AbchazjaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by PA­TRICK RO­BERT / SYG­MA / COR­BIS /

FO­TO­CHAN­NELS.COM

Co­py­ri­ght © by WOJ­CIECH GÓ­REC­KI, 2013

Co­py­ri­ght © for mapy by OŚRO­DEK STU­DIÓW WSCHOD­NICH /

WOJ­CIECH MAŃ­KOW­SKI

Re­dak­cja JU­STY­NA WO­DZI­SŁAW­SKA

Ko­rek­ty ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL, MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEś / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-615-0

Spis treści

  Dedykacja

  Motto

  Sa­na­to­rium Czer­no­mo­riec, Gu­dau­ta

  Li­sto­pad 1993

  Kwie­cień 1994

  Maj 1994

  Paź­dzier­nik–gru­dzień 1995

  Li­sto­pad–gru­dzień 1996

  Sier­pień–wrze­sień 1997

  Czer­wiec 1999

  Li­sto­pad 2000

  2000–2007

  Paź­dzier­nik 2007

  2008

  Czer­wiec 2009

  2010 i póź­niej

  Ho­tel Ar­me­nia Mar­riott, Ery­wań

  Pu­bli­ka­cje cy­to­wa­ne i przy­wo­ły­wa­ne

  Po­dzię­ko­wa­nia

  Przypisy

Przy­ja­cio­łom ab­cha­skim i gru­ziń­skim

I

Każ­de­go dnia do­cho­dzi­ło do wy­da­rzeń, któ­rym trud­no było nadać sto­sow­ną na­zwę.

ISMA­IL KA­DA­RE

A wie­rzyć moż­na tyl­ko w to, co zo­ba­czy­łeś sam, na wła­sne oczy. I w żad­nym wy­pad­ku nie ufać uszom!

PO­LI­NA ŻE­REB­CO­WA

Nie mogę być za ani prze­ciw,

Nie znam ni­ko­go, kto nie ma ra­cji.

BO­RIS GRIE­BIENSZ­CZI­KOW

II

Odu­rza­ła nas po­ran­na rześ­kość ro­dzą­ce­go się świa­ta. En­tu­zja­zmo­wa­li­śmy się ide­ami nie­wy­ra­żal­ny­mi i mgli­sty­mi, ale za któ­re war­to było wal­czyć. W za­wrot­nym wi­rze walk każ­dy z nas, nie oszczę­dza­jąc się ani przez chwi­lę, prze­żył tyle, że wy­star­czy­ło­by to na ży­cie wie­lu lu­dzi, ale gdy osią­gnę­li­śmy cel i z mro­ku wy­ło­nił się nowy świat, sta­rzy lu­dzie zno­wu wy­szli na wi­dow­nię i wzię­li nam zwy­cię­stwo z rąk, aby świat ów prze­ro­bić na po­do­bień­stwo świa­ta daw­ne­go, do­brze im zna­ne­go. Mło­dość po­tra­fi zwy­cię­żać, ale nie umie utrzy­mać owo­ców try­um­fu. Wo­bec sta­ro­ści by­li­śmy ża­ło­śnie bez­rad­ni.

THO­MAS EDWARD LAW­REN­CE (LAW­REN­CE Z ARA­BII)

III

Wolę po­gra­ni­cze, miej­sce, gdzie kra­je, spo­łecz­no­ści, lo­jal­no­ści, sym­pa­tie i ko­rze­nie za­ha­cza­ją o sie­bie, gdzie ko­smo­po­li­tyzm jest nie tyle toż­sa­mo­ścią, ile nor­mal­nym sta­nem. Kie­dyś było wie­le ta­kich miejsc. Jesz­cze dłu­go w dwu­dzie­stym wie­ku ist­nia­ły licz­ne mia­sta sku­pia­ją­ce róż­ne spo­łecz­no­ści i ję­zy­ki – czę­sto skłó­co­ne ze sobą, od cza­su do cza­su ście­ra­ją­ce się, ale ja­koś współ­ist­nie­ją­ce.

