Pożytki z katorgi

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wojciech Lada
Pożytki z katorgi


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce: Bronisław Piłsudski z dziećmi w osadzie Niwchów (Gilaków), początek XX wieku, autor nieznany; © by avdeev007 /iStockPhoto / Getty Images

Copyright © by Wojciech Lada, 2019

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-844-0

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

1 Kowal i szaman

2 Intronizacja króla Ajnów

3 Piknik nad Świętym Morzem

4 Hulanka na skamielinach

5 Martwa natura z mamutami

6 Komuniści z epoki kamienia

Wybrana bibliografia

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Pułkownik Kupienkow z jakichś powodów nie przeszedł do historii, ale chyba nie spędzało mu to snu z powiek. Był sumiennym naczelnikiem Urzędu do spraw Nadzoru Syberii Wschodniej, człowiekiem porządnym i zasadniczo życzliwym zesłańcom politycznym. W 1867 roku sporządził raport dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Imperium Rosyjskiego, w którym pisał: „Wszyscy przestępcy, z wyjątkiem znajdujących się w kopalniach karyjskich, byli używani do pracy czasowo i niewielkimi grupami w tym jedynie celu, by w miarę możliwości wykonać nad nimi wyrok prawa, dla którego dokładne wykonanie w miejscach, gdzie znajdują się zesłańcy polityczni, z powodu braku prac katorżniczych, tzn. ciężkich robót, nie było możliwości. Mając nieproduktywny charakter, prace te dały skarbowi trzy tysiące rubli, wówczas gdy utrzymanie przestępców według budżetu wyniosło siedemdziesiąt jeden tysięcy rubli”. W tym czasie katorga rozumiana jako przymusowe roboty była już bowiem pomysłem, który zupełnie nie sprawdził się w praktyce. Nie przewidziano, że liczba katorżników będzie wielokrotnie przekraczać zapotrzebowanie na ich pracę, a tam, gdzie praca ewentualnie by się znalazła, była zbyt ciężka dla niedożywionych i osłabionych przeważnie więźniów. Tak jak na Sachalinie – funkcjonowały tam kopalnie, ale pracować w nich było w stanie zaledwie cztery procent skazanych. Podobnie wyglądały proporcje w wielkim ośrodku katorżniczym, jakim była tak zwana Kara, czyli w rozłożonych na przestrzeni trzydziestu kilometrów kilku zakładach penitencjarnych nad rzeką Karą. Feliks Kon spędził tam osiem lat i nie przepracował nawet dnia. Jak wspominał: „Pierwszy okres w Karze pozostawił nam niezatarte wrażenie. Czysto utrzymane cele, względna przytulność, regulamin katorżniczego więzienia dość znośny, możliwość czytania książek, nauki […]. Dobrze było na Karze. Dobrze układały się stosunki między towarzyszami. Dobre też były, jak na więzienie, warunki bytowania”.

Rosyjskie władze doskonale zdawały sobie sprawę z takiego stanu rzeczy i – choć formalnie katorgi nie likwidowały – w praktyce zasądzały ją stosunkowo niewielkiemu odsetkowi skazanych na zesłanie (w potocznym języku zesłanie utożsamiano wówczas z katorgą – ale były to dwie różne kary). Jeśli jeszcze w latach czterdziestych XIX wieku katorżnicy stanowili 4,4 procent wszystkich skazanych, to dekadę później było ich 2,4 procent. Statystyka ta rosła wprawdzie po kolejnych polskich powstaniach, ale od połowy lat osiemdziesiątych tego stulecia nie przekraczała średnio 3 procent. Nawet takie liczby okazywały się często zbyt wysokie. Nieformalnie zdarzało się, że katorżnikom liczono dziesięć miesięcy jako rok, a jeszcze częściej kierowano ich do drobniejszych prac, których w żaden sposób nie da się nazwać „ciężkimi robotami”. Bronisław Piłsudski na przykład, mający pierwotnie pracować w sachalińskim tartaku, w rzeczywistości prowadził na zlecenie władz obserwacje meteorologiczne, a przy okazji badał zwyczaje lokalnego plemienia Ajnów.

