Toast za przodkówTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WYDAWNICTWO CZARNE S.C. www.czarne.com.pl

sekretariat: ul. Kołłątaja 14, iII p.

38-300 Gorlice, tel./fax +48 18 353 58 93

e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl

redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70

e-mail: redakcja@czarne.com.pl

sekretarz redakcji: zofia@czarne.com.pl

DZIAŁ promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: anna@czarne.com.pl, agnieszka@czarne.com.pl, stanislaw@czarne.com.pl

DZIAŁ sprzedaży: Beata Motyl, mtm Firma

ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa, tel./fax +48 22 632 83 74

e-mail: mtm-motyl@wp.pl

Skład: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

Wołowiec 2011

Wydanie II

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / pracownia papierówka

Obraz na okładce Niko Pirosmaniszwili, uczta w pergoli

Fotografia Autora © by Krzysztof strachota

Copyright © by Wojciech Górecki, 2010

Copyright © for mapa by ośrodek studiów wschodnich / WOJCIECH MAŃKOWSKI

Redakcja Justyna wodzisławska

Korekta MAŁGORZATA UZAROWICZ / D2D.PL ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL

Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Skład ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-300-5

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Spis treści

  Dedykacja

  Motto

  I AZERBEJDŻAN

  Punkt widzenia

  Lekcja geografii

  Dzienniki bakijskie (1)

  Wnuczka imama

  Dzienniki bakijskie (2)

  Palimpsest

  Dzienniki bakijskie (3)

  Wódz

  Dzienniki bakijskie (4)

  Solidny

  Dzienniki bakijskie (5)

  Mamed

  Dzienniki bakijskie (6)

  Pir

  Dzienniki bakijskie (7)

  Iczeri Szeher

  Dzienniki bakijskie (8)

  Hinalug. Koniec historii.

  Dzienniki bakijskie (9)

  Ketman

  Dzienniki bakijskie (10)

  II GRUZJA I ARMENIA

  Na granicy

  Przedmurze

  Ikona

  Stół

  Złote runo

  Tbilisoba

  Arka

  Rabis

  Chaczkary

  Sjunik

  Tuf

  Poeta

  III SADACHLO

  Książki cytowane i przywoływane

  Przypisy

Dedykacja

Rodzicom

Motto

Oto siedzimy tu razem, przedstawiciele trzech największych narodów Kaukazu - Gruzinka, Muzułmanin [Azerbejdżanin] i Ormianin. Urodziliśmy się pod tym samym niebem, żyjemy na tej samej ziemi. Różnimy się, ale jesteśmy jednością - jak Trójca. Należymy równocześnie do Europy i do Azji, wchłonęliśmy w siebie Zachód i Wschód - i dzielimy się z nimi naszym bogactwem.

Kurban Said, Ali i Nino


***

To jest opowieść o Azerbejdżanie, Gruzji i Armenii - trzech krajach, które wchodziły w skład Związku Radzieckiego, a obecnie z mozołem budują swoje państwa. Gruzini i Ormianie mieli przed wiekami kwitnące królestwa, zdławione przez potężniejszych sąsiadów. Azerbejdżan nie istniał wcześniej jako jednolite państwo (poza epizodem z lat 1918-1920), ale dowodząc swojego prawa do bytu, też najchętniej odwołuje się do przeszłości.

Azerbejdżanie, Gruzini i Ormianie - przynajmniej większość z nich - nie mają wątpliwości, że należą do Europy.

Jeżdżę w tamte strony od początku lat dziewięćdziesiątych. Region nazywano wówczas Zakaukaziem (dziś najczęściej mówi się: Kaukaz Południowy). Narodzinom nowych państw towarzyszyły wojny, pucze i zamachy stanu, rozkwitały mafie, plenił się zwykły bandytyzm, panowała nędza. Z czasem podpisano rozejmy, rozdzielono władzę, bandyci zalegalizowali swoje fortuny, waluty narodowe umocniły się. Rzecz jasna, żaden „koniec historii” nie nastąpił, o czym przekonaliśmy się, śledząc tragiczne wypadki w Gruzji w sierpniu 2008 roku.

W Gruzji i Armenii bywałem wielokrotnie, w Azerbejdżanie mieszkałem przez pięć lat. Z tego powodu, a także z przyczyn konstrukcyjnych, Azerbejdżan opisuję oddzielnie, a Gruzję i Armenię - razem.

