Planeta KaukazTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z notatek (1)

10 maja 2007

Mail od Krzysztofa Dąbrowskiego, twórcy strony internetowej Kaukaz.pl, z wykształcenia, jak podkreśla, geografa. Wątpi, by przebudzenie Elbrusu zaktywizowało Kazbek i Ararat: Wulkany te są zbudowane z całkowicie odmiennych skał (Elbrus - bazalt, Kazbek - andezyt, ryolit), co świadczy o innej genezie magmy, a co za tym idzie - różnym i niepowiązanym ze sobą źródle zasilania.

Uważa, że gdyby nawet doszło do erupcji, to w żadnym razie nie grozi to zalaniem Abchazji czy nawet Swanetii. Wody ze stopionego lodowca fieldowego na Elbrusie spłynęłyby „tylko” na północ, do rzek Kubań i Baksan.

O popiele wulkanicznym nie wspomina.

18 kwietnia 2010

Pył z islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull zatruł niebo nad Europą.

W przeszłości częściej wybuchały Hekla i Katla, a erupcja wulkanu Laki w 1783 roku była zapewne największą w historii świata (Wybuch zaczął się rano 8 czerwca, w Zielone Świątki i trwał aż do stycznia następnego roku - czytamy u Sigurdura Thorarinssona).

Teraz Eyjafjallajökull.

W Eddzie Starszej, zwanej Poetycką, znajduję ustęp z Wieszczby Wölwy:

Słońce ciemnieje, ziemia osuwa się w morze,

Spadają z nieba jasne gwiazdy,

Szaleją dymy i ogień, co życie ożywiał,

Płomieni żar wysoko strzela pod niebo.

Eyjafjallajökull i Elbrus - dwa krańce Europy.

Miraż

Koczujący naród kałmucki nie jest bynajmniej dziką hordą bandytów, rozsypaną bez ładu po stepie; owszem uorganizowany i podzielony na pewnego rodzaju powiaty, odbywa swoje koczownicze przejścia z jednych miejsc na drugie w pewnym raz na zawsze przyjętym porządku.

Edward Ostrowski, 1859

- Oszczędzaj chleb - uprzedził Dżalsa.

Na stole piętrzyła się góra świeżego kawioru, wypełniając po brzegi blaszaną miednicę. Dookoła niej leżało kilka pajdek razowca. Kawior wart był dobre kilkaset dolarów, ale rybacy nie mieli chleba. Firma bankrutowała - podobnie jak cała Kałmucja i prawie cała Rosja. Śniadania dopełniła wódka, którą piliśmy duszkiem z półlitrowych kubków.

Dżalsa szczycił się tytułem kapitana-dyrektora i dowodził pływającą fabryką, zacumowaną na łowisku niedaleko ujścia Wołgi. Dzień zaczynał odprawą, podczas której zamieniał się z dobrotliwego wujaszka w srogiego naczalnika: chwalił przodowników pracy, ganił brakorobów. Rytuał był pamiątką po dobrych, sowieckich czasach, gdy czarny kaspijski kawior ceniono w Moskwie na równi ze złotem i diamentami, a specjalny samolot zabierał świeże dostawy na Kreml. Był rok 1994, ale Dżalsa wciąż zachęcał załogę do współzawodnictwa, zamiast mówić o wolnej konkurencji. Jaka może być konkurencja, jeżeli z kilkunastu rybnych sowchozów został jeden, w dodatku miesiącami niepłacący pensji?

Po odprawie rybacy ruszali w morze sprawdzić rozstawione nocą sieci. Najczęściej szamotały się w nich jesiotry rosyjskie, długie na dwa-trzy metry i ważące tyle, co dorosły mężczyzna, oraz wąsate siewrugi podobnych rozmiarów. Czasem trafiała się bieługa, która może mierzyć dziesięć metrów i ważyć tonę. Takiego potwora trudno ogłuszyć tabletką, czyli drewnianą pałką, trzymaną na podorędziu - w ruch szły wtedy wiosła i skórzane pasy. Połów trafiał na pokład pływającej fabryki, gdzie ryby najpierw myto, a później rozpruwano, wydobywając galaretowatą ikrę. (- Ryba nie psuje się od głowy, ale od ikry - tłumaczył stary Erendżen. - Najlepiej, gdy pod nóż trafia żywa). Na koniec trzeba było jeszcze usunąć błonę otaczającą jajeczka, odsączyć wodę i osolić. Po tych zabiegach ikra staje się kawiorem.