TONY JUDT

Wspól­ne ży­cie nie ozna­cza wspól­ne­go roz­wo­ju. Róż­ne gru­py et­nicz­ne mogą ze sobą współ­ist­nieć od wie­ków, po­ży­cza­jąc od sie­bie róż­ne rze­czy i od­wie­dza­jąc się po do­bro­są­siedz­ku, sie­dząc w tej sa­mej ław­ce szkol­nej i słu­żąc w tych sa­mych im­pe­rial­nych puł­kach, a jed­nak nie wy­zby­wa­jąc się głę­bo­ko za­ko­rze­nio­nej wza­jem­nej nie­uf­no­ści. Spo­łe­czeń­stwa ta­kie spa­ja­ła ze sobą nie zgo­da wszyst­kich stron na wspól­ne ży­cie, lecz ko­niecz­ność – strach przed ze­wnętrz­ną siłą. […]

De­mo­kra­tycz­na po­li­ty­ka, wzy­wa­ją­ca nie­wy­ro­bio­nych lu­dzi do tego, by opo­wie­dzie­li się po któ­rejś ze stron i my­śle­li w ka­te­go­riach współ­za­wod­nic­twa wro­gich wo­bec sie­bie grup, ude­rza w prze­ci­na­ją­ce ta­kie wspól­no­ty ukry­te pęk­nię­cia: gra­ni­ce et­nicz­ne. I czę­sto, z po­cząt­ku nie­chęt­nie, wspól­no­ty te się dzie­lą. Sta­rzy są­sie­dzi, z ich dziw­nie pach­ną­cym je­dze­niem i cu­dacz­nym ję­zy­kiem, któ­rym mó­wią w domu, od tej pory na­le­żą do ob­cych i wro­gich „onych”. Za­daw­nio­ne po­dej­rze­nia, wcze­śniej po­ja­wia­ją­ce się tyl­ko w pie­śniach lu­do­wych i ku­chen­nych opo­wie­ściach babć, zo­sta­ją włą­czo­ne do tra­wio­nej pa­ra­no­ją po­li­ty­ki.

In­ny­mi sło­wy, wszyst­kie wie­lo­et­nicz­ne kra­jo­bra­zy są kru­che. Każ­de sil­niej­sze tąp­nię­cie może je znisz­czyć, wy­wo­łu­jąc krwa­we nie­po­ko­je. Lu­dzie wie­dzą o tym i boją się tego. Kie­dy nad Mo­rzem Czar­nym wy­bu­cha na­cjo­na­lizm, z re­gu­ły jest za­ra­zą przy­wle­czo­ną z ze­wnątrz, za­ra­zą, prze­ciw­ko któ­rej nie ma su­ro­wi­cy. Taki los spo­tkał Ab­cha­zję.

NEAL ASCHER­SON



* * *

Ab­cha­zja ma swo­je te­ry­to­rium, gra­ni­ce i oby­wa­te­li. Pre­zy­den­ta, pre­mie­ra, par­la­ment. Ar­mię. Cen­tral­na Ko­mi­sja Wy­bor­cza or­ga­ni­zu­je wy­bo­ry, pocz­ta emi­tu­je znacz­ki. Trzy­dzie­sto­let­ni he­li­kop­ter Ab­cha­skich Li­nii Lot­ni­czych wozi pa­sa­że­rów z Su­chu­mi do wy­so­ko­gór­skie­go Pschu. Do­no­szą o tym: agen­cja Ap­sny­press, te­le­wi­zja, ra­dio, ga­ze­ty, in­ter­net.

