Dzisiaj narysujemy śmierćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

1

2

3

4

5

6

Podziękowania

Literatura

Przypisy

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: MAGDALENA PETRYŃSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcie na okładce: © Morris Weintraub

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Nordic Style

© Copyright by Wojciech Tochman, 2018

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie drugie

ISBN 978-83-08-06676-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Będzie rysował Leonard, jej syn. Jego urodziła pierwszego, potem jeszcze trzech. Ale najpierw matka musi wyjść z ciemności, w której wtedy została. Z której oni w inną ciemność wybiegli. Najpierw on musi jej na to pozwolić, by pojąć, że była. Pachniała olejem eukaliptusowym, miała spokojny oddech, ciepłe ręce i wygodne kolana. Mówiła do dzieci: moje najpiękniejsze gwiazdeczki. Byli zbyt mali, by protestować, że do chłopców tak się nie mówi. Miała na imię Gloriose, na chwałę Matki Boga. Mieszkali w glinianym domu na zielonym zboczu, które łagodnie spadało do jeziora Kivu. Jezioro jest wielkie, głębokie, czasem niebieskie, niekiedy czarne, zawsze piękne.

Tamtego kwietnia miał dziewięć lat. Dziś ma dwadzieścia cztery, metr dziewięćdziesiąt pięć, sylwetkę szczupłą, czaszkę jak u Nefretete, oczy uważne, włosy krótkie – z takim wyglądem człowiek nie miał wtedy prawa do następnego słowa ani oddechu. Ojca nie za wygląd zabili. Wiedzieli, kim jest, co wieczór od lat wypijali z nim po primusie, wzrost nie miał żadnego znaczenia. Tata wyszedł z domu jeszcze przed zmierzchem, w pełnym słońcu. Tak go Leonard pamięta. Codziennie po pracy szedł do cabaret (tak w Rwandzie nazywa się bary i wiejskie gospody), wypijał jedno piwo i wracał. Choć wtedy nie wrócił na czas, choć nigdy stamtąd nie wrócił – został po jasnej stronie. O nim syn może dzisiaj mówić. Ojciec miał firmę, zatrudniał kilka osób, budował domy. Zaradny, towarzyski, wesoły. Powtarzał dzieciom wiele razy: bez taty nie zbliżajcie się do jeziora.

O matce Leonard nie mówi. Ta, która go urodziła, jest wymazana? Był koniec, nie było początku?

– Hi, I’m Leo – słyszę zza pleców, kiedy patrzę na czarno-białe twarze zawieszone w szklanej gablocie. Ale ja nie potrzebuję teraz towarzystwa, potrzebuję ciszy. Chcę być tylko z tymi zza szyby. Oni na mnie patrzą. – Ścięli ich aż pół tysiąca w ciągu jednego dnia – mówi do mnie Leo. To jest drugie zdanie naszej znajomości.

I kolejne: – Przez wiele dni gnili na trawniku dookoła. Teraz są tutaj.

Tak się poznajemy. Na uniwersyteckim kampusie, nad wielką betonową płytą kryjącą kości studentów i profesorów pozbierane z trawy.

Mieszkam na Gikondo, od centrum Kigali pięć minut motocyklem. To najtańsze taksówki w mieście, siedemset tutejszych franków za kurs, mój ulubiony środek lokomocji, zielony kask na głowę, słońce, powietrze, widok. Motocykliści lubią pogadać.

– Ojciec chciał, żebym studiował – mówi mi jeden, chyba niewiele starszy od Leonarda. – Zabili ojca, wszystkich moich zabili. Niedaleko. Wiem kto. Mieszka obok i dzisiaj. Siedział w więzieniu. Wrócił na Gikondo. Powiedział mi na powitanie, że ładnie wydoroślałem. Że jestem podobny do ojca. A teraz głaszcze moją córkę po głowie. Powtarza, że to wypisz, wymaluj babcia. Moja mama, której uciął głowę.

Motocykl przyspiesza, słowa giną z wiatrem, ściemnia się.

