Ameryka nie istniejeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł: Ameryka nie istnieje Autor: Wojciech Orliński Tytuł serii: mój prywatny świat Redakcja i opisy zdjęć: Roman Książek Korekta: Urszula Czerwińska Redakcja techniczna: Mariusz Kurkowski

Projekt graficzny okładki: Adam Peringer, Maciej Barcik Projekt graficzny wkładki zdjęciowej: Wioletta Majcherczyk, Roman Książek, Mariusz Dyduch, Adam Peringer

Redaktor prowadzący: Roman Książek

Zdjęcia na okładce: Dreamstime.com Zdjęcia we wkładce: corbis, Dreamstime.com, Wojciech Orliński

Copyright © Wydawnictwo Pascal 2010

Wydawnictwo Pascal Spółka z o.o.

43-300 Bielsko-Biała, ul. Kazimierza Wielkiego 26

tel. 338282828, fax 338282829

pascal@pascal.pl, www.pascal.pl

Przewodniki dla firm i agencji reklamowych:

creative@pascal.pl

www.pascalcreative.pl

Bielsko-Biała 2010

ISBN 978-83-7642-361-6

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Wojciech Orliński (ur. 1969), absolwent Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel wychodzącego w latach 90. pisma „Lewą Nogą”. Pracował m.in. w redakcji biuletynu Polskiej Akademii Nauk i w tygodniku „Wiadomości Kulturalne”. W 1997 roku został przyjęty na etat w „Gazecie Wyborczej” i wsiąkł tam na dobre. Ponadto okazjonalnie parał się tłumaczeniem (Karol Marks, jego życie i środowisko Isaiah Berlina) i pisaniem opowiadań fantastycznych. W 2007 roku ukazał się jego leksykon Co tą są sepulki? Wszystko o Lemie.

Zamiast wstępu: Disneyland

W książ­ce Ame­ry­ka Je­an Bau­dril­lard wy­po­wia­da słyn­ne sło­wa o Di­sney­lan­dzie, iż jest „po to, by ukry­wać, że jest nim ca­ły kraj, że ca­ła Ame­ry­ka jest Di­sney­lan­dem”. Jaw­na nie­rze­czy­wi­stość Di­sney­lan­du ma przed na­mi ukry­wać nie­rze­czy­wi­stość po­bli­skie­go Los An­ge­les.

To spo­strze­że­nie za­in­spi­ro­wa­ło Bau­dril­lar­da do sfor­mu­ło­wa­nia teo­rii „sy­mu­la­krów” i „hi­per­rze­czy­wi­sto­ści”. Ja jed­nak je­stem oso­bą z na­tu­ry scep­tycz­ną, więc kie­dy pierw­szy raz prze­czy­ta­łem te sło­wa, po­my­śla­łem so­bie, że to tyl­ko ta­ka ty­po­wa trom­ta­dra­cja fran­cu­skie­go fi­lo­zo­fa. W ja­kim sen­sie Los An­ge­les mia­ło­by być nie­rze­czy­wi­ste? Wie­żow­ce w Do­wn­town, kul­tu­ry­ści na pla­ży w San­ta Mo­ni­ca, sieć wiecz­nie za­kor­ko­wa­nych au­to­strad, stu­dia fil­mo­we i te­le­wi­zyj­ne w Bur­bank i Hol­ly­wo­od – to wszyst­ko jest prze­cież praw­dzi­we i na­ma­cal­ne. Praw­dzi­wi lu­dzie za­ra­bia­ją tam naj­praw­dziw­sze pie­nią­dze świa­ta. Po­sta­no­wi­łem więc spraw­dzić blef fran­cu­skie­go fi­lo­zo­fa. Jak sam pi­sał, do­szedł do te­go wnio­sku na po­bli­skiej pu­sty­ni Mo­ja­ve („W pew­nym sen­sie ca­ła Ame­ry­ka jest pu­sty­nią” – za­no­to­wał). Rzu­co­ny przez de­le­ga­cyj­ne wi­chry do Los An­ge­les, wy­po­ży­czam sa­mo­chód i po­wta­rzam szlak Bau­dril­lar­da.

Z Di­sney­lan­du na pu­sty­nię moż­na się do­stać na wie­le spo­so­bów, bo z Los An­ge­les wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzą al­bo na pu­sty­nię – al­bo do mo­rza. Wy­bie­ram bli­ską mo­je­mu ser­cu daw­ną dro­gę Ro­ute 66, bo do tej tra­sy nie po­trze­bu­ję GPS-a. Ostat­nia li­nij­ka pio­sen­ki Ro­ute 66 to „King­man, Bar­stow, San Ber­nar­di­no”, a po­tem jest już Los An­ge­les. Wy­star­czy więc, że od­wró­cę ko­lej­ność, po­ja­dę z Di­sney­lan­du na San Ber­nar­di­no, prze­kro­czę gó­ry prze­łę­czą Ca­jon, w Bar­stow skrę­cę na King­man i wi­taj pu­sty­nio!

Pu­sty­nia za­czy­na się wcze­śniej niż my­śla­łem, od ra­zu za prze­łę­czą Ca­jon. Gę­sty ruch sa­mo­cho­dów je­dzie au­to­stra­dą wy­bu­do­wa­ną rów­no­le­gle do Ro­ute 66, ale na tej dro­dze ży­cie za­mar­ło. Ja­dę przez sce­ne­rię przy­po­mi­na­ją­cą sta­re fil­my dro­gi. Przede mną i za mną: smu­ga spę­ka­ne­go as­fal­tu po ho­ry­zont. Je­dy­nym uroz­ma­ice­niem pej­za­żu są gó­ry ma­ja­czą­ce na ho­ry­zon­cie i zni­ka­ją­ce w per­spek­ty­wie słu­py te­le­gra­ficz­ne. Po­za tym jak okiem się­gnąć, ani ży­wej du­szy, ani sa­mo­cho­du. Z per­spek­ty­wy pu­sty­ni te­za Bau­dril­lar­da nie wy­da­je się już nie­do­rzecz­na. Los An­ge­les scho­wa­ło się za gó­ra­mi San Ber­nar­di­no na ho­ry­zon­cie. Pró­bu­ję je so­bie przy­po­mnieć – i czu­ję ab­sur­dal­ność tych wspo­mnień. Wiel­kie mia­sto? Tu­taj? A kto by tu chciał miesz­kać?