Pol­ska nie uzna­je Ab­cha­zji. Uwa­ża ją za część Gru­zji. Tego sa­me­go zda­nia jest resz­ta świa­ta – z wy­jąt­kiem Ro­sji, Ni­ka­ra­gui, We­ne­zu­eli, Na­uru, Va­nu­atu i Tu­va­lu. To zro­zu­mia­łe. Na świe­cie po­ja­wia się co­raz wię­cej pa­ra­państw o spor­nych gra­ni­cach i nie­ja­snym sta­tu­sie, tyl­ko na ob­sza­rze by­łe­go Związ­ku Ra­dziec­kie­go są co naj­mniej czte­ry. Za­spo­ko­je­nie ich rosz­czeń – za­sad­nych bądź nie – zro­dzi­ło­by dzie­siąt­ki no­wych kon­flik­tów i wy­wró­ci­ło do góry no­ga­mi mię­dzy­na­ro­do­wy ład.

Na­pi­sa­łem tę książ­kę, bo wi­dzia­łem wszyst­ko od po­cząt­ku: woj­nę, po któ­rej Gru­zja stra­ci­ła nad re­pu­bli­ką kon­tro­lę, po­wo­jen­ny cha­os, kru­chą sta­bi­li­za­cję na­stęp­nej de­ka­dy i dwu­znacz­ną nie­pod­le­głość, gdy Mo­skwa na­wią­za­ła z Su­chu­mi sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne (co przy­nio­sło Ab­cha­zom po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ale po­zba­wi­ło ich pola ma­new­ru). Wi­dzia­łem bo­jow­ni­ków, któ­rzy zo­sta­li ar­ty­sta­mi, ar­ty­stów, któ­rych wcią­gnę­ła po­li­ty­ka, oraz po­li­ty­ków, tra­cą­cych z bie­giem cza­su złu­dze­nia.

Wi­dzia­łem, jak w cią­gu dwu­dzie­stu lat ro­dzi się, roz­wi­ja i na­chy­la ku upad­ko­wi ab­cha­skie pań­stwo – choć­by nie­uzna­ne, a na­wet nie­le­gal­ne.

Ab­cha­zja za­my­ka mój kau­ka­ski tryp­tyk, roz­po­czę­ty Pla­ne­tą Kau­kaz i To­a­stem za przod­ków.

WG

Sa­na­to­rium Czer­no­mo­riec, Gu­dau­ta

Miesz­ka­my w sa­na­to­rium Czer­no­mo­riec.

Miesz­ka­my – dużo po­wie­dzia­ne. Przy­cho­dzi­my jak naj­póź­niej się da, gdy za­pa­da już zmrok, a od stro­ny Su­chu­mi sły­chać pierw­sze strza­ły. Tasz­czy­my trzy pół­li­trów­ki i chleb. O siód­mej włą­cza­ją prąd i wodę: moż­na przej­rzeć no­tat­ki, coś prze­czy­tać, ob­myć twarz. Zro­bić her­ba­tę. Mamy wiel­ki słój po kom­po­cie, zna­le­zio­ny na śmiet­ni­sku koło ba­za­ru, i ma­syw­ną so­wiec­ką grzał­kę (za­wsze wożę na Wschód grzał­kę, pa­pier to­a­le­to­wy oraz jed­no­ra­zo­we igły i strzy­kaw­ki – gdy­bym tra­fił do szpi­ta­la). Dwie go­dzi­ny póź­niej, kie­dy prąd się koń­czy, roz­kła­da­my ga­ze­tę, ła­mie­my chleb i otwie­ra­my kon­ser­wy (trzy­ma­my je w ze­psu­tej spłucz­ce od se­de­su, żeby nikt nie pod­wę­dził). Wle­wa­my w sie­bie litr wód­ki. Pi­je­my dla roz­grzew­ki, dla lep­sze­go snu, dla od­ka­że­nia po wszyst­kim, co wi­dzie­li­śmy w cią­gu dnia. Kła­dzie­my się w ubra­niach, owi­ja­my brud­ny­mi ko­ca­mi, po­dusz­kę za­stę­pu­je ple­cak. Nad ra­nem al­ko­hol prze­sta­je dzia­łać i bu­dzi­my się, dy­go­cząc z zim­na (nad­cho­dzi je­sień, koń­czą się cie­płe noce). Otwie­ra­my trze­cią po­łów­kę, za­pi­ja­my reszt­ką her­ba­ty. Byle do świ­tu. O ósmej znów dają na chwi­lę świa­tło i wodę. Pa­rzy­my nową her­ba­tę. My­je­my zęby. Na lek­kim rau­szu wy­cho­dzi­my do mia­sta.

