Schodów się nie paliTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Siedem razy siedem

Schodów się nie pali

Znalazł się człowiek

Pierwsze czereśnie

Outside

Czekam pod adresem: Berlin

Narzeczona

Mówię ci, tam była enklawa tajemna

Nieobecność

Przez pragnienie

Bracia i siostry

Przypis

Przypisy

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, JACEK BŁACH

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Wojciech Tochman

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie czwarte

ISBN 978-83-08-06761-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Siedem razy siedem

Powiedzą wam o miejscach, gdzie jest dużo bogów. Powiedzą wam o miejscach podziemnego ognia. Mądrze przyzwyczaić się do myśli, że nie ma odpoczynku ani końca. Jest nieskończoność[1].

Tak mówią księgi.

1

Wanda Rutkiewicz od siedmiu lat nie mieszka w Warszawie. Wiosną 1992 roku poszła na Kanczendzongę. Do jej dwóch pokoi na dziesiątym piętrze wieżowca przy ulicy Sobieskiego wprowadziła się wtedy matka, Maria Błaszkiewicz. Zawsze tak robiła, gdy córka szła w góry: przyjeżdżała z Wrocławia pilnować dobytku i czekać. Podobno nigdy nie mówiła: – Wandziu, zostań! Prosiła jedynie: – Uważaj.

Według matki ta wyprawa była ważniejsza od wszystkich innych wypraw Wandy. I obie były tego świadome, nim się rozstały.

Od siedmiu lat Maria Błaszkiewicz nie chce wrócić do syna, do Wrocławia. Mieszka samotnie. Czeka. Ale już brakuje jej sił, by wyjść po zakupy. Kilka razy w tygodniu robią je przyjaciółki córki (na drzwiach widzą wizytówkę, tę samą od lat – Rutkiewicz). Zawsze 4 lutego wpadają na urodziny Wandy, 23 czerwca – na imieniny. Przynoszą kwiaty, wino. Maria Błaszkiewicz parzy kawę, stawia na stole ciastka. Na swą uroczystość solenizantka patrzy z wielu fotografii, uśmiecha się. Przyjaciółki jedzą truskawki, mówią o pogodzie, matka o Wandzie: – Wróci. Ja czuję więcej i wiem więcej. Moja wiedza jest darem niebios.

Kto powiedział, że Wanda Rutkiewicz nie żyje – ten nie ma wstępu do mieszkania przy Sobieskiego. Kto próbował czcić jej pamięć – ten usłyszał od Marii Błaszkiewicz wiele nieprzyjemnych słów. Na przykład znajomi, którzy kilka lat temu założyli komitet. Na jego przewodniczącego wybrano himalaistę Andrzeja Zawadę. Komitet miał dbać o to, by Wandy nie zapomniano: świętować rocznice (jej wejścia na Everest i inne), nazywać jej imieniem szkoły i ulice, organizować przeglądy jej filmów. Na trzecie zebranie komitetu przyjechała Maria Błaszkiewicz i rozpędziła je. – Podjęliśmy wtedy uchwałę – mówi Andrzej Zawada – że do czasu naturalnego rozwiązania sprawy nasza grupa zawiesza działalność.

Spośród tych, którzy twierdzą, że Wanda nie żyje, tylko Michał Błaszkiewicz ma prawo wejść do mieszkania przy Sobieskiego. Raz w miesiącu przyjeżdża z Wrocławia i namawia matkę, by wróciła do domu. Wie, że matka ma do niego żal, bo wniósł sprawę o uznanie siostry za zmarłą. Sędzia wzywał zaginioną Wandę Halinę Rutkiewicz, aby w terminie czterech miesięcy od ukazania się ogłoszenia zgłosiła się do sądu. Pomimo że Wanda nie przyszła, sprawa trwała aż trzy lata. Przedłużała ją Maria Błaszkiewicz. Zgłaszała coraz to nowe wątpliwości, pytania: czy można wykluczyć, że Wanda miała sobie tylko wiadome zamiary i niepostrzeżona przez uczestników wyprawy zeszła ze szczytu, na przykład na drugą stronę góry? Dlaczego, gdy tylko stracili z nią kontakt, natychmiast nie podjęto poszukiwań? Czy ktoś widział moment, kiedy moja córka, Wanda Rutkiewicz, rzekomo zginęła? Czy ktokolwiek z uczestników ekspedycji widział ciało Wandy?

Nikt nie widział. Ciała nie odnalazły kolejne wyprawy, które potem szły w górę północną ścianą Kanczendzongi.

Michał Błaszkiewicz chciałby, by ktoś wreszcie je znalazł.