Tu­taj na­tu­ral­ną for­mą eg­zy­sten­cji wy­da­ją mi się tyl­ko mi­ja­ne od cza­su do cza­su wy­lud­nio­ne miej­sco­wo­ści, w któ­rych wciąż jesz­cze tlą się ozna­ki ży­cia w roz­sy­pu­ją­cych się szo­pach. Wo­lę się trzy­mać od nich z da­le­ka, bo kul­tu­ra ma­so­wa – od Psy­cho­zy przez Tek­sań­ską ma­sa­krę pi­łą łań­cu­cho­wą po Au­to­sto­po­wi­cza, na­ka­zu­je mi się strzec tych miejsc. Po­cie­szam się wpraw­dzie wy­ja­śnie­niem, że mo­tyw hor­ro­ru na od­lu­dziu w ame­ry­kań­skiej po­pkul­tu­rze to tyl­ko eks­pre­sja ir­ra­cjo­nal­ne­go lę­ku war­stwy uprzy­wi­le­jo­wa­nych przed war­stwą wy­klu­czo­nych – ale i tak czu­ję się nie­swo­jo. Z punk­tu wi­dze­nia lu­dzi we­ge­tu­ją­cych tu na pu­sty­ni w skraj­nym ubó­stwie, kom­plet­nie nie­rze­czy­wi­ste mu­si być z ko­lei Los An­ge­les, je­go za­kor­ko­wa­ne au­to­stra­dy i spra­wy, za któ­ry­mi uga­nia­ją się je­go miesz­kań­cy. Na­gle uświa­da­miam so­bie, jak ab­sur­dal­nie z ich punk­tu wi­dze­nia wy­glą­da mój za­wód. Przy­le­cia­łem tu­taj z dru­giej pół­ku­li przy­cią­gnię­ty pro­mo­cją se­ria­li te­le­wi­zyj­nych. Od­wie­dzi­łem ulicz­kę Wi­ste­ria La­ne, na któ­rej roz­gry­wa się ak­cja se­ria­lu Go­to­we na wszyst­ko. W rze­czy­wi­sto­ści ulicz­ka w ca­ło­ści wy­bu­do­wa­na jest w stu­diu w Bur­bank, dla­te­go do­sko­na­le wy­pie­lę­gno­wa­ne do­my Bree, Ly­net­te i Ga­briel­le nie ma­ją su­fi­tów (zwróć­cie uwa­gę!).

Miesz­kań­cy szop na pu­sty­ni ma­ją te­le­wi­zo­ry, wi­dać zresz­tą z da­le­ka an­te­ny na da­chach. W apo­ka­lip­tycz­nej ko­me­dii Ti­ma Bur­to­na Mar­sja­nie ata­ku­ją! znacz­na część ak­cji roz­gry­wa się wła­śnie tu­taj, na pu­sty­ni Mo­ja­ve. Ma­muś­ka ro­dzi­ny ży­ją­cej wła­śnie w ta­kiej wid­mo­wej osa­dzie szy­ku­jąc się na na­dej­ście ko­smi­tów buń­czucz­nie de­kla­ru­je „po­wiem wam jed­no: mo­je­go te­le­wi­zo­ra nie do­sta­ną!”. Ubo­ga ro­dzi­na mo­że nie mieć pral­ki ani prysz­ni­ca, ale te­le­wi­zor być mu­si. W Pol­sce jest zresz­tą po­dob­nie.

Ci lu­dzie za­pew­ne zna­ją se­rial Go­to­we na wszyst­ko. Czy uwie­rzy­li­by mi, gdy­bym po­wie­dział, że Wi­ste­ria La­ne w ogó­le nie ist­nie­je? Ra­czej nie, bo ja sam – choć to nie jest mo­ja pierw­sza wi­zy­ta na pla­nie fil­mu czy se­ria­lu – re­gu­lar­nie je­stem za­sko­czo­ny tym, jak wie­le rze­czy wy­glą­da­ją­cych na ekra­nie so­lid­nie i re­ali­stycz­nie, w do­ty­ku oka­zu­je się być ze sklej­ki i sty­ro­pia­nu. Czy uwie­rzy­li­by mi, że za­wo­do­wo zaj­mu­ję się nie­ist­nie­ją­cy­mi ulicz­ka­mi w nie­ist­nie­ją­cych mia­stach? Że ktoś mi pła­ci za ich zwie­dza­nie? Oni mniej wię­cej wie­dzą, że są lu­dzie za­ra­bia­ją­cy gru­be mi­lio­ny za wy­my­śla­nie ta­kich uli­czek i miesz­ka­ją­cych na nich lu­dzi. Ale czy są świa­do­mi ist­nie­nia ko­goś ta­kie­go, jak czło­wiek, któ­ry za­wo­do­wo pi­sze opo­wie­ści o opo­wie­ściach (a te­raz, opo­wia­da­jąc o Bau­dril­lar­dzie, wpa­dam już w opo­wieść o opo­wie­ści o opo­wie­ści)? Po­si­lam się ochła­pa­mi z pań­skie­go sto­łu, a mi­mo to nie mam cze­go za­zdro­ścić miesz­kań­com szo­py na pu­sty­ni – to nie jest Ame­ry­ka mo­ich snów.

Ho­tel w Los An­ge­les, z któ­re­go tu przy­je­cha­łem, wy­da­je się być czymś rów­nie nie­re­al­nym jak Di­sney­land. Na pu­sty­ni je­stem w świe­cie per­ma­nent­ne­go nie­do­stat­ku, w Los An­ge­les by­łem w świe­cie gro­te­sko­we­go nad­mia­ru, gdzie wbrew bio­lo­gii i eko­no­mii w pu­styn­nym kli­ma­cie pra­co­wi­cie utrzy­mu­je się traw­ni­ki. Trze­ba z wy­prze­dze­niem za­re­zer­wo­wać sto­lik w re­stau­ra­cji, że­by zy­skać przy­wi­lej wy­da­nia for­tu­ny na po­si­łek spe­cjal­nie przy­rzą­dzo­ny tak, że­by jak naj­mniej sy­cił.