 

Sa­na­to­rium za­ła­twi­ła Aida Ła­da­ria, rzecz­nicz­ka se­pa­ra­ty­stycz­nych władz.

Sa­na­to­rium – też dużo po­wie­dzia­ne. Trzy­pię­tro­wy blok, sto­ją­cy wśród wy­bu­ja­łych palm i cy­pry­sów, przy­po­mi­na ru­inę. Od mie­się­cy nie dzia­ła ko­tłow­nia i ścia­ny ob­ła­zi li­szaj. Tu i ów­dzie od­pa­da tynk. Z bal­ko­nów ster­czą prę­ty zbro­je­nio­we. Gdzieś za bu­dyn­kiem są pla­ża i Mo­rze Czar­ne, ale nie spo­sób się tam do­stać, ścież­ki po­za­ra­sta­ły. W tym kli­ma­cie nie moż­na so­bie od­pu­ścić, wy­star­czy rok-dwa i przy­ro­da wra­ca po swo­je, od­bi­ja lu­dziom kar­czo­wi­ska, wdzie­ra się do do­mów i na uli­ce. Z na­sze­go po­ko­ju też nie wi­dać mo­rza, okna po­kry­wa tłu­sty kurz – w oko­li­cy mu­sia­ło się dłu­go pa­lić – a drzwi na bal­kon za­bi­to de­ska­mi. Mamy szczę­ście, są szy­by. Aida ostrze­ga, żeby w nu­me­rze ab­so­lut­nie ni­cze­go nie zo­sta­wiać, cią­gle się tu wła­mu­ją, cho­ciaż wszyst­ko już roz­kra­dzio­no: nie ma po­ście­li, wy­kła­dzin, po­piel­ni­czek, ob­raz­ków ani ko­szy na śmie­ci, nie ma noc­nych lam­pek, fo­te­li, krze­seł ani sto­łów. Z ła­zie­nek na pierw­szym pię­trze znik­nę­ły na­wet se­de­sy i prysz­ni­ce! Żad­nych urzą­dzeń do re­ha­bi­li­ta­cji też oczy­wi­ście już nie ma, ga­bi­ne­ty ob­ro­bio­no na sa­mym po­cząt­ku. Py­tam Aidę, ile pła­ci­my. Od­po­wia­da, że za ta­kie wa­run­ki Ab­cha­zja nie bie­rze pie­nię­dzy.

Do­brze mi w Czer­no­mor­cu.

Mam dwa­dzie­ścia trzy lata i za­czy­nam przy­go­dę z Kau­ka­zem. Je­stem tu dru­gi raz, wcze­śniej jeź­dzi­łem do Mo­skwy, na Bia­ło­ruś i Ukra­inę. Już wiem, że zna­la­złem swój te­mat. Cze­ka­ją na mnie dzie­siąt­ki miejsc i set­ki lu­dzi – bo­jow­ni­ków, pa­ste­rzy, pro­fe­so­rów, pre­zy­den­tów, tak­sów­ka­rzy, dzien­ni­ka­rzy, ar­ty­stów. Ty­sią­ce hi­sto­rii. Cze­ka­ją książ­ki, ich mą­drość i jad. Cze­ka­ją od­kry­cia, zdu­mie­nia, fa­scy­na­cje i roz­cza­ro­wa­nia. Czu­ję pod­nie­ce­nie jak przed dłu­gą po­dró­żą.

