Lem

Tekst
Z serii: Biografie
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA BIOGRAFIE

Już w księgarniach:

Beata Chomątowska Lachert i Szanajca. Architekci awangardy

Aleksander Kaczorowski Havel. Zemsta bezsilnych

Małgorzata Czyńska Kobro. Skok w przestrzeń

Angelika Kuźniak Stryjeńska. Diabli nadali

Aleksander Kaczorowski Hrabal. Słodka apokalipsa

Stanisław Bereś Gajcy. W pierścieniu śmierci

Olga Szmidt Kownacka. Ta od Plastusia

Mariusz Urbanek Makuszyński. O jednym takim,

któremu ukradziono słońce

Wojciech Orliński

Lem

Życie nie z tej ziemi



Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce – Stanisław Lem, Kraków, czerwiec 1971

© PAP / Piotrowski

Fotografie wewnątrz tomu – o ile nie zaznaczono inaczej – pochodzą z archiwum rodzinnego Stanisława Lema, © Tomasz Lem

Wybór fotografii Katarzyna Bułtowicz

Copyright © by Wojciech Orliński, 2017

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Wojciech Górnaś / Redaktornia.com

Korekta Katarzyna Rycko / d2d.pl, Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Wydawcy:

Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o.

Wołowiec 11

38-307 Sękowa

Agora SA

ul. Czerska 8/10

00-732 Warszawa

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-572-2

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog. Feci, quod potui

I Wysoki Zamek

II Wśród umarłych

III Wejście na orbitę

IV Dialogi

V Eden

VI Niezwyciężony

VII Głos Pana

VIII Katar

IX Pokój na Ziemi

Epilog. Faciant meliora potentes

Bibliografia

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog
Feci, quod potui

Jest czwarta rano, a właściwie w nocy. Do świtu pozostało jeszcze kilka długich godzin. Kliny, dalekie przedmieście Krakowa, bardziej wieś niż miasto, jeszcze śpią. Żaden pies nie szczeka, żaden kogut nie pieje, żadna krowa nie ryczy.

Żaden samochód nie jedzie. Dopóki nie ruszy poranne sąsiedzkie machanie łopatami, żaden zresztą nie przejedzie, bo w nocy spadł śnieg. Jedyna trasa łącząca te kilka domków z cywilizacją – na planie miasta szumnie nazywana ulicą, ale na razie to po prostu polna droga odbijająca od szosy zakopiańskiej – w tej chwili jest nieprzejezdna.

Stanisławowi Lemowi to akurat nie przeszkadza. Nigdzie się nie wybiera, przynajmniej w sensie fizycznym. Ale za chwilę będzie szybować wyobraźnią ku gwiazdom, bo te kilka godzin przed świtem, kiedy wszyscy domownicy jeszcze śpią, to jego ulubiona pora na pisanie. Wyobraźnia nie potrzebuje odśnieżonych dróg.

Teraz czeka go pierwsza czynność tego dnia – rozpalenie w piecu. Lem wymyka się ze swojego pokoju na piętrze. Po lastrykowych schodach schodzi na parter, gdzie w swoim pokoju śpi teściowa, a w jadalni na rozłożonym fotelu dziewczyna ze wsi, która u państwa Lemów gotuje i sprząta. Na upartego to jej można by zlecić palenie w koksowym piecu. Wprawdzie wymaga to męskiej krzepy, ale jeśli tym dziewczynom – wynajdowanym w podkrakowskich wsiach przez teściową dzięki jej niebywale bogatej sieci krewnych i znajomych – czegokolwiek brakuje, to nie jest to tężyzna fizyczna.

Z tym że dokładanie dziewczynie obowiązków byłoby ryzykowne: mogłaby po prostu odejść, jak już ileś poprzedniczek. Rodziny nie stać na płacenie im wystarczająco dużo, żeby utrzymać je na dłużej. Wszystkie w końcu znajdują sobie gdzieś w Krakowie lepszą pracę – i poszukiwania trzeba zaczynać na nowo. Rotacja jest tak szybka, że Lemowi nie chce się nawet zapamiętywać imion kolejnych dziewczyn.

Są jeszcze dwa powody, dla których Stanisław Lem chętnie bierze na siebie rolę palacza centralnego ogrzewania we własnym domu. Po pierwsze, jest czterdziestolatkiem. W tym wieku mężczyzna chętnie chwyta się „męskich” zadań w przeczuciu, że to ostatnia dekada w życiu, kiedy jeszcze wolno mu to robić. Wyczuwa, że już bliska jest ta chwila, w której nie będzie dla rodziny tym silnym, sprawnym przenosicielem ciężkich sprzętów i uniwersalnym rozwiązywaczem problemów, a sam zaczyna się stawać problemem i obciążeniem. I chce się nacieszyć każdym dniem sprawności fizycznej.