Miesz­kań­cy pu­sty­ni z grub­sza zna­ją świat Los An­ge­les, bo oglą­da­ją w swo­ich fil­mach se­ria­le o Los An­ge­les. Tyl­ko że ten świat jest dla nich tak ob­cy, że fik­cja mie­sza się z rze­czy­wi­sto­ścią, Wi­ste­ria La­ne zle­wa się z Mel­ro­se Ave­nue (ta dru­ga w od­róż­nie­niu od tej pierw­szej przy­naj­mniej ma ja­kiś re­al­ny pier­wo­wzór). Po­dob­nie jest z miesz­kań­ca­mi Los An­ge­les: oglą­da­ją fil­my o lu­dziach miesz­ka­ją­cych w przy­cze­pach kem­pin­go­wych (za­raz za­raz: to po­win­ny być przy­cze­py a nie szo­py? Tak jest w fil­mie Bur­to­na wła­śnie! A jed­nak żad­nej przy­cze­py jesz­cze dzi­siaj tu nie spo­tka­łem...). Ale rze­czy­wi­stość mie­sza im się z fik­cją hor­ro­rów o pi­łach łań­cu­cho­wych.

Dla Eu­ro­pej­czy­ka głów­ną atrak­cją Di­sney­lan­du jest moż­li­wość od­wie­dze­nia ta­kiej Ame­ry­ki, ja­ką zna­my z fil­mów: mi­tycz­nej Ma­in Stre­et jak z fil­mu Fran­ka Ca­pry, we­ster­no­we­go Po­gra­ni­cza, Po­łu­dnia jak z Mar­ka Twa­ina, nie mó­wiąc już o fil­mach Di­sneya i Pi­xa­ra. Prze­kra­cza­jąc gra­ni­cę mię­dzy aglo­me­ra­cją Los An­ge­les a pu­sty­nią uświa­da­miam so­bie, że po­dob­nie w Di­sney­lan­dzie czu­je się prze­cięt­ny Ame­ry­ka­nin. Bo on też ta­ką Ame­ry­kę zna głów­nie z fil­mów. Miesz­kań­cy Los An­ge­les i miesz­kań­cy pu­sty­ni zna­ją się na­wza­jem z fil­mów i se­ria­li, ale po­za tym ich dro­gi ży­cio­we rzad­ko się prze­ci­na­ją. Są dla sie­bie na­wza­jem two­ra­mi kul­tu­ry ma­so­wej odro­bi­nę tyl­ko bar­dziej re­al­ny­mi od Mysz­ki Mi­ki.

Gdy po­dró­żo­wa­łem przez USA, zbie­ra­jąc ma­te­ria­ły do tej książ­ki, w przy­droż­nym mo­te­lu ode­bra­łem ma­ila od swe­go re­dak­to­ra z pod­chwy­tli­wym py­ta­niem: „sko­ro Ame­ry­ka nie ist­nie­je, to gdzie ty wła­ści­wie je­steś?”. Na szczę­ście ba­da­nia te­re­no­we mia­łem już dość za­awan­so­wa­ne, że­by mieć na za­da­ne py­ta­nie go­to­wą od­po­wiedź. Brzmi ona tak: po­dró­żu­jąc przez Ame­ry­kę za­wsze jest się w miej­scu, któ­re­go miesz­kań­cy uwa­ża­ją, że ow­szem, gdzieś tam rze­czy­wi­ście jest ta słyn­na, zna­na nam z fil­mów i ksią­żek Ame­ry­ka. Ale tu­taj jej nie ma, tu­taj u nas spra­wy wy­glą­da­ją zu­peł­nie ina­czej. Zmie­nia się tyl­ko owe „tu­taj”, ale iden­tycz­ną de­kla­ra­cję usły­szy­my w Tek­sa­sie, na Man­hat­ta­nie, w Mis­si­si­pi, w Do­li­nie Krze­mo­wej, w Las Ve­gas, w Kan­sas i w Lu­do­wej Re­pu­bli­ce Ber­ke­ley. Ktoś mo­że ri­po­sto­wać, że w Pol­sce też ma­my „war­szaw­kę”, „kra­kó­wek”, „ślun­za­ków”, „py­ry” i „go­ro­li”, ale mi­mo wszyst­ko spa­ja nas du­żo wię­cej niż Ame­ry­ka­nów. Co tu du­żo ga­dać, sie­dzi­my na tej zie­mi od do­bre­go ty­sią­ca lat. Gdy pró­bu­je­my usta­lić wiek na­szych miast, to sam mar­gi­nes błę­du wy­no­si zwy­kle stu­le­cie lub dwa; to bar­dzo sę­dzi­wy wiek jak dla mia­sta z Ame­ry­ki Pół­noc­nej.

 

Co spa­ja miesz­kań­ca szo­py na pu­sty­ni z miesz­kań­cem Los An­ge­les? Ich wspól­na hi­sto­ria to wła­śnie hi­sto­ria szo­py. Naj­star­szy bu­dy­nek w Los An­ge­les, za­by­tek gwa­ran­tu­ją­cy chi­chot eu­ro­pej­skie­go tu­ry­sty, to tzw. Avi­la Ado­be, szo­pa wznie­sio­na w 1818 ro­ku przez nie­ja­kie­go Fran­ce­sco Avi­lę, Mek­sy­ka­ni­na ho­du­ją­ce­go kro­wy w ran­cho Las Cie­ne­gas, któ­re­go wiel­kie pa­stwi­ska po­kry­wa­ły się mniej wię­cej z ob­sza­rem dzi­siej­sze­go cen­trum Los An­ge­les. Wspól­na hi­sto­ria opi­sy­wa­nych miesz­kań­ców jest krót­ka i ma­ło spek­ta­ku­lar­na (jak na eu­ro­pej­skie stan­dar­dy). Ich wspól­ne in­te­re­sy czę­sto wręcz nie ist­nie­ją – nie­któ­rzy Ame­ry­ka­nie z bra­ku po­my­słów na wy­da­wa­nie pie­nię­dzy ku­pu­ją elek­trycz­ne sa­mo­cho­dy spor­to­we i ma­ry­nar­ki Joh­na Va­rva­to­sa za dwa ty­sią­ce do­la­rów sztu­ka. Nie­któ­rzy z ko­lei miesz­ka­ją w bu­dyn­kach, któ­re w Pol­sce uzna­li­by­śmy za nie speł­nia­ją­ce norm ba­ra­ku so­cjal­ne­go i od­ży­wia­ją się czymś, co w Pol­sce uzna­li­by­śmy za speł­nia­ją­ce naj­wy­żej nor­my pa­szy dla tucz­ni­ków.