Delikates pakowano do puszek w zakładzie w Łaganiu, bo na statku nie było odpowiednich urządzeń. Nie było także linii do produkcji konserw i kiedy kucharz Baatr przygotował już na kolację codzienną uchę, a każdy wziął dla siebie tyle jesiotra, ile chciał (Dżalsa przymykał oko, uważał, że ludziom należy się rekompensata za zaległe pobory), reszta mięsa lądowała za burtą.

Wracaliśmy z łowiska, klucząc między wystającymi z wody szkieletami domów i kikutami drzew. Morze Kaspijskie zaczęło podnosić się na początku lat osiemdziesiątych. Nagle, ni z tego, ni z owego, przybrało piętnaście centymetrów. Podtopiło dwie wysepki. Następnego roku znów skoczyło o piętnaście centymetrów. Pochłonęło tamte wysepki do końca, sięgnęło po kolejne. Tyk, tyk - ruszył niewidoczny zegar, odmierzający czas do nieuchronnej katastrofy. Rok, piętnaście centymetrów, rok, piętnaście centymetrów, tyk, tyk, tyk. Zaniepokoili się w Astrachaniu, chcieli sypać wały, ale zabrakło pieniędzy. Piętnaście centymetrów. Zalało wieś w Kałmucji. Piętnaście centymetrów. W roku dziewięćdziesiątym drugim Łagań, jedno z trzech kałmuckich miast, leżący dawniej kilka kilometrów od morza, znalazł się nad jego brzegiem. W dziewięćdziesiątym trzecim woda wdarła się na ulice. Wiosną dziewięćdziesiątego czwartego ogłoszono koniec miasta. Piętnaście centymetrów, piętnaście centymetrów...

Śmierć Łagania nie miała nic wspólnego z apokalipsą. W Rosji takie sprawy załatwia się dekretem. Werdykt komisji z Moskwy brzmiał: Niepierspiektiwnyj gorod. Miasto bez perspektyw. Po paru tygodniach zabrakło pieniędzy na szkoły. Sofia, zajmująca się w Łaganiu oświatą, interweniowała w stolicy:

- Cóż chcecie - usłyszała - nie mamy środków na miasto bez perspektyw.

Szefowi wydziału komunikacji odmówiono funduszy na naprawę dróg:

- A po co wam, w mieście bez perspektyw, drogi?

Coraz rzadziej docierały renty i emerytury:

- Są ważniejsze problemy od emerytur dla miasta bez perspektyw.

Obrót spraw nie zaskoczył tylko kałmuckich starców, przesiadujących na skwerze przed hotelem Kaspijskim. Starcy mówili, że morze zawsze wraca po swoje. Że nie należało budować tutaj domów i fabryk. Że walka nie ma sensu, bo morze i tak weźmie, co będzie chciało. Ono żyje, oddycha. Podnosi się, opada, znowu podnosi - i znowu kiedyś opadnie, ale wcześniej musi się pożywić.

W 1998 roku, gdy znów przyjechałem do Łagania, pływająca fabryka rdzewiała w jednym z kanałów. Fabryczkę na lądzie trafił szlag. O kapitanie-dyrektorze mówiono, że wyjechał, o starym Erendżenie, że umarł, a o kucharzu Baatrze, że miał szczęście, bo udało mu się w ostatniej chwili sprzedać dom. Ikrą zajęła się nowa spółka z Elisty i kłusownicy. Chałupy w starej części miasta jeszcze głębiej zapadły się w podmokły grunt i można było bez trudu dostać wyciągniętą ręką do koślawego dachu. Morze Kaspijskie podniosło się o piętnaście centymetrów.

Cagan Zam zdjął ze ściany dombrę i długo stroił; wreszcie uderzył w instrument, wybijając na dwóch strunach rytm, który przypominał tętent kłusującego konia lub turkot podskakującej na wyboistej drodze arby - ciężkiego, dwukołowego wozu azjatyckich koczowników. Zawibrował ochrypły baryton: w powietrze strzeliły gardłowe dźwięki, nieartykułowane „uhmmm”, które przeszło znienacka w modulowany świst, a potem w ciche kwilenie, i roztopiło się w pół drogi do owalnego sklepienia jurty. I jeszcze raz: „uhmmm”, świst, kwilenie, tym razem nałożone na siebie - jakby z krtani śpiewaka wydobywały się jednocześnie dwa głosy. W końcu rozpoczął pieśń, podając sobie wciąż ten sam, coraz bardziej hipnotyzujący rytm i urywając frazę zawsze sekundę wcześniej, niż spodziewałoby się europejskie ucho. Śpiewał o starożytnej krainie Bumba, gdzie nie dzielono niczego na „moje” i „twoje”, o jej szlachetnym władcy Dżangarze, który ze wszystkich sił pragnął szczęścia poddanych, i o rączym koniu Dżangara, Aranzale.

