Planeta Kaukaz

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po meczu odszukałem Menkego - tego, który na początku kadencji Ilumżynowa bratał mnie z kałmuckim rządem. Menke był jednym z pierwszych wielbicieli Kirsana. Pomagał mu w kampanii wyborczej, uczył, jak rozmawiać z pasterzami i rybakami. Wówczas, w elistańskim klubie, tryskał entuzjazmem. Zapewniał, że Kałmucja zadziwi świat. Roztaczał wizję kwitnącej republiki, z której inne rosyjskie regiony będą brać przykład. Tłumaczył, że prezydent biznesmen łatwo przyciągnie zachodnie inwestycje.

Rozczarował się po kilku miesiącach. Nie podobał mu się przepych prezydenckiego dworu, dostrzegał rodzącą się dyktaturę. Co gorsza - otwarcie o tym mówił. Stracił posadę, żonę zwolniono z pracy w administracji. W jednej chwili stał się pariasem. Znajomi obchodzili go teraz szerokim łukiem, sąsiedzi przestali wpadać na herbatę. Dostawał anonimy: „sprzedawczyk”, „zdrajca narodu” Raz oberwał w ciemnym zaułku.

Gdy go w tym czasie odwiedzałem, wychodziliśmy rozmawiać na balkon. W domu był podsłuch. Menke mówił, że się nie boi, bo nosi znane nazwisko. W trzystutysięcznej Kałmucji wszyscy słyszeli o rodzinie Koniejewów. Po powrocie narodu z zesłania jego ojciec organizował w Eliście uniwersytet. On sam dał się poznać jako zdolny dziennikarz, działacz narodowy, zwolennik odrodzenia buddyzmu.

Nie przystał do opozycji. Był zdania, że ci ludzie nie są lepsi od Ilumżynowa, tylko mają mniej fantazji, gdyby dorwali się do władzy - też zamieniliby Kałmucję w folwark. Planował napisać historię republiki, ale nie mógł się skupić. Na razie wynotowywał cytaty z prac historycznych i dawnych kronik. Na przykład taki: Z nadejściem wiosny hordy Czyngis-chana ogarniał bliżej nieokreślony niepokój. Poza cytatami, dzień za dniem upływał Menkemu na jałowej wegetacji.

Po paru latach zachorował mu syn. Do tej pory jakoś sobie radzili. Menke zarabiał tłumaczeniami, żona chałupniczo szyła i haftowała. Rodzina z sowchozu przywoziła mięso. Teraz jednak potrzebne były większe pieniądze. Poprosił Kirsana o audiencję. Pokajał się. Zapewne ucałował w rękę - w ten sposób mongolscy książęta okazywali chanowi szacunek.

Został ministrem informacji. Ma dbać o wizerunek prezydenta w mediach. Ma pilnować, by dziennikarze nie pisali głupot.

Podczas spotkania był zamyślony i nieswój. Dużo opowiadał o planach Ilumżynowa - zachowania fotela prezesa Międzynarodowej Federacji Szachowej fide, kandydowania na stanowisko prezydenta MKOl i startu w rosyjskich wyborach prezydenckich. Znów, jak pięć lat wcześniej, wychwalał Kirsana, jednak bez tamtego entuzjazmu. Dobrze go rozumiałem. W kałmuckim rządzie jak w sowchozie Ułan-Checz - w jednej chwili mogą człowieka zgnoić, zmiażdżyć, wdeptać w błoto.

Prosty naród kocha swego pana. W zapadłych toczkach pasterze wieszają na honorowym miejscu jego portrety. Na każde wezwanie przyjeżdżają do Elisty uczestniczyć w wiecach poparcia. Pójdą za Kirsanem w ogień i wodę. Nie zawahają się, gdyby przyszło mu do głowy zjednoczyć mongolskie narody, a potem, wzorem Czyngis-chana, ruszyć na Europę.

- Kirsan przywrócił nam dumę z tego, że jesteśmy Kałmukami - powiedział mi starzec z Czyłgiru.

Być może bezwarunkowe zawierzenie przywódcy tkwi korzeniami w lamaizmie. Momentem sprzyjającym krzewieniu się tego kierunku - zauważa Wiesław Kotański - była niewątpliwie koncepcja przerzucenia balastu odpowiedzialności za należyte rozumienie i przestrzeganie rytuału i dogmatów na jednostki specjalnie wdrożone do takich obowiązków. Wiara w taką osobę, w jej wiedzę i umiejętności zwalnia lamaistę od potrzeby zbyt głębokiego wnikania w istotę obrzędów i przykazań.