To moja pierw­sza woj­na. Je­stem re­por­te­rem, chcę do­ty­kać praw­dzi­we­go ży­cia – a na woj­nie ży­cie jest za­gęsz­czo­ne, skon­den­so­wa­ne, zwie­lo­krot­nio­ne. Mu­sia­łem przy­je­chać i za­trzy­mać się w ta­kim miej­scu jak Czer­no­mo­riec. Naj­bar­dziej cie­ka­wi mnie, dla­cze­go do tej woj­ny do­szło. Co się sta­ło, że Ab­cha­zo­wie i Gru­zi­ni sko­czy­li so­bie do gar­deł. Skąd się wzię­ła nie­na­wiść. Cho­ler­nie cie­ka­wi mnie też, co z tego wy­nik­nie.

Jeż­dżę z Sier­gie­jem Ma­szyn­skim, fo­to­re­por­te­rem ze Staw­ro­po­la. Nie mo­głem le­piej tra­fić. Sier­giej świet­nie zna Kau­kaz i ma in­stynkt, bożą iskrę, szó­sty zmysł. Gdy już po wszyst­kim pój­dę w So­czi do ko­ścio­ła, z nu­dów przy­łą­czy się i wy­cią­gnie apa­rat. Wcze­śniej nig­dy nie był na żad­nym na­bo­żeń­stwie – ale bez­błęd­nie wy­czu­je naj­waż­niej­sze mo­men­ty i usta­wi się tak, jak­by całe ży­cie fo­to­gra­fo­wał ślu­by i ko­mu­nie. Jesz­cze nie wiem, że jest al­ko­ho­li­kiem i na­sze dzien­ne pół­to­ra li­tra – a zwy­kle wię­cej, bo na każ­dym kro­ku czę­stu­ją nas sa­mo­go­nem z wi­no­gron i do­mo­wym wi­nem – to dla nie­go gwóźdź do trum­ny. Nie­dłu­go po­tem za­pi­je się na śmierć.

Trze­cie­go czy czwar­te­go dnia za­pra­sza­my go­ści: do­zor­ców Sa­szę i Wi­ta­li­ka, i kon­ser­wa­to­ra Dau­ra. Sami Ab­cha­zo­wie, tyl­ko Sa­sza ma mat­kę Ro­sjan­kę. Przy­no­szą lam­pę naf­to­wą, mamy od­dać przy wy­jeź­dzie. Roz­ma­wia­my, pi­je­my i śpie­wa­my. Naj­chęt­niej Pieśń gru­ziń­ską Oku­dża­wy, któ­rą zna­my wszy­scy: Małą pest­kę wi­no­gron w tej zie­mi go­rą­cej za­sa­dzę, / po­ca­łu­ję wi­no­rośl, by ki­ście doj­rza­łe wnet rwać, / i przy­ja­ciół w swym domu, i mi­łość w swym ser­cu zgro­ma­dzę, / bo in­a­czej to po cóż na zie­mi tej wiecz­nej mi trwać? (tłu­ma­cze­nie Ta­de­usz Lu­bel­ski).

Za­pra­sza­my jesz­cze kon­fe­de­ra­tów – bo­jow­ni­ków z Kon­fe­de­ra­cji Na­ro­dów Kau­ka­zu, któ­rzy przy­je­cha­li wal­czyć z Gru­zi­na­mi i też miesz­ka­ją w Czer­no­mor­cu – ale od­ma­wia­ją. Są z ba­ta­lio­nu Sza­mi­la Ba­sa­je­wa, sami Cze­cze­ni. Mu­zuł­ma­nie. Nie piją i nie chcą być tam, gdzie się pije. Roz­ma­wiam z nimi na uli­cy, w sie­dzi­bie ab­cha­skich władz i w zde­ze­lo­wa­nej woł­dze, któ­rą je­dzie­my ra­zem na front.

Za­pi­su­ję macz­kiem ko­lej­ne ad­re­sy i te­le­fo­ny. Bu­racz­ko­wy no­te­sik, któ­ry do­sta­łem kie­dyś od ojca (ma za­kład­ki z ro­syj­ski­mi li­te­ra­mi), sta­nie się moją po­li­są i ka­pi­ta­łem. Wkrót­ce będę miał zna­jo­mych na ca­łym Kau­ka­zie. Po­mo­gą mi wie­le razy.