Toast za przodków jest luźną kontynuacją książki Planeta Kaukaz, poświęconej Kaukazowi Północnemu, a szczególnie górskim republikom Federacji Rosyjskiej.

WG

I AZERBEJDŻAN

Punkt widzenia

Leszka M. gościliśmy w Baku kilkakrotnie.

Za pierwszym razem przyjechał z Teheranu. Przeszedł się po mieście, zajrzał do herbaciarni, popatrzył na ludzi. Wieczorem powiedział:

- Czuję się jak w Europie.

Za drugim razem przyleciał prosto z Warszawy. Przytłoczyły go zgiełkliwe ulice, chaotyczny ruch samochodów i przechodniów, namolni sklepikarze i kierowcy taksówek.

- To jednak Azja - stwierdził.

Za trzecim razem nic go nie zdziwiło.

Lekcja geografii

- Sam nie trafisz - uprzedził Kerim. - Wyjedź z miasta na południe. Miniesz pierwszy i drugi zjazd na Lokbatan, a potem zjazd na Putę. Kilometr dalej odbija na prawo droga gruntowa. Spotkajmy się przy tej drodze.

 

Z centrum najlepiej wydostać się Bulwarem Nafciarzy, potem przecina się Baiłowo z czynnym do dziś carskim więzieniem, w którym siedział Stalin, a następnie Szichowo.

Przedmieścia Baku - pisał pół wieku temu Wacław Kubacki -są bardzo obszerne, malownicze i egzotyczne. Klecone, plecione, łatane. Trzcinowe, badylowe i szałasowe. Jakieś ekstremistyczne campingi. Kombinacje blachy, drutu, podartych rybackich sieci, rozprutych worków, dykty, sznurków i rozbitych skrzynek od herbaty. Niefrasobliwe, kolorowe miasteczko z „użytkowych” odpadów.

Wjeżdża się w ten świat - który od czterdziestu, a może i czterystu lat się nie zmienił, tylko materiały są inne, teraz królują tworzywa sztuczne - wprost z nowobogackich enklaw zbytku i rozbuchanej konsumpcji. Slumsy tłoczą się tuż za parkanami szykownych pensjonatów i hoteli, kuszących salonami spa i własnymi plażami. Mieszkają tam zachodni nafciarze: spece od platform wiertniczych, przepompowni, tankowców i rurociągów. W swoich krajach nie stać ich na takie luksusy.

Hotele i pensjonaty zaczęły wyrastać w ostatnich latach, po tym jak Azerbejdżan zdecydował, że będzie wysyłał ropę na Zachód. Nazywają się Barbados, Ramada, Crescent Beach.

W końcu mijamy hotele i slumsy i nieodwołalnie opuszczamy Baku. Z lewej widać teraz Morze Kaspijskie, ale nie sposób dostać się na brzeg. Wybrzeże okupuje monumentalny industrial - stocznia, rafineria i jeszcze jakieś fabryki, wzniesione w apogeum komunizmu, a dziś modernizowane, jednak odporne na lifting: łatwiej byłoby je zburzyć i postawić na nowo. Wśród plątaniny rur i zwałów pordzewiałego żelastwa, na dziedzińcach fabrycznych hal i między zbiornikami na ropę, tkwią domy pokryte eternitem. Żyją tam ludzie. (Podobne domy widziałem na starych polach naftowych w Bałachanach i Bibi Ejbacie, są otoczone jeziorkami połyskującej ropy, przez które przechodzi się po rozłożonych deskach. To relikty pierwszego boomu naftowego, gdy Gorki pisał o Baku, że tak musi wyglądać piekło, a Czechow nie chciał tu mieszkać nawet za milion rubli).

Z prawej strony, za torem kolejowym, rysują się stożki gór gobustańskich. Roślinność jest skąpa, stepowa: rzadka trawa, krzewiny, burzany. Na poboczu pasą się stadka białych, szarych, brązowych i czarnych baranów.

Ziemia i wszystko, co na niej rośnie, jest brunatne, wypalone słońcem, zakurzone. Kolory rozjaśniają się dopiero w okolicy Saljanów, gdzie Kura wpada do morza, a na jaskrawą zieleń przychodzi czekać trzysta kilometrów, aż do subtropikalnego Tałyszu na granicy z Iranem. (Do granicy z Gruzją jest dwa razy tyle: w Elacie trzeba skręcić na zachód, a potem przebyć Nizinę Kurańską i boczne pasmo Małego Kaukazu). Dzisiaj jedziemy bliżej - dwadzieścia parę, najwyżej trzydzieści kilometrów od Baku.