Leżę w ciemności i wiem, że dookoła nikogo nie ma. Dom jest w kształcie baraku, ma wiele pokoi, ale akurat dzisiaj nikt w nich nie nocuje. Jest cicho i pusto. Ile metrów dzieli moje okno od muru kaplicy? Siedem? Dwanaście? Wyjdę na zewnątrz i zmierzę odległość krokami. Odchylam moskitierę, wstaję, ale nie idę do drzwi. Musiałbym znowu przejść przez korytarz pełen robactwa, więc rezygnuję i podchodzę do okna. Licząc na jakieś dalekie liche światło, szukam odpowiedzi na moje pytanie. Byłoby dziesięć kroków, nie więcej. Ale po co mi to wiedzieć? Widzę nową, jasną ścianę kaplicy. I widzę ich cienie. Po co mi wiedzieć, jak blisko? Choć nie są mi nieprzyjazne, odruchowo zapalam lampę. Na biurku leży katalog, który przyniosłem dzisiaj z tutejszego Centrum Pamięci. W katalogu fotografia dziewczynki. W białej sukieneczce z falbankami patrzy z ufnością na kogoś, kto stoi obok. Nie mogę wiedzieć, kto to był (mama czy tata?), i nie wiem, jak wyglądał. Zdjęcie skadrowano tak, by pokazać jedynie dziecko. Uśmiecha się, dumnie stawia pierwsze kroki. Podpis: Aurore, dwa lata, spalona żywcem w kaplicy na Gikondo.

Wiem, że jej osmalone kości leżą teraz w niedużym grobie, kilka metrów ode mnie, za przeciwległą ścianą bez okna.

Wiem, że Leonard miał wielkie szczęście.

Ale jeszcze niewiele wiem o ziemi „tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów”. Tak napisał do mnie na powitanie jakiś komputerowy automat z urzędu imigracyjnego w Kigali, przysyłając mi e-mailem rwandyjską wizę.

Książki, międzynarodowe raporty i Google podpowiadają mi, że ten górzysty kraj w Afryce Centralnej, wielkości jednego polskiego województwa (ktoś nazwał Rwandę państwem kieszonkowym), liczy dziesięć milionów ludzi. Większość z nich mieszka na wsi. Uprawiają fasolę, maniok, pataty i sorgo. Podstawowy sprzęt rolniczy – motyka, kilof, maczeta. Bogactwa naturalne – śladowe. Przemysł – żaden. Bezrobocie – w niektórych miejscach nawet osiemdziesiąt procent. Budżet państwa – w większości oparty na pomocy zagranicznej. Co trzeci człowiek żyje tu za mniej niż dolara dziennie. Co drugi ma mniej niż piętnaście lat. Średnia długość życia: pięćdziesiąt. Śmiertelność noworodków: sto na tysiąc. Poza tym z każdego tysiąca urodzonych tu dzieci ponad sto pięćdziesiąt umiera, zanim skończy pięć lat. Główne choroby: malaria i AIDS. Chorych nie leczą lekarze. W ośrodkach zdrowia zwykle ich nie ma. Są pielęgniarki, jedna na trzy tysiące mieszkańców. Lekarze pracują w nielicznych szpitalach. Nie ma wśród nich wielu specjalistów. W całym kraju jest jeden laryngolog. Operacje kardiologiczne i onkologiczne przeprowadza się jedynie za granicą (na przykład w Kenii, w RPA). Z braku pieniędzy zwykle nie wykonuje się ich wcale. Dentyści? Jest kilkunastu, zwykle nie mają sprzętu ani preparatów koniecznych do pracy.

Mimo tego wszystkiego światowe instytucje finansowe chwalą Rwandę za rozwój gospodarczy, jakiego dokonała po roku dwutysięcznym. Bank Światowy nazywa ją liderem reform.

Większość tutejszych (dwie trzecie) to katolicy, mniejszość – protestanci i muzułmanie. Większość – Hutu (85 procent), mniejszość – Tutsi (14 procent) i Pigmeje Twa (1 procent).

Tyle, w skrócie, dowiedziałem się na razie o Rwandzie. Dowiedziałem się również, z innego źródła, że trzask rozłupywanej maczetą głowy brzmi jak trzask rozłupywanej kapusty.

Aurore Kirezi, dwuletnia parafianka z Gikondo. Jej śliczna buzia wisi teraz na ścianie w budynku Centrum Pamięci obok twarzy innych dzieci. Są oświetlone mocnymi reflektorami. Są tutaj także dla mnie. Abym na nie patrzył. Przyszedłem tu, żeby dowiedzieć się więcej, zanim zacznę rozmawiać z tymi, którzy przeżyli. Notuję imiona dzieci, nazwiska i dodatkowe informacje umieszczone pod każdym zdjęciem. O Aurore, że była rozgadanym dzieckiem i że lubiła pić mleko. Zapisuję każde słowo, które ktoś tutaj przyniósł. Ktoś, kto przeżył i znał drobne codzienne szczegóły. Jestem mu wdzięczny, bo zrobił to także dla mnie. Bym się dowiedział i zrozumiał, że tego, co tutaj widzę, nie wolno mi zatrzymać dla siebie. Bym potem opowiadał i tego, co teraz notuję, nie poddawał żadnej cenzurze. Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem? Czy ten, który mi powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, będzie mówił o mnie? Czy raczej o sobie: tego, co opowiadasz, nie potrafię przyjąć, nie ma we mnie na to miejsca, brzuch mnie boli, podbrzusze.