Ostat­niej nocy za­sy­pia­my przy lam­pie. Bu­dzę się chwi­lę przed pią­tą i pod­no­szę na łóż­ku, a na prze­ciw­le­głą ścia­nę wpeł­za mój cień. Sier­giej bu­dzi się se­kun­dę póź­niej i w mgnie­niu oka bled­nie. Na­gła gro­za. Ścisk w gar­dle. Coś się…

– Kładź się! – dzi­ko wrzesz­czy Sier­giej, rzu­cam się na ple­cy, po­wie­trze roz­ry­wa eks­plo­zja, za­sy­pu­je nas grad szkła z roz­bi­te­go okna, po­dmuch prze­wra­ca lam­pę i gasi ją. Ja­kie szczę­ście, prze­mknie mi póź­niej, że nie za­czę­li­śmy się pa­lić. Ścia­nę, na któ­rej ma­ja­czył mój cień, dziu­ra­wi se­ria z ka­ra­bi­nu.

Zsu­wa­my się na zie­mię i peł­znie­my w stro­nę drzwi, ka­le­cząc się odłam­ka­mi szy­by. Je­ste­śmy bli­sko, gdy znów wy­bu­cha ka­no­na­da. Te­raz strze­la Czer­no­mo­riec, kon­fe­de­ra­ci od­po­wia­da­ją snaj­pe­ro­wi.

Na dole na­ty­ka­my się na Sa­szę, trzy­ma w zę­bach za­pa­lo­ną za­pał­kę, mo­cu­je się z kłód­ką od ma­ga­zyn­ku, wresz­cie drzwi ustę­pu­ją. Wpy­cha­my się we trój­kę do środ­ka, ba­ry­ka­du­je­my, pró­bu­je­my przy­kuc­nąć. Wciąż sły­chać kon­fe­de­ra­tów.

– Daw­no tu nie strze­la­li – szep­ce do­zor­ca. – Strze­la­ją za mia­stem i na dro­gach, ale to ban­dy­ci, ma­ru­de­rzy. Do fron­tu stąd da­le­ko.

Pal­ba słab­nie, sły­szy­my tu­pot zbie­ga­ją­ce­go po scho­dach woj­ska, po­tem za­pa­da ci­sza. Od tam­tej pierw­szej se­rii mi­nę­ły trzy, może czte­ry mi­nu­ty.

Rano za­cze­piam kon­fe­de­ra­tów. Krę­cą gło­wa­mi. Prze­cze­sa­li te­ren, ale ni­ko­go nie zna­leź­li.

Nie do­wie­my się, kto otwo­rzył ogień.

Li­sto­pad 1993

Man­da­ryn­ki. Tony man­da­ry­nek. Za­le­ga­ją hał­da­mi wzdłuż szo­sy, gni­ją wo­kół kio­sków z pa­pie­ro­sa­mi i wód­ką, wy­sy­pu­ją się z roz­kle­ko­ta­nych wołg, mo­skwi­czów i ład. Dziu­ra­wy as­falt po­kry­wa man­da­ryn­ko­wa mia­zga.