Gruzja i Armenia poprzez Morze Czarne i Anatolię utrzymywały kontakt z Europą starożytną, a potem z Bizancjum - pisał Ryszard Kapuściński w książce Kirgiz schodzi z konia. - Stamtąd przejęły chrześcijaństwo, które na ich terenie oparło się ekspansji islamu. Oddziaływanie Europy na Azerbejdżan jest już słabe i co najwyżej wtórne. Między Europą i Azerbejdżanem wznoszą się zapory Kaukazu i Wyżyny Armeńskiej, natomiast na wschodzie Azerbejdżan przechodzi w niziny, jest łatwo dostępny, otwarty. Azerbejdżan to przedpole Azji Centralnej.

Kerim czekał stareńką ładą - tak zdezelowaną, że nie śmiał wyjeżdżać nią na szosę. Samochód nie miał reflektorów ani lusterek, zamiast tylnej szyby był kawał dykty, a przednia, wielokrotnie rozbita, ledwie trzymała się na miejscu. Zwichrowane koła zostawiały na piasku esy-floresy, jakby przejechał tędy peleton zawianych rowerzystów. Nawet najbardziej skorumpowany policjant nie przepuściłby takiego grata, zresztą Kerim nie miał na łapówkę. Dojeżdżał ładą do krzyżówki, a potem łapał okazję. Czasem przewoził autem parę worków węgla albo kilka baranów - ale też tylko od szosy do domu albo od domu do szosy.

Ruszyliśmy za nim, droga pięła się łagodnymi zakosami w głąb gór gobustańskich i wkrótce straciliśmy z oczu wybrzeże. Prawdę mówiąc, to żadne góry, w tej części ledwie dochodzą do trzystu, czterystu metrów, dopiero bardziej na zachód robią się wyższe. W popołudniowym słońcu przypominały dekorację, kiczowatą scenografię do filmu o podboju Księżyca albo o życiu na Marsie. Bo w tych górach oprócz samych gór, pokrytych coraz rzadszą trawą, oraz drogi, którą jechaliśmy, nie było nic, nawet karłowatego drzewka ani większego głazu. I ani śladu człowieka. Wydawało się, że nawet ptaki tędy nie latają! Wiedziałem, że to złudzenie. W trawie na pewno kłębiły się żmije i niezliczone owady, parę kilometrów dalej była stocznia, rafineria i szosa, łącząca Baku z Teheranem i Tbilisi. Działała komórka. Odruchowo sprawdziłem jednak, czy mamy pełny bak i wodę do picia.

Wszystko przez te stożki. Tutaj połowa gór to uśpione wulkany. Ich sen nie jest głęboki, przypomina nerwową drzemkę. W pobliżu są kolonie wulkanów czynnych non stop: co parę chwil plują zimnym błotem o żelazistym zapachu i mają po kilka metrów wysokości, ale zdarzają się też wulkaniki mikroskopijne, parocentymetrowe, właściwie otworki w ziemi, toczące błotnistą pianę. Największe wulkany potrafią wyrzucić słup błota na setki metrów - te budzą się na szczęście raz na parę, a czasem parędziesiąt lat.

To stara ziemia. W pobliskich jaskiniach znaleziono wielką ilość rysunków naskalnych, liczących co najmniej kilka tysiącleci. Thor Heyerdahl, który wierzył w pradawne związki Kaukazu i Skandynawii, doszukał się w nich wizerunków łodzi, przypominających drakkary Wikingów.

Parę kilometrów od jaskiń skrywa się w górach pir Gara Atły (Czarny Jeździec). Pir to święte miejsce, ludowe sanktuarium. Pirem jest najczęściej grób świętego męża (w Iranie pir to świątobliwy, siwobrody starzec), ale w pirze na wyspie Artiom czczą meteoryt, w innym, pod Sabirabadem - żmiję, a w pobliżu Nabrania, krok od modnych wczasowisk Green Village i Cardinal, pirem jest kępka drzew. Tajemniczy Czarny Jeździec, pochowany w naturalnej, skalnej krypcie - podmurowany grób należy obejść trzy razy - był zapewne pustelnikiem, a może szejkiem sufickim albo lokalnym Robin Hoodem. Wielki człowiek, silny pir, powiedział mi opiekun grobu. Kiedy żył? Trzysta lat temu, a może tysiąc. Trafiłem tam przypadkiem, zaciekawiony drogą przez skalne rumowisko. Kończyła się właśnie przy pirze. Opiekun powiedział mi jeszcze, że trzeba rzucić kamieniem o pobliską skałę: jeśli zatrzyma się na którymś z wyłomów, nasza prośba będzie wysłuchana. Rzuciłem, ale kamień stoczył się na dół, drwiąc z naprędce pomyślanej intencji.