Z Kałmucji jechałem zwykle do Dagestanu. Droga prowadzi przez wieś Komsomolskoje, gdzie jest wielbłądzia ferma, przez Czarne Ziemie - część dawnego Stepu Nogajów - na których pasą się jeszcze suhaki, stepowe antylopy, niewiele większe od zajęcy; przez roponośne okolice Artezjanu. Tędy zdążał przed dwustu laty Jan Potocki, a pół wieku po nim Aleksander Dumas ojciec. Tędy wiodły szlaki tysięcy innych podróżników, tajnych agentów i żądnych przygody awanturników, którzy ciągnęli z Rosji na Kaukaz.

W jednej ze swoich książek Ilumżynow napisał: Kiedy jedziesz długo przez letni step i monotonny krajobraz zaczyna cię powoli usypiać, nagle, gdzieś na horyzoncie, wyłania się z rozedrganego powietrza miraż. Jedziesz dalej, miraż gęstnieje, nabiera kształtu, hipnotyzuje. I rzeczywistość zaczyna mieszać się z fantazją, i nie pojmiesz już, gdzie kończy się jawa, a zaczyna sen, bo zatarły się między nimi granice, jedno płynnie przechodzi w drugie.

Na Stepie Nogajów Kałmucja płynnie przechodzi w Dagestan.

Z notatek (2)

26 kwietnia 2010

Kilka dni po siedemnastej rocznicy objęcia urzędu prezydenta Kałmucji, w programie telewizyjnym Władimira Poznera na rosyjskim Pierwym Kanale, Kirsan Ilumżynow opowiedział o spotkaniu z kosmitami.

Ilumżynow:

- To się zdarzyło w sobotę, we wrześniu 1997 roku. Przyjechałem wieczorem do domu - tu, w Moskwie, w zaułku Leontiewa. Następnego dnia leciałem do Kałmucji. Poczytałem książkę, rzuciłem okiem w telewizor i poszedłem spać. Nagle poczułem, że otworzył się balkon i ktoś mnie woła. Podszedłem, patrzę - półprzezroczysta rynna, tak jakby rura przecięta wzdłuż. Wszedłem w nią i zobaczyłem ludzi w żółtych skafandrach. Powiedzieli, że muszą pobrać próbki do badań. Potem pokazali mi swój pojazd. Spytałem, dlaczego nie nawiązują z nami normalnego kontaktu. Powiedzieli, że nie są jeszcze gotowi. W jakim języku rozmawialiśmy? W żadnym, to była wymiana myśli.

Pewnie sam bym w to nie uwierzył, ale mam trzech świadków: mojego kierowcę, asystenta i ministra, którzy przyjechali po mnie nad ranem. Drzwi były zamknięte. Otworzyli je własnym kluczem. Patrzą: rzeczy na miejscu, balkon otwarty - a mnie nie ma. Zaczęli dzwonić po znajomych - nikt nic nie wie. Usiedli w kuchni, naradzają się, co robić. Wtedy wychodzę z sypialni i mówię: „Zróbcie mi jajecznicę, musimy jechać na lotnisko”. A wcześniej mnie w sypialni nie było, sprawdzali trzy razy! Pytają: „Co się z tobą działo?!”. Mówię im: „Nic. Zwiedzałem latający talerz”.

Pozner:

- Rzeczywiście, ciekawa historia.

Lezginka

Zdawać by się mogło, że Dagestan jest jeden jedyny dla wszystkich Dagestańczyków. A w gruncie rzeczy każdy Dagestańczyk ma swój Dagestan.

Rasul Gamzatow, 1968

W pewnej chwili wjechaliśmy z nocy w dzień i zrobiło się tak jasno, że kierowca musiał przysłonić oczy. Szerszą w tym miejscu drogę oświetlały potężne jupitery, wydobywające z mroku także sporawy płacheć równego jak stół Stepu Nogajów. Stanęliśmy pod szlabanem. Kontrola.

Na trasie z Władykaukazu do Machaczkały, tak jak na wszystkich kaukaskich drogach, posterunki rozstawione są co kilkanaście kilometrów. Pojawiły się po rozpadzie ZSRR, gdy południe Rosji stanęło w ogniu. Miały stanowić zaporę dla przepływu broni, narkotyków oraz wszelkiej kontrabandy. Stały się narzędziem represji, siedliskiem łapówkarstwa, synonimem bezprawia i gwałtu. Odwrotnie niż w sieci rybackiej, z siecią posterunków grube ryby radzą sobie bez kłopotu; w oczkach grzęzną płotki, kiełbiki i pozostała drobnica. Ustosunkowany zbir przewiezie wszystko, łącznie z zakładnikami uprowadzonymi dla okupu, a zwykły Awar, Czeczen czy Rosjanin, próbujący wykarmić rodzinę z handlu obwoźnego, musi opłacać się na każdym kroku. Masz walizkę ciuchów? Worek słodyczy? Parę kartonów papierosów? No to bulisz mandat za brak zezwolenia! Jakiego? Och, to nieistotne. W Rosji jest tak dużo różnych taryf, opłat, licencji i podatków, że jakiegoś papierka na pewno będzie brakować.