Z kra­jów cy­wi­li­zo­wa­nych Ame­ry­ka jed­no­cze­śnie ma re­kor­do­wo szczu­płą au­ten­tycz­ną hi­sto­rię – i re­kor­do­wo bo­ga­ty do­ro­bek hi­sto­rii fik­cyj­nych. Od swe­go za­ra­nia Ame­ry­ka o Ame­ry­ce opo­wia­da ba­śnie tak fa­scy­nu­ją­ce, że śni je po­tem ca­ły świat. Te ba­śnie prze­cież zresz­tą stwo­rzy­ły Ame­ry­kę. Od pierw­szych an­giel­skich osad­ni­ków w XVII wie­ku aż po hin­du­skich pro­gra­mi­stów w Do­li­nie Krze­mo­wej, Ame­ry­ka przy­cią­ga do sie­bie po­przez oce­any lu­dzi, któ­rzy ma­rzą o roz­po­czę­ciu tu­taj no­we­go ży­cia zgod­nie z ba­śnią, któ­rą ktoś im opo­wie­dział.

Kie­dy więc za­czy­na­my szu­kać te­go, co spa­ja Po­la­ków (czy Niem­ców, czy Fran­cu­zów, czy An­gli­ków...), bę­dzie­my mó­wić o zja­wi­skach w mia­rę re­al­nych. Ame­ry­ka­nów tym­cza­sem spa­ja­ją le­gen­dy. Naj­pierw spa­ja­ły ich ba­śnie epo­ki ko­lo­nial­nej, dzi­siaj zaś ra­czej to, co opo­wia­da­ją fil­my, re­kla­my i ko­mik­sy – nie­zmien­ne jed­nak po­zo­sta­je to, że na pierw­szym miej­scu wciąż jest fik­cja.

Di­sney­land to po­mnik wznie­sio­ny tej fik­cji. Di­sney­land to tak zwa­ny „the­me park” – okre­śle­nie, któ­re nie ma od­po­wied­ni­ka w ję­zy­kach eu­ro­pej­skich, co lu­dziom pró­bu­ją­cych go opi­sać zo­sta­wia trzy wyj­ścia, a każ­de na in­ny spo­sób nie­do­bre. Al­bo jak ja w po­przed­nim zda­niu, moż­na uży­wać an­gli­cy­zmu w cu­dzy­sło­wach, al­bo to­por­nie pró­bo­wać tłu­ma­cze­nia na „park te­ma­tycz­ny”, al­bo wresz­cie się­gnąć po nie­do­sko­na­ły eu­ro­pej­ski od­po­wied­nik „park roz­ryw­ki”. Dla­cze­go nie­do­sko­na­ły? Bo róż­ni­cę mię­dzy „par­kiem roz­ryw­ki” a „par­kiem te­ma­tycz­nym” wi­dać na pierw­szy rzut oka. Jest nią te­mat. W Eu­ro­pie „park roz­ryw­ki” to coś ta­kie­go jak duń­skie Ti­vo­li czy Bak­ken – ka­ru­ze­le, strzel­ni­ce, wa­ta cu­kro­wa. Park te­ma­tycz­ny do­kła­da do te­go te­mat. Nie cho­dzi tyl­ko o to, że krę­ci­my się na ka­ru­ze­li – ta ka­ru­ze­la w do­dat­ku ma uda­wać ja­kieś wy­da­rze­nie, w któ­rym bio­rą udział di­sney­ow­skie po­sta­cie. Wszyst­ko w Di­sney­lan­dzie, na­wet skle­py, re­stau­ra­cje i pia­skow­ni­ce, uda­je coś in­ne­go niż w rze­czy­wi­sto­ści – ofe­ru­je nam ilu­zję sa­lo­onu na Dzi­kim Za­cho­dzie, cza­ro­dziej­skie­go pa­ła­cu al­bo ja­kie­goś in­ne­go sy­mu­la­kru kul­tu­ry ma­so­wej.

Cen­tral­ną atrak­cją każ­de­go par­ku Di­sneya na świe­cie, z któ­rej in­ne fa­bu­ły roz­cho­dzą się pro­mie­ni­ście, jest „Ma­in Stre­et USA”. Jest to po di­sney­ow­sku wy­ide­ali­zo­wa­na imi­ta­cja ty­po­wej głów­nej uli­cy ty­po­we­go ame­ry­kań­skie­go ma­łe­go mia­stecz­ka z po­cząt­ku XX wie­ku. Za­trzy­maj­my tu opo­wieść na chwi­lę i spró­buj­my so­bie wy­obra­zić po­dob­ny park roz­ryw­ki dzia­ła­ją­cy gdzieś w Pol­sce. W pra­wie każ­dym pol­skim ma­łym mia­stecz­ku jest uli­ca War­szaw­ska (jest na­wet w War­sza­wie, od kie­dy do sto­li­cy przy­łą­czo­no pod­miej­ską dziel­ni­cę Ur­sus). Wy­obraź­my so­bie za­tem pol­ski park roz­ryw­ki, w któ­rym trze­ba na wej­ściu za­pła­cić sło­no za bi­let, a za­raz po prze­kro­cze­niu bra­my lą­du­je się na ty­po­wej uli­cy War­szaw­skiej. Ja w każ­dym ra­zie nie umiem so­bie wy­obra­zić ta­kiej sy­tu­acji bez po­pa­da­nia w sa­ty­rę, coś mię­dzy „Ba­re­ją”, Rej­sem a „Re­dliń­skim”. Kto w Pol­sce ku­po­wał­by bi­le­ty by oglą­dać ty­po­we pol­skie mia­stecz­ko? Nie tyl­ko w Pol­sce ta­ki po­mysł wy­da­wał­by się sza­lo­ny. Od­po­wie­dzią na Di­sney­land pod Pa­ry­żem jest Park Aste­rik­sa. Nie za­wie­ra on jed­nak „ty­po­wej fran­cu­skiej uli­cy”, zgod­nie z for­mu­łą ko­mik­su Ude­rzo i Go­scin­ne­go za­pra­sza ra­czej do za­ba­wo­wej po­dró­ży po świa­tach sta­ro­żyt­nych Rzy­mian, Gre­ków i oczy­wi­ście Gal­lów.