– Wolałbym mieć pewność.

– Po co? Chce zobaczyć zdjęcia? – pyta przyjaciółka Wandy. – Pewną polską alpinistkę znaleziono po roku. Zrobiono zdjęcia. Wywołano. Zniszczono je. Więc wolałabym, by nikt nigdy nie zobaczył Wandy.

Według matki: zobaczymy ją żywą. Może już niedługo.

Maria Błaszkiewicz (drobna, krucha, uprzejma) niechętnie wyjaśnia, skąd ma tę pewność. Obawia się, że nie będzie dobrze zrozumiana. Zaczyna mówić i zaraz urywa zdanie. Patrzy daleko, choć siedzi tyłem do okna (z okna widać budynki stacji TVN i kominy elektrociepłowni Siekierki). A wie więcej niż my, do tego się przyznaje. I nie jest to jedynie ta wiedza, jaką posiadają ludzie starzy. Jej córka również podobno wiedziała więcej. Była świadoma, że Kanczendzonga jest szczególnym miejscem na ziemi. Najważniejszym. Centralnym.

My wiemy niewiele: z legend, podań ludowych, zapisków etnografów, relacji podróżników i opowiadań himalaistów. W języku Tybetańczyków kang znaczy śnieg, chen – wielki, dzod – skarbnica, nga – pięć. Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem: Kanczendzonga. Kryje sól, złoto i turkusy, święte księgi, oręż, cudowne leki. Tak twierdzą ci, którzy mieszkają w zielonych dolinach Sikkimu.

Trzecia góra Ziemi. Jej masyw to kilka wiecznie zaśnieżonych ośmiotysięcznych wierzchołków. Najwyższy z nich – 8598 metrów. Tędy biegnie granica Nepalu z Sikkimem (stan Indii). Widać stąd, jeśli świeci słońce, dalekie szczyty Everestu, Lhotse, Makalu.

Wielu usiłowało tu wejść (pierwsza wyprawa – 1905). Mimo strachu przed mrozem, monsunem, brakiem tlenu i lawinami. Próbowali pokonać kopny śnieg, rozległe pola lodowców, lodowe rynny i szczeliny, zalodzone kominy. Wielu ciał nigdy nie odnaleziono.

Dotarli nieliczni (pierwsi Anglicy – 1955). Ale na sam szczyt nie weszli, zatrzymali się dwa metry przed nim. Tak samo ci, którym udało się tu być wiele lat później. Podobno nikt (zgodnie z prośbą tutejszych władz) nie odważył się naruszyć spokoju bogów władających Świętą Górą. Bogowie – choć niżej szaleją wiatry – mieszkają w zupełnej ciszy.

Według Marii Błaszkiewicz: Wanda wróci być może już 12 maja tego roku. Wtedy minie siedem lat od chwili, gdy pod Kanczendzongą widziano ją po raz ostatni. Bo w cyfrze siedem jest cała tajemnica.

2

Od Marii Błaszkiewicz (z domu Pietkun) wiemy, że urodziła się na Żmudzi przed niemal dziewięćdziesięciu laty. Tam studiowała historię starożytną, a potem pracowała w Archiwum Centralnym w Kownie. Wyszła za mąż za inżyniera, którego wojna przygnała na Litwę aż z Łańcuta. W Płungianach (był to majątek książąt Ogińskich) urodziła Jureczka (1941) i Wandę (1943). Po wojnie jechali do Łańcuta aż miesiąc, do teściów. Tam urodziła Ninę (która dziś mieszka w Niemczech). Niedługo potem z Łańcuta ruszyli do zniszczonego Wrocławia, gdzie inżynier Zbigniew Błaszkiewicz znalazł zatrudnienie na politechnice i ruderę przy ulicy Dicksteina, na obrzeżach parku Szczytnickiego. Wiosną 1948 roku Jureczek był już uczniem pierwszej klasy. W Wielkanoc w okolicznych domach posypały się szyby. Mina rozerwała trzech chłopców. Wśród nich Jureczka. Wanda ocalała, bo chłopcy nie chcieli bawić się z młodszą dziewczynką.

Ponad rok później Maria Błaszkiewicz urodziła Michała, który mówi dzisiaj: – Byłem zamiast Jureczka.

O wrocławskim domu Błaszkiewiczów wiemy więcej z książek. Stoją do dziś na półce w mieszkaniu przy ulicy Sobieskiego, tuż obok posążków Buddy i zdjęcia Kanczendzongi. Maria Błaszkiewicz czasem je przegląda.