Man­da­ryn­ki są z Ab­cha­zji. Kre­zu­si przy­wo­żą je cię­ża­rów­ka­mi i za­raz za gra­ni­cą wy­prze­da­ją na pniu hur­tow­ni­kom z So­czi, Kra­sno­da­ru, Mo­skwy. Bied­niej­si ła­du­ją pod su­fit wy­słu­żo­ne oso­bów­ki, aż pod­wo­zie szo­ru­je po zie­mi, a kla­pę ba­gaż­ni­ka trze­ba wią­zać sznur­kiem. Po­zo­sta­li pcha­ją dwu­ko­ło­we wóz­ki, tasz­czą pa­sia­ste tor­by, dźwi­ga­ją na­bi­te owo­ca­mi wor­ki. W pierw­szym wol­nym miej­scu roz­sta­wia­ją na ga­ze­cie bie­da­stra­gan, sa­do­wią się na roz­kła­da­nym zy­del­ku, wy­cią­ga­ją z kie­sze­ni ręcz­ną wagę. Sprze­da­ją za bez­cen, po pięt­na­ście, dwa­na­ście, dzie­sięć cen­tów za kilo, aby tyl­ko ja­kiś pie­niądz, aby co­kol­wiek, aby na chleb. W So­czi przy osie­dlo­wej ulicz­ce do­sta­li­by trzy razy tyle, ale jak tam do­je­chać, do mar­szrut­ki nikt ich z ta­kim kra­mem nie wpu­ści, a tak­sów­ka po­chło­nę­ła­by cały za­ro­bek.

Ab­cha­zja żyje z man­da­ry­nek. Każ­dy może ze­brać owo­ce i się na­jeść. Albo wy­wieźć do Ro­sji. Let­ni­ków i ku­ra­cju­szy, któ­rzy ty­sią­ca­mi ob­le­ga­li ab­cha­skie pla­że, nie ma od daw­na: woj­na. Jesz­cze przed nią sta­nę­ły nie­licz­ne fa­bry­ki, prze­twór­nie i ma­nu­fak­tu­ry. Za­marł han­del i trans­port. Skoń­czy­ły się pen­sje, ren­ty, eme­ry­tu­ry, za­sił­ki, sty­pen­dia. Zo­sta­ły pola ku­ku­ry­dzy i her­ba­ty (te, któ­rych nie za­mi­no­wa­li Gru­zi­ni). I man­da­ryn­ki.

Na szo­sie robi się tłocz­no. W tłu­mie, któ­ry opa­no­wał całą jezd­nię, grzę­zną sa­mo­cho­dy, mo­to­ry, wóz­ki. Co­raz wię­cej od­pa­dów, śmie­ci i bło­ta. Za­ci­na deszcz. Parę ty­go­dni temu, kie­dy w Ab­cha­zji to­czy­ły się jesz­cze re­gu­lar­ne wal­ki, ko­czo­wa­li tu uchodź­cy – Ab­cha­zo­wie z ziem za­ję­tych przez Gru­zi­nów, Gru­zi­ni z ziem za­ję­tych przez Ab­cha­zów, mie­sza­ne mał­żeń­stwa, któ­re nig­dzie nie były u sie­bie, Ro­sja­nie, Or­mia­nie, Gre­cy. Jed­ni miesz­ka­li w swo­ich au­tach, inni roz­bi­ja­li na­mio­ty, jesz­cze inni ryli zie­mian­ki. Drze­ma­li w nich czuj­nie – nie ze stra­chu przed zło­dzie­ja­mi, kraść nie było co, ale żeby nie prze­ga­pić, nie prze­spać: może ode­zwie się oj­ciec, brat, krew­niak, może ktoś prze­ka­że wia­do­mość, może po­ja­wi się są­siad, któ­ry wie, co się sta­ło z bli­ski­mi, może zna­jo­my bę­dzie prze­pra­wiał się na tam­tą stro­nę. Po obo­zo­wi­sku krą­ży­li wy­słan­ni­cy Czer­wo­ne­go Krzy­ża i po­śred­ni­cy, ofe­ru­ją­cy ro­syj­ski mel­du­nek, pa­pie­ry in­wa­lidz­kie, wizę do USA. W ła­dach z przy­ciem­nio­ny­mi szy­ba­mi pra­co­wa­ły pro­sty­tut­ki. Uchodź­cy zo­sta­wi­li po so­bie roz­dep­ta­ne pole, któ­re te­raz za­mie­ni­ło się w man­da­ryn­ko­wy ba­zar.