W Ame­ry­ce po­mysł Di­sneya też po­cząt­ko­wo wy­da­wał się dziw­ny, stąd trud­no­ści w uzy­ska­niu ka­pi­ta­łu na no­we przed­się­wzię­cie. Przy­zwy­cza­ili­śmy się do my­śle­nia o kon­cer­nie Di­sneya ja­ko o mo­lo­chu, któ­ry za­wsze na wszyst­ko ma pie­nią­dze, ale w rze­czy­wi­sto­ści hi­sto­ria tej fir­my aż do naj­now­szych cza­sów to głów­nie dzie­je po­my­sło­we­go ucie­ka­nia gra­ba­rzo­wi spod ło­pa­ty i ory­gi­nal­nych źró­deł fi­nan­so­wa­nia ry­zy­kow­nych pro­jek­tów. W tym przy­pad­ku ban­ki na po­cząt­ku lat 50. nie chcia­ły in­we­sto­wać w Di­sney­land w prze­ko­na­niu, że epo­ka par­ków roz­ryw­ki już się skoń­czy­ła (ich zło­tą erą w USA był ko­niec XIX i po­czą­tek XX stu­le­cia). A je­śli coś tę epo­kę wskrze­si, to na pew­no nie park wi­ta­ją­cy go­ści ty­po­wą ulicz­ką z ty­po­we­go mia­stecz­ka. Że­by mieć na roz­po­czę­cie bu­do­wy, Walt Di­sney sprze­dał swój świe­żo ukoń­czo­ny dom wa­ka­cyj­ny w Palm Springs, za­sta­wił po­li­sę ubez­pie­cze­nio­wą, za­po­ży­czył się u pra­cow­ni­ków i przy­ja­ciół. To i tak by­ło zbyt ma­ło na do­koń­cze­nie dzie­ła, resz­tę ka­pi­ta­łu uzy­skał więc wcho­dząc w alians z te­le­wi­zją ABC, któ­ry kil­ka de­kad póź­niej za­koń­czył się for­mal­nym po­łą­cze­niem obu firm. Współ­pra­ca ta za­czę­ła się wła­śnie w Di­sney­lan­dzie – w 1953 ro­ku te­le­wi­zja za­in­we­sto­wa­ła w spół­kę bu­du­ją­cą park, a Walt Di­sney za­czął na jej fa­lach nada­wać cy­klicz­ny pro­gram Świat Wal­ta Di­sneya, któ­ry był w pew­nym sen­sie ogrom­ną re­kla­mą te­go par­ku. Pro­gram ten ta­nio sprze­da­wa­no sie­ciom na ca­łym świe­cie, w tym w kra­jach ko­mu­ni­stycz­nych. Cha­rak­te­ry­stycz­na czo­łów­ka na­le­ży do mo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa i – jak w każ­dym ów­cze­snym dziec­ku – wy­wo­ły­wa­ła we mnie sil­ne ma­rze­nie, by kie­dyś wresz­cie po­je­chać do Di­sney­lan­du. Nie mam na to żad­nych so­cjo­lo­gicz­nych do­wo­dów, ale je­stem prze­ko­na­ny, że to ko­lek­tyw­ne ma­rze­nie mi­lio­nów Po­la­ków wcho­dzą­cych w do­ro­słość w la­tach 80. przy­czy­ni­ło się do oba­le­nia ko­mu­ni­zmu nie mniej od wszyst­kich sko­ków przez płot i Okrą­głych Sto­łów.

Moż­na mniej wię­cej zro­zu­mieć, dla­cze­go o zna­le­zie­niu się na „Ma­in Stre­et USA” ma­rzy dziec­ko z Eu­ro­py. Zwłasz­cza miesz­ka­ją­ce przy uli­cy War­szaw­skiej, zwłasz­cza gdy na tej uli­cy jesz­cze in­ne sy­mu­la­kry z roz­wie­szo­nych trans­pa­ren­tów na­wo­łu­ją, by RZE­TEL­NĄ PRA­CĄ WY­KU­WAĆ LEP­SZE JU­TRO SO­CJA­LI­STYCZ­NEJ OJ­CZY­ZNY.

Wróć­my jed­nak do py­ta­nia, któ­re nie da­wa­ło też spo­ko­ju ame­ry­kań­skim ban­kie­rom: ja­kim cu­dem „Ma­in Stre­et USA” mo­że być atrak­cją dla Ame­ry­ka­nów? Od­po­wie­dzi udzie­lił sam Walt Di­sney, prze­ma­wia­jąc 18 lip­ca 1955 ro­ku na otwar­ciu Di­sney­lan­du. Ta od­po­wiedź brzmia­ła dziw­nie zna­jo­mo: spro­wa­dza­ła się w za­sa­dzie do przed­sta­wie­nia Di­sney­lan­du ja­ko po­mni­ka rze­tel­nej pra­cy, któ­rą Ame­ry­ka­nie wy­ku­wa­ją lep­sze ju­tro ka­pi­ta­li­stycz­nej oj­czy­zny. Je­śli prze­sa­dzam, to tyl­ko tro­chę – do­słow­ne sło­wa Wal­ta Di­sneya po­świę­ca­ły Di­sney­land „ide­ałom, ma­rze­niom i twar­dym fak­tom, któ­re zbu­do­wa­ły Ame­ry­kę”. Oj­ciec Mysz­ki Mi­ki wy­ra­ził na­dzie­ję, że po­mnik tych ma­rzeń i ide­ałów „do­star­czy ra­do­ści i in­spi­ra­cji ca­łe­mu świa­tu”. Atrak­cje Di­sney­lan­du sta­no­wią więc zmi­to­lo­gi­zo­wa­ne po­mni­ki ide­olo­gii, le­żą­cej u pod­staw „ame­ry­kań­skie­go sty­lu ży­cia”. Di­sney le­piej od ban­kie­rów ro­zu­miał być mo­że, że ro­dzi­com ła­twiej bę­dzie wy­dać for­tu­nę na wspól­ną roz­ryw­kę z dzieć­mi, je­śli bę­dą mo­gli przy­naj­mniej czę­ścio­wo za­księ­go­wać te wy­dat­ki nie ja­ko czczą roz­ryw­kę, tyl­ko ja­ko coś o wa­lo­rach wy­cho­waw­czo-edu­ka­cyj­nych.