W książkach Wanda wiele mówiła o domu, w którym nic nie było oczywiste, pewne. Nawet ściany.

Ojciec, inżynier sanitarny, był wynalazcą, posiadaczem aż siedmiu patentów w zakresie biologicznego oczyszczania ścieków. To on pokazał Wandzie góry. Cichy, spokojny, kulturalny.

Samotnik, coraz bardziej nieufny. Wszystkich podejrzewał o nieuczciwość. W domu – nędza, bo mało zarabiał. Na szczęście w piwnicy mieszkała koza, która dawała mleko. Wanda pasła ją w parku Szczytnickim. Ojciec chciał, by żona pracowała. Żonie starczało czasu i energii tylko na dom. Finanse – zdaniem Wandy – nie mogły być jedyną przyczyną nieudanego związku rodziców. Było coś jeszcze, o czym dzieci nie wiedziały. Może chodziło o ten świat matki, do którego nikt nie miał wstępu: o dziwne księgi w kredensie.

 

Mama nie radziła sobie z domem. Wanda, gdy miała cztery lata, sama robiła zakupy: – Nie było wyjścia, nie było ucieczki – mówiła[2].

Od najmłodszych lat broniła swej niezależności: – Opiekowanie się młodszą siostrą było dla mnie ograniczeniem wolności. Okropnie nie lubiłam, gdy chciała gdzieś ze mną pójść. Mniej przeszkadzało mi zajmowanie się młodszym bratem, nawet gdy narobił w majtki, a ja musiałam zrobić z tym porządek. Ale on nie próbował wkraczać w moje życie.

Ojciec wreszcie wyprowadził się z domu, ale do końca zachował pokój na pierwszym piętrze. Przychodził dzień przed Wigilią, zamykał się tam i czekał, aż dzieci zaproszą go na wieczerzę.

Sumiennie płacił alimenty. – Życiem rodzinnym sterują bardzo dobrze określone reguły – mówiła Wanda. – Wzajemne świadczenia wobec siebie, solidarność, lojalność. Tak było i jest między nami. Akceptowaliśmy się wzajemnie.

Zdała na politechnikę. Dorabiała, ale w grudniu i tak chodziła bez rajstop. Wszystkie pieniądze zaraz oddawała matce. Być może wtedy postanowiła, że nie będzie taką kobietą jak ona: ciepłą, miękką, delikatną. Nigdy się nie da porzucić żadnemu mężczyźnie. Ona będzie porzucać. Zaimponuje ojcu, pokaże mu, kogo opuścił: silną i mądrą Wandę.

I taka była do końca – według tych, którzy ją znali: nienormalnie ambitna, konsekwentna, zdeterminowana, perfekcyjna, wymagająca, chłodna, wycofana. To ona porzuciła najpierw pierwszego, potem drugiego męża. Nie miała dzieci. – Nie chciałam rezygnować z gór, wybrałam samotność – mówiła wiele lat później. Odważna i bezwzględna – obawiała się piwnic i pustych dużych mieszkań. Bała się ludzi – przyznawała się do tego. Wszystkich trzymała na dystans. Emocje – pod kontrolą. Nigdy na luzie, żadnych reakcji na pokaz, żadnej łzy. Żadnych powitań cmoknięciem w policzek, nawet z bliskimi. Nie należała do świata tych kobiet, w którym codzienność to mężowie, dzieci, obiady. Żadnych ploteczek, żadnego gadania bez potrzeby. – Nie cieszyła się ludźmi – mówią przyjaciółki. – Raczej tym, co może im pokazać, zademonstrować, udowodnić.

Konflikt ją motywował. Krytyka – dopingowała. Klęska – mobilizowała. Sukces – dobrze, jeśli był, bo lubiła być gwiazdą. Potrzebowała ciągłej akceptacji. Rzadko dawała się wyprowadzić z równowagi (wtedy rzucała kurwami). Zdenerwowana (a denerwowała się często), mówiła zwykle spokojnym stalowym tonem: – Będzie tak i tak. Koniec dyskusji.

Ale widziana pierwszy raz, mogła sprawiać wrażenie cichej, delikatnej, ugodowej, uroczej. Była piękną kobietą, która pytała: – Czy ktoś raz na zawsze ustalił, że konsekwencja, zdecydowanie, precyzja i parę innych cech są przypisane wyłącznie mężczyznom?

Dyplom inżyniera elektronika obroniła, gdy miała dwadzieścia jeden lat. Podjęła pracę w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych. Wtedy kupiła sobie najmodniejsze szpilki: z metalowymi obcasami. Wzięła kredyt na wykupienie domu, który wciąż nie był własnością rodziny. Nieremontowany od wojny – walił się. Pieniądze z banku włożyła do małej torebki.