Po drugie, od dłuższego czasu Barbara Lem – w trosce o tę sprawność – próbuje swojego męża odchudzić. Chwyta się różnych sposobów. Namawia go do fizycznego ruchu, ogranicza mu dania obiadowe.

Stanisław Lem nie spiera się co do meritum. Nie kwestionuje potrzeby odchudzania. Wprawdzie nie zrobił dyplomu, ale skończył studia medyczne tak samo jak jego żona, która zresztą często powtarza, że Staszek, mimo braku dyplomu, wie o medycynie więcej od niej. I nie jest to tylko kurtuazja, Lem przecież ciągle kompulsywnie coś czyta, także literaturę medyczną.

Krótko mówiąc, sam dobrze wie, jakim zagrożeniem dla niego jest nadwaga. Dlatego, trudno, gdy przy obiedzie cała rodzina je drugie danie, on zadowala się zupą. Mózg i serce każą mu słuchać żony, ale żołądek to organ kierujący się własnymi prawami. I to właśnie on wyrywa Lema ze snu.

Schody do piwnicy nie są już wykończone nawet lastryko. Stanisław Lem schodzi w mrok po gołym betonie. Pcha surowe drzwi, zbite z desek stabilizowanych trzema belkami tworzącymi literę Z. Zapala światło – ale nie kieruje pierwszych kroków do kotłowni. Skręca do garażu.

W bagażniku kryją się zakupy, które wczoraj zrobił w Krakowie, w swoim ulubionym „zieleniaku” na ulicy Długiej – gdy krążył po mieście, czekając, aż żona skończy pracę i wrócą do domu na świętą porę obiadową (godzinę trzynastą trzydzieści, jak co dzień). Lem jak zwykle przez ten czas załatwiał różne sprawy i sprawunki, od zakupów po lekturę międzynarodowej prasy wykładanej w hotelach.

Wczoraj w „zieleniaku” kupił dwa znakomite niemieckie batoniki marcepanowe. Wprawdzie nie wolno mu ich jeść, ale przecież nikt nie patrzy, wszyscy śpią. Lem pożera je pośpiesznie i przenosi się z garażu do spiżarni. Wrzuca papierki za szafę, która jest przymocowana do ściany, więc nikt nigdy nie wykryje jego dietetycznej transgresji, słodkiej zbrodni doskonałej.

Przez chwilę myśli o tym, jakim absurdem jest kupowanie słodyczy w „zieleniaku”, a więc w sklepie, którego teoretycznym przeznaczeniem jest handel warzywami i owocami. Ale przecież czym to się różni od jechania do banku celem kupienia samochodu albo do hotelu, by kupić „Heralda”? A na takich właśnie absurdach Lemowi schodzą kolejne dni.

Może zrobić z tego opowiadanie satyryczne? O jakiejś planecie, na której Ijon Tichy usiłuje robić zakupy w lekko tylko zawoalowanym świecie peerelowskich absurdów? A może to nie musi być planeta? Co chwila pojawia się na mapie świata jakieś nowe państwo w ramach dekolonizacji – może zróbmy z tego fikcyjny kraj gdzieś w Azji czy Afryce?

Ta myśl jednak szybko ulatnia się z głowy Lema. Trzeba się wreszcie zabrać za to, po co tu przyszedł. Wygrzebuje z pieca na szuflę wczorajszy popiół i żużel. Przy drzwiach zarzuca płaszcz i wkłada robocze gumofilce – wygląda teraz bardziej jak Franek Jołas z Mycisk Niżnych niż jak krakowski literat – i przedziera się przez świeże zaspy do furtki.

 

Rzuca popioły na drogę i zziębnięty szybko wraca do domu. W kotłowni odkrywa, że koks jak zwykle zamarzł (pomieszczenie jest wilgotne i nieogrzewane) i nie da się go nabrać na szuflę.