Z Cagan Zamem, wielkim stepowym trubadurem, chciałem porozmawiać o kałmuckiej duszy, ale on wolał zagrać.

Stara to była muzyka, zrodzona w sercu Eurazji, na smaganych buranem stepach, na piaskach Gobi, na zboczach Ałtaju i Tienszanu, w owej kolebce niezliczonych ludów, które gdy okrzepły i urosły w siłę, ruszały podbijać świat. Towarzyszyła szamańskim zaklęciom, rozbrzmiewała w koczowiskach, wtórowała pochodom Czyngis-chana. Sześć wieków temu tysiączne rapsody, zapisane dotąd w ludzkiej pamięci, zlały się w epos. Tak powstał Dżangar. Dla mongolskiego plemienia Oj-ratów, z których niebawem mieli wyłonić się Kałmucy, stał sięIliadą i Odyseją, Kalewalą i Panem Tadeuszem. W Dżangarze -tłumaczył mi Cagan Zam - prócz tekstu i melodii jest także mistyka. Są tajemne siły, które pobudzają umysł i wpływają na podświadomość. One sprawiają, że człowiek staje się mocarzem, przezwycięża ból, bez lęku idzie na śmierć. Wibrujące „uhmmm” otwiera poszczególne czakry, dlatego Dżangara trzeba wykonywać w oryginale. Trzeba także, by byli słuchacze. Wtedy między nimi a pieśniarzem następuje wymiana energii. Nie wolno śpiewać w samotności, nie wolno dopuścić, by energia przepadała, marnotrawiła się, obracała wniwecz!

W początkach siedemnastego wieku mongolscy Ojraci przykoczowali nad dolną Wołgę i nadkaspijskie stepy i związali swoje losy z Imperium. Stali się jedynym azjatyckim i jedynym buddyjskim narodem zamieszkującym Europę.

Przez następne półtora wieku siali na południu Rosji grozę i śmierć. W potęgę urośli przy Ajuce, który zjednoczył hordę i utworzył koczowniczy chanat - w praktyce niepodległy, choć formalnie podporządkowany Moskwie. Ajuka niemal nie schodził z konia: gonił Turkmenów po Mangyszłaku, walczył z Kabardą, Lezginami i Czeczenami, bił Niekrasowa i Buławina. Uczestniczył nawet w wojnie północnej. O jego czynach do dziś bają swym wnukom kałmuccy dziadkowie. W sąsiednim Dagestanie mówi się, że ktoś jest okrutny jak Kałmuk (na polskich kresach istniało z kolei porzekadło: „Wielka sztuka rozpoznać zamiar Kałmuka”).

 

Spadkobiercy Ajuki wszystko przetrwonili. Nie umieli podzielić schedy i wzięli się za łby. Moskwa to wykorzystała. Intrygą, podstępem i przekupstwem krok po kroku wydarła władzę osłabionym książętom. Za czasów Katarzyny ii część Ojratów ruszyła w powrotną drogę do Mongolii. Tych, którzy zdecydowali się zostać, nazwano Kałmukami, po turecku kalmak znaczy „pozostawać”

Podróżujący tamtędy w roku 1797 Jan Potocki jeszcze nie dostrzegał upadku. W dzienniku zanotował, że Kałmucy są nieokiełznani i nie mają nic z turecko-tatarskiej powolności, rozpłynął się nad wytwornymi manierami księcia Tiumenia. A w roku 1813 kałmuccy Kozacy wkroczyli w awangardzie rosyjskich wojsk do Paryża i na oczach zdumionej gawiedzi pławili w Sekwanie chyże, stepowe koniki.

Sto lat później Kałmucy mało już przypominali potomków Czyngis-chana. Grigorij Prozritielew, urzędnik ze Stawropola, ubolewał w książce wydanej tuż przed pierwszą wojną, że ten sprawny fizycznie i obdarzony talentami naród po przybyciu do Europy zaczął cherlać, tracić duchowe siły. Wojownicy zamienili się w stepowych drapieżców i bydłokradów. Nie nauczyli się wyrabiać mąki, popadli więc w zależność od Rosjan. Upokarzani przez tamtych, nocami podpalali chutory i grabili domostwa. Kąsali jak psy, stąd zaczęto przezywać ich psami. Marli dziesiątkowani gruźlicą, syfilisem, łapanym po wsiach od ruskich dziewuch, ale przede wszystkim gorzałką, dostarczaną przez chciwych arendarzy, przy błogosławieństwie astrachańskiego gubernatora. Kałmuk - napisał Prozritielew - uwielbia pić i upija się do utraty czucia, do pełnego zapomnienia. Nie zdaje sobie wówczas sprawy ze swych czynów, a potem nie pamięta, co robił, i nie ubolewa nad tym, wspominając tylko ów beztroski stan, w którym się wtedy znajdował. Napić się do nieprzytomności - oto szczyt rozkoszy dla Kałmuka, on stale do tego dąży i ciągle o tym marzy.