Ale czy to jest powód, bym zamilkł?

Thierry Ishimwe, dziewięć miesięcy. Na zdjęciu leży na kwiecistym prześcieradle. Ścięta maczetą w ramionach matki.

 

Françoise Murengezi Ingabire, dwanaście lat. Krótka fryzura, szeroki uśmiech. Lubiła pływać, jeść jajka, chipsy i pić fantę tropical. Ścięta.

Bernardin Kambanda, siedemnaście lat, na zdjęciu jest chyba młodszy. Drobny, ufne spojrzenie, odstające uszy. Wyprostowany, w szkolnym mundurku (był pilnym uczniem?), pozuje do zdjęcia. Ktoś mu chyba powiedział, że w takiej chwili nie wolno się uśmiechać, więc widać, jak z całej siły powstrzymuje uśmiech. Maczeta.

David Mugiraneza, dziesięć lat, na zdjęciu w białej koszuli z kołnierzykiem. Podpiera ręką brodę, typ intelektualisty. Mówił, że zostanie lekarzem. Zamęczony na śmierć.

Fidele Ingabire, dziewięć lat (jak Leonard). Strzał w głowę.

Ariane Umutoni, cztery lata (jak brat Leonarda). Nóż w oczy.

Fillette Uwase, dwa lata. Rozbita o ścianę.

Dzieci, zanim ginęły, musiały patrzeć, jak gwałcono ich matki (wnuczęta – jak gwałcono ich babcie). Mężowie patrzyli, jak gwałcono ich żony (dziadkowie – jak wnuczki). I jak wkładano im między nogi butelki. Tak najczęściej zabijano kobiety Tutsi: ciosem w brzuch i poniżej. Nim skonały, patrzyły na śmierć swoich dzieci. I ojcowie też.

W Kigali Memorial Centre patrzę teraz na ich zdjęcia[1]. Patrzę i w oczy dorosłych. Jeszcze tego wszystkiego się nie spodziewają. Setki małych fotografii sprzed ludobójstwa przypięto żabkami do stalowych linek. Zdjęcia kolorowe i czarno-białe: ze ślubów, wesel i chrzcin, ze szkoły, z pracy, z wakacji. Pozowane i spontaniczne. Mężczyźni na fotografiach są ubrani w europejskie garnitury, w krawaty, żaboty i żakiety, na sportowo i na roboczo. Małżeństwa, rodzeństwa, rodzice z dziećmi, dziadkowie z wnuczętami. Twarze roześmiane, poważne, zakochane, zmartwione, zamyślone, zdziwione. Patrzą na nas. Ale jeszcze nie wiedzą, że takie muzeum w Kigali powstanie i że zawisną tutaj na sznurku jak wyprana bielizna. I że w pomieszczeniu obok w wielkich szklanych gablotach będą leżały ich ubrania, ich okaleczone czaszki równo ułożone w rzędy, a trochę dalej setki kości długich: ich humerusy, tibie, femury. Że takie będzie ich wieczne odpoczywanie. A jak nie tu, to na zewnątrz, w ogrodach Centrum Pamięci, pod betonowymi wielkimi płytami, w grobach o objętości kilkuset kubików każdy. Pochowano tu około ćwierć miliona ludzi. To jedna czwarta wszystkich zamordowanych w Rwandzie w dziewięćdziesiątym czwartym. Ich ciała znaleziono w ciągu ostatnich piętnastu lat w rowach, w latrynach, na śmietniskach albo w kościołach. Ciała lub ich kawałki. Chowa się je (pogrzeby wciąż trwają) w skromnych trumnach. Tysiące trumien. W jednej szczątki nawet pięćdziesięciu osób. Przez sto dni zabijano tu dziesięć tysięcy ludzi dziennie, czterystu w ciągu godziny, siedmiu w ciągu minuty. „Kraj tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów” zamienił się nagle w kraj miliona śmierdzących trupów.

Tyle w ciągu dwóch godzin dowiaduję się w Kigali Memorial Centre. Czy ta wiedza mi wystarczy? Mogę już wracać? Samolot Brussels Airlines zawiezie mnie prosto do Brukseli w kilka godzin. Czego chcę się tu jeszcze dowiedzieć? Aurore Kirezi, dwa lata, w sukieneczce – zanotowałem. Co jeszcze mnie tu zatrzymuje? Françoise Murengezi Ingabire, dwanaście lat, lubiła chipsy i fantę tropical – zapisałem. Czemu jeszcze chcę się tu przyjrzeć, jakiego tabu dotknąć? Jakiego lęku doświadczyć? Jaką granicę przekroczyć? I po co?