Sięga po sztamajzę, swoje podstawowe narzędzie pracy jako palacza, opisane żartobliwie w Podróży siódmej Ijona Tichego. To specjalny okuty drąg. Tichy miesza nim w stosie atomowym (a także walczy nim z samym sobą w pętli czasu o to, kto zeżre ostatnią ukrytą tabliczkę czekolady – Tichy czwartkowy, Tichy piątkowy czy może najgroźniejszy z nich wszystkich, bo najbardziej doświadczony, Tichy niedzielny). Lem natomiast rozbija sztamajzą zamarznięte grudy koksu i węgla. Ale oczywiście, jak Tichy, stoczyłby heroiczną walkę o zapasy w spiżarce, choćby z samym sobą. W jakimś sensie zresztą codziennie to robi.

Trach! Trach! Trach! W piecu jeszcze nie napalone, ale pisarz już się rozgrzał. Wsypuje rozdrobniony żużel. Sięga po kanister z benzyną, oblewa czarne bryły. Rzuca zapałkę.

BUM!

Benzyny jak zwykle nalał trochę za dużo. Zawsze strofuje siebie za przesadę, ale to jak ze słodyczami, silniejsze od niego. Batonik i eksplozja, czy można w przyjemniejszy sposób zacząć pracowity dzień?

Lem grzeje ręce przy huczącym piecu. Gdy tylko wróci do swojego pokoju, usiądzie przy maszynie. Ma jeszcze jakieś trzy godziny spokojnego pisania, zanim cały dom zacznie się budzić i znowu trzeba będzie jechać do Krakowa.

O czym by tu dzisiaj… Idąc po schodach na górę, Lem myśli o czytanym niedawno artykule – tak go zafrapował, że już nawet nie wie, gdzie to było, w „Heraldzie” czy w „Newsweeku”? – o tym, że rząd amerykański zamówił w RAND Corporation projekt sieci łączności, której węzłami będą komputery.

Komputer już nie jako samodzielny mózg elektronowy, ale jako narzędzie komunikacyjne! Jak zwykle to, nad czym pracują prawdziwi inżynierowie, jest ciekawsze od pomysłów fantastów. Przecież to w ciągu najbliższego pół wieku zupełnie zmieni cywilizację – media, relacje międzyludzkie, sposób pracy. Dlaczego nikt o takich rzeczach nie pisze?

Wczoraj Stanisław Lem mówił o tym Jankowi Błońskiemu, gdy ten wpadł z tradycyjną wieczorną wizytą. Rozmowa jak zwykle zaczęła się miło, Błoński o Prouście, Lem o sieci komputerowej, ale przeszła w awanturę, bo Błoński uparcie nie chciał przyznać, że pytanie o to, jak komputery zmienią cywilizację, jest jednak ważniejsze od pytania o to, jak Proustowi udało się ująć istotę natury ludzkiej na kartach W poszukiwaniu straconego czasu.

Jaką ludzie mogą mieć „istotę natury”, skoro niedługo zaczną ingerować w kod genetyczny, a już teraz mogą swoją naturę zmieniać na przykład przy użyciu narkotyków? Oczywiście, im wyraźniejsza była spiżobetonowa niepodważalność Lemowskiej argumentacji, tym bardziej Błoński podnosił głos.

Pani domu, chcąc zapobiec awanturze, zmieniła temat na coś neutralnego i wspólnego obu literatom: perspektywę gazyfikacji, a więc i asfaltowania ulicy, która ich przedmieście przy dobrej pogodzie jako tako łączy z Krakowem, przy złej – skutecznie od niego oddziela. Błoński jednak, zamiast cieszyć się z postępu, zaczął rozpaczać, ile go będzie kosztować instalacja gazowa i skąd on na to weźmie pieniądze.

„Może to nie było miłe z mojej strony – myśli Lem – że odpowiedziałem na to, że phi, wystarczy, że napiszę dwa opowiadania, i będę miał na instalację, ale Błoński nie musiał tak zareagować!” Wybuchnął, wstał, zaczął machać rękami i powiedział, co myśli o twórczości gospodarza – że to zwykła chałtura, pisana tylko dla zarobku, której nigdy, nigdy nie będzie się zaliczać do kanonu polskiej literatury.

„To już mógł sobie darować, ten mój przyjaciel tak zwany”, myśli Lem, siadając przed maszyną.

Ostatnie zdanie brzmi tak zabawnie, że w ostatniej chwili pisarz zmienia plany. Włoży je w cybernetyczne usta Trurla, bohatera literackiego, którego opisywanie sprawia mu ostatnio mnóstwo radości. Trurl to robot, konstruujący inne roboty. Jego sąsiad Klapaucjusz zajmuje się niby tym samym, ale oprócz tego wszystkim się różnią.