„Czarna legenda była wygodna dla władz, ponieważ sam strach przed dostaniem się na Syberię i zwłaszcza na Sachalin miał być silnym środkiem prewencyjnym” – pisała świetna badaczka Syberii jako więzienia Elżbieta Kaczyńska. Stąd właśnie niemal teatralnie wyreżyserowane wyjścia grup skazańców z więzień na dworce – z wygolonymi włosami i w pobrzękujących kajdanach. Stąd nieblokowanie przez cenzurę wspomnieniowych publikacji o morderczej pracy katorżników ani nawet tak wstrząsających reportaży jak Sachalin Antoniego Czechowa. Syberii należało się przede wszystkim bać. Co zresztą nie do końca się udawało. „Wiedzieliśmy, że rok, dwa i każdy pojedzie »w Jakuty«” – mówił jeden z warszawskich rewolucjonistów 1905 roku.

Nie znaczy to oczywiście, że nie było się czego obawiać. Już sama wielomiesięczna droga na Sybir mogła być, i bywała, dla słabszych osób zabójcza. Nie ma tu statystyk, ale różne wspomnienia dają sporo na to dowodów. Szło się zwykle około trzydziestu kilometrów dziennie, kolejne więzienia etapowe dzieliło od stu do nawet trzystu kilometrów, co oznaczało, że na dłuższy postój stawano nawet po dziesięciu dniach wędrówki – bardzo często prawie bez jedzenia, bo piętnastominutowe przerwy na zakup produktów bywały niewystarczające, rzadko też posiadane środki (skazańcom wypłacano niewielkie kwoty) starczały na posiłek pełnowartościowy i ciepły. Ale – co podkreślają wszyscy autorzy wspomnień – nie sama wędrówka była najgorsza. Najgorsze były właśnie odpoczynki na etapach. Więzienia etapowe w mniejszych miejscowościach były po prostu źle skleconymi ruderami, niedającymi ochrony przed zimnem i deszczem lub śniegiem, nie wspominając o tym, że nie były przystosowane do takiej liczby więźniów – a tych, tylko w latach, o których pisał Kupienkow, i tylko Polaków, przybyło na Syberię około dwudziestu pięciu tysięcy. Kon wspominał, że po otwarciu więziennej bramy następowała niemal zwierzęca walka o byt. Więźniowie dosłownie szturmowali etap, by znaleźć tam minimalnie wygodny kąt do spania. Warunki wewnątrz były fatalne, kubły na odchody stały często otwarte w tej sali, gdzie spano, a ilości insektów – jak wspominał z kolei Wacław Sieroszewski – „zmieniały kolor poduszki w czerwony, ruchomy wzór”. Nic też dziwnego, że szerzyły się choroby, czasem wybuchały epidemie – tyleż nie zwalczane, co nawet nie leczone, o ile wśród skazańców nie było przypadkiem jakiegoś studenta medycyny, który i tak pozostawał bezradny wobec braku lekarstw. Do tego dochodziła brutalność lokalnej straży więziennej, narastająca podobno z każdym kilometrem od granic Europy.

W rzeczywistości jednak taka wędrówka była wariantem ekstremalnym, który w drugiej połowie XIX wieku występował już bardzo rzadko i zanikał z biegiem stulecia. Wynikało to z prostej ekonomii i postępu technologicznego. Od 1862 roku w zasadzie wszyscy zesłańcy jechali do Moskwy koleją, od roku 1878 dojeżdżali w ten sposób do Niżnego Nowogrodu, a kilka lat później do Permu – rozbudowywano po prostu sieć trakcyjną i bardziej opłacało się zesłańców dowieźć, niż prowadzić pieszo. Tam, gdzie było to możliwe, pozostałą część drogi starano się pokonywać rzekami, później zaś jakimś rodzajem zaprzęgu konnego. W tym czasie zaczęto jak najbardziej ograniczać wędrówkę pieszą, a ostatecznie wykluczono ją zupełnie. Martyrologiczny obrazek pieszych procesji zakutych w kajdany skazańców z biegiem lat stawał się coraz bardziej nieaktualny. Kajdany stosowano, ale na pokaz – często pozwalano je zdejmować w pociągach czy na statkach, poza tym przy transporcie mechanicznym przestawały być tak zabójczo uciążliwe.