Gdy zbliżała się do ulicy Dicksteina, jakiś mężczyzna wyrwał jej torebkę. Wanda zdjęła szpilki, chwyciła je. Pędziła za złodziejem między drzewami w parku Szczytnickim, doganiała go: – Zabiję cię, ty skurwysynu, moimi nowymi butami!

Mężczyzna upuścił torebkę, dom był ocalony.

Ratowała go z bratem, sami odlewali belki stropowe: – Remont pomógł nam psychicznie, uniezależnił nas od ojca.

Kochała ojca, o nic nie miała do niego pretensji (raczej do matki). Zamordowano go w roku 1972. W Łańcucie, w jego własnym domu. – Cztery dorosłe osoby mordowały mojego ojca – opowiadała. – Tym, co było pod ręką, czyli siekierą i nożami. Zakopali go płytko w ogrodzie.

Natychmiast pojechała do Łańcuta. To ona zidentyfikowała zmasakrowane ciało: – Oglądałam krew na ścianach. Byłam oskarżycielem posiłkowym na procesie. Wielokrotnie słyszałam wtedy krzyk ojca: Jezus Maria! Co robicie?!

Według relacji Michała Błaszkiewicza matka przez wiele lat jeździła z Wrocławia do Łańcuta na grób byłego męża. Zapomniała o grobie Jureczka: – U nas w domu wcale się o Jureczku nie mówiło. Mama go wymazała. Ja, choć byłem zamiast niego, miałem o to do niej pretensję. Na miłość mamy trzeba było zapracować. Wanda była dla niej najważniejsza, bo zapracowała najlepiej.

3

Maria Błaszkiewicz była szczęśliwa i dumna, gdy o córce mówiono: najwybitniejsza himalaistka świata. To jej córka była trzecią kobietą na Mount Evereście (1978), pierwszą na szczycie K2 (1986). Żaden Polak przed Wandą nie zdobył tych dwóch najwyższych gór świata. Była wybitna – jak żadna inna kobieta stanęła na sześciu ośmiotysięcznikach. – Nie jest to zbyt wiele – mówiła Wanda – jak na ambicje kogoś, kto chciałby wejść na wszystkie.

Bo ośmiotysięczników jest na Ziemi czternaście. Korona Himalajów. Zdobyli ją już Reinhold Messner i Jerzy Kukuczka. – Ja nie będę trzecia po Messnerze i Kukuczce – zapowiedziała wybitna himalaistka. – Ja będę pierwszą, która osiągnie coś nowego. Pójdę własną drogą.

Własną drogę nazwała karawaną do marzeń. Wymyśliła ją, bo zbliżała się do pięćdziesiątki. – Nie zamierzam czekać do sześćdziesiątki – zastrzegała. Postanowiła wejść w ciągu roku na osiem ośmiotysięczników. Mówiła o tym w mediach. Lubiła udzielać wywiadów, dobrze czuła się przed kamerami. Szukała sponsorów. Tłumaczyła, że nie chce tracić czasu i sił na wielomiesięczne organizowanie kolejnych wypraw. Będzie dołączała się do tych, które już w górach działają – mają założoną bazę i niższe obozy. W ten sposób nie straci aklimatyzacji, którą osiąga się tygodniami. Po zdobyciu jednego szczytu zaatakuje następny i następny.

Zapowiedziała, że pierwsza będzie Kanczendzonga. Później: Broad Peak, Czo Oju, Dhaulagiri, Annapurna, Manaslu, Makalu, Lhotse. Będzie miała Koronę.

Niektórzy przyjaciele mówili: – Nie idź, nie dasz rady, jesteś coraz słabsza, masz chorą nogę. To karawana nie po marzenia, a po śmierć.

4

Wanda wiele opowiadała o śmierci. Ale nie w domu: – O pewnych rzeczach mogę mówić z ludźmi obcymi, nigdy z bliskimi.