Bolszewicy kazali Kałmukom zejść z koni, zwinąć przenośne jurty, nazywane kibitkami, i zamieszkać w kołchozowych czworakach. Zburzyli buddyjskie świątynie - churuły - a dawny mongolski alfabet zastąpili grażdanką. Utworzona w latach dwudziestych republika autonomiczna była kałmucka tylko z nazwy. Absolwenci szkół narodowych oblewali egzaminy na prestiżowe uczelnie, ambitni rodzice musieli wysyłać pociechy do rosyjskich dziesięciolatek. „Zabrano nam pamięć. Byliśmy na własnej ziemi ludźmi gorszej kategorii” - mówią mi kałmuccy inteligenci.

(To samo usłyszycie w autonomiach Kaukazu, Powołża i Syberii. W Adygei, Mari Eł czy Buriacji powiedzą wam, że republiki były wewnętrznymi koloniami Imperium. Przytoczą przykłady nachalnej rusyfikacji, rabunkowej eksploatacji bogactw, fałszowania dziejów narodów. Każdy jest przekonany o wyjątkowości własnej krzywdy, niepowtarzalności własnej niedoli. Trwa licytacja, kto wycierpiał więcej).

Cagan Zam nie umiał powiedzieć, ilu wykonawców Dżangara mieszka w Kałmucji. Może stu, może kilka tysięcy? Spadł deszcz i zakwitł step, rozległ się tajemny głos i pojawił się pieśniarz. Wielu nawet nie przeczuwa, że zostali powołani, by głosić epos. Ale pewnego dnia chwycą dombrę i z dnia na dzień, bez nauki, wyrzucą z siebie gardłowe „uhmmm”. Tak było i z nim. Pracował jako inżynier na budowie, dobiegał czterdziestki, gdy głos kazał mu porzucić zajęcie. Był koniec ery Gorbaczowa - rozpadał się stary świat, w niedalekiej Czeczenii błyszczała gwiazda generała Dudajewa, a on śpiewał o wojowniku z krainy Bumba, który tak mocno zaciągnął popręg, że koń przez cztery lata nie mógł wypuścić powietrza. Tę pieśń wykonuje do dziś. Na nią, mówi, dostał pozwolenie. Raz próbował sięgnąć po inną - nie był w stanie spamiętać wiersza, gubił rytm. Każdy dżangarczi ma swoje pieśni. Pieśniarze nie rywalizują ze sobą, nie stają do konkursów. Ludzie sami wybierają, którego słuchać.

To była zwykła przydrożna buda, sklecona naprędce z blachy i dykty, pełno takich na południu Rosji. Ze środka dobiegały głosy, ale drzwi były zamknięte. Nasz kierowca zapukał w okienko, a potem powiedział coś po kałmucku do kobiety, która pojawiła się za szybą. Okazało się, że bar jest otwarty i możemy tu zjeść. Właścicielka urządzała maskaradę dla inspektorów podatkowych - gdyby się nagle pojawili, tłumaczyłaby, że to przyjęcie dla grona znajomych. Dzięki takim wybiegom wiązała koniec z końcem.

Dojadaliśmy manty, pierogi z baranim mięsem podawane w rosole, gdy podszedł do nas skośnooki brzdąc:

- Diadi, dajtie chliebuszka! - poprosił. Kierowca podał kromkę i zagadnął go w ojczystym języku, ale mały nie zrozumiał. - Spasibo, diadia - podziękował i wtedy kierowca rozbeczał się. - Jak mój wnuczek, zupełnie jak mój wnuczek... Nie mamy przyszłości, braciszku, wymrzemy, wyginiemy. - łkał rozdygotany. Podpity mużyk przy sąsiednim stoliku przytaknął mu niepewnie.

Jechaliśmy na północny wschód, w kierunku Astrachania, jedną z tych dróg, których nie ma na mapie. Step był brunatnozielony i pachniał piołunem, gdzieniegdzie wyzierały wodne oczka, pokryte skorupami soli (Woda ma tu morski smak - pisał Potocki). Mijaliśmy rozwalone baraki i zarośnięte chwastem cmentarzyki. Przez jakiś czas towarzyszyła nam linia wysokiego napięcia, ale potem nagle skręciła i zniknęła za horyzontem. Kilkakrotnie droga rozwidlała się. Kierowca wybierał wtedy odnogę bardziej uczęszczaną, z głębszymi koleinami. W pewnym momencie przejazd zagrodziły owce. Było ich mrowie, ciągnęły nieskończoną ławicą, wznosząc chmury popielatego kurzu.