„Ciekawe, czy Błoński kiedyś się domyśli, że im goręcej mi chce dopiec, tym więcej mam pomysłów na opisywanie sporów Trurla i Klapaucjusza?”, myśli Lem i od razu sobie odpowiada. Żaden polonista w Polsce nie traktuje serio literatury fantastycznej. Co ma tę dobrą stronę, że pisarz może sobie pozwolić na wszystko, bo nie będą jego dzieła obracać na nice ani krytyk, ani cenzor.

A przecież Trurl i Klapaucjusz w kolejnych opowiadaniach knują przeciwko najrozmaitszym gnębiącym ich tyranom, różnym Okrucyuszom, Mandrylionom i Potworykom. Aluzje są coraz oczywistsze, ale cenzura to przepuszcza, choć gdzie indziej czepia się byle czego. Rozbawiony psikusem, jaki kolejnym opowiadaniem spłata najbliższemu przyjacielowi oraz całemu światu, Lem zaczyna walić w klawisze.

Miarowy stukot maszyny wypełnia cały dom. Domownicy, jeśli nawet się przez niego na chwilę budzą, to tylko przewracają się na drugi bok, wiedząc, że dopiero czwarta i mają jeszcze parę godzin snu. Przyzwyczaili się spać przy tym odgłosie, zaniepokoiłoby ich raczej odejście od rutyny.

*

Czas już, żeby opowiadający powyższą historię wszechwiedzący narrator dokonał autodemaskacji. Gdzieś w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy Lem tworzył swe najważniejsze dzieła, naprawdę mógł się wydarzyć taki poranek. Skomponowałem go z rzeczywistych elementów – ale nie wiem, czy się wydarzył. Nie wiem, czy sztamajza z kotłowni rzeczywiście była pierwowzorem drąga z Podróży siódmej ani czy spory Lema z Błońskim o postęp techniczny stały się inspiracją dla kłótni Trurla (entuzjasty) z Klapaucjuszem (sceptykiem).

Na podstawie zgromadzonych materiałów wydaje mi się to prawdopodobne, ale nie mam na to dowodów. Nie mam ich nawet na to, że Lem rzeczywiście ukradkiem wcinał w piwnicy słodycze. Wiadomo, że podczas generalnego remontu tej piwnicy zza wspomnianej szafy wysypał się stos opakowań, pochodzących z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – ale przecież każdy uczciwy sąd by uniewinnił oskarżonego na podstawie tak nędznych przesłanek. Nikt Lema za rękę nie złapał.

Częstym zjawiskiem wśród biografów jest utrzymywanie całej narracji w podobnej konwencji. Autor pisze z pozycji wszechwiedzącego narratora. Wszystko wie o swoim bohaterze, ale nie zawsze wiadomo skąd.

Nie zrobię tego. Jedyną historią, jaką mogę państwu opowiedzieć w sposób uczciwy, jest moja historia: współczesnego dziennikarza, który próbuje zrekonstruować życie Stanisława Lema na podstawie dostępnych materiałów.

Wydawałoby się, że ktoś prowadzący bogatą korespondencję, kto w dodatku napisał książkę autobiograficzną i udzielił dwóch wywiadów rzek, nie ma żadnych tajemnic. Ja odnalazłem ich mnóstwo. Przyszli adepci „lemologii, lemografii i lemonomiki opisowej, porównawczej i prognostycznej” być może je wyjaśnią, ale ja muszę się tu już na wstępie przyznać do porażki i choćby dlatego nie wypada mi dalej pisać w neutralnej trzeciej osobie.

Będę pisał, co mi wiadomo – a nie „jak było”. Bo przecież tak naprawdę nie wiadomo, kto pożerał ukradkiem w tej piwnicy chałwę i marcepan. Może kosmici? W przypadku tej akurat biografii tego nie można wykluczyć…

I
Wysoki Zamek

W dzieciństwie fascynowały mnie pytania typu „Jak zbudowany jest atom?”. To chyba częste wśród przyszłych i obecnych wielbicieli prozy Stanisława Lema.

Nigdy nie zapomnę zdumienia, które poczułem na wieść, że atom składa się głównie z pustki. Pośrodku jest jądro, mniej więcej sto tysięcy razy mniejsze od samego atomu. Wokół jądra krążą elektrony, dziesiątki razy mniejsze od jądra. Pomiędzy jądrem a elektronami nie ma nic. Przynajmniej nic materialnego.