Załóżmy jednak, że nasz Awar czy Rosjanin zbuntuje się, postawi okoniem - co wtedy uczyni władza? Władza przetrze najpierw oczy ze zdumienia, a następnie zatrzyma buntownika w areszcie „do czasu wyjaśnienia sprawy”. Wątpliwości wzbudzi podniszczone prawo jazdy albo zrodzi się podejrzenie, że papierosy pochodzą z kradzieży. Nie, tutaj żaden bunt się nie opłaca!

Posterunek składa się zwykle z ustawionego przy drodze baraku oraz ze szlabanu, który zagradza przejazd. Barak wyposażony jest w rachityczne biurko, zawsze zawalone stosem papierów, w krzesło, leżankę i dyndającą z sufitu żarówkę. Dyżur pełnią milicjanci, choć w paru miejscach widziałem żołnierzy.

Ten posterunek był inny, różnił się od poprzednich, ziejących tymczasowością i prowizorką. Przypominał przejście graniczne z kompletną infrastrukturą. Rzeczywiście, znajdowaliśmy się na granicy. Była to granica między Krajem Stawropolskim a Dagestanem.

Kierowca zgasił motor i otworzył drzwi. Do autobusu wszedł sierżant, a za nim dwóch milicjantów, którzy wycelowali w nas kałasznikowy.

- Dokumenty!

Sięgnęliśmy po dowody, paszporty, książeczki wojskowe. Sierżant dokładnie je obejrzał, porównując fotografie z naszymi twarzami. Wypytał o meldunek, czyli propiskę, kazał pokazać bagaż. Dokumenty zabrał, a na odchodnym spytał:

- Broń, narkotyki, dzieła sztuki?

- Wiozę granatniki... - Mój sąsiad, potężny Dargijczyk, był umęczony podróżą jak wszyscy. Sierżant nie znał się na żartach.

- Otwórz torbę!

Granatników nie znalazł, ale kazał Dargijczykowi iść ze sobą. W tym czasie inni milicjanci nurkowali w bagażniku i obstukiwali podwozie.

Wyszedłem się przejść. Teren posterunku zajmował wiele hektarów, zasieki z drutem kolczastym biegły daleko w Step Nogajów. Za szlabanem, wzdłuż i w poprzek jezdni, leżały betonowe bloki; gdyby nawet ktoś zdołał sforsować przeszkodę, musiałby w tym labiryncie zwolnić, stając się łatwym celem dla snajpera. Pewnie z myślą o takich desperatach ustawiono tablicę z ostrzeżeniem: Stój! Strefa zakazana! Strzelamy bez uprzedzenia! W pobliżu strażnicy parkowały wozy bojowe, okryte siatką maskującą. Budynek miał dwa piętra i, jak wskazywały sterczące z dachu anteny, pełnił również funkcję centrum łączności. W dyżurce na parterze wisiał transparent: Nasza dewiza - kultura, dyscyplina, profesjonalizm!

 

Plac przed posterunkiem wypełniały samochody. Większość miała rejestrację dagestańską, ale były też auta z Kałmucji, Inguszetii, a nawet odległej Adygei. Gdy późnym latem 1999 roku wybuchła w Czeczenii nowa wojna, Dagestan znów stał się krajem przyfrontowym.

Kierowcy ze stojących na placu samochodów pogryzali pestki słonecznika i palili, siedząc w kucki na wschodnią manierę. Czekali na świt.

Wróciłem do autobusu. Był to stary gruchot marki Lwów, kupa złomu na kółkach, z rurą wydechową trzymającą się na drucie i dyktą wstawioną w miejsce wybitych szyb. Najważniejsze jednak, że jechał, a jechał dzięki złotym rękom szofera i jego pomocnika. Gdy coś się psuło, obaj przebierali się w kombinezony i metodycznie przystępowali do naprawy: jeden grzebał pod maską, a drugi asystował, podsuwając bez słów potrzebne narzędzie, niczym doświadczona pielęgniarka na sali operacyjnej. Potem zmieniali się i ten od grzebania włączał stacyjkę, a kolega regulował motor na słuch. Myślę, że umieliby zrobić wprost na drodze remont kapitalny silnika.

Wnętrze lepiło się od potu i brudu. Derma na fotelach była zdarta do gąbki, poręcze połamane, lampki rozbite. Wszędzie walały się niedopałki - mało kto stosował się do wymalowanego na tabliczce wezwania, żeby nie palić i nie śmiecić. Druga tabliczka mówiła sporo o kaukaskich obyczajach: Zabrania się żądać od kierowcy szybszej jazdy! Wśród pasażerów przeważały kobiety, potulne dagestańskie chłopki, owinięte w bawełniane chusty. Wracały z targu; w spoconych dłoniach ściskały sakiewki i prawie się nie odzywały.