Kałmucy zawsze trzymali rogaciznę, byli pasterzami jak wszyscy koczownicy. Związek Radziecki uczynił z hodowli przemysł. „Kraj potrzebuje wełny, partia na was liczy!”, tłumaczyli wysłani w step agitatorzy. „Owiec ma być więcej, jeszcze więcej!” - domagały się wytyczne, dyrektywy i okólniki. Kałmuccy sekretarze słali do centrali depeszę za depeszą: „Pogłowie wynosi milion, dwa, trzy miliony!”. Partii wciąż było mało: „Potrzeba pięciu milionów! Musimy dogonić Australię!”. W końcu owce zżarły step, spod traw wychynął piasek. Pustynnienie zagraża dziś trzem czwartym obszaru Kałmucji.

Po dwóch godzinach dotarliśmy do wsi Ułan-Checz. Wszystko tu należy do sowchozu: domy mieszkalne, sklep, przychodnia, nieliczne telefony. Sowchoz zajmuje się pasterstwem i jest urządzony jak latyfundium. Na szczycie drabiny stoi dyrektor, dla mieszkańców car i Bóg, pan życia i śmierci. Niżej plasują się asystenci i pomagierzy dyrektora oraz sowchozowa administracja. Dalej idą brygadziści, majstrowie, technicy. Na samym dole są pasterze, ale i wśród nich nie ma równości. Pasterska elita mieszka we wsi i pasie stada w pobliżu. Pozostali zajmują toczki - jednorodzinne gospodarstwa porozrzucane po stepie. Te też dzielą się na lepsze i gorsze: pierwsze leżą bliżej sowchozu, mają murowane domy i podciągnięty prąd, drugie są oddalone o dziesiątki kilometrów, a całe wyposażenie to lepianka i waląca się stodoła. Dyrektor może w jednej chwili wysłać na najdalszą toczkę rodzinę od lat żyjącą w centrum wsi - i nie musi nikogo pytać o zgodę.

Sowchoz w Ułan-Checzu należy do przodujących i chętnie pokazują go dziennikarzom. Pensji nikt tu co prawda nie dostaje, może poza dyrektorem, ale tak dzieje się wszędzie, jak Kałmucja długa i szeroka. Co parę miesięcy każda rodzina otrzymuje jednak deputat - a to worek mąki, a to kaszę. Dobra pochodzą z barterowej wymiany z innymi sowchozami. Pracownicy mogą też kupować na krechę w miejscowym sklepiku. Najczęściej biorą chleb, herbatę i wódkę. Należność odlicza się od poborów. Wolno trzymać własne owce i bardziej zapobiegliwi dochowali się sporych stadek, które wypasają razem z państwowymi.

Dyrektor nazywa się Piotr Menknasunow i podejmuje gości po sowiecku - najpierw w gabinecie pokazuje wykresy (gabinet: wielkie biurko z liczydłem i centralką telefoniczną, stół do narad, w kącie flagi Rosji i Kałmucji, na ścianie olbrzymi Lenin i sporo mniejszy Budda). Następnie zaprasza na obiad. Przyjęcia w Ułan-Checzu długo nie zapomnę. Podano baraninę, jesiotra, ser, słoną kałmucką herbatę z mlekiem oraz wódkę. Miejscowi rzadko oglądają takie frykasy. Wokół stołówki cały czas krążyły obdarte dzieci, czyhające na ochłap. Na zapleczu kucharki układały z niedojedzonych resztek paczki dla rodziny.

(Przypomina to historię, którą opowiedział mi nasz dyplomata, pracujący na początku lat dziewięćdziesiątych w Kazachstanie. Odwiedził kiedyś kołchoz, w którym zdarzały się wypadki śmierci z głodu. Zaszedł do przewodniczącego, chwilę rozmawiali. „Czym jeździsz?” - spytał go tamten znienacka. „Mam skodę” - odpowiedział dyplomata. „A ja mercedesa!” - pochwalił się przewodniczący. „Gdzie w Polsce mieszkasz?” - indagował. „W bloku. Pięćdziesiąt cztery metry, dwa pokoje” - przyznał się mój znajomy. „A ja postawiłem dom, trzysta metrów!” - przebił go bez trudu rozmówca. „Ile zarabiasz?” - drążył. „Prawie dwa tysiące dolarów” - obliczył Polak. „A ja niecałe dziesięć” - zakończył Kazach. W Kałmucji jak w Kazachstanie, władza musi pokazać, że wszystko może i na wszystko ją stać).

