet.

Jamila Khisrawi studiowała prawo wbrew woli rodziny, została adwokatką, nie zważając na liczne głosy sprzeciwu.

– Czasem już nie wiem, co robić – mówi. Pewna kobieta dzwoniła do niej przez wiele dni. Mąż zamykał ją w pokoju. Groził śmiercią. – Ostatnim razem powiedziała nagle, że słyszy jego kroki. Odłożyła słuchawkę. Od tamtej pory się nie odezwała. – Khisrawi nie mogła jej pomóc. Dom, w którym była przetrzymywana, stoi poza Heratem, na terenie kontrolowanym przez talibów. Nie może tam pojechać. – Myślę, że ją zabił.

Jest singielką.

– Niełatwo znaleźć w Heracie mężczyznę, który weźmie za żonę kobietę uprawiającą mój zawód – twierdzi.

Przez całą jesień adwokatki Halimy rozpaczliwie szukają sposobu, by uchronić ją przed najgorszym. By ocalić jej życie. Ojciec wielokrotnie ogłaszał publicznie, że zabije dziewczynę, gdy tylko zostanie zwolniona z więzienia. „Zbrukała rodzinę – powtarzał. – Odebrała mi honor”. Wierzy, że tylko śmierć córki może przywrócić rodzinie dobrą reputację.

Afgańskie społeczeństwo działa jak stary zegar, konstruowany przez wiele stuleci, o delikatnej mechanice. Społeczne zasady w tym kraju to system wielu mniejszych i większych kółek, które zazębiają się finezyjnie, w precyzyjnej kolejności, ale przestały działać. Zwłaszcza w miastach. Mechanizm się zacina, odkąd wielu młodych odrzuciło zasady, elementy blokują się wzajemnie i idą w rozsypkę. Społeczeństwo trzeszczy w posadach, stęka i ciąży mu to bardziej niż walki talibów z siłami rządowymi.

Podczas gdy w więzieniu Saliha, psycholożka z Medica Mondiale, masuje ramiona dziewczyny, powtarza z nią ćwiczenia oddechowe, rozluźnia, płacze z nią, robi wszystko, żeby tylko wytrwała i nie popełniła samobójstwa, adwokatka chwyta się jedynego możliwego rozwiązania: małżeństwo, ślub z Rafim. Niezamężna, Halima zakończyłaby życie w domu dla samotnych kobiet albo jako prostytutka. Prawie cała rodzina się od niej odwróciła z obawy przed ojcem, siostrom mężowie zabronili z nią rozmawiać.

Po wielu rozmowach telefonicznych Khisrawi udało się wreszcie przekonać ojca do spotkania. Umawiają się trzy razy, trzy razy mężczyzna nie przychodzi. Stawia się dopiero za czwartym. Adwokatka spotyka się z nim w bezpiecznym miejscu, nie w biurze, żeby potem nie mógł się na nią zasadzić. Zaprasza go do „centrum mediacji”, tak obrończynie praw kobiet nazywają obwieszoną wyblakłymi plakatami uświadamiającymi salę konferencyjną w jednym z budynków rządowych.

– Nie mogę zaakceptować tego związku – oświadcza ojciec Halimy. – Odebrał mi honor. Stałem się pośmiewiskiem całej rodziny.

– To nieprawda – oponuje Khisrawi. – Halima i Rafi nie uprawiali seksu, właśnie przez wzgląd na twój honor.

Mężczyzna niechętnie kręci głową, zaciska powieki, najwyraźniej wszystkimi siłami powstrzymuje się, by nie wstać i nie wyjść.

W tej rozmowie życie dziewczyny zależy od każdej sylaby. Raz Khisrawi ma wrażenie, że ojciec chce ją ochronić. Wykazuje zrozumienie. A za chwilę dochodzi do przekonania, że jej klientka jest już martwa.

– Powinna mi była powiedzieć.

– Bała się.

– Ten chłopak jest sunnitą, my, Hazarowie, jesteśmy szyitami. Zmuszą moją córkę, żeby przyjęła ich obrzędy.

– Znam szczęśliwe małżeństwa między szyitami i sunnitami w mojej własnej rodzinie – walczy niezmordowanie Khisrawi. – Jeśli twoja córka się przez ciebie zabije, zostaniesz oskarżony o morderstwo.

Całe Jabreel na niego patrzy, tłumaczy ojciec. Naciski z zewnątrz są niewyobrażalne. Nieposłuszeństwo Halimy sprawiło, że całą rodzinę traktują jak wyrzutków. Budowany przez kilka pokoleń szacunek, pozycja społeczna znikły wraz z próbą ucieczki córki. Po dwóch kolejnych spotkaniach adwokatkom udaje się pod koniec jesieni uzyskać zgodę ojca na ślub.

– Musimy to jakoś zakończyć – mówi mężczyzna podczas ostatniego zebrania.

– Nie wierz mu – przestrzega Halima, gdy Khisrawi spotyka się z nią w celi. – Często zmienia zdanie. Nie dotrzymuje słowa.

Małżeństwo Halimy i Rafiego połączyłoby dwóch zapiekłych wrogów. W Heracie Hazarowie, do których należy rodzina dziewczyny, lud pochodzenia mongolskiego, znajdują się w krytycznym położeniu. Zasiedziali tu Tadżykowie, czyli także rodzina Rafiego, podejrzliwie patrzą na pozbawionych środków do życia imigrantów. Hazarowie według nich nie są prawdziwymi muzułmanami, tylko niewiernymi, którzy sprowadzili do Heratu prostytucję i grzech. To najbardziej upokorzony lud Afganistanu, ich niegdyś niezależne państwo Hazarajad zostało przed stu laty podzielone między Tadżyków a Pasztunów. Pod panowaniem talibów Tadżycy znów zaczęli ich zwalczać. W Heracie wrogowie mieszkają obok siebie na niewielkiej przestrzeni, skuszeni pracą i relatywnym pokojem.

Trzystutysięczny Herat to miasto w permanentnym stanie surowym, kurzy się, paruje, wszędzie rusztowania, góry czerwonej cegły, prętów zbrojeniowych, rozkwit, wszystko poza kontrolą, wszystko nowe, ale już w rozkładzie, natychmiast zaczyna kruszeć. Brakuje równowagi. Także w ludzkich duszach. Nigdzie tyle kobiet nie decyduje się na krok ostateczny – samospalenie. W samym tylko 2011 roku było ich siedemdziesiąt pięć. Nigdzie w Afganistanie urzędy nie odnotowują tylu rozwodów. Przemysł kidnaperski kwitnie. Spośród wszystkich afgańskich miast to tu najwyraźniej widać burzliwe ścieranie się tradycji z nowoczesnością.

Za murami poprawczaka zima, wkrótce okaże się najsurowszą od dziesięcioleci. W fugach osadza się szron, radio donosi o dwucyfrowych temperaturach na minusie. W grudniu Halima tnie brzytwą ręce. Koleżanka donosi o tym psycholożce Salisze, która odwiedza kobiety dwa razy w tygodniu.