Na Kaukazie autobus to najpraktyczniejszy środek transportu. Kolej dociera do niewielu miejscowości, pociągi wloką się i uchodzą za mało bezpieczne: często dochodzi do napadów na podróżnych. Między niektórymi miastami kursują marszrutki, mikrobusy odjeżdżające po zebraniu się kompletu pasażerów. Do marszrutek wchodzi jednak mało bagażu, a miejscowych często nie stać na opłatę za przejazd.

Tymczasem pojawił się sierżant z paszportami. Zanim je oddał, przeprowadzał małe śledztwo: a skąd?, a dokąd?, a po co? Mieliśmy szczęście, do nikogo się nie przyczepił. W takich przypadkach autobus solidarnie czeka, aż pechowiec załatwi swoją sprawę. (Dargijczyk siedział już na miejscu. Dowcip z granatnikami kosztował go pięć dolarów. Dostał mandat za wprowadzanie władzy w błąd). Zbieraliśmy się do odjazdu, gdy ktoś przypomniał sobie, że brakuje gruzińskiego chłopca, który w pewnym momencie zniknął, wywołany przez milicjanta. Znaleźliśmy go na poboczu, wycierał krew cieknącą z nosa. Okazało się, że miał nieszczęście podróżować na nowym gruzińskim paszporcie, z napisami po gruzińsku i angielsku. Milicjanci nie umieli ich odczytać i zgodnie twierdzili, że dokument jest podrobiony. Kazali zapłacić mandat. Nie uwierzyli, że chłopcu skończyły się pieniądze:

- Co z ciebie za Gruzin, bez forsy! - Dwóch zabrało się do bicia, trzeci przeszukiwał rzeczy. Pieniędzy rzeczywiście nie było, więc milicjanci zabrali skórzaną kurtkę:

Belidżi, Dagestan

- Zapamiętaj, synu, tu jest Rosja, a nie Gruzja, tu musi być porządek!

Zrzuciliśmy się na następne posterunki. Nasza dewiza - kultura, dyscyplina, profesjonalizm!

Szlaban podniósł się i pojechaliśmy dalej. Jeżeli Kaukaz to tygiel Eurazji, Dagestan jest tyglem Kaukazu. Na obszarze sześciokrotnie mniejszym od Polski mieszka kilkadziesiąt grup etnicznych, spośród których czternaście ma status „narodów paszportowych”: uwzględniają je rosyjskie statystyki. Jak rządzić taką republiką? W czasach sowieckich istniał nieformalny klucz - pierwszym sekretarzem był Awar, fotel przewodniczącego Rady Najwyższej przypadał Dargijczykowi, pozostałe wysokie urzędy obsadzali w odpowiednich proporcjach Kumycy, Lezgini, Lakowie i Rosjanie. Narody mniej liczne musiały zadowolić się stanowiskami we władzach tych powiatów, w których stanowiły większość. To, która grupa jest narodem, określała partia. Linia partii ciągle się zmieniała i w kolejnych spisach powszechnych jedne narody znikały, inne pojawiały się deus ex machina. Wreszcie stanęło na czternastu.

„Uznane” narody miały własne szkoły, własne audycje radiowe i programy telewizyjne. Dzięki temu dochowały się własnych elit. W okresie pierestrojki elity zorganizowały się w stowarzyszenia społeczno-kulturalne. Po upadku ZSRR ze stowarzyszeń wypączkowały narodowe partie polityczne. Interesy poszczególnych partii okazały się sprzeczne i na początku lat dziewięćdziesiątych zderzyło się ze sobą czternaście nacjonalizmów. Nacjonalizmy dużych narodów były duże, duzi rościli sobie pretensje do dominacji w republice, a nawet na całym wschodnim Kaukazie. Nacjonalizmy narodów mniej szych były odpowiednio mniejsze, w polu ich widzenia był kawałek ziemi sąsiada, jakaś przełęcz, dodatkowy poseł w machaczkalskim parlamencie. Sąsiad miał, rzecz jasna, swój nacjonalizm i przekonująco dowodził, że wskazana ziemia oraz szereg innych ziem, przełęczy i dolin należy się wyłącznie jemu. Nacjonalizm dagestańskich Rosjan, stanowiących ledwie dziesiątą część ludności, był z kolei defensywny, skupiał się na utrzymaniu stanu posiadania. Tylko potomkowie Kozaków znad Tereku marzyli o wskrzeszeniu hajdamackich porządków. Każdy naród wierzył w nadejście „sprawiedliwości”, każdemu obmierzł zadekretowany internacjonalizm.