W innej części gór gobustańskich, na zupełnym odludziu, w kotlinie otoczonej wulkanami i samej przypominającej ogromny krater, rozciąga się cmentarz Sofi Hamid. Powiadają, że po śmierci ciało Hamida wsadzono na wielbłąda, a potem pochowano w miejscu, gdzie zwierzę się zatrzymało. Taka była wola świętego. Działo się to dawno, trzysta, a może tysiąc lat temu. Obok mogiły Hamida stanął kamienny posąg wielbłąda, a dookoła wyrósł cmentarz. Każdy chciał leżeć obok świętego, by mieć bliżej do raju. Najstarsze z tysięcy grobów dawno zarosły trawą, na nowszych zostały resztki arabskich inskrypcji; jeszcze nowsze mają napisy cyrylickie i są pomalowane w jaskrawe barwy, które nie bledną przez dziesięciolecia. Tu i ówdzie wyryto przedmioty związane ze zmarłym: mogiłę szynkarza zdobi samowar, mogiłę szofera - ciężarówka. Na świeżych grobach przeważa alfabet łaciński, z wolna powraca też arabski.

Nocą z cmentarza Sofi Hamid widać łuny Sangaczału: supernowoczesny terminal, zarządzany przez British Petroleum, daje początek kilku rurociągom, którymi kaspijska ropa i gaz płyną nad Morze Czarne i Morze Śródziemne.

Nasza droga kilka razy rozgałęziała się; odnogi czasem znów łączyły się ze sobą, ale nieraz ta druga znikała bez śladu za najbliższym wzniesieniem. Kerim miał rację: nie sposób tu trafić bez przewodnika. Kolejny zakręt wyprowadził nas na niewielki płaskowyż. Na jego skraju, przed linią następnych wzniesień, przycupnęła uboga zagroda. Byliśmy na miejscu.

Domek z nieotynkowanych pustaków przypominał wiatę i mógł mieścić dwie, najwyżej trzy izdebki. Dach z blachy falistej wysuwał się daleko poza jego obręb, kryjąc jeszcze część podwórza, zagrodzonego murkiem od strony wzniesień. Urządzono tam letnią kuchnię i jadalnię. Na jednej z szafek stał włączony telewizor, zasilany prądem z generatora: widać, że życie toczyło się tu na dworze. Krajobrazu dopełniał garaż, który sąsiadował z kuchnią.

Pachniało tymczasowością i prowizorką. Obejście przypominało cygański tabor, wiecznie gotowy do drogi - wystarczyło zdemontować dach, poskładać pustaki, wrzucić bambetle na pakę ciężarówki.

Nie było wątpliwości, że tu mieszkają uchodźcy. Uchodźca zawsze wierzy, że znalazł się w nowym miejscu przez pomyłkę, na chwilę, dopóki wszystko się nie uspokoi i nie wyjaśni. Żyje doraźnie, z dnia na dzień. Nie zapuszcza korzeni. Oszczędza siły na powrót i odbudowę prawdziwego życia tam, w utraconym edenie.

Kerim rzeczywiście był uchodźcą, a właściwie przesiedleńcem: uchodźca ucieka z innego kraju, przesiedleniec porusza się w granicach własnej ojczyzny. Międzynarodowe prawo humanitarne uważa pierwszą kategorię za bardziej pokrzywdzoną, uchodźcy mają prawo do azylu i pomocy w myśl Konwencji Genewskiej z 1951 i Protokołu Nowojorskiego z 1967 roku. A przesiedleńcami powinno się opiekować ich własne państwo.