Menknasunowowi nie zawsze dobrze się wiodło. Urodził się na Syberii, na zsyłce - w 1943 roku Stalin deportował cały naród pod pretekstem kolaboracji z Niemcami, Kałmucy wrócili na stepy po czternastu latach. Przy kielichu dyrektor opowiada, jak zakradał się nocami na wysypisko, gdzie gniły szczątki krów, które padły podczas zarazy, a potem karmił ścierwem młodszego brata. Podczas jednej z eskapad wytropił go enkawudzista i otworzył ogień. Zginął chłopak, który stał na czatach. Karta się jednak odwróciła, po powrocie z Sybiru Menknasunow skończył studia i znalazł pracę w rejonowym komitecie.

Sowchoz powierzono mu jeszcze za Andropowa. Odtąd żelazną ręką prowadzi go przez wszystkie zakręty ostatniej historii Rosji. Najgorzej wspomina dzień, kiedy moskiewscy demokraci wpadli na pomysł prywatyzacji gospodarstw rolnych. Od razu zgłosili się chłopi, którzy chcieli wydzierżawić kawał pastwiska. - Myśleli, że wszystko wolno! - oburza się mocno już wstawiony dyrektor. - Wywaliłem ich na zbitą mordę, nie będą majątku rozkradać. Bydło! Hołota! - krzyczy, waląc butelką w kant stołu.


Kałmucja

Kilka dni później byłem w innej części stepu. Na toczkę Badmy Badmajewa, należącą do sowchozu Czyłgir, trafiliśmy przypadkiem. Chcieliśmy wpaść gdziekolwiek na kałmucką herbatę, bo słońce mocno przygrzało i męczyło pragnienie. W stepie zajść do obcych ludzi to rzecz normalna, wędrowca wszędzie przyjmą i ugoszczą. Toczka była wyjątkowo licha. Składała się z obórki, drewnianej budy na narzędzia oraz dwuizbowej chałupy z polepą zamiast podłogi i folią w oknach zamiast szyb.

Ostatnie pieniądze Badma dostał w pracy pięć lat temu. Jak żyje? To proste - mięso i mleko ma swoje, chleb piecze sam. Kiedy kończą się cukier i mąka, wyprawia się z baranem na targ do Elisty. Podrzuca go szwagier, który jest w sowchozie szoferem. Największym problemem są ubrania, na ubrania już nie starcza.

Właśnie włączyli prąd i Badma uruchomił telewizor. Prąd dają godzinę dziennie, akurat w porze, gdy moskiewska telewizja ORT pokazuje amerykańską telenowelę. Pasterz z żoną i trzyletnim synem zasiadają przed ekranem i patrzą pełni skupienia na egzotyczny świat mężczyzn w garniturach i kobiet w pięknych sukniach.

Kirsan Ilumżynow był człowiekiem znikąd. Gdy z początkiem 1993 roku przyjechał do Kałmucji i wystawił swą kandydaturę w wyborach prezydenckich, ludzie wiedzieli o nim tyle, co sam napisał w ulotce: że skończył stosunki międzynarodowe w prestiżowym moskiewskim MGIMO, że prowadzi rozległe interesy i ma mnóstwo pieniędzy. Co prawda od jakiegoś czasu zasiadał w rosyjskiej Radzie Najwyższej jako deputowany z miejscowego okręgu, ale w stepie pojawiał się rzadko. Niektórzy w związku z tym uważali, że słabo zna kałmuckie realia, inni widzieli w nim polityka spoza układów, niezwiązanego z żadną lokalną koterią. Największe emocje budził wiek kandydata - zaledwie trzydzieści jeden lat.

- Kałmucji potrzebny jest chan - mówił Kirsan - dobry i sprawiedliwy chan, który zatroszczy się o każdego pastucha i pochyli nad każdym rybakiem. Chan, co jak Ajuka poprowadzi swój lud do szczęścia i potęgi, ale zarazem chan nowoczesny, idący z duchem czasu, chan na miarę dwudziestego pierwszego wieku. - Niezwykłe to były słowa, nie przypominały wystąpień sowieckich dygnitarzy ani tyrad polityków postkomunistycznych. Niezwykła była cała kampania. Ilumżynow w garniturze od Versacego objeżdżał step dziewięciometrowym lincolnem i bez przerwy potrząsał kiesą: kupował komputery dla szkół, sprzęt medyczny dla szpitali, fundował stypendia naukowcom, wspomagał artystów. Przez miesiąc dopłacał do chleba i mleka - w całej republice te artykuły staniały o połowę. Na gościnne występy ściągnął do Elisty znanych moskiewskich piosenkarzy. Głosujcie na mnie, mamił, a show nigdy się nie skończy.