Paradoksalnie, największym dramatem katorżników i skazanych na karną służbę wojskową na Syberii było uwolnienie od kary. Przeważnie oznaczało to przymusowe osiedlenie, a przynajmniej zakaz powrotu do Europy. Przy jednoczesnym pozbawieniu skazańców zapomogi finansowej, którą otrzymywali jako więźniowie, stawali oni w sytuacji tragicznej – łatwo mogącej zakończyć się śmiercią głodową, samobójstwem, a już najpewniej alkoholizmem. Większość z nich była młodymi szlachcicami, co – o czym pisał na przykład Reymont – oznaczało tyle, że nie potrafili w zasadzie nic. Teraz z dnia na dzień musieli zacząć polować, łowić ryby i uprawiać ziemię, a wszystko to w środowisku obcym i klimatycznie nieprzyjaznym. Radzono sobie z tym różnie. Niektórzy pomieszkiwali w jurtach tubylczych plemion, co zapewniało im przynajmniej ciepło i wyżywienie, choć oznaczało też przebywanie w nieznośnym wręcz smrodzie i posilanie się potrawami niestrawnymi dla europejskiego żołądka. Inni tworzyli kilkuosobowe komuny, co również ułatwiało przetrwanie w nieco bardziej swojskiej atmosferze. Stosunkowo najłatwiej mieli ci, którzy uzyskali zgodę na osiedlenie w którymś z miast. Tu warunki były przyzwoite, dało się zarabiać choćby korepetycjami, w większych ośrodkach trafiał się dostęp do różnych rozrywek kulturalnych. Każdorazowo zesłańcy i katorżnicy musieli jednak zmierzyć się z tym, co na Syberii było najpowszedniejsze – z upiorną nudą.

 

Specyficzne warunki klimatyczne sprawiały, że nawet wypełniając czas walką o byt, pozostawało go zbyt wiele na bezczynność. Autochtoni wielomiesięczną zimę zazwyczaj przesypiali, ograniczając aktywność do czynności zupełnie podstawowych, Europejczycy jednak nie byli do tego przyzwyczajeni. Zwłaszcza zaś młodzi – dziewięćdziesiąt osiem procent zesłańców nie przekroczyło czterdziestki, a ponad siedemdziesiąt procent trzydziestki – których zazwyczaj wyrywano z uniwersytetów na pierwszych latach studiów. Ratunkiem okazywały się więc książki. A tych na Syberii na szczęście nie brakowało. Stacjonujący tu oficerowie armii carskiej gromadzili pokaźne biblioteki złożone także z najnowszych publikacji naukowych – prace Karola Darwina szybciej znalazły oddźwięk w Omsku niż we Lwowie. W więzieniach książki gromadzili sami osadzeni – zazwyczaj organizujący coś na kształt stowarzyszeń, w których dzielili się po równo paczkami otrzymanymi z domów. O liczbie zgromadzonych w ten sposób książek wiele mówi choćby więzienie karyjskie, którego biblioteka składała się z kilku tysięcy egzemplarzy. Nic więc dziwnego, że tak wielu skazańców wkrótce zdobywało wiedzę specjalistyczną na zaskakująco wysokim poziomie. Jak wspominał Kon: „Przyszły historyk zesłania będzie musiał poświęcić wiele czasu, jeżeli zechce rozstrzygnąć problem, czym tłumaczy się fakt, że ze środowiska wygnańców politycznych wyszło tylu uczonych badaczy, pisarzy, publicystów. Wszak większość zesłańców jeszcze w latach 60. do 90. ubiegłego stulecia – to studenci, którzy nie ukończyli studiów, a nawet gimnazjaliści”.