Po większości z nich nie ma żadnego śladu, zdjęcia, nazwiska. Ścięto całe rodziny, nie ma komu za nimi tęsknić, nikt zaginionych nie szuka, nikt ich nie pamięta.

Leonard – jedno z kilkuset tysięcy dzieci, którym wtedy zabili rodziców. I jeden z kilkudziesięciu tysięcy najstarszych z ocalałego rodzeństwa. Głowa rodziny, lat dziewięć. Kogo pamięta? I co?

Co z pamięci wymazał albo ukrył głęboko i udaje sam przed sobą, że w głowie już tego nie ma? Zachował jakieś pamiątki z tamtego życia? Jakiś drobny przedmiot rodziców albo chociaż ich zdjęcia? Nie, niczego takiego nie ma. Ich twarze pozostają wyraźne? A po co o to pytać? Szuka ich ciał? Nie szuka, na ich znalezienie, tym bardziej na identyfikację, nie ma najmniejszej nadziei.

Jak rozmawiać z Leonardem? Matka – to słowo nie przechodzi mu przez gardło. Tym bardziej: mama, mamusia. O tym, że miała na imię Gloriose, dowiem się po wielu miesiącach, przy okazji wypełniania dokumentu wizowego, w którym kazano Leonardowi wpisać imiona rodziców. A co zdarzyło się tamtego kwietniowego wieczoru w ich domu nad jeziorem Kivu? Kiedy mi o tym powie? Kiedy Leo był tam po raz ostatni? I po co? Po co chcę o tym wszystkim wiedzieć?

Teraz Leonard jest studentem prawa na uniwersytecie w Butare. Uczy się dzięki stypendium, które rząd Rwandy wypłaca sierotom po dziewięćdziesiątym czwartym. Wystarcza na akademik i na garść fasoli w uczelnianej kantynie. Albo na miskę ziemniaków. Dwa razy dziennie, nie ma co narzekać.

W biurze Stowarzyszenia Studentów – Dzieci Ocalałych z Ludobójstwa (maleńki pokój nieopodal wielkiego grobu tych, którym ocaleć nie było dane) – kilku kolegów Leonarda. Wysocy, pachnący, odprasowane koszule, dżinsy – ich schludny wygląd zwraca uwagę. Niektórzy z bliznami na czole, widać zabójca uderzył maczetą nie dość silnie albo nie dość precyzyjnie i krwawiącemu dziecku udało się uciec.

Żeby należeć do stowarzyszenia, trzeba przynieść dokument z gminy, który to ocalenie potwierdza. Na uniwersytecie w Butare stowarzyszenie liczy półtora tysiąca członków: sieroty, półsieroty i ci – nieliczni – którzy wciąż mają oboje rodziców.

Koledzy Leonarda zdają relacje: gdzie mieszkali, jak nazywał się ojciec, jak matka, jak ich zabijano. Nie raz, nie dwa opowiadali o tym ludziom z Europy, są przyzwyczajeni. Bo Europejczykom trzeba o tym opowiadać. I Amerykanom też. Więc mówią o siostrach, braciach – jak ich topiono w gnojówce, jak trzeba było na ich męki patrzeć, z ukrycia, bez ruchu, szmeru. Padał deszcz.

I ja powoli się przyzwyczajam. Słucham i myślę: o czymś bardziej okrutnym już pewnie nigdy nie usłyszę, nic bardziej okrutnego człowiek na pewno wymyślić nie zdołał. Ale nie. To, o czym słyszę dzisiaj, jest niczym wobec tego, o czym usłyszę jutro. To, o czym piszę teraz, jest niczym wobec tego, o czym napiszę później.

Świadectwo Leonarda (nazywam je pierwszym świadectwem Leonarda) nie jest bardzo drastyczne: krótkie, oszczędne, chwilami niespójne, słowa często nie mają końcówek, wysuszają śluzówkę, więc każde zdanie od kolejnego dzieli przełknięcie śliny, zdania się rwą, czasem trudno odgadnąć sens, trudno usłyszeć, muszę więc prosić, by powtórzył je głośniej.

– Biegłem.

Unikałem Hutu.

Byłem mały.

Bracia mniejsi ode mnie.

Głodni.

Trzech, to znaczy dwóch. Ze mną.

Mam trzech braci.

Dwa miesiące w buszu.

Całymi dniami w jednych krzakach, bez picia.

(O takich sprawach, jak robienie kupy w miejscu, z którego potem przez dwanaście godzin nie wolno było się ruszyć, będziemy mogli rozmawiać po dwóch latach znajomości).

Zmiana miejsca – nocą.

Jedliśmy znalezione ścierwo. Wierzę, że psa.

Ojciec budował ludziom domy.