Gdy później, na studiach, poznałem teorię kwantów, nabrałem więcej szacunku dla nicości. Zrozumiałem, że jest z nią tak jak ze smokami z opowiadania Lema Smoki prawdopodobieństwa – smoków, jak wiadomo, nie ma, ale różne ich rodzaje nie istnieją na różne sposoby.

Wtedy jednak byłem wstrząśnięty tym, że atom składa się z jednej części „czegoś” i stu tysięcy części „niczego”. Co za szokujące proporcje! A skoro cała materia składa się z atomów, to znaczy, że choć pozornie jest taka solidna i namacalna, w przytłaczającej większości też jest nicością!

Podobnie widzę dzieciństwo Stanisława Lema. Mamy auto­biograficzną książkę o dzieciństwie Wysoki Zamek, mamy dwie książki typu „wywiad rzeka” (Stanisława Beresia i Tomasza Fiałkowskiego), pełne pysznych anegdot o kolegach i krewnych, o zabawkach i przysmakach. Mamy też wreszcie okruchy wspomnień w różnych większych i mniejszych tekstach publicystycznych.

A jednak, jeśli się temu przyjrzeć uważniej, stwierdzimy, że pisarz więcej ukrywa, niż odsłania. To, czego w tych wspomnieniach nie ma, jest ważniejsze od tego, co w nich jest. Tak jak atomy, wspomnienia Lema składają się głównie z pustki, ale postaram się zrobić z nią to samo, co z atomami w końcu zrobili fizycy kwantowi.

Zwróćmy uwagę na to, że im bliżej w tych wspomnieniach jesteśmy małego Stanisława Lema, tym bardziej wszystko robi się niematerialne i nierzeczywiste. Im bardziej ktoś był oddalony od Stanisława Lema, tym wyraźniej jest opisany. Gimnazjalni nauczyciele mają na przykład nazwiska, przeważnie także imiona, ale przede wszystkim opisywani są w Wysokim Zamku szczegółowo, czasem przez całą stronę.

Dowiadujemy się na przykład, że dyrektor Stanisław Buzath był „nieduży, o potężnym, władczym głosie, zresztą bardzo dobry człowiek”, a łacinnik Rappaport „stary, schorowany, żółtawy na twarzy, usposobienia zrzędliwego, ale dość łagodnego”. Matematykiem zaś był Ukrainiec Zarycki, „mężczyzna może pięćdziesięcioletni, postawny, o twarzy smagłej, ciemnawej nawet, zbrużdżonej, z jeszcze ciemniejszymi powiekami, ostrym nieforemnym nosem, o głębokich oczach, łysy jak kolano, bo golił starannie całą czaszkę. […] Nigdy się nie uśmiechał”1.

Sporo uwagi Lem poświęca polonistce, Marii Lewickiej, u której był zawsze prymusem. Chwaliła jego wypracowania, zwłaszcza te pisane na „wolny temat”. Po wojnie zresztą szukał z nią kontaktu i przez inną absolwentkę dotarł do jej zeszytów z wierszami „bardzo niemodnymi, pisanymi w najwyższym emocjonalnym rozedrganiu”2.

Koledzy ze szkolnej ławy opisani są bez nazwisk, ale i tak na tyle dokładnie, że bez trudu możemy ich sobie wyobrazić. Lem miał dwóch sąsiadów z ławki. Pierwszym był Julek Ch., „syn policjanta, chłopak dosyć rozrośnięty, blondyn z zadartym nosem i wyrazem niepewności w oczach”. Dał on Lemowi autentyczny jednostrzałowy pistolet, kaliber 6 milimetrów, w zamian za straszaka browninga 9 milimetrów, który się właścicielowi „znudził”. Lem odpalił go w domu, czym przeraził ojca, który mu natychmiast ten pistolet skonfiskował.

Drugim sąsiadem był Jurek G., „przystojny i kochliwy”. Lem pamiętał jednak głównie jego romanse, nie jego samego. Więcej pisze o „Mieciu P.”, o „ciężkim dowcipie i jeszcze cięższej ręce; pytany, grał zwykle idiotę, tak aby wychodziło na natrząsanie się z egzaminatora”. Miecio był wulgarny, Lem więc za nim nie przepadał. Lubił za to Jóźka F., „któremu wąs zaczął się sypać bodajże czy nie już w pierwszej gimnazjalnej”, oraz Zygmunta E. zwanego Puńcią, doskonałego piłkarza, pochodzącego z ubogiej rodziny, więc w gimnazjum utrzymywał się, dając korepetycje.