Sam był modelowym tego przykładem. Odsiadując wyrok w Karze, którą często określał „uniwersytetem karyjskim”, zdobył wiedzę z zakresu etnografii i antropologii tak gruntowną, że po zakończeniu wyroku brał udział w ekspedycjach naukowych, a na jego publikacje do dziś powołują się badacze zajmujący się między innymi syberyjskim szamanizmem. Taką też drogą poszli wszyscy bohaterowie tej książki. Są wśród nich geolodzy, biolodzy, paleontolodzy, językoznawcy, którzy dzięki zdobytej na Syberii wiedzy stawiali na głowie dotychczasowe ustalenia naukowców dotyczące tych obszarów, opisywali setki nieznanych wcześniej gatunków roślin i zwierząt, badali obyczaje i wierzenia wymierających bądź tracących swoją pierwotną strukturę plemion. Mieli to szczęście, że z konieczności przebywali w miejscu wciąż dziewiczym, pod wieloma względami nadal tkwiącym w epoce neolitu, było więc co badać i co odkrywać. Co więcej – mieli gdzie publikować wyniki tych badań, a także otrzymywali za to pieniądze, czasem też wolność. Ówczesna Rosja była bardzo chłonna, jeśli chodzi o badania naukowe, i nie skąpiła środków finansowych na ich prowadzenie.

To ostatnie wynikało niekoniecznie z czysto naukowych powodów, choć druga połowa XIX wieku to okres globalnego boomu badawczego. Jak się okazuje, praktycznie wszystkie ówczesne ekspedycje naukowe w dziewicze rejony świata miały swój podtekst szpiegowski. Świetnie opisał to Eric Enno Tamm w reportażu poświęconym wyprawie etnograficznej barona Gustafa Mannerheima do Azji Środkowej, z której raporty trafiały nie do etnografów, lecz wprost na biurka carskiej generalicji, a opublikowano je dopiero kilkadziesiąt lat później. Trzy lata przed Mannerheimem dwaj polscy zesłańcy Wacław Sieroszewski i Bronisław Piłsudski zostali wysłani na badania etnograficzne na Hokkaido, które było terytorium spornym między Rosją a Japonią, dosłownie w przededniu wybuchu wojny między tymi mocarstwami. Mniej więcej w tym samym okresie Feliks Kon jechał na czele zbrojnego oddziału Rosjan, by badać tradycyjną kulturę Tuwy – wówczas będącej częścią Chin, kilka lat później przyłączoną do Rosji.

Syberyjscy zesłańcy zapewne niewiele robili sobie z meandrów wielkiej polityki. Ważne było to, że mogli oddać się badaniom, co ratowało ich jednocześnie przed nudą i głodem. Często otrzymywali posady w muzeach i innych rządowych placówkach naukowych, dzięki czemu mogli żyć stosunkowo wygodnie. Mało tego. Prawdopodobnie właśnie z powodu wywiadowczego znaczenia badań członkowie petersburskich towarzystw naukowych byli zazwyczaj ludźmi bardzo wpływowymi. To zaś pozwalało im uzyskiwać ułaskawienia dla wyróżniających się zesłańców. W ten sposób uwolnieni zostali Kon i Sieroszewski, ale też Benedykt Dybowski, Jan Czerski, Aleksander Czekanowski i wielu innych.