Zamieszkaliśmy w sierocińcu.

Powinien być pochowany jak człowiek, nie jak pies.

Leonard, jak każdy ocalały, nie lubi psów.

Szóstego kwietnia dziewięćdziesiątego czwartego wieczorem nad miastem zestrzelono samolot. Leciał nim prezydent kraju. Do dziś nie wiadomo, kto stał za tym zabójstwem. Wiadomo, jak je odczytano: Tutsi zamordowali naszego prezydenta!

Nie ma książki o Rwandzie, w której o tym fakcie by nie napisano. Bo był to początek. Sygnał do rozpoczęcia tego, co niewyobrażalne. Nikt nie mógł sobie wyobrazić, co stanie się tu w ciągu najbliższych stu dni. Ani przyszłe ofiary, ani chyba sprawcy. Choć ci ostatni od wielu miesięcy czynili staranne przygotowania: tych, którzy byli Tutsi, radio[2] nazywało karaluchami. Bo ci, którzy byli Hutu, mieli w swych sąsiadach zobaczyć jedynie pełzające robactwo. Ono zagraża, ale można je zabić. Jednym prostym ruchem. Dlatego za państwowe pieniądze sprowadzono z Chin kontenery pełne tanich błyszczących maczet. Sporządzano listy Tutsi. Ale i listy Hutu, tak zwanych umiarkowanych, po których spodziewano się sprzeciwu wobec tego, co było planowane.

Z inicjatywy rodzinnego klanu prezydenta stworzono milicję Interahamwe. W jej skład weszli zwykli ludzie: robotnicy, chłopi, bezrobotni. Interahamwe oznacza jedność. Albo: działajmy razem. Tysiące Hutu, potem setki tysięcy, zjednoczyły się wokół jednego celu: zetrzeć Tutsi z powierzchni ziemi.

Hutu? Tutsi?

Piętnaście lat po ludobójstwie to słowa zakazane, publiczne tabu. Nie ma Tutsi, nie ma Hutu, jest jeden naród rwandyjski. Nie wolno pytać: kim jesteś, bo nie ma to (czy raczej nie powinno mieć) żadnego znaczenia. Wszyscy równi, wszyscy tacy sami. Tak chce prezydent, taka jest oficjalna polityka pojednania. Nieoficjalnie, ale niemal zawsze, kiedy w Rwandzie spotykam kogoś po raz pierwszy, nie później niż po pięciu minutach już wiem, kim jest. Bo rozmówca zaraz znajduje pretekst, by – niby przypadkiem – wtrącić, że jest Tutsi. Kiedy nie mówi o tym nic, to najczęściej znaczy, że Tutsi nie jest.

Pierwsze, co w Rwandzie rzuca się w oczy, to ciasnota. Nie słońce, nie światło. Ale ciasnota. Można powiedzieć inaczej: bliskość. Wszędzie – ludzie. Wszędzie – grupy, gromady, tłumy. A kraj jest mały, za mały. Ziemi, która żywi, jeszcze mniej. Bo połowa Rwandy to góry, gdzie mieszkać się nie da. Więc w dolinach jest ciasno. W niemal każdej wsi od rana do wieczora po błotnistych gościńcach ciągną nieprzebrane masy. Jedni idą w tę, drudzy we w tę, jeszcze inni stoją. Ktoś coś sprzedaje, coś kupuje, ktoś pcha rower z kanistrem urwagwy, z bananami na urwagwę, z workiem sorgo, bo i z sorgo można zrobić alkohol. Ciasno, jak na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej albo na Fifth Avenue, Champs-Élysées, Ku’damm. Tylko domy inne: parterowe, biedne, zwykle z suszonych glinianych cegieł, czerwone albo obrzucone szarą polepą. Ale szaro nie jest, bo ludzie, zwłaszcza kobiety, nie boją się tu kolorowych ubrań, często wyglądają jak wielobarwne motyle: Hutu, Tutsi i Twa.

Myli się ten, kto sądzi, że to trzy plemiona. Tak może było wieki temu, na początku, a nawet przed początkiem, kiedy Rwanda jeszcze nie istniała. Ale od stuleci jest to jedna wspólnota, jeden naród Banyarwanda. Wszyscy mówią tym samym językiem, w to samo wierzą, tak samo jedzą, tak samo budują obejścia i tak samo mieszkają. Na tej samej ziemi.

Więc skąd podział? Różne względy – antropologiczne, historyczne, polityczne – zdecydują o różnej odpowiedzi.