Z korepetytorów korzystał z kolei sam Lem i ich też opisuje dość szczegółowo, przede wszystkim nauczycielkę francuskiego, „pewną Mademoiselle, osobę dość przykrą, z olbrzymim, porowatym jak pod powiększającym szkłem, czerwonym nosem”. Lem nie chciał się uczyć francuskiego, więc znalazł na Mademoiselle świetny sposób, niczym bohaterowie Sposobu na Alcybiadesa Niziurskiego.

Mademoiselle uwielbiała plotki o tym, kto się żeni, a kto rozwodzi. Lem opowiadał jej zmyślone historie o swoich licznych wujach i ciotkach, jednocześnie częstując ją koktajlami, które własnoręcznie miksował z alkoholi wykradanych z kredensu matki. „Doprawdy dziwne, że po tym wszystkim potrafię przeczytać książkę w języku Moliera” – zauważa Lem.

W miarę szczegółowo opisane są także inne niespokrewnione osoby, z którymi Lem stykał się w domu rodzinnym – praczka, szwaczka, służąca, kucharka. Ale jeśli zrobimy kolejny krok w stronę pisarza i zaczniemy obserwować jego krewnych, obraz się rozmywa.

 

W Wysokim Zamku i innych tekstach wspomnieniowych wielokrotnie pojawiają się wujowie i ciotki, ale ci rzadko mają imiona, rzadko też mają cechy charakterystyczne. Często Lem opisuje ich właśnie w liczbie mnogiej, jako wujów i ciotki – nawet nie wiemy, ilu ich było i jakie właściwie łączyło ich pokrewieństwo. Opierając się na samych wypowiedziach Lema, nie można sporządzić żadnej listy.

Imiona mają „kuzyn Mietek” (z którym Staszek pobił się o niezwykłą zniewagę w postaci „pokazania nogi”), „ciocia Niunia”, a także „wuj Mundek, mąż cioci Hani z ulicy Wolności” (który z ojcem pasjami próbował łapać dalekie rozgłośnie na radiu marki Ericsson, ale dobiegały z niego głównie „potężne gwizdy, warkoty i miauczenia elektrycznych kotów”).

Imienia nie ma „ciotka z ulicy Jagiellońskiej”, ale dowiadujemy się z Wysokiego Zamku, że tuż pod jej domem małego Staszka śmiertelnie wystraszył agresywny indyk, a ponadto że ciotka miała „eine feine Stube”, czyli elegancki salon, do którego nie wolno było wchodzić, pełen ozdobnych naczyń i smakołyków przeznaczonych wyłącznie do dekoracji. Chłopiec potraktował ten zakaz jak wyzwanie, zakradł się do salonu przy pierwszej okazji i zatopił zęby w marcepanowym owocu – by odkryć, że po latach marcepan skamieniał i nie nadawał się już do jedzenia. Było to „jedno z największych rozczarowań [jego] życia”.

Ciotka zyskała imię dopiero dobre trzydzieści lat po publikacji Wysokiego Zamku. W wywiadzie z Tomaszem Fiałkowskim Lem powiedział, że miała na imię Berta i była matką Mariana Hemara. W latach sześćdziesiątych XX wieku mówienie o Hemarze nie miało sensu, cenzura i tak by to usunęła z książki (albo książka w ogóle by się nie ukazała).

Obraz staje się zupełnie rozmazany, gdy zrobimy ostatni krok w stronę jądra tego atomu, gdy przyjrzymy się dwóm osobom najbliższym małemu Staszkowi – jego rodzicom. Nauczycieli, kolegów, korepetytorów, sklepikarzy, praczki i kucharki możemy sobie wyobrazić na podstawie tych wspomnień. Wiemy, jakie mieli głosy i jak wyglądali. Ale jaki głos miał ojciec? Jak wyglądała matka? Ba, jak oni się w ogóle nazywali? Tego nie znajdziemy ani w Wysokim Zamku, ani w późniejszych tekstach wspomnieniowych. O matce dowiadujemy się właściwie tylko tyle, że istniała. Jak bóstwo chtoniczne w antycznych mitologiach, nie odgrywa roli fabularnej w mitologicznej narracji, bo przecież zawsze jest milcząco obecna w tle – to ona uosabia wszystko, co materialne. Ojciec za to jest bóstwem olimpijskim, nadprzyrodzonym władcą, który czasem zsyła małemu Staszkowi hojne dary, a czasem wydaje niezrozumiałe zakazy. Trudno ich sobie na podstawie tego opisu wyobrazić jako ludzi z krwi i kości.