Dlatego Michał Błaszkiewicz uważa, że dorosłe życie siostry zna przede wszystkim z książek. W książkach – śmierć na co drugiej stronie. Ktoś policzył, że góry zabrały Wandzie blisko czterdziestkę przyjaciół i znajomych. Między innymi: Jerzego Biedermana, Wojciecha Biedermana, Krystynę Lipczyńską, Macieja Pogorzelskiego (Bąbla), Halinę Krüger-Syrokomską, Barbarę Kozłowską, Tadeusza Piotrowskiego, Liliane i Maurice’a Barrardów, Wojciecha Wróża, Dobrosławę Miodowicz-Wolf (Mrówkę), Jerzego Kukuczkę, Kurta Lyncke-Krügera. Kurt, neurochirurg z Berlina, był dla Wandy kimś ważnym. W roku 1990 szli razem na Broad Peak, w pobliżu K2. Kurt pośliznął się na stromym lodzie. Widziała, jak spada. Jego ciało zostało na pięciu tysiącach metrów. Przerwała zdobywanie góry. Jeden jedyny raz, choć śmierć zdarzała się na wielu wcześniejszych wyprawach. – Za jakiś czas wrócę w góry – zapowiadała. – Góry to moja codzienność.

O śmierci w górach Wanda mówiła bez ceregieli:

– Ze śniegu sterczała sczerniała ludzka dłoń.

– Umierały, zamarzając po kolei.

– Wpadł do szczeliny. To działo się prawie na oczach nas wszystkich. Przez radiotelefon słyszeliśmy jego głos. Mówił, że umiera. Pamiętam rozpaczliwy krzyk żony, która w bazie czekała na jego powrót.

– Nie mogłam się przemóc, by zrobić coś z tym kłębem ubrania i ciała. Musiał spaść z wysoka.

– Zbiegłam stokiem śnieżnym w stronę różowoczerwonej rynny wyżłobionej spadającym ciałem. Z trudem patrzyłam na to, co zostało z człowieka. Ciało powyginane w różnych kierunkach, nogi i ręce pod nieprawdopodobnym kątem. Najgorsza była twarz – wyraźna, rozpoznawalna, choć z tyłu głowy niewiele pozostało.

– Taki lot po skałach i lodzie rozbiera człowieka. Jego ciało jest zupełnie nagie.

– Nie mogłam pogodzić się z myślą, że ona może tam zostać, leżeć na drodze, po której będą chodzić inni. Że rozdziobią ją ptaki.

– Czy to, że nie przestaję się wspinać, oznacza, że nie przeżywam ich śmierci? A gdybym przestała, czy to by cokolwiek zmieniło?

– Co dziesiąty, co dwudziesty alpinista ginie. Ale ja nie zrezygnuję. Mogę się tylko modlić, by czas mojej próby w górach nie nadszedł.

– Góry wysokie to droga szybkiego ruchu. Widzisz wypadek, to patrzysz, czy możesz pomóc. Jeśli nie – jedziesz dalej. Tam nikt nikogo nie weźmie na plecy i nie zniesie na dół.

– Niosłam kiedyś na plecach ciało koleżanki, nieżywej od czterech lat. Utopiła się w lodowcowym potoku. Wtedy nie mogliśmy jej pochować. Wyciągnęliśmy ją z wody i pogrzebaliśmy prowizorycznie w pobliżu bazy. Wyrąbaliśmy w lodzie płytki grób, który przykryliśmy kamieniami. Morena lodowca jest jednak kiepskim miejscem na grób. Lodowiec żyje, porusza się, słońce wytapia lód. Chciałam powrócić w to miejsce za rok i pochować ją. Ale wtedy doszło do zbyt wielu tragedii pod K2, żeby znaleźć kogoś do pomocy. I dopiero trzy lata później postanowiłam w końcu oddać koleżance ostatnią przysługę. Znalazłam wspaniałych ludzi w bazie pod K2, którzy mi pomogli. We trójkę poszliśmy do odległego o półtorej godziny miejsca, gdzie był jej grób. Były to rozsypane kamienie, pod którymi leżało ludzkie ciało. Dopiero teraz zaczęło gnić, roiło się od robaków, śmierdziało okropnie. Wcześniej, gdy spoczywało głębiej w lodzie, było zakonserwowane. Nieśliśmy na zmianę olbrzymi plecak do cmentarzyska u stóp K2. I muszę przyznać, że tak mi ulżyło jak nigdy w życiu.

– Zawsze to była czyjaś śmierć, nie moja. Czyjaś śmierć jest zawsze czyjaś, nadal nie wierzy się w swoją własną.

I Maria Błaszkiewicz nie wierzy, by śmierć mogła zabrać jej córkę: – Z Wandą wszystko w porządku. Ona wie, że ja o tym wiem. Zawsze miałyśmy świetny kontakt. Nie raz, nie dwa Wanda bywała w niebezpieczeństwie. I ja zaraz dostawałam od niej sygnał: oho! niedobrze! A teraz, od wiosny 1992 roku, żadnego sygnału.