Wtedy, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, w Dagestanie nie było tygodnia bez strzelaniny, wybuchów, porwań. W zamachach ginęli deputowani, duchowni, dziennikarze. Walka wszystkich ze wszystkimi, niewypowiedziana wojna - podziemna, bo na powierzchni toczyły się pozory normalnego życia - traciła stopniowo etniczny charakter. Żaden naród nie był na tyle silny, by narzucić swą wolę pozostałym. Paradoksalnie, olbrzymie rozdrobnienie sprzyjało zachowaniu jedności. Gra szła już tylko o władzę i wiążące się z władzą pieniądze.

Nowy układ opierał się nie tyle na parytecie narodów, co na parytecie narodowych mafii. Oto mafia lakijska zdobyła kontrolę nad czarnym kawiorem: Lak został prezesem państwowego komitetu rybołówstwa, mianował innego Laka szefem przedsiębiorstwa rybnego, zaś trzeci Lak, w porozumieniu z pierwszym i drugim, zorganizował nielegalne odłowy jesiotra oraz kanały przemytu ikry. Mafia awarska przejęła milicję, mafia dargijska obsadziła urzędy skarbowe.

Na biednej republice, jaką jest Dagestan, mogła obłowić się ograniczona liczba chętnych. Ci, których podział łupów nie objął lub uważają, że dostali za mało, nadal walczą o swoje. W zapomnianych stowarzyszeniach społeczno-kulturalnych dorasta nowe pokolenie liderów, marzących o wielkim Awarystanie, wielkim Lezgistanie albo o zjednoczeniu Stepu Nogajów.

Autobus dotoczył się do Kizlaru. Był to niegdyś pierwszy rosyjski przyczółek na Kaukazie. Stąd ruszyła ekspansja w kierunku Czeczenii, Dagestanu i Gruzji. Miasto wyrosło przy twierdzy, założonej jeszcze w szesnastym wieku przez terec-kich Kozaków, a umocnionej dwa wieki później staraniem generała Lewaszowa. W roku 1831, u zarania wojny kaukaskiej, spustoszył je imam Dagestanu Gazi Mahomet, zwany także Kazi-Mułłą. W styczniu 1996 roku napadł na Kizlar czeczeński komendant Sałman Radujew. W grudniu 2001 roku za ten czyn rosyjski sąd skaże go na dożywocie. Rok później Radujew umrze w więzieniu.

Zatrzymaliśmy się na przedmieściu, tuż obok przydrożnej garkuchni, przypominającej wiatę: ściany były z eternitu i opierały się na metalowych słupkach, a dach był z blachy falistej. Stoły stały wprost na klepisku, tylko podest przed bufetem wylano betonem. Za przepierzeniem z nieheblowanych desek bulgotały kotły ze strawą. Do jedzenia były pilaw i rosół. W takich miejscach karmią tanio, smacznie i bezpiecznie. Prawa kalekiego postsowieckiego rynku podpowiadają gospodarzom, że gdyby ktoś się u nich zatruł, kierowcy przestaliby przywozić pasażerów. Ten sam rynek zniechęca równocześnie do inwestowania w wystrój: po co tracić pieniądze, skoro interes kwitnie, marmury ściągną tylko milicję podatkową! Dochodziła druga w nocy, ale lokal był pełen gości. Jadły tutaj cztery autobusy i brakowało wolnych miejsc.

Wzdłuż drogi stała może setka straganów, wszystkie otwarte i oświetlone jarzeniówkami. Mnogość wszelkich dóbr przekraczała wyobraźnię. Najwięcej kramów oferowało alkohol. Do wyboru były dziesiątki rodzajów piwa, wino z całej Europy, najróżniejsze wódki, od „ruskiego jogurtu” (sto gramów w zakapslowanym plastykowym kubku) po Finlandię i Absolut, poza tym rumy, likiery, giny, koniaki. Podobnie miała się rzecz z nabiałem, wędlinami, owocami i warzywami. Oczywiście był chleb - razowy, pszenny i gruziński lawasz.

Oczywiście słodycze: tureckie i irańskie ciasteczka, rosyjskie bombonierki, czekolady Milka. Lody w kilkunastu smakach, rosyjskie i zachodnie. Polskie lody w proszku. Buliony Knorra. Kawa i herbata. Dla leniwych „zestawy podróżne” (sprzedawane w swoim czasie w Moskwie pod nazwą „zestawów dżentelmeńskich”): pakiety z pętem kiełbasy, paroma kromkami chleba, kiszonym ogórkiem oraz ruskim jogurtem.

Na straganach z konfekcją królowała turecczyzna. Były skarpety i koszule, swetry i dżinsy, kurtki i marynarki. (- Turcja stała się punktem odniesienia oraz przedmiotem aspiracji - powiedział mi pewien dagestański profesor. - Tam jeździ się na handel, stamtąd czerpie wzorce cywilizacyjne. Rosja nie jest już dla młodzieży atrakcyjna, a Zachód leży za daleko). Kilku przekupniów handlowało zabawkami. Dwóch - elektroniką z Dubaju. Na skraju rynku, tuż za ostatnim kramem, samotny dziadek ustawił na kraciastym kocu ekspozycję dorodnych baranich papach. To był hipermarket - pod gołym niebem, w środku nocy, na końcu świata. Nie wiem, kto tu kupował, na pewno nie biedacy z autobusu, choć ceny były niższe od machaczkalskich, nie wspominając o moskiewskich. Być może kupowali miejscowi oficjele, milicjanci albo lokalni gangsterzy. Lista osób gotowych posłać nad ranem po martini albo kabanosa musiała być długa.