„Ma­in Stre­et USA” wi­ta więc ame­ry­kań­skie­go ro­dzi­ca – któ­ry jesz­cze od­czu­wa ból w port­fe­lu po opusz­cze­niu ka­sy przy wej­ściu – uspo­ka­ja­ją­cym prze­ka­zem, że oto za­brał swo­je dziec­ko do miej­sca, w któ­rym mło­dy Ame­ry­ka­nin u sa­me­go źró­dła czer­pać bę­dzie ide­olo­gię le­żą­cą u pod­staw ame­ry­kań­skie­go pań­stwa. To jak dla ide­owe­go ko­mu­ni­sty wi­zy­ta w mau­zo­leum Le­ni­na a dla ka­to­li­ka piel­grzym­ka do Wa­ty­ka­nu. „Ma­in Stre­et USA” uda­je usłu­go­wo-han­dlo­wą uli­cę wy­ide­ali­zo­wa­ne­go mia­stecz­ka, za­tem każ­dy bu­dy­nek sym­bo­li­zu­je ja­kieś przed­się­bior­stwo pro­wa­dzo­ne przez fik­cyj­ne­go drob­ne­go przed­się­bior­cę. Szyl­dy i na­pi­sy na oknach za­pra­sza­ją nas do sko­rzy­sta­nia z usług kup­ców, rze­mieśl­ni­ków i usłu­go­daw­ców. W rze­czy­wi­sto­ści fir­my te al­bo nie ist­nie­ją w ogó­le (Walt Di­sney przy­zna­wał „wła­sne okien­ka” róż­nym przy­ja­cio­łom i współ­pra­cow­ni­kom, na przy­kład szyld „Evans Gar­dens – Exo­tics and Ra­re Spe­cies” to na­gro­da dla Mor­ga­na Evan­sa, któ­ry pro­jek­to­wał ogro­dy w Di­sney­lan­dzie), al­bo w za­baw­ny spo­sób ukry­wa­ją swój praw­dzi­wy cha­rak­ter. Rze­ko­my lo­kal­ny cu­kier­nik za­pra­sza nas na lo­dy, któ­re w rze­czy­wi­sto­ści wy­pro­du­ko­wał kon­cern Ne­stlé. Rze­ko­ma ka­wia­ren­ka pro­po­nu­je ka­wę Ne­sca­fé, na­po­je chło­dzą­ce zaś do­star­czy­ła Co­ca-Co­la. Rze­ko­my fo­to­graf to punkt sprze­da­ży Ko­da­ka – i tak da­lej. Nad ca­łą resz­tą zaś oczy­wi­ście czu­wa kon­cern Di­sneya.

Etos drob­ne­go przed­się­bior­cy to ser­ce ame­ry­kań­skiej ide­olo­gii. Updi­ke, Lon­don, Von­ne­gut i He­min­gway po­świę­ci­li mu swo­je ar­cy­dzie­ła. W każ­de Bo­że Na­ro­dze­nie któ­ryś z ame­ry­kań­skich ka­na­łów te­le­wi­zyj­nych po­wta­rza film Fran­ka Ca­pry To wspa­nia­łe ży­cie. Nie­za­po­mnia­ny Ja­mes Ste­wart gra w nim ma­ło­mia­stecz­ko­we­go biz­nes­me­na, któ­re­go złe wy­ro­ki for­tu­ny do­pro­wa­dzi­ły na kra­wędź sa­mo­bój­stwa, ale je­go Anioł Stróż po­wstrzy­mu­je go przed tą de­cy­zją, po­ka­zu­jąc bo­ha­te­ro­wi Ma­in Stre­et w fik­cyj­nym mia­stecz­ku Bed­ford Falls. Oka­zu­je się, że tyl­ko mrów­czy wy­si­łek głów­ne­go bo­ha­te­ra po­wstrzy­mu­je Ma­in Stre­et przed osta­tecz­ną de­gren­go­la­dą. Na ra­zie jest to uro­cza ulicz­ka mniej wię­cej ta­ka jak jej di­sney­ow­skie si­mu­la­crum, ale nie­wie­le bra­ku­je, że­by ca­ła wpa­dła w łap­ska chci­we­go ban­kie­ra, któ­re­go gra Lio­nel Bar­ry­mo­re. A gdy już w te łap­ska wpad­nie, to nie bę­dzie na niej miej­sca dla uczci­wych, cięż­ko pra­cu­ją­cych drob­nych biz­nes­me­nów – wszyst­ko słu­żyć bę­dzie za­spo­ka­ja­niu in­te­re­sów ban­ko­we­go mo­lo­cha. Któ­ry z na­tu­ry rze­czy wo­li ro­bić in­te­re­sy z in­ny­mi mo­lo­cha­mi – dla­te­go na przy­kład ma­ły punkt ga­stro­no­micz­ny na ro­gu za­stą­pi lo­kal na­le­żą­cy do jed­nej z wiel­kich sie­ci fa­st­fo­odo­wych. Tak prze­cież wy­glą­da dzi­siej­sza Ame­ry­ka, do­kład­nie na tym po­le­ga „mak­do­nal­dy­za­cja spo­łe­czeń­stwa” opi­sa­na przez Geo­r­ge’a Rit­ze­ra. Ży­cie to nie film, w ży­ciu nie ma anio­łów.