To oczywiście tylko kilka nazwisk z dziesiątków tysięcy Polaków zesłanych na Syberię. Pierwsi trafiali tu już w XVI wieku jako jeńcy wzięci w wojnie polsko-rosyjskiej za czasów Stefana Batorego. W następnym stuleciu wybuchły kolejne wojny i pojawili się kolejni zesłańcy – czasem z zaskakującym skutkiem. Niejaki Nicefor Czernichowski założył nad Amurem niepodległe państewko Jaxa, podbijające Tunguzów i prowadzące korespondencję dyplomatyczną z Chinami (w językach polskim i chińskim). W tamtych czasach liczba Polaków na Syberii nie przekroczyła jednak zapewne nawet setki. Pierwszą większą ich falę przyniosła klęska konfederacji barskiej – zesłano ich wówczas około czternastu tysięcy. Po powstaniu kościuszkowskim przybyło kolejnych dwadzieścia tysięcy. Po wojnach napoleońskich – około dziesięciu tysięcy. Ilu zesłano za udział w powstaniu listopadowym – nie wiadomo, tym bardziej że wielu z nich formalnie wcielono do rosyjskiego wojska i na Syberię trafili w jego szeregach. Skoro jednak za powstanie styczniowe trafiło na Sybir jakieś dwadzieścia tysięcy – w 1832 roku liczba ta musiała być zbliżona. Ostatnią dziewiętnastowieczną grupę zesłańców stanowili socjaliści – jeśli o nich jednak chodzi, zsyłki były permanentne i trwały dobre dwie dekady.

Wielu zesłańców nigdy do Polski nie wróciło. Powody bywały różne. Dwudziestoletnia zsyłka powodowała, że po prostu wrastali w lokalne warunki – nauczyli się uprawiać rolę i polować, tu założyli rodziny. Powrót nie był też łatwy z powodów praktycznych – mało kto ze skazańców mógł sobie pozwolić na to z przyczyn finansowych. Nie wspominając oczywiście tych, którzy osiedlenia na Syberii nie wytrzymali i zmarli. Nie ma najmniejszych szans, by choćby oszacować te liczby, tym bardziej że dość częstą praktyką była zmiana tożsamości – ktoś, kto chciał pójść na kolejny etap z inną grupą, wymieniał się z członkiem tej grupy nazwiskiem i szedł z nią. Rosjanom musiały zgadzać się sumy, a nie twarze.

Bohaterowie tej książki w większości nie chcieli wracać do Polski z zupełnie innych powodów. Benedykt Dybowski już na pierwszym syberyjskim etapie przysiągł, że nie wróci do kraju, jeśli nie ukończy tu swoich badań. Jan Czerski postanowił pozostać z tych samych powodów, choć on tak po prawdzie nie miał po co wracać – w kraju nic na niego nie czekało. Tak samo zresztą jak na Bronisława Piłsudskiego. Ten wrócił, ale wkrótce i tak uciekł. Na Sachalinie był „królem Ajnów”, w Polsce zaś nikim. Prawdopodobnie chciał wrócić na Syberię Aleksander Czekanowski, ale tu nie ma pewności – zbyt szybko, podobnie jak Piłsudski, popełnił samobójstwo. Chętnie wracali tylko Sieroszewski i Kon, ale oni byli przede wszystkim rewolucjonistami.

W wypadku tych nazwisk katorga okazała się zjawiskiem bardzo pożytecznym.

1
Kowal i szaman

W maju 1880 roku Wacław Sieroszewski znalazł się jakiś metr od nieba. Całkiem dosłownie, choć nie miał o tym najmniejszego pojęcia, a tak po prawdzie to miał wszelkie podstawy, by sądzić, że jest w dokładnie przeciwnym miejscu. „Śmiertelna cisza zalega olbrzymie, mroczne cmentarzysko zwałów śniegu i lodu” – zarejestrował swoje wrażenia z miejsca, do którego skierował go wówczas carski wymiar sprawiedliwości. Dorzucił też opis tego funeralnego landszaftu: „Od czasu do czasu rozlegają się w piwnicznych ciemnościach tej nocy biegunowej głuche łoskoty, podobne do armatnich strzałów – to jęczą pękające na rzekach i jeziorach lody, to stęka duszona mroziskiem pustynia. Cisza, ciemność, śmierć królują wszechwładnie nad struchlałą przyrodą. Nie widać nigdzie najmniejszych śladów życia, nie słychać nic prócz zgrzytów zabójczego zimna”.