Zostawmy już te metafory i napiszmy, co o rodzicach Lema wiadomo na pewno. Nazywali się Samuel Lem i Sabina z domu Wollner, pobrali się 30 maja 1919 roku3. Samo imię ojca wyjaśnia, dlaczego Stanisław Lem tak bardzo w tej sprawie kluczył – przez całe życie unikał rozmawiania o swoich żydowskich korzeniach.

Samuel Lem co najmniej od roku 19044 posługiwał się spolszczoną wersją nazwiska, ale jego krewni aż do samej wojny podpisywali się „Lehm”. Od czasu do czasu również on używał starej pisowni, prawdopodobnie ze względu na zgodność z jakimiś dokumentami.

Lemów i Lehmów do 1939 roku we Lwowie mieszkało wielu. Hersz vel Herman Lehm, ojciec Samuela, miał siedmioro rodzeństwa5, co praktycznie uniemożliwia odtworzenie tożsamości wszystkich „wujków i cioć” z Wysokiego Zamku, tym bardziej że – jak podejrzewam – część z nich to niespokrewnieni „przyjaciele domu”. Wiadomo jednak, że różnili się swoim podejściem do kwestii asymilacji. Niektórzy trwali przy żydowskiej tożsamości, inni zaś uważali się za Polaków pochodzenia żydowskiego, jak choćby Samuel Lem właśnie, o czym najlepiej świadczy wybór imienia dla pierworodnego syna.

Stanisław! Czemu nie Adam, Jan czy Piotr? Czemu to musiało być jedno z imion, które – niczym Wojciech lub ­Jadwiga – jednoznacznie przypisuje do Europy Środkowo-Wschodniej, nawet po zastąpieniu zachodnim odpowiednikiem? To nie był przypadkowy wybór, to była deklaracja polskości.

Austro-węgierski lekarz wojskowy, taki jak doktor Samuel Lem, miał w 1918 roku wiele opcji do wyboru. W czasach pokoju i względnej stabilności narodowość i obywatelstwo traktujemy jako coś niezmiennego, ale dla mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej sto lat temu tak nie było. Ich państwa w wyniku Wielkiej Wojny rozsypały się jak domki z kart. Ich paszporty z dnia na dzień straciły ważność. Wszyscy nolens volens dokonali wyboru i często – z racji braku obiektywnych kryteriów – ten wybór był arbitralny.

Świadczy o tym choćby przykład braci Szeptyckich. Jeden z nich, Andrzej, metropolita unicki, przeszedł do historii jako przywódca duchowy Ukraińców. Jego rodzony brat Stanisław został zapamiętany jako polski dowódca, który obronił Wilno przed bolszewikami. Zapewne jeszcze kilka lat wcześniej braci Szeptyckich rozbawiłaby taka przepowiednia, że zapiszą się złotymi zgłoskami w historii zwaśnionych ze sobą narodów.

W moim pokoleniu wiele było opowieści o tym, jak nasi rodzice lub dziadkowie stali przed podobnymi wyborami w roku 1918 czy 1945. Często towarzyszyła temu nutka wyrzutu pod adresem przodków, którzy z wszystkich paszportów, jakie mieli do wyboru, wybrali akurat polski!

Wiele rodzin kultywowało rodzinną legendę o jakiejś ciotce czy wujku, których wojenna zawierucha rzuciła na Zachód. Czasem przyjeżdżali, odziani w tweedy i pachnący old spice’em, praktycznie każdym zmysłem dając poznać, że przybywają z innego, lepszego świata. Wielkodusznie dawali nam kilka dolarów czy marek zachodnioniemieckich, które dla nas były skarbem, bo wiedzieliśmy, że w specjalnych sklepach można za to kupić niezwykłe smakołyki – puszkę 7UP, pudełko gumy do żucia Wrigley’s Spearmint albo nawet (ach!) słoiczek nutelli.


Stanisław Lem jako dziecko, Lwów, lata dwudzieste

A kto nie miał takiego krewnego, ten o nim fantazjował. Było to nawet udziałem dorosłego Stanisława Lema. Od ojca usłyszał plotkę, że jakiś członek rodziny przyniósł jej hańbę i musiał się salwować emigracją do USA. Odtąd Stanisław Lem wciąż oczekiwał na telegram z informacją o sutym amerykańskim spadku i zanudzał tym żartem swoją żonę oraz najbliższe otoczenie, samokrytycznie przyznając, że „zakrawało to nieomal na obsesję”6.