 

Urzędowanie zaczął od rozpuszczenia sowietów, czyli rad, i powołania zawodowego parlamentu. Kałmucja stała się pierwszą rosyjską republiką bez władzy radzieckiej. Następnie rozwiązał wszystkie stare ministerstwa - było ich aż czterdzieści - a na ich miejsce utworzył pięć nowych. To rewolucja, tłumaczył wyborcom, pierwsza w byłym Związku Radzieckim kapitalistyczna rewolucja. Zmianom oparł się Lenin. Główna ulica i główny plac w Eliście zachowały jego imię, a pomnik, sięgający drugiego piętra pałacu prezydenckiego, obrócono tak, by wódz bolszewików spoglądał wprost na gabinet Kirsana. Lenin to część naszej historii, objaśniał Ilumżynow, a ja czuję się strażnikiem tradycji. Poza tym babka Lenina była Kałmuczką, więc gdyby wyrzucono mauzoleum z placu Czerwonego, przeniesiemy je do nas, w step.

Z kolei zniósł rozdział Kościoła od państwa. Kałmucja była niegdyś drugim po Tybecie ośrodkiem lamaizmu, z setką churułów i tysiącami lamów. Na rozstajach dróg stały kapliczki - burchany, koczownicy wozili ze sobą z miejsca na miejsce religijne obrazy na płótnie - tanki, wieszane potem w kibitkach. Komunizmu nie przetrwała ani jedna świątynia, nie przeżył ani jeden duchowny. Teraz ruszyła budowa wielkiego kompleksu klasztornego, otwarto buddyjskie szkoły. Prezydent nie dyskryminował innych wyznań. Dał pieniądze na cerkiew, katolicki kościół i luterańską kirchę. W Eliście pojawiły się billboardy: Kirsan z Dalajlamą, Kirsan z patriarchą Aleksiejem, Kirsan z Janem Pawłem II.

Ale prawdziwym bogiem Kirsana była mamona.

Początki fortuny Ilumżynowa skrywa mrok. Niewykluczone, że zrodziła się z machlojek na skalę trudną do ogarnięcia, z niewyobrażalnych przekrętów, z hochsztaplerskiej wirtuozerii. Jelcynowska Rosja widziała mnóstwo takich karier. To była codzienność: finansowe piramidy, banki na wariackich papierach, holdingi na lodzie, znikające bez śladu po paru tygodniach. Być może jednak żadna fortuna nie istniała - Ilumżynow dopiero ją budował, a kampanię prowadził za pożyczone pieniądze. Byłby zatem figurantem, pionkiem, narzędziem w ręku tajemniczych mocodawców? Kim byli, jaki układ ich łączył? Ale nikt niczego Ilumżynowowi nie udowodnił, zaś rodacy wierzyli w szczęśliwą gwiazdę geniusza stepów, kałmuckiego wunderkinda, i z zachwytem powtarzali prezydenckie bon moty: „Jeśli jesteś mądry, to czemu brak ci gotówki?”, „Zabierzcie mi wszystko, a za rok znów będę milionerem!”! Była w tym duma z krajana, który zaszedł tak wysoko, była nadzieja, że pociągnie za sobą innych.

Spotkałem go dwa razy. Najpierw w początkach kadencji, gdy na murach wisiały jeszcze plakaty wyborcze, a cały naród trwał w zbiorowym orgazmie. Właśnie wrócił z Moskwy, gdzie świętował sto dni prezydentury, wynająwszy na tę okazję kremlowski Pałac Zjazdów. Przyjął mnie w swoim gabinecie o dwunastej w nocy (gabinet: wielkie biurko z komputerem, stół do narad, w kącie flagi Rosji i Kałmucji, na ścianie bajecznie kolorowa tanka z Buddą nauczającym, na stoliku makieta cerkwi katedralnej w Eliście). Robił dobre wrażenie - opanowany, ale z poczuciem humoru, pewny siebie, lecz nie zarozumiały, błyskotliwie inteligentny. Mimo późnej pory wyglądał na rozluźnionego. Mówił, że chce rządzić republiką jak ogromną firmą, w której każdy zna swoje miejsce.

Tamtej nocy widziałem go jeszcze w małym prywatnym klubie. Siedziałem przy stole z całą kałmucką radą ministrów. Zaprosił mnie Menke Koniejew, redaktor naczelny miejscowej gazety i najbliższy współpracownik Ilumżynowa. Rej wodził minister przemysłu, Tamerlan Gasanow, wówczas jeden z najpotężniejszych rosyjskich biznesmenów, latający po świecie własnym odrzutowcem - opowiadał świńskie dowcipy i narzekał na małe kieliszki. Prezydent zajrzał na parę minut, wpadł rozerwać się po pracy.