5

Wiosną 1992 roku Maria Błaszkiewicz przywiozła do Warszawy swoje dziwne księgi. Przyjechała z Wrocławia, by pożegnać się z córką i zaopiekować jej mieszkaniem. Opowiada, że było to inne pożegnanie. Nie takie jak zawsze, gdy ręką kreśliła krzyżyk na czole Wandy, a potem ją przytulała (mimo swych dziwnych ksiąg Maria Błaszkiewicz jest katoliczką). Tym razem córka nie chciała ani krzyżyka, ani uścisków.

Może była zła, często złościła się na matkę. Przyjaciele mówią: warczała. Bo to był trudny, silny związek. Matka ją osaczała, próbowała rozmiękczać, przytulać. Wanda uciekała, oddalała się od niej. Irytowała się, bo matka wciąż była taka sama: rozkojarzona, nieskuteczna. – Nie miałyśmy ze sobą wiele wspólnego – mówiła Wanda. A innym razem: – Dla mnie matka jest najważniejsza na świecie.

Dla matki Wanda była nadzieją. Wypełniała przykazania zawarte w księgach. Dziwne księgi Marii Błaszkiewicz nakazują żyć uczciwie i dążyć do doskonałości. Wanda dążyła: szła coraz dalej, wyżej, trudniej. W 1982 roku – po złamaniu nogi – do bazy pod K2 doszła o kulach. Owszem, zdarzało się, że zawracała. Jak wiosną 1991 roku, gdy szła południową ścianą Kanczendzongi (pierwszy cel karawany do marzeń). Znowu były trupy (kłęby ciała i ubrania), trzeba było schodzić bez sukcesu. W bazie długo rzucała kamieniami. Płakała – tak chciała być na tym świętym szczycie.

– Jaki pejzaż – mówiła – jak pięknie. Mogłabym tu zostać.

Udało się kilka miesięcy później – stanęła na dwóch kolejnych ośmiotysięcznikach: Czo Oju i Annapurnie (samotnie, z trudem, z bolącą nogą, na środkach przeciwbólowych). Do Korony jeszcze sześć gór.

Dziwne księgi Marii Błaszkiewicz mówią, że człowiek może być doskonały. Kto żyje moralnie, kto dobrze pracuje, kto jest świadomy siebie, kto jest w tym wytrwały – czuje presję dążenia do doskonałości. Osiąga coraz wyższy poziom energii ognistej (zwanej także kosmiczną). Myli się ten, kto sądzi, że pojmie to rozumem. Nie rozum, lecz serce jest źródłem poznania. W sercu rozwija się kwiat zwany czuciowiedzą. Czuciowiedza to rodzaj intuicji, która graniczy z pewnością. Bliskim umożliwia psychiczny kontakt, nawet jeśli akurat są na dwóch różnych kontynentach. Dawniej, gdy świat był spokojniejszy, wielu ludzi miało czuciowiedzę. Dzisiaj rzadko kto ją osiąga.

Kto osiągnął czuciowiedzę – musi milczeć, skrywać tajemnice. Bo nie są to sekrety dostępne dla tych, którzy nie dążą do doskonałości. Może dlatego Maria Błaszkiewicz nie przyznaje się, że jest nestorką Towarzystwa Żywej Etyki Agni Jogi w Polsce. Wiemy to od jej syna.

 

Towarzystwo Żywej Etyki od kilku lat już nie istnieje, ale na warszawskim Ursynowie mieszka jego ostatni szef, fizyk po czterdziestce. Od niego wiemy, że Maria Błaszkiewicz jest jedną z trzech osób, które zaraz po wojnie zaszczepiły w Polsce Żywą Etykę Agni Jogi. Ale święte księgi czytała jeszcze w Kownie, przed wojną, w oryginale – po rosyjsku. (W latach trzydziestych spisała je kobieta o nazwisku Helena Roerich, mieszkanka Łotwy. Tę wiedzę otrzymała z wyższego świata. Stało się to, gdy wędrowała po Himalajach). Żywa Etyka to nauka życia. Agni Joga to droga ognia. – Na kilometr trąciło mi to czymś podejrzanym, okultyzmem i tymi wszystkimi seansami. Czyli szarlatanerią – te słowa swego wywiadu rzeki Wanda autoryzowała wiosną 1992 roku, w bazie pod północną ścianą Kanczendzongi.