 

W praw­dzi­wym ży­ciu chci­wy ban­kier za­wsze wy­gry­wa (na­wet – a wła­ści­wie zwłasz­cza – gdy bank ban­kru­tu­je, bo tra­cą­ce­mu pra­cę pre­ze­so­wi, zgod­nie z umo­wą, na­le­ży się gi­gan­tycz­ne od­szko­do­wa­nie). Di­sney­ow­skie „Ma­in Stre­et USA” od­zwier­cie­dla opo­zy­cję za­ry­so­wa­ną w tym fil­mie: tak na­praw­dę, to jest ulicz­ka rzą­dzo­na przez chci­wą kor­po­ra­cję, w któ­rej in­ne chci­we kor­po­ra­cje sprze­da­ją swo­je ma­so­wo wy­twa­rza­ne pro­duk­ty. De­ko­ra­cje ma­ją jed­nak wy­two­rzyć wra­że­nie, że oto u pro­win­cjo­nal­ne­go ap­te­ka­rza po­pi­ja­my wy­two­rzo­ny we­dług je­go wła­snej re­cep­tu­ry na­pój – sy­rop z li­ści ko­ki i orzesz­ków ko­li roz­cień­czo­ny wo­dą so­do­wą.

Wróć­my do te­zy Bau­dril­lar­da o nie­rze­czy­wi­sto­ści Ame­ry­ki. Te­raz mo­że­my ją sfor­mu­ło­wać tak: Ame­ry­ka­nie śnią o Ame­ry­ce Ja­me­sa Ste­war­ta, w rze­czy­wi­sto­ści ca­łe swo­je ży­cie spo­łecz­ne i za­wo­do­we spę­dza­jąc w Ame­ry­ce Lio­ne­la Bar­ry­mo­re. To wy­ja­śnia, dla­cze­go są go­to­wi za­pła­cić sło­ną ce­nę za zwie­dza­nie di­sney­ow­skiej sy­mu­la­cji Ame­ry­ki: w grun­cie rze­czy, ta sy­mu­la­cja po­ka­zu­je kra­inę, któ­ra jest dla nich rów­nie ba­śnio­wa i nie­re­al­na jak dla Eu­ro­pej­czy­ków. Mo­że na­wet bar­dziej, bo oni le­piej od nas wie­dzą, jak bar­dzo jest nie­re­al­na.

Za­baw­nym pa­ra­dok­sem jest tu­taj to, że w 1947 ro­ku obaj fil­mow­cy ope­ru­ją­cy po­dob­ną wi­zją Ma­in Stre­et ja­ko ustro­jo­we­go ide­ału – Walt Di­sney i Frank Ca­pra – spo­tka­li się po prze­ciw­nych stro­nach ba­ry­ka­dy. Gdy Ko­mi­sja ds. Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej za­czę­ła po­szu­ki­wa­nia ko­mu­ni­stów w Hol­ly­wo­od, Walt Di­sney był wśród naj­bar­dziej gor­li­wych świad­ków – je­go do­bro­wol­ne ze­zna­nia po­zwo­li­ły ode­brać pra­cę wie­lu wy­wro­to­wym fil­mow­com, w tym zwłasz­cza ani­ma­to­rom za­kła­da­ją­cym związ­ki za­wo­do­we w kon­cer­nie Mysz­ki Mi­ki.

Ko­mi­sja ty­po­wa­ła swo­je ofia­ry mię­dzy in­ny­mi na pod­sta­wie ra­por­tów FBI i ana­li­ty­cy owej agen­cji za­kla­sy­fi­ko­wa­li ja­ko kryp­to­ko­mu­ni­stę wła­śnie Fran­ka Ca­prę, do­kład­nie za ide­ali­zo­wa­nie drob­ne­go przed­się­bior­cy w kon­flik­cie z chci­wym ban­kie­rem. „Ten film to oczy­wi­sta pró­ba pod­wa­że­nia za­ufa­nia do ban­kie­rów po­przez ob­sa­dze­nie Lio­ne­la Bar­ry­mo­re’a ja­ko bez­li­to­śnie chci­we­go ku­twy, tak aby stał się naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­ną po­sta­cią w fil­mie. Zgod­nie z na­szy­mi źró­dła­mi, to ty­po­wa ko­mu­ni­stycz­na sztucz­ka” – na­pi­sa­ła agen­cja w pi­śmie do kon­gres­me­nów, od­taj­nio­nym po pół wie­ku w 1997 ro­ku. Jak to by­wa z ide­olo­gicz­ny­mi sy­mu­la­kra­mi, łat­kę wro­ga sys­te­mu moż­na do­stać po pro­stu za to, że trak­tu­je się ofi­cjal­ne ha­sła zbyt se­rio.

Wy­ide­ali­zo­wa­ne mia­stecz­ko Ca­pry ma le­żeć gdzieś w pro­win­cjo­nal­nej czę­ści sta­nu No­wy Jork – choć tak na­praw­dę fil­mo­wa­no je w Los An­ge­les w stu­diu En­ci­no Ranch, na te­re­nie któ­re­go wy­bu­do­wa­no sta­łą de­ko­ra­cję od­gry­wa­ją­cą naj­roz­ma­it­sze mia­sta, a to Pa­ryż na uży­tek Dzwon­ni­ka z No­tre Da­me, a to róż­ne we­ster­no­we mia­stecz­ka m.in. w Dy­li­żan­sie i Pra­wie pre­rii, a to sto­łecz­ny Wa­szyng­ton w fil­mie Dzień, w któ­rym zie­mia za­mar­ła. Stu­dio En­ci­no Ranch (ra­zem z wszel­ki­mi wspo­mnie­nia­mi po Ma­in Stre­et z fil­mu Ca­pry) bul­do­że­ry zrów­na­ły z zie­mią w 1954 ro­ku. Wy­twór­nia RKO w la­tach 50. po­śpiesz­nie wy­zby­wa­ła się ma­jąt­ku, wpa­dła bo­wiem w ła­py chci­we­go mi­lio­ne­ra Ho­war­da Hu­ghe­sa, któ­ry ją za­rżnął swo­imi eks­cen­trycz­ny­mi po­my­sła­mi. Za­miast ide­ali­stycz­ne­go mia­stecz­ka, dziś ma­my tam osie­dle iden­tycz­nych szkie­le­to­wych dom­ków jed­no­ro­dzin­nych – jed­no z wie­lu po­wsta­ją­cych w la­tach 50. jak grzy­by po desz­czu. W tym sa­mym cza­sie bul­do­że­ry wy­rów­ny­wa­ły już te­ren daw­ne­go sa­du w Ana­he­im pod Los An­ge­les, by wy­bu­do­wać udo­sko­na­lo­ną wer­sję mi­to­lo­gicz­nej Ma­in Stre­et. Walt Di­sney wzo­ro­wał ją na swo­ich wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa z mia­stecz­ka Mar­ce­li­ne w sta­nie Mis­so­uri, w któ­rym ja­ko na­sto­let­ni syn wią­żą­ce­go z tru­dem ko­niec z koń­cem far­me­ra, sam za­znał sma­ku upra­wia­nia ame­ry­kań­skie­go sty­lu ży­cia na Ma­in Stre­et, pra­cu­jąc ja­ko ro­we­ro­wy ku­rier. Wspo­mnie­nia z te­go okre­su Di­sney wy­ko­rzy­sty­wał w swo­ich fil­mach. Za­rów­no Mic­key (The De­li­ve­ry Boy, 1931) jak i Do­nald (Do­nalds’ Luc­ky Day, 1939) po­ka­zy­wa­ni są w ro­li ro­we­ro­wych ku­rie­rów, do­star­cza­ją­cych prze­sył­ki na prze­kór naj­roz­ma­it­szym ży­cio­wym prze­ci­wień­stwom. Nic w tych fil­mach nie su­ge­ru­je, że au­tor wspo­mi­na te cza­sy ze szcze­gól­ną no­stal­gią – prze­ciw­nie, pra­ca mło­de­go do­rę­czy­cie­la po­ka­zy­wa­na jest ja­ko ani­mo­wa­ne pie­kło.