W Azerbejdżanie uchodźców jest niewielu. Mało kto przybył z Armenii. Większość z setek tysięcy ludzi, wyrzuconych z domów na początku lat dziewięćdziesiątych, podczas konfliktu z Ormianami o Górski Karabach, mieszkała właśnie w Karabachu albo w okolicach, w Agdamie, Fizuli, Kelbadżarze, Zangilanie, Dżebrailu, Gubadłach - na ziemiach zajętych i okupowanych przez siły ormiańskie, ale prawnie należących do Azerbejdżanu. To wielka armia, co dziesiąty Azerbejdżanin jest przesiedleńcem.

Wielu z nich zatrzymało się w Bejlaganie, Imiszli, Agdżabedi, Bardzie - byle bliżej rodzinnych stron. Zamieszkali w namiotach, wagonach kolejowych i szałasach, kleconych naprędce z blachy i dykty. Oby do wiosny, do lata, do jesieni, byle przetrzymać jeszcze jedną zimę. Kwatera na mieście, praca na etat, jakaś stabilizacja - to było podejrzane, pachniało zdradą, a na pewno defetyzmem. Przecież za parę miesięcy, za pół roku, najwyżej za rok wrócimy i wszystko będzie jak dawniej!

Władzom było to na rękę. Pokazywały zagranicznym delegacjom miasteczko namiotowe w okolicach Sabirabadu, tonące w wiecznym błocie slumsowisko pod Saatły, bocznicę kolejową w Imiszli, gdzie na rodzinę przypadało pół bydlęcego wagonu, a na torach pod wagonami trzymano w klatkach żywy inwentarz. Obozy kłuły w oczy i zaświadczały o azerbejdżańskiej krzywdzie. Dopiero po kilkunastu latach władze zaczęły budować pierwsze osiedla, które zrywały z prowizorką - miały własną szkołę, meczet, klub. Miały bieżącą wodę i normalny prąd zamiast podłączeń na lewo, na taśmę klejącą, na słowo honoru, na ślinę. Na tych osiedlach każda rodzina miała własny domek i kawałek ziemi, więc ten i ów może pomyślał, że już się stąd nie ruszy.

Część uciekinierów osiadła w Baku. Najpierw budzili współczucie, z czasem zaczęli denerwować. Przeszły lata - a oni tkwią jak wyrzut sumienia, bezwstydnie obnosząc się ze swym nieszczęściem! Rzucają się w oczy, to do nich należą obskurne bloczydła w środku miasta, zawsze obwieszone suszącą się bielizną, a w nocy rozświetlone feerią stuwatówek, bo przesiedleńcy nie płacą za prąd. Blokowiska grzęzną w śmieciach i rozkładają się - tu odpadnie balkon, tam zerwie się kawałek dachu, nikt niczego nie naprawia, bo po co dbać o nie swoje. Jakby mieszkańcy mścili się za swój los na przedmiotach.

Mówi się, że władze zrobią z tym w końcu porządek, wyburzą uchodźcze enklawy, dadzą ludziom mieszkania - tylko kto potem, kiedy Azerbejdżanie dogadają się już z Ormianami, zechce wracać do Karabachu?

Gdy wysiadaliśmy z auta, rozszczekał się brytan, zagłuszając rodzinę Kerima, która wyszła nas przywitać. W końcu przestał, ale odezwały się kury, uwięzione w kojcu z metalowej siatki. W pobliżu pobekiwały barany.

- To moje ranczo - zaśmiał się Kerim. - Tu jestem wolny, nikt mi nie mówi, co mam robić. A do miasta mam godzinę, półtorej.

Kerim był dziennikarzem, pisał o prawach człowieka. Działał też w kilku organizacjach pozarządowych: jedna walczyła z dyskryminacją przesiedleńców, inna chciała pokojowego rozwiązania konfliktu w Karabachu, jeszcze inna zajmowała się uzdolnioną młodzieżą. Od czasu do czasu przygotowywał ekspertyzy dla bakijskich przedstawicielstw OBWE i Rady Europy. Mówiąc szczerze, tylko to dawało jakiś pieniądz.

 

Póki dzieci były małe, jakoś na wszystko starczało. Potem zaczęła się szkoła i coraz trudniej było związać koniec z końcem. W końcu Kerim załatwił kredyt i kupił stadko jagniąt - pasły się pod domem, nic nie kosztowały. Inwestycja już się zwróciła: kiedyś jeden człowiek wybierał się tędy do piru i wziął dwa barany, żeby je zarżnąć i zjeść na ofiarę. Tak smakowały, że polecił Kerima znajomym, i posypały się następne zamówienia.