6

Słowa spod Kanczendzongi wróciły z bagażem Wandy (sześćset kilogramów). Wanda wróci być może niedługo. Bo według Marii Błaszkiewicz tajemnicą wszystkiego jest siódemka. Co siedem lat człowiek się zmienia. Regeneruje wszystkie komórki ciała, osiąga kolejny stopień doskonałości. Siedem razy pięć – trzydzieści pięć lat miała Wanda, gdy zdobyła Everest. Siedem razy siedem – czterdzieści dziewięć, gdy dotarła do bazy na wysokości 5500 metrów pod północną ścianą Świętej Góry Sikkimu.

Według faktów: w bazie Wandę wszystko bolało, przeziębiła się, spuchła. Nie wiedziała, co się z nią dzieje – zwykle aklimatyzacja przychodziła jej łatwiej. Zeszła do wsi (3300 metrów). Wróciła po kilku dniach. Spuchła jeszcze bardziej: ręce, nogi, gardło. Jakby ją pokąsał rój pszczół. Oświadczyła twardo: – Idziemy do góry.

Szła najwolniej. Za Meksykanami (kierował nimi Carlos Carsolio) i za Arkiem Gąsienicą-Józkowym, młodym alpinistą z Zakopanego. (Żaden polski himalaista z nazwiskiem nie zgodziłby się iść w cieniu Wandy, z większością była skłócona: – Coraz mniej mam z kim rozmawiać, coraz więcej milczę – mówiła tuż przed wyjazdem).

Nazywali ją abuela (po hiszpańsku – babcia). W drugiej połowie kwietnia po raz pierwszy zaatakowali szczyt Kanczendzongi. Ale burza śnieżna nie pozwoliła im tam wejść. Zawrócili do bazy. Baza stała na trawie, już wiosennie zielonej. Nad namiotami – trzy i pół kilometra ściany.

Dwójka Meksykanów śmigłowcem odleciała do szpitala (silne odmrożenia). Arek się zatruł (gorączka, biegunka).

Gotowi na drugi atak szczytowy byli jedynie Wanda i Carlos Carsolio. Szli osobno, tak wcześniej ustalili. Ona była powolna, Carlos szybki. Spotykali się w miejscach, gdzie wcześniej założyli obóz trzeci i czwarty. Obozy nie istniały, zasypał je śnieg. Biwakowali w śnieżnych jamach. Wanda ugotowała zupę. Zjadła, zwymiotowała. Potem ledwo zdążyła odpiąć spodnie – taką miała biegunkę. Wszystko tuż przy Carlosie, bo nie miała siły, by wygrzebać się z jamy. Nie chciała zawrócić.

Odpoczęli, ruszyli w stronę szczytu; 12 maja, o godzinie 3.30 nad ranem. Śnieg był głęboki, pod nim lód. Wanda szła jeszcze wolniej niż dotąd. (– Decydując się iść z kimś na szczyt – mówiła kiedyś w wywiadzie – idź z nim do końca. Nawet jeżeli dzieli was różnica szybkości. Możesz go zostawić tylko wówczas, kiedy masz absolutną pewność, że twój partner idzie wolniej, bo zawsze chodzi w takim tempie. A nie dlatego, że poczuł się źle). – Idź, Carlos – powiedziała.

Carlos Carsolio zdobył Kanczendzongę. O ósmej wieczorem, gdy wracał, spotkał Wandę. Rozmawiali kilka minut na wysokości 8200–8300 metrów. Podobno zamierzał ją namawiać, by zeszła. Zrezygnował: – Miała w oczach tylko tę górę – mówił później. Chciała jeszcze raz biwakować, choć nie miała ani śpiwora, ani namiotu, ani gazu, ani jedzenia.

Po biwaku – na szczyt, żeby być pierwszą kobietą na Kanczendzondze, żeby być bliżej Korony.

Carlos czekał na Wandę najpierw w czwartym obozie (dwanaście godzin), potem – w drugim (dwa dni). Zostawił tam dla niej namiot, śpiwór, gaz, jedzenie, radio. Zszedł do bazy. Pogoda się popsuła: Kanczendzonga zniknęła w śnieżnych chmurach. Carlos był bez sił. Arek wciąż chory. – Mogłem wstać i pójść – mówi dzisiaj. – Ale szukać jej to byłoby samobójstwo. Zabrakło mi odwagi na śmierć. Wanda też by się nie ruszyła, nie widziałaby sensu.

Dwudziestego piątego maja agencje podały, że gdzieś na północnej ścianie Kanczendzongi zaginęła wybitna himalaistka. Do drzwi mieszkania przy ulicy Sobieskiego zapukał Andrzej Zawada z Polskiego Związku Alpinizmu. Poinformował matkę. Ona już wiedziała, syn wcześniej oglądał wiadomości i zadzwonił z Wrocławia.