Po I wojnie światowej mało kto spodziewał się tak rychłego nadejścia drugiej. Po drugiej z kolei spodziewano się trzeciej, która jednak (odpukać) ciągle nie nadchodzi. Co za tym idzie, dziecięce doświadczenia pokolenia Stanisława Lema były radykalnie odmienne od moich oraz – jak sądzę – większości jego wielbicieli w PRL. Wychowywano mnie w poczuciu miałkiej tymczasowości wszystkiego, co nas otacza. Szkoła, rodzice i popkultura kazały mi czekać na kolejną wojnę czy powstanie, w których wszystko znowu pójdzie z dymem, jak już dwukrotnie w tym stuleciu.

Lema wychowywano w poczuciu „betonowego, niewzruszonego ładu” (jak to ujął w rozmowie z Fiałkowskim). Przez pierwsze osiemnaście lat było dla niego oczywiste, że miał szczęście przyjść na świat i mieszkać w najwspanialszym mieście świata. Innych miast nie zdążył poznać i chyba niespecjalnie go interesowały – po skłonności ojca do spełniania zachcianek syna można się domyślić, że gdyby mały Staszek wiercił mu w tej sprawie dziurę w brzuchu, w końcu pojechałby do Krakowa czy do Warszawy. Tymczasem ojciec nie puścił go nawet na szkolną wycieczkę do Paryża, argumentując, że tak daleka podróż byłaby niebezpieczna.

To wszystko sprawia jednak, że z dużą dozą sceptycyzmu czytam na przykład taki fragment Wysokiego Zamku:

Nie widziałem doprawdy nigdzie wystaw cukierniczych urządzanych z takim rozmachem. Była to zresztą właściwie scena, oprawna w metalowe ramy, na której kilkakrotnie w roku zmieniano dekoracje stanowiące tło dla potężnych posągów i figur alegorycznych z marcepanu. Jacyś wielcy naturaliści albo i Rubensowie cukiernictwa urzeczywistniali swoje wizje, a szczególnie już przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą działy się za szybami zaklęte w masę migdałową i kakaową dziwy. Cukrowi Mikołaje powozili zaprzęgami, a z ich worów kipiały lawiny smakołyków; na lukrowych półmiskach spoczywały szynki i ryby w galarecie, też marcepanowe z tortowym nadzieniem, przy czym te moje informacje nie mają czysto teoretycznego charakteru. Nawet plastry cytryny, przeświecające spod galarety, były udaniem cukierniczego rzeźbiarstwa. Pamiętam stada różowych świnek z czekoladowymi oczętami, wszystkie możliwe rodzaje owoców, grzybów, wędliny, rośliny, jakieś knieje i wertepy: można było dojść do przeświadczenia, że Zalewski potrafiłby cały Kosmos powtórzyć w cukrze i czekoladzie, słońcu przydając łuskanych migdałów, a gwiazdom lukrowego lśnienia; za każdym razem w nowym sezonie umiał ten mistrz nad mistrze zajść duszę moją, łaknącą, niespokojną i nie całkiem jeszcze ufną, od nowej strony, przeszyć mnie wymową swych marcepanowych rzeźb, akwafortami białej czekolady, Wezuwiuszami tortów rzygających bitą śmietaną, w których jak wulkaniczne bomby nurzały się ciężko kandyzowane owoce.

Deklaracja „nie widziałem doprawdy nigdzie” wzbudziła moją nieufność, gdy pierwszy raz czytałem te słowa jako dziec­ko pożerające łapczywie wszystkie książki Lema, jakie udało mi się znaleźć w bibliotece domowej, w bibliotekach kolegów z sąsiedztwa, a wreszcie w bibliotekach szkolnej, osiedlowej i w miejscowościach odwiedzanych podczas wakacji. Wysoki Zamek dopadłem bodajże w osiedlowej i było to jednocześnie moje pierwsze zetknięcie się z fenomenem polskiego Lwowa.

Przedtem informacja, że przed wojną były jakieś dwa duże polskie miasta, które przestały być polskie w wyniku zmiany granic po roku 1945, była dla mnie geograficzną ciekawostką, niczym więcej. Wysoki Zamek zapełnił to konkretem zapachu roznoszącego się z palarni kawy na ulicy Szopena, romantyczną scenerią Ogrodu Jezuickiego czy właśnie opisami cukierni, do których każde czytające tę książkę dziecko (niezależnie od wieku) natychmiast chciałoby się przenieść.