- Teraz jestem farmerem! - Kerim cieszył się swoją zaradnością.

Stół był ustawiony na świeżym powietrzu, nieco poniżej domu, wśród warzywnych grządek i krzewów dzikiej róży. W pobliżu płynął strumyk, pewnie jedyny w okolicy. Odchodziła od niego misterna sieć kanalików, które nawadniały wszystkie zagony. Pagórki osłaniały ogród od wiatru, z najwyższego było widać morze.

Nie wiem, jak udało mu się wyczarować takie cudo. Wymagało lat pracy i wiele miłości. Kerim musiał się tu jednak zasiedzieć.

Najstarsza córka Kerima przyniosła wodę w dzbanie, abyśmy mogli opłukać sobie ręce, żona podała nam ręczniki. Jak we wschodniej bajce.

Gospodarz pokręcił głową:

- W Szuszy inaczej podejmowaliśmy gości.

Prędzej czy później Karabach wypływał w każdej rozmowie, nie było od niego ucieczki. Był rok 2007 - mijało dwadzieścia lat od pierwszych zamieszek, piętnaście od wybuchu wojny i trzynaście od zawieszenia broni, które niczego nie przesądziło. Od trzynastu lat kraj żył w zawieszeniu.

O Karabachu ułożono tysiące piosenek, napisano setki książek, nakręcono dziesiątki filmów. Kiedyś chciałem znaleźć pojedynczy numer jakiejkolwiek azerbejdżańskiej gazety, w której nie byłoby żadnej wzmianki ani odniesienia do Karabachu - nie znalazłem.

W domu przesiedleńców inne tematy w ogóle brzmiały niestosownie.

Od Szuszy, gdzie podejmowanie gości było dziedziną sztuki, Kerim przeszedł do Wysp Alandzkich. Był tam z grupą azerbejdżańskich ekspertów. Oglądali, jak Europa radzi sobie z mniejszościami narodowymi i na czym polega autonomia. Organizacja, która sfinansowała podróż, zaprosiła także delegację ormiańską i pod koniec pobytu Azerbejdżanin zapytał Ormianina: „Nie chcielibyście tak żyć?”.

„Nie jesteście Finami” - odpowiedział Ormianin.

„A wy Szwedami” - odpalił pierwszy.

- Widzisz, my mamy z Ormianami wiele wspólnego, nawet nie przypuszczasz, jak dużo - podsumował opowieść Kerim.

- Jak ty możesz podawać im rękę! - wybuchnął naraz brat Kerima, Arzuman, który wcześniej siedział cicho. - Zabrali nam wszystko, utuczyli się naszą krwią jak pijawki, a ty szlajasz się z nimi po Europach. Wstyd mi za ciebie, rozumiesz?!

Musieli kłócić się setki razy. Arzuman nie rozumiał, po co rozmawiać z Ormianami.

- Jakbym spotkał takiego gada, od razu ukręciłbym mu łeb, o tak - syknął.

Nie mieszkali razem, Arzuman zajął z żoną i dziećmi barak obok rafinerii, kilka lat był tam stróżem, ale ostatnio kierownik przyjął na jego miejsce swojego ziomka. Od tamtej pory Arzuman najmował się po okolicy jako pastuch. Gdyby nie Ormianie, uprawiałby ojcowy sad pod Szuszą, żył jak perski szach i gwizdał na wszystko.

- Wiesz, dlaczego ich prezydent, Koczarian, tak nas nienawidzi? Bo jest nieślubnym synem Azerbejdżanina i teraz mści się na całym narodzie! - Arzuman powtórzył plotkę, która od jakiegoś czasu krążyła po Baku. Wierzył w nią bez zastrzeżeń. Baku to raj dla mitomanów, najbardziej karkołomne teorie znajdują tutaj rzesze wyznawców.

Arzuman i Kerim byli rodzonymi braćmi, ale bardzo się różnili.

Arzuman skończył klasę z językiem azerbejdżańskim. Wychował się na klasykach Orientu: Ferdousim, Hafezie, Omarze Chajjamie, Nizamim, Nasimim, Chaganim. Kerim uczył się w tej samej szkole, ale w klasie rosyjskiej - czytał Czechowa, Dostojewskiego, Lermontowa i Puszkina, a także, w rosyjskich tłumaczeniach, Szekspira, Dantego, Goethego, Rimbauda.