Według Marii Błaszkiewicz nic się nie stało. Na Sobieskiego nie dotarł żaden sygnał z drugiego kontynentu. – Wróci – powiedziała i zrobiła Andrzejowi Zawadzie herbatę.

Nazajutrz gazety napisały: szanse równe zeru. Tydzień później na Okęciu wylądował Arek. – Bałem się tego powrotu – opowiada dzisiaj. – Co ja powiem matce Wandy?

Czekała na niego na lotnisku. Powiedziała: – Synku, mów mi mamo, babciu, jak chcesz.

Pojechali prosto na ulicę Sobieskiego, żeby porozmawiać (rozmowę nagrała Ewa Matuszewska, przyjaciółka Wandy). Arek powiedział: – Myśleliśmy, choć to mało prawdopodobne, że Wanda zeszła na południową stronę góry. Była tam rok wcześniej. Ale teraz nie działała tam żadna wyprawa. Do najbliższej osady trzy dni drogi. Ona musiała o tym wiedzieć. To byłoby bez sensu.

Gdy wyprawa zeszła w doliny, Arek chciał coś robić, wezwać helikopter. Ale najbliższa wieś nie miała łączności ze światem. Helikopter i tak by nie pomógł przy tak złej pogodzie i na takiej wysokości. Śmigłowce nie latają na ośmiu tysiącach.

Arek nigdy nie powiedział, że Wanda nie żyje. – Nie mam prawa – mówi. – Nie widziałem ciała. Mogę tylko przyznać, że nie miała szans.

Maria Błaszkiewicz udzieliła kilku wywiadów. Stwierdziła, że nie dziwi jej ani lekki strój Wandy, ani brak namiotu i śpiwora: – Po południowej stronie Kanczendzongi córka miała coś w rodzaju kryjówek-depozytów, jak mówiła. Tam pozostawiła sprzęt i żywność podczas poprzedniej wyprawy. Wiedziała, że to święta góra i nie każdy może na nią wejść.

Maria Błaszkiewicz twierdziła, że Wanda interesowała się filozofią i religiami Wschodu: – Fascynowały ją klasztory tybetańskie. Podkreślała, że tylko w górach czuje spokój i harmonię. Ona wyżej poszła, w Kosmos.

A Wanda mówiła: – Mamę cechowała pewna nieprecyzyjność sformułowań, definicji i bardzo emocjonalny stosunek do wielu spraw. Ja jestem zwolenniczką empirii, logiki, ogólnie mówiąc, rozumu.

Rozumem nie ogarnie się tego, co podpowiada matce Agni Joga: w pobliżu Kanczendzongi rozsuwają się skały. Wejście do pieczary jest z początku wąskie. Później rozszerza się w całe miasto. To Centrum, które utrzymuje ognistą równowagę planety. Tam trafiają Wybrani, ci z wysokim poziomem energii ognistej. Rzadko kto stamtąd wraca. Ale bywają tacy: Jezus wrócił na Golgotę, święty Franciszek do Asyżu, Joanna d’Arc do Rouen.

Siedem razy siedem – czterdzieści dziewięć lat miała Wanda, gdy była blisko głównego wierzchołka Kanczendzongi. Nie wiemy, czy go zdobyła. Osiem razy siedem – pięćdziesiąte szóste urodziny córki obchodziła ostatnio Maria Błaszkiewicz, która powtarza: – Wanda zaginęła 12 maja, siedem lat temu.

I zastrzega: – Jeśli teraz nie wróci, nie szkodzi. To znaczy, że jeszcze nie czas. Że jeszcze muszę czuwać.

7

W strefie śmierci – powyżej siedmiu tysięcy metrów – jest zimno i brakuje tlenu. Z każdą godziną rośnie ryzyko obrzęku mózgu. Coraz trudniej ocenić sytuację, podjąć decyzję: zawracam. Łatwiej działać według programu, a programem jest szczyt. Po drodze widzi się kobiety w czadorach albo Jerzego Kukuczkę, albo inne zjawy. Albo nic. Odlot, nirwana. Kto ma radio – ten rozmawia z kolegami w bazie. Bełkocze. Ciężko iść, ciężko się podnieść. Kto idzie – ten spada. Kto się poddał – zasypia. Przez radio koledzy słyszą szum. Nie biegną z ratunkiem, bo w górach się nie biega.

Wanda nie miała radia.

Maria Błaszkiewicz nie ma wątpliwości. Czuwa, choć często brakuje jej sił. Gdy chce już odejść, słyszy od Wandy: – Zostań. Walcz o mnie.

Nikt inny Wandy nie słyszy.

1999