Nie przesadzał. Okolice Wierchojańska uznawane są za syberyjski biegun zimna, „gniazdo zimy” – jak mówili osiedleńcy. Rekordowe −67,8 stopnia Celsjusza, które zanotowano dwanaście lat po przybyciu tam Sieroszewskiego, zdarza się może stosunkowo rzadko, ale pięćdziesiątka w styczniu jest już temperaturą całkiem standardową. A w połączeniu z panującymi przez czterdzieści dób ciemnościami w całym tym okresie życie w zasadzie zupełnie zanika. Ryby zasypiają w grotach tworzących się pomiędzy wieczną zmarzliną den rzek i jezior a lodem pokrywającym ponad metrową warstwą powierzchnię zbiorników. Dzikie zwierzęta zimują w legowiskach pod śniegiem, a jeśli już koniecznie muszą się przemieścić, robią to w śnieżnych korytarzach, niemal nie wystawiając głów ponad powierzchnię. Drzewa przemarzają na kamień do tego stopnia, że uderzone siekierą krzeszą iskry. A ludzie… Ludzie również śpią – przesypiając zarówno powszechny głód tego okresu, jak i upiorną, głuchą monotonię arktycznej nocy. Jeśli oczywiście są przyzwyczajonymi do tych warunków autochtonami, bo europejscy zesłańcy mieli poważny problem z takim trybem życia.

A jednak Sieroszewski, siedząc kątem w brudnej i zadymionej jakuckiej jurcie, naprawdę znalazł się metr od nieba. Pierwszego, rzecz jasna, bo w syberyjskiej pustce niebieskie sfery są co najmniej trzy, a miejscami nawet jest ich dwanaście – w zależności od plemienia zamieszkującego dane terytorium. W Wierchojańsku, leżącym na ziemi Jakutów, bez większego problemu można było naliczyć siedem sfer. Ale Sieroszewski nie wiedział jeszcze wielu rzeczy o krainie, w której się znalazł. Nie miał na przykład pojęcia, że Gwiazda Polarna jest tu w rzeczywistości palikiem podtrzymującym niebieski namiot, którego szwem jest z kolei Droga Mleczna. Że do piekła w syberyjskim klimacie dostać się można całkiem łatwo, „jeżeli tylko kto znajdzie dziureczkę, zostawioną dla przewiewu przez mieszkańców podziemnego świata”. Nie wiedział też, że dusza ludzka jest malutka, przypomina węgielek z ogniska i czasem można znaleźć ją walającą się na podłodze z lewej strony jurty.

Jedno tylko w całej tej kosmicznej topografii nie było pewnie dla Sieroszewskiego zaskoczeniem. Podobnie jak w Polsce, tak i tutaj, na dalekiej Północy, wszechświat składał się z niebios, ziemi i piekieł. Inaczej jednak niż w Polsce tu panowała między wszystkimi tymi sferami nieustanna komunikacja, którą całkiem sprawnie od tysiącleci zapewniali szamani. Gdy chcieli zmusić ducha tej czy innej choroby do opuszczenia ciała współplemieńca, schodzili do podziemnego świata po korzeniach kosmicznego drzewa lub spływali szamańską rzeką w swoim bębenku. Do kolejnych niebios wznosili się z kolei, by prosić o radę lub dobre łowy tymi samymi drogami, tyle że w przeciwną stronę – co między innymi na podstawie wspomnień Sieroszewskiego zgrabnie opisywał później choćby Mircea Eliade.

Ale choć dla samych szamanów podróże te były całkiem realne – oni naprawdę wędrowali w zaświatach lub frunęli do niebios – przeciętny europejski widz obserwujący szamański seans widział tylko, jak wydając z siebie przedziwne odgłosy, podskakiwali w hipnotycznym rytmie wybijanym na bębnach. Chociaż słowo „tylko” nie jest tu najszczęśliwsze. Wprowadzeni w trans nawet zniedołężniali starcy, obciążeni ważącym kilkadziesiąt kilogramów ekwipunkiem, byli w stanie podskoczyć na wysokość „czterech stóp”, czyli coś koło 1,2 metra. I tyle właśnie dzieliło ich od nieba.