Arzuman był fatalistą, Kerim podchodził do życia jak do matematycznego zadania, które trzeba rozwiązać.

Arzuman mógł godzinami opowiadać o padyszachach, wschodnich księżniczkach, okrutnym Starcu z Gór i przebiegłym Hodży Nasreddinie. Kerim pisywał wiersze; jeszcze w szkole wygrał konkurs literacki, a potem zawsze nosił ze sobą kajecik, w którym zapisywał pomysły. Lubił poezję Rasuła Rzy, który uczył, że człowiek powinien żyć tak, aby zajmować swoją osobą jak najmniej miejsca, ale po jego śmierci wszyscy powinni odczuć pustkę.

Mieli nawet trochę inną karnację - Arzuman wyraźnie ciemniejszą.

Zapadł zmrok i ogarnęła nas błogość. Piliśmy teraz herbatę i jedliśmy słodycze, bracia już się nie kłócili, Ormianie odeszli w chwilową niepamięć. Nadeszła pora Arzumana:

- Pewna kobieta przygarnęła na noc grupę podróżnych - zaczął. - „Wejdźcie do domu, moje wielbłądy”, zapraszała. Nakarmiła ich, a potem przygotowała posłania. „Śpijcie dobrze, moje jagniątka” powiedziała na dobranoc. Następnego dnia pożegnała ich słowami: „Szczęśliwej drogi, moi muzykanci!’! Jeden z podróżnych spytał, czemu ich tak dziwnie nazywa. Kobieta odpowiedziała: „Wieczorem byliście dla mnie wielbłądami, bo każdy gość jest wyjątkowy i wielki jak wielbłąd. Potem byliście jagniętami, bo znaleźliście się w moim domu, gdzie ja jestem panią. Teraz jesteście muzykantami, bo ruszacie w świat i będziecie rozgłaszać chwałę naszego miasteczka”.

Takie opowieści musieli snuć goście karawanseraju, który stoi tuż przy szosie do Teheranu, parę kilometrów przed sangaczalskim terminalem. Pochodzi z czternastego wieku, w pobliżu zachowały się owdan, czyli podziemna cysterna na wodę, i dewelik, stajnia dla wielbłądów.

Poczułem, że granica między Azją a Europą biegnie tutaj, przecinając nasz stół i rozdzielając na pół rodzinę Kerimlich. Arzuman należał do świata Orientu, Kerim był człowiekiem Zachodu. Pewnie nigdy się nad tym nie zastanawiali. Zadecydował przypadek, może wybór tej, a nie innej klasy w szkole, a może jakaś cecha charakteru albo usposobienia.

Powieść Ali i Nino Kurbana Saida zaczyna się od lekcji geografii:

- Północ, południe i zachód Europy oblewają morza, które stanowią naturalne granice tego kontynentu. Są to: Ocean Arktyczny, Morze Śródziemne i Atlantyk. Wschodnia granica Europy przechodzi przez Imperium Rosyjskie. Najpierw biegnie grzbietem Uralu, a następnie rozcina Morze Kaspijskie i Kaukaz. W tym miejscu nauka jeszcze się ostatecznie nie wypowiedziała. Niektórzy uczeni zaliczają do Europy również południowe zbocza kaukaskich gór, inni natomiast uważają, że ta ziemia nie może być uznana za Europę, szczególnie jeśli brać pod uwagę rozwój kulturalny zamieszkujących tu ludów. Moje dzieci! To od was zależy, czy nasze miasto będzie należeć do postępowej Europy, czy do zacofanej Azji!

Profesor, wbity w kapiący złotem mundur wykładowców rosyjskich gimnazjów, uśmiechnął się z zadowoleniem. A czterdziestu uczniów trzeciej klasy Rosyjskiego Imperatorskiego Gimnazjum Humanistycznego w Baku wstrzymało oddech wobec bezkresu wiedzy oraz ciężaru odpowiedzialności, która spadła na ich barki.

Przez dłuższą chwilę milczeliśmy. My - czyli trzydziestu muzułmanów, czterech Ormian, dwóch Polaków, trzech starowierców i jeden Rosjanin. Nagle Muhammad Hejdar, który siedział w ostatniej ławce, podniósł rękę i powiedział:

- Przepraszam, panie profesorze, ale my byśmy chcieli zostać w Azji.

Profesor Sanin zmieszał się. Jego zadaniem było wychowanie swych uczniów na prawdziwych Europejczyków.