Minęło kilka lat. Cud nie nastąpił. Kałmucja nie stała się drugim Hongkongiem. Ze stepu napłynęły informacje o procesach politycznych, prześladowaniach opozycji, a także o korupcji, złodziejstwie i nepotyzmie. Przyznane Kałmucji kredyty rozpływały się, miejscowy bank zaczął sam drukować ruble. Łarisa Judina, dziennikarka, która o tym pisała, została zamordowana. Zabójcami okazali się dwaj bliscy współpracownicy Ilumży-nowa. Jemu znów nikt niczego nie udowodnił.

Prezydent oddał się tymczasem ezoteryce. Ogłosił, że jedynym ratunkiem dla świata jest Prawo Moralne, jednakowe dla wszystkich ludzi, oparte na duchowości Wschodu i technicznym postępie Zachodu. Inaczej zapanują siły ciemności. Zaczął wydawać książki: Musi następować aktywne, między-etniczne zjednoczenie na poziomie Ducha, na poziomie Życia Duchowego. A Duch - to Droga do Nieśmiertelności. Niezbędne są planetarne konferencje etniczne, sympozja, zjazdy oraz działający stale etniczny Parlament.

Albo: Zombifikacja ludzkości to nie nocne koszmary, to rzeczywistość. Czyżby wszystkie te wojny, wszystkie zamachy stanu - nie były eksperymentami, wiodącymi do zombifikacji całych państw i kontynentów? A może jednak istnieje trzecia, głęboko zakonspirowana siła, władająca wielką potęgąi nieskończonymi finansami, która te procesy generuje i nimi zarządza? Trzecia siła, marząca o światowym przywództwie, realizowanym dzięki sterowaniu ludzką psychiką?

Oficjalną ideologią republiki stała się Koncepcja Myślenia Etnoplanetarnego, opracowana przez sekretarza stanu Aleksieja Nuschajewa.

Do Elisty, jak do Mekki, ściągnęli ze wszystkich stron astrolodzy, jasnowidze, okultyści, chiromanci, szamani, fakirzy i guru. Wróżbiarka Wanga z Bułgarii została honorową obywatelką stepów. Prorok Ajzen z Groznego przesiadywał u Ilumżynowa godzinami. Pojawił się Dima Czekmenow, kolega prezydenta z MGIMO, cybernetyk i psychotronik, specjalista od poszerzania świadomości. Dostał zadanie zreformowania kałmuckiego systemu oświatowego i wychowania prezydenckiego syna. Dima uczy dzieci korzystania z trzeciego oka. Jego podopieczni zamykają powieki i łapią rzucane w nich przedmioty.

Fortuna prezydenta ciągle rosła. Kirsan otwierał listy najlepiej zarabiających polityków Rosji, z oficjalnymi dochodami przekraczającymi milion dolarów rocznie.

Drugi raz spotkałem go jesienią 1998 roku, na meczu Uralana Elista z Dynamem Moskwa. Siedział dziesięć metrów ode mnie, otoczony świtą klakierów i przytakiwaczy. Wstawał - wszyscy wstawali, krzyczał - wszyscy krzyczeli, machał ręką - wszyscy też zaczynali machać. Wschodni dwór, chan i lokaje, ale niech tylko chanowi powinie się noga, żaden się nie obejrzy, od razu pobiegną służyć nowemu władcy. To dziełem któregoś z tych lizusów musiał być komiks, opublikowany na kałmuckiej stronie rządowej w internecie: na jednym z obrazków Kirsan występował jako wcielenie boga Wisznu, ze skrzyżowanymi nogami i trzema parami rąk. Miejscowi przegrali i prezydent nie ukrywał wściekłości. Z szatni Uralana dochodził płacz.

(Kiedy drużynie udało się pokonać moskiewski Spartak, Ilumżynow nagrodził orderami napastnika, który strzelił gola, i bramkarza, który obronił rzut karny. Obu piłkarzom poświęcono osobną gablotę w kałmuckim muzeum narodowym. Najważniejszym sportem w republice są jednak szachy. Szachów uczy się na obowiązkowych zajęciach w szkole, w szachy muszą grać ministrowie i deputowani. Na przedmieściu Elisty, w gołym stepie, powstało szachowe miasteczko. Składa się z Pałacu Gry, kilkudziesięciu luksusowych rezydencji oraz terenów wypoczynkowych. Pochłonęło morze pieniędzy: glazura przyjechała z Włoch, instalacje z Kanady. Wodę doprowadzono z Manyczy. Kirsan potrzebował miasteczka na trzy tygodnie. Tyle trwała zorganizowana w Eliście xxxiii olimpiada szachowa. Dzisiaj obiekty stoją puste).