Przed Chasawjurtem drogę zajechało nam volvo. Z samochodu wyskoczył dwumetrowy drab i wypruł z automatu serię w powietrze. Stanęliśmy. „Napad” - pomyślałem, chociaż mogła to być kolejna kontrola, szofer mógł przegapić posterunek i teraz ścigał nas jakiś miejscowy Brudny Harry. Drab skierował karabin lufą do ziemi i wszedł do środka. - Salam alejkum - przywitał się grzecznie. - Jest sprawa, wujek bardzo chora, trzeba w Machaczkalu do lekarza, weźcie go, błagam! - chrypnął niezbornym rosyjskim. Kierowca był Awarem, typ z automatem też wyglądał na Awara, ale tu w miejscu publicznym nie używa się ojczystej mowy. Syndrom mechanicznego przechodzenia na język oficjalny zaraz po wyjściu za próg domu znany jest nauce jako „reguła przełącznika”. Po chwili drab przyprowadził trzęsącego się starowinę, posadził go przy oknie, pod głowę wsunął poduszkę, nogi owinął pledem. Potem zapłacił za bilet:

- Jesteście dobrzy ludzie, jedźcie szczęśliwie!

Żałowałem, że nie spotkam się z Wozniakiem. Lew Maksymowicz Wozniak! Potomek polskiego zesłańca, malarz, domorosły filozof, brat łata. Przechodziłem kiedyś przez skwer, gdzie machaczkalscy artyści wystawiali swoją produkcję. Zaczepił mnie wesoły człowieczek w leninówce na bakier, żywy jak srebro i trajkocący bez opamiętania:

- Pszakrew, cholera jasna, matka boska częstochowska, dalej nie umiem. Chwilę potem siedzieliśmy w kotłowni domu handlowego i piliśmy tanie wino owocowe, sprzedawane w trzylitrowych balonach. Litościwy kierownik pozwalał przechowywać tu obrazy, wstawił nawet stary tapczan i skrzynię, która po przykryciu folią służyła za stół.

Wozniak przyszedł na świat w Stawropolu. Z dzieciństwa zapamiętał, jak burzono sobór katedralny: za pierwszym razem wstrząs zachwiał budowlą, za drugim rozpadły się mury, za trzecim poddała się dzwonnica. Po wojnie ukończył akademię sztuk pięknych i osiadł w Machaczkale. Wiódł żywot cygana - malował i balował, żenił się i rozwodził, roił o komunie twórców, odsiadywał wyroki „za chuligaństwo’; Przed sześćdziesiątką dostał mieszkanie, piętnastometrową klitkę ze ślepą kuchnią. Napisał piosenkę: Leżę na podłodze, pod mym pierwszym legalnym adresem. Zachłysnął się pierestrojką, wspominał, że poczuł się jak chłop pańszczyźniany, któremu darowano wolność. Zapożyczył się i wyruszył w podróż po Turcji. Potem spłacał dług, produkując Wschody słońca nad Morzem Kaspijskim, Auły w górach oraz Portrety imama Szamila, rozchwytywane przez dagestańskich nowobogackich.

 

W kotłowni zrobiło się gwarno i wesoło, pojawiła się herbata, ktoś przyniósł chleb i suszone ryby. Wozniak brylował, to opowiadał kawały i śpiewał sprośne czastuszki, to popadał w zadumę, wzdychając nad okrucieństwem komunizmu i swoim zmarnowanym życiem. Zaraz jednak odganiał złe myśli:

- Ech, nie ma co narzekać, cieszmy się, że jest chleb i że odwiedzają nas goście, na łodzi podwodnej mają gorzej!

Nazywali go „prezydentem” - rosyjskim przywódcą dagestańskiej bohemy. Był najstarszy, umiał zintegrować środowisko, zdobył pomieszczenie na galerię, zorganizował kotłownię. Cieszył się szacunkiem graniczącym z czcią.

Skończyło się wino i Wozniak przywołał młodziutkiego, kruczowłosego Awara:

- Nu, Magomied, masz czerwońca, przynieś jeszcze balończyk.

- Ja nie Magomied, na imię mi Osman - obruszył się chłopak, biorąc wytarty banknot.

- Co za różnica, dla mnie wszyscy jesteście Magomiedy! - mruknął Lew Maksymowicz i już zapomniał o sprawie, już brał gitarę, intonując znaną łagrową piosenkę Towariszcz Stalin, wy bolszoj uczonyj.