Wie­lu Ame­ry­ka­nów ma za so­bą do­świad­cze­nie z by­cia drob­nym przed­się­bior­cą, rze­tel­ną pra­cą wy­ku­wa­ją­cym na ja­kiejś Ma­in Stre­et lep­sze ju­tro ka­pi­ta­li­stycz­nej oj­czy­zny. Ci, któ­rzy nie ma­ją, chęt­nie do­ra­bia­ją so­bie ta­ką fał­szy­wą le­gen­dę do ży­cio­ry­su, opo­wia­da­jąc na przy­kład o tym, jak po­my­sło­wo do­ra­bia­li so­bie w okre­sie stu­denc­kim – po­mi­ja­jąc to, że za eli­tar­ne stu­dia za­pła­cił bo­ga­ty ta­tuś, ko­lej­ne ogni­wo w dy­na­stii praw­ni­ków. Patrz: ofi­cjal­ne pi­ja­ro­we bio­gra­my Wil­lia­ma Hen­ry’ego Ga­te­sa III, któ­ry za­wsze chciał dla wszyst­kich być Bil­lem, po pro­stu Bil­lem. Ame­ry­ka­nów łą­czy to, że w płasz­czyź­nie wer­bal­nej chęt­nie bę­dą opo­wia­dać o tym, jak wiel­ki sza­cu­nek ma­ją dla eto­su Ma­in Stre­et i jak wła­sne do­świad­cze­nia z mło­do­ści na­uczy­ły ich sza­cun­ku dla zdo­by­wa­nia za­ufa­nia klien­tów cięż­ką i rze­tel­ną pra­cą. W płasz­czyź­nie re­al­nych dzia­łań ca­łą swo­ją ka­rie­rę bę­dą od po­cząt­ku sta­ra­li się po­pro­wa­dzić tak, że­by jak naj­wcze­śniej wy­łą­czyć się spo­za ryn­ko­wej gry i za­pew­nić so­bie sta­tus mo­no­po­li­sty lub przy­naj­mniej jed­ne­go z wie­lu try­bi­ków w mo­no­po­li­stycz­nej ma­chi­nie.

Pierw­sze 28 lat z ży­cia Wal­ta Di­sneya prze­bie­ga­ło na pró­bach do­słow­ne­go wcie­le­nia w ży­cie ide­ału ka­pi­ta­li­zmu z Ma­in Stre­et. Po róż­nych epi­zo­dach pra­cy m.in. ja­ko urzęd­nik i kie­row­ca, za­ło­żył ma­łą fir­mę, przy­go­to­wu­ją­cą ani­mo­wa­ne re­kla­my wy­świe­tla­ne przed po­ka­za­mi fil­mo­wy­mi dla drob­nych przed­się­bior­ców w Kan­sas Ci­ty. Re­kla­my wszyst­kim się po­do­ba­ły, ale fir­ma zban­kru­to­wa­ła. Nie­wzru­szo­ny Walt po­sta­no­wił spró­bo­wać swo­ich sił w Hol­ly­wo­od. Tu za­ło­żył ko­lej­ną fir­mę, do któ­rej po­zy­skał bo­ga­te­go in­we­sto­ra, Char­le­sa Mint­za. Di­sney stwo­rzył dla nie­go ani­mo­wa­ną po­stać Kró­li­ka Oswal­da, ale kie­dy in­te­res za­czął się roz­krę­cać i przy­no­sić zy­ski oka­za­ło się, że umo­wy sfor­mu­ło­wa­ne są tak, że Mintz ma wszyst­kie pra­wa do tej po­sta­ci i zy­ski wpa­dać bę­dą wy­łącz­nie do je­go kie­sze­ni. Di­sney po­now­nie zna­lazł się na lo­dzie i kie­dy stwo­rzył ko­lej­ną ani­mo­wa­ną po­stać, sam­ca my­szy imie­niem Mic­key, po­sta­no­wił bar­dzo ry­go­ry­stycz­nie pil­no­wać swo­jej wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej. Kie­dy 80 lat póź­niej kon­cern Di­sneya przed­sta­wia­ny jest ja­ko bez­względ­ny mo­loch z prze­sad­nym ry­go­ry­zmem pil­nu­ją­cym praw do Mysz­ki Mi­ki to ja­ko oso­ba, któ­ra te­mu kon­cer­no­wi za­wdzię­cza jed­nak naj­roz­ma­it­sze wzru­sze­nia i ra­do­ści od lat dzie­cię­cych aż po wiek śred­ni, je­stem skłon­ny oka­zać mu wy­ro­zu­mia­łość: kto jak kto, ale oni naj­le­piej wie­dzą, że ina­czej po pro­stu się nie da.