Nie ma tutaj dawnego malarstwa, nie ma rzeźby, nie ma literatury, ale jest dawne słowo. Sztukę mówionego słowa, sztukę opowiadania baśni, mitów i legend Rwandyjczycy rozwinęli do perfekcji[3]. Dzięki temu wiadomo, że te trzy nazwy (a raczej trzy imiona) istnieją tak długo, jak istnieje język kinyarwanda: Gahutu, Gatutsi, Gatwa. Trzej synowie pierwszego człowieka, bracia, jedno nasienie, jedna krew.

Bóg – Imana – długo rozmyślał, któremu z nich dać władzę. Poddawał więc braci rozmaitym próbom, by sprawdzić ich inteligencję, spryt, odpowiedzialność i męstwo. Zawsze najlepszy okazywał się Gatutsi. I to w niejednym, powtarzanym tu przez stulecia, micie. Mity utrwalały feudalną strukturę Banyarwanda. Z mitów wiemy, że bracia nie byli tacy sami. Przynależność do potomków Gahutu, Gatutsi lub Gatwa była jak wizytówka. Oznaczała nie tylko pochodzenie, ale także sposób życia i pracy, sposób bycia, czy raczej zachowania, postawę w czasie zabawy i w czasie walki. W skrócie mówiąc, Tutsi to hodowcy bydła, pasterze, arystokracja, dwór królewski. Błyskotliwi i dystyngowani. Na tutejsze ziemie przyszli z woli Boga setki lat temu (niektóre podania mówią, że pierwsi Tutsi przybyli na ziemię prosto z nieba). Przynieśli kulturę i postęp, więc mieszkający tu wcześniej rolnicy i zbieracze nie mieli wyjścia: poddali się ich dominacji.

Mówi o tym niemal każda książka o Rwandzie, ale trzeba powtórzyć: królem Rwandy – mwami – zawsze był Tutsi. Niektórzy badacze kultury twierdzą, że przynajmniej od przełomu XI i XII wieku, kiedy na tronie zasiadał Gihanga, założyciel państwa i hodowli krów. Ale większość historyków skłania się do teorii, że Tutsi przybyli tu z terenów dzisiejszej Etiopii korytem Nilu w XV wieku. Przyprowadzili krowy.

Tak czy inaczej, przez co najmniej pięć ostatnich stuleci krowa symbolizowała w Rwandzie potęgę i władzę. Nie dzida, nie maczeta, ale krowa. Według tradycji aż do upadku królestwa pod koniec lat pięćdziesiątych XX stulecia wszystkie krowy w państwie należały do króla. W praktyce stada należały do poszczególnych panów Tutsi. Ich wasalami byli Hutu.

 

Hutu to chłopi. Ci, którzy uprawiali ziemię. I oni tu kiedyś przybyli, najprawdopodobniej, choć nie ma pewności, jeszcze przed pasterzami Tutsi, w pierwszych wiekach naszej ery. Później, kiedy pasterze przypędzili swe krowy, Hutu je od nich dzierżawili. Pasterz Tutsi był patronem Hutu. Dawał chłopu ochronę i stabilizację.

I jeszcze Twa – podobno pierwsi na tych ziemiach, autochtoni, garstka ich, zbieracze miodu w lesie, a poza lasem garncarze, wiejscy parobkowie, służący. Także, jeszcze długo po pojawieniu się w Rwandzie białych misjonarzy – sumienni kaci młodych kobiet, którym przydarzyła się panieńska ciąża. Nieopodal Kibuye (pojedziemy tam niebawem z Leonardem w innej sprawie) z jeziora Kivu wyrasta bezludna i naga Wysepka Dziewcząt. Tam, mówi się, że aż do lat siedemdziesiątych XX wieku, skazaną przez bliskich rozwiązłą pannę zabierał mistrz ceremonii i kat – Twa. Czółnem, niczym Charon. Konała na nagiej skale z głodu i słońca.

Eliminację niezamężnych kobiet w ciąży stosowano we wszystkich grupach. W tym obyczaju, jak w tysiącach innych spraw, między Hutu, Tutsi i Twa nie było różnicy. Jedna wspólnota, jeden naród. Ale podzielony – tak to chyba nazwalibyśmy w Europie – na klasy albo warstwy społeczne[4]. Nie na plemiona.

Bywały, rzadko, rodziny Hutu i Twa, które pięły się w społecznej hierarchii, by w końcu stać się Tutsi. Częściej, aż do ludobójstwa w dziewięćdziesiątym czwartym, zdarzały się małżeństwa mieszane. Z nich rodziły się dzieci, które przynależność do grupy – tak jest w Rwandzie i nikt z tym nie dyskutuje – dziedziczyły po ojcu. Więc można sobie wyobrazić kobietę Tutsi, która rodziła dzieci Hutu, bo miała je z mężem Hutu. Można sobie wyobrazić, że po latach została babcią. Jej wnuki były Hutu (gdy wnuczęta spłodził jej syn) albo Tutsi (jeśli jej zięć był Tutsi). Taka mieszana wielopokoleniowa rodzina nie jest w Rwandzie rzadkością. Bywa też, że kobieta Tutsi ma jedno dziecko z mężczyzną Hutu, a drugie z Tutsi. Zdarzało się więc podobno i tak – w dziewięćdziesiątym czwartym – że oszalała z nienawiści matka wydawała zabójcom jedno z dzieci, a inne – Hutu – na to patrzyły.