Tak wygląda okupant, pomyślałem. Okupant, zaborca, konkwistador. Jestem pewny, że Wozniak nie chciał nikogo obrazić. Gdyby powiedzieć mu, że zachowuje się jak kolonista w podbitym kraju, zdziwiłby się i nie zrozumiał. W niczym nie przypominał dumnego Anglika, paradującego po Nowym Delhi, czy otoczonego czarną służbą Francuza gdzieś na plantacji w zachodniej Afryce. Żył wśród Dagestańczyków i dzielił ich los, było mu nawet trudniej, bo oni mieli rozgałęzione rody, klany i związki klanów - tuchumy, gotowe w każdej chwili przyjść ziomkowi z pomocą, on zaś tkwił tu sam jak palec. Widziałem jego kawalerkę: pocerowany materac, rozsypujący się kredens, żelazną umywalkę. A jednak, choć nie zdawał sobie z tego sprawy, był kolonistą. Nie odróżniał Awara od Kumyka, nie słyszał o adatach, kaukaskim prawie zwyczajowym, nie rozumiał dagestańskich tradycji. Przez pół wieku nie nauczył się słowa w żadnym miejscowym języku. Jak większość Rosjan z nierosyjskich części imperium żywił przekonanie o wyższości własnej kultury nad tubylczą; przekonanie, które pozwalało byle łachudrze czuć się lepszym od sąsiadów i gardłować, że „to myśmy wydali Puszkina!” nawet wówczas, gdy nie przeczytało się żadnego utworu wielkiego poety.

Kilka miesięcy po naszym spotkaniu Wozniaka odwiedziło kilku osiłków:

- Kupujemy to mieszkanie! - oznajmili. Kazali podpisać papiery i wynieść się w ciągu dwudziestu czterech godzin. W ten sposób wyrzucono z Dagestanu tysiące Rosjan. Podobne przypadki miały miejsce w Czeczenii, Inguszetii, a nawet w Kabardyno-Bałkarii, gdzie fala postsowieckich nacjonalizmów nie przybrała aż takich rozmiarów. Trudno zresztą powiedzieć, ile było w tym nacjonalizmu, a ile bandyckiej samowoli i pewności, że nikt nie ujmie się za starym Rosjaninem. Wozniak miał szczęście, za swą norę dostał jakieś pieniądze. Opowiadano mi, że pogodził się z losem, nie próbował protestować. Spakował się i wyjechał.

W Machaczkale powoli dniało. Autobus jeszcze manewrował, gdy opadła nas sfora taksówkarzy. Najbardziej nachalni wdarli się do środka i zatarasowali przejście, wykrzykując, że dowiozą wszędzie bezpiecznie i tanio. Zaczęła się walka, wyrywanie sobie pasażerów i bagaży, a potem zawzięte targi o każdego rubla. Taksówkarze koczowali pod ścianą zamkniętego o tej porze dworca, ogrzewali się herbatą gotowaną na spirytusowych maszynkach. Było ich wielokrotnie więcej niż potencjalnych klientów - przyjezdni wolą tanią komunikację publiczną - więc czatowali na każdą okazję. Tak jak pasażerowie, przeliczali opłatę za kurs na jajka i chleb. Żyli od autobusu do autobusu.

Wypatrzyłem taksówkarza starszego, siwiejącego:

- Na Łaptiewa.

- Gdzie??

- Na ulicę Łaptiewa. Najpierw do Andżi Bazaru, potem w prawo do szosy kaspijskiej, a przed Reduktornym w lewo.

- Wiem, braciszku, wiem, od trzydziestu lat kręcę tu kółkiem!

Głowę daję, że nie wiedział, ale kaukaski taksówkarz za nic w świecie nie przyzna się, że czegoś nie wie. Pięć razy okrąży miasto, dziesięć razy spyta kogoś o drogę i zachowa przy tym dobrą minę: wytłumaczy, że gdzieś był objazd, a w innym miejscu zbłądził, bo zmienili nazwę ulicy. W końcu znajdzie przecież wskazany adres. Tak zachowują się tu wszyscy mężczyźni. Na Kaukazie mężczyzna nie może nie wiedzieć, nie potrafić, nie być w stanie! Jest to kwestia dumy i honoru, lecz także pychy i zarozumiałości. Kiedy któryś obieca, że coś załatwi, oznacza to, że się postara, nie oznacza natomiast, że musi się udać.