W błędzie jest ten, kto uważa, że tak wymieszani Tutsi albo Hutu mają jakieś typowe cechy. Wielu powtarza – jak kolonizatorzy – że ci pierwsi są jaśni, wysocy i szczupli, a ci drudzy przeciwnie – ciemni, krępi i niscy. Uwaga! Można się pomylić. Na przykład Innocent, który dzieli z Leonardem pokój w akademiku, jest ciemny, drobny i nieduży. Niektórzy mogliby powiedzieć: czysty Twa. Ale Innocent jest Tutsi – nikt z jego otoczenia nie ma w tej sprawie wątpliwości. Co nie oznacza, że tamtej wiosny wygląd nie pomógł mu przeżyć. Być może Innocent z łatwością przekonał nieznajomych morderców, że jest dzieckiem Twa, i dostał prawo do życia. Gdyby trafił na znajomych, przekonywanie na nic by się zdało.

Leonard nie pyta Innocenta o tamten kwiecień. Leonarda nikt z kolegów nie pyta, jak ocalał.

Pokój Leonarda – rwandyjska bliskość. Pokoje innych studentów również. Trzy na cztery metry, dwa wąskie łóżka, czterech chłopaków. Albo jeszcze gorzej: cztery metry na cztery, trzy piętrowe łóżka, na każdym posłaniu po dwie dziewczyny, czyli razem w niedużym pokoju mieszka ich tuzin. Nie mają innego wyjścia. Państwo rwandyjskie nie może sobie pozwolić na to, by Leonard miał w życiu choć jedną chwilę tylko dla siebie. W sierocińcu wiadomo, jak było: ciasno, dzień i noc między dziećmi. I na studiach ludzie blisko od rana: budzi go oddech kolegi; otwiera oczy – jego twarz kilka centymetrów obok; myje zęby w umywalni – za lichym przepierzeniem ktoś się akurat załatwia, drzwi do kibla się nie domykają, więc widać tego, który kuca nad dziurą; i prysznic jest kolektywny – tyłkiem o tyłek kolegi; w drodze na zajęcia, w ciągu pięciu minut, chyba ze trzysta razy mówi amakuru – jak się masz? jak się czujesz?; na wykładach – trudno mu ruszyć łokciem; i w kantynie podobnie – kolejka po fasolę, róg stołu albo jakiś kąt, bo brakuje miejsca.

Na uniwersytecie ocalałe dzieci gromadzą się w rodzinach. Te imitacje prawdziwych wielkich rwandyjskich rodzin to oddziały stowarzyszenia. Każda taka sztuczna rodzina ma nazwisko. Dwadzieścioro studentów, czasem dwa razy więcej. Starsi, młodsi. Bracia i siostry wybierają spośród siebie mamę i tatę. Rodzice muszą być wzorowymi członkami stowarzyszenia i wiedzieć wszystko o swoich dzieciach. Muszą innym dawać oparcie. Leonard przekonuje, że studenci sami wymyślili te rodziny, bo taką czuli potrzebę.

– Dzięki rodzinie jesteś czyjś.

Leonard chętnie pokazałby mi codzienność Rwandyjczyków: jak ludzie mieszkają, co jedzą, jak śpią. Wiele jest biednych wsi dookoła Butare, nie trzeba by daleko jechać. Ale Leonard nigdzie mnie nie zabierze, bo nie ma tam kogo odwiedzić. Poza braćmi w internacie nie ma nigdzie nikogo, jest niczyj, wszędzie obcy.

– Ale mam rodzinę na uniwersytecie – cieszy się z tej imitacji czy tylko udaje? – Mam kogoś, do kogo dzwonię, gdy go nie widzę dłużej niż dzień. Kiedy któreś z nas zachoruje, wszyscy biegniemy do szpitala. Mamy kogo pielęgnować, to jest super. Mogę zapytać: jak się czujesz? Co ci przynieść dobrego? I mogę pobiec do rodziców po wsparcie.

– Nie ty jesteś ojcem? – żartuję z Leonarda. Ale to kiepski żart.

– Jestem dzieckiem – odpowiada nie swoim głosem. Ale to jego głos: cienki głos Leonarda sprzed piętnastu lat. Leonard kuli się, jakby malał. – Jestem małym dzieckiem.

Rodziny studentów spotykają się chyba codziennie.

– Tylko drugi ocalały mnie zrozumie – mówi Leo. – Nikt inny.

Studenci opowiadają, co się im od wczoraj przydarzyło, jakie mają problemy, proszą o pomoc. Wszyscy o wszystkich muszą wszystko wiedzieć. Czysty komunizm, pionierzy, zetempowcy, ale Leonard nie zdaje sobie chyba z tego sprawy.

Po rodzinnym spotkaniu wraca do akademika, po drodze mówi amakuru kolejne trzysta razy. W pokoju – mały stolik. Kto pierwszy, ten lepszy – ma wygodne miejsce do nauki, drugi siada na łóżku, trzeci na następnym, czwarty na szczęście się spóźnia, więc mają jeszcze czym oddychać. Pierwszy coś czyta, drugi gada przez komórkę, trzeci słucha muzyki, ale nie ma słuchawek. Leonard przekonuje, że nie ma między nimi agresji, żadnych większych problemów nie ma. Akurat w tym pokoju wszyscy są sierotami po ludobójstwie i to ich jednoczy. Choć wcale o tym nie rozmawiają. To znaczy – o sobie nie rozmawiają. To znaczy – o sobie w dziewięćdziesiątym czwartym.

Raz tylko jeden powiedział. Ten, który śpi z Leonardem w łóżku. Co kilka nocy rusza zamaszyście rękami, jakby płynął żabką. Macha i macha, wreszcie coś krzyczy i zrywa się z łóżka. Kiedy już stoi albo się o coś potyka – spocony otwiera oczy. Mieszkańcy pokoju patrzą na całą sytuację ze zrozumieniem, nie muszą o nic pytać. Ale kolega czuł, że takie budzenie innych nie jest w porządku. To się może zdarzyć raz, lecz zdarza się regularnie. Trzy razy w miesiącu? Pięć? Pewnie wtedy, gdy dotyk Leonarda jest zbyt bliski, kiedy w łóżku trudno ruszyć nogą, trudno przewrócić się na drugi bok, kiedy jest ciaśniej niż zwykle. Albo kiedy jest zbyt gorąco. Albo, kiedy świta, zbyt zimno.

– Ścięli nas wszystkich – usłyszeli wreszcie. – Sąsiedzi. Mamę, tatę, braci też, i siostry. Było nas dziesięcioro. Jeszcze babcię, ciotkę i jej dzieci, wszystkich ośmioro. Leżałem pod nimi chyba tydzień. Bez ruchu, powietrza, wody. Piłem sok, który z nich wypływał.

Można sobie wyobrazić – i tak na pewno się zdarza – że ocalała sierota śpi teraz w jednym łóżku z dzieckiem mordercy. Albo jeszcze inaczej: ocalała sierota śpi ze sprawcą. Bo tamtej wiosny bywało i tak, że kilkuletnie dzieci Hutu (niektóre zapewne są dziś studentami na uniwersytecie w Butare) biegały po łąkach pokrytych setkami ciepłych trupów Tutsi i nawoływały swych ojców: tatusiu, ten jeszcze zipie, tatusiu, tamten mrugnął. I tatuś nadchodził.

Ale sto lat temu, przed skolonizowaniem Rwandy, między Hutu, Tutsi i Twa nie było waśni, przynajmniej takich, które zasługiwałyby na zapamiętanie. Kiedy trzeba było stanąć do walki w imię króla – wszyscy walczyli razem. Tak jak razem żyli. Ciasno, blisko. Podział nie miał znaczenia, przynajmniej aż takiego, jakie – myśląc o dawnej Rwandzie – przypisuje mu się dzisiaj.

Przed kolonizacją Rwanda miała w Afryce opinię kraju nieprzyjaznego. Rwandyjczycy byli uważani za walecznych i złych. Nigdy nie wpuścili na swoje ziemie najeźdźców, obronili się przed żywiołem arabskim i eksportem niewolników. Ale najeźdźcami byli. Zabijali sąsiadów okrutnie i masowo. Głównie mężczyzn, bo kobiety wroga wcielali do Banyarwanda.

Sto lat przed ludobójstwem pierwszy biały człowiek postawił stopę na rwandyjskiej ziemi. Ale do historii przeszło nazwisko drugiego, który przybył tu dwa lata później. Był Niemcem, nazywał się Gustav Adolf von Götzen. Rwanda, decyzją świata, była już wtedy kolonią niemiecką. Niemiec spotkał się z synem króla i zapisał ze zdumieniem, że zobaczył wysokiego mężczyznę o delikatnych rysach. Nie czarnucha, nie Murzyna, tylko pięknego księcia.