Machaczkała jest miastem wyjątkowo brzydkim. Centrum to ponure, nigdy niezamiatane ulice, oblazłe z tynku czynszówki, zakaraluszone restauracje. Na południu z kolei kilometrami ciągnie się wysypisko: góry śmieci, porzucone pakamery, wraki ciężarówek, szkielety dźwigów, resztki betonowych konstrukcji, beczki z zakrzepłą smołą, bajora wypełnione parującą mazią. Gotowa scenografia do filmu grozy! Kiedyś wysypisko leżało za miastem, dziś znajduje się w jego granicach, tędy wiedzie najkrótsza droga do peryferyjnych dzielnic (można tą drogą dojechać na Łaptiewa). Największą osobliwością Machaczkały są jednak rury. Widać je wszędzie, biegną wzdłuż ulic i ponad nimi, niektóre prosto, inne zygzakiem, cienkie i grube, żeliwne i aluminiowe, owinięte papą i bezwstydnie nagie; rury potrafią przegrodzić znienacka chodnik, opleść plac zabaw albo przepchnąć się pod jezdnią, robiąc wybrzuszenie na asfalcie. Instalacje wyprowadziła z podziemia oszczędność. Klimat jest w Machaczkale łagodny, opadów jak na lekarstwo, więc ktoś obliczył, że tak będzie taniej i praktyczniej - przy awarii nie trzeba rozkopywać okolicy, wystarczy ściągnąć spawacza... Krajobraz dopełniają wyrastające tu i ówdzie ekstrawaganckie wille nuworyszów i postawiony przez Turków meczet, przypominający miniaturową Hagię Sophię.

Jadąc machaczkalską taksówką myślałem, jak niewiele wspólnego ma przelatujące za szybą miasto z prawdziwym Kaukazem i jak bardzo ta niewspółmierność odróżnia Kaukaz od Europy czy Azji. Zwiedzając Zachód, wędrujemy właśnie po miastach. Czekają tam na nas starówki, kościoły, pałace i zamki. Jeśli chcemy poznać Włochy, udajemy się do Wenecji, Rzymu, Neapolu. O kimś, kto był w Paryżu, Lyonie i Marsylii mówimy, że zwiedził Francję. Podobnie jest z Bliskim Wschodem: Liban to Bejrut, Baalbek i Byblos, Iran kojarzy się z Teheranem, Isfahanem, Szirazem. Tymczasem na Kaukazie cywilizacyjnym centrum była i w dużym stopniu pozostaje wieś. Ten, kto nie był na wsi, niewiele może o Kaukazie powiedzieć.

Kaukaskie wsie, czyli auły, nie przypominają europejskich „rzędówek” i „owalnic”. Są przede wszystkim dużo większe. Mogą liczyć nawet kilka tysięcy mieszkańców. W przeszłości były przez większą część roku odcięte od świata i tworzyły w istocie mikroskopijne państewka. Gdy śnieg zasypywał przełęcze, dolina stawała się całym kosmosem. (W najwyższych partiach Czeczenii i Inguszetii, gdzie zaludnienie było znikome, auły ograniczały się do baszty obronnej i kilku domostw, zamieszkanych przez członków jednej rodziny. Dlatego w tamtych stronach każdy góral to państwo). Wieś przechowała język, obyczaj, elementy stroju, pamięć tradycyjnych instytucji. W dawnych czasach najstraszliwszą karą, jaka mogła spotkać notorycznego hultaja, była banicja. Odepchnięty przez ziomków nieszczęśnik błąkał się po górach o głodzie i chłodzie i bywało, że umierał ze zgryzoty. Dziś taki osobnik sam opuści wioskową wspólnotę i skryje się w mieście, gdzie nikt go nie pozna i nie wytknie palcem.

Miasta są na Kaukazie ciałem obcym. Z wyjątkiem prastarego Derbentu mają najwyżej dwieście kilkadziesiąt lat. Rozwinęły się z twierdz zakładanych przez carat na podbijanych ziemiach. Wszystkie leżą na przedgórzu i mało się od siebie różnią. Miłośnik starożytności nie znajdzie w nich olśniewających zabytków, te pochowane są po aułach i uroczyskach. Wśród ludności przeważają Słowianie, lecz ośrodki nie nabrały rosyjskiego charakteru, są raczej sowieckie, brakuje rodów zasiedziałych od pokoleń, prawie każdy skądś przyjechał. W miastach urzęduje jednak władza, lokują się partie i organizacje społeczne. W miastach mają siedzibę uniwersytety, muzea i archiwa, gdzie skupia się cudowna kaukaska inteligencja. Dzięki tym ludziom polubiłem Machaczkałę - świat wali się, a oni roztrząsają dzieje Chazarów albo tłumaczą dawne arabskie rękopisy. Bez widoków na honorarium wydają fundamentalne prace, plon długich lat życia. Zebrałem całą kolekcję takich książek: nakłady od stu do trzystu egzemplarzy, gazetowy papier, reklama sponsora. W Moskwie są programy badawcze, granty, zagraniczne stypendia, tu oparcie zapewnia rodzina na wsi, niezawodny dostarczyciel masła, sera i mięsa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?