Szla­ban. Ro­syj­ski po­ste­ru­nek. Wjaz­du strze­że mło­dziut­ki żoł­nie­rzyk, waż­ny ni­czym świę­ty Piotr: ty prze­cho­dzisz, ty zo­sta­wiasz wo­rek, ty pła­cisz man­dat, ty za­wra­casz. Wła­śnie tak, na „ty” do si­wo­bro­dych gó­ra­li i ko­biet w czer­ni, któ­re mo­gły­by być jego bab­cia­mi. Pro­test na nic się nie zda, żoł­nie­rzyk musi po­ka­zać, kto ma wła­dzę. Sto­ją za nim Mo­skwa, Kreml, plac Czer­wo­ny, pre­zy­dent Jel­cyn, Ty­siąc­let­nia Ruś. Cię­ża­rów­ki wjeż­dża­ją za to bez żad­nej kon­tro­li, a gdy szla­ban za dłu­go się nie pod­no­si, bez­li­to­śnie trą­bią.

Z wy­jaz­dem jest pro­ściej, inny żoł­nie­rzyk nie­dba­le kart­ku­je do­ku­men­ty i kiwa gło­wą, żeby prze­cho­dzić. Obcy pasz­port nie robi na nim wra­że­nia. Pie­cząt­ki nie bę­dzie, Zwią­zek Ra­dziec­ki roz­padł się nie­ca­łe dwa lata temu, nie ma jesz­cze pie­czą­tek, wiz, ter­mi­na­li od­praw. Prze­pu­ści­li cię w Brze­ściu – jedź so­bie choć­by do Du­szan­be.

Most na rzecz­ce Psou. Ta­bli­ca po ab­cha­sku i ro­syj­sku: „Ap­sny Arie­spu­bli­ka. Rie­spu­bli­ka Ab­cha­zi­ja”. Wkrót­ce doj­dzie an­glo­ję­zycz­na „Re­pu­blic of Ab­kha­zia”. For­mal­nie Ab­cha­zja jest au­to­no­mią w skła­dzie Gru­zji. Fak­tycz­nie – jesz­cze trud­no po­wie­dzieć. Hi­sto­ria to­czy się na na­szych oczach.

Po­ste­ru­nek ab­cha­ski. Bo­jow­nik w pan­ter­ce sy­la­bi­zu­je dane z pasz­por­tu, po­tem za­pi­su­je je cy­ry­li­cą w ze­szy­cie for­ma­tu A4.

– To na wy­pa­dek śmier­ci albo za­gi­nię­cia – tłu­ma­czy. – Żeby zo­stał ja­kiś ślad.

W ze­szy­cie tyl­ko kil­ka­na­ście na­zwisk, same za­gra­nicz­ne.

– Swo­ich nie wpi­su­je­cie?

– A kto by się nami przej­mo­wał.

„Dzień do­bry” to mszyb­zja, „dzię­ku­ję” – ita­bup. Ab­cha­skie ABC. ABC jak Ab­cha­zja. Je­dy­ny kraj, któ­re­go na­zwa za­czy­na się jak al­fa­bet – przy­najm­niej po pol­sku i w kil­ku in­nych ję­zy­kach. (Po ab­cha­sku bę­dzie Ap­sny – zie­mia z du­szą). Czy coś z tego wy­ni­ka?

To stąd na­le­ży roz­po­czy­nać zgłę­bia­nie ele­men­ta­rza Kau­ka­zu – ra­dził Osip Man­delsz­tam. – Tu każ­de sło­wo za­czy­na się na „a”. Ję­zyk Ab­cha­zów jest po­tęż­ny i peł­no­gło­so­wy, ale ob­fi­tu­je w zle­wa­ją­ce się w jed­no dźwię­ki gór­no- i dol­no­kr­ta­nio­we, utrud­nia­ją­ce wy­mo­wę. Moż­na po­wie­dzieć, że ję­zyk ten wy­ry­wa się z krta­ni po­ro­słej wło­sa­mi.

 

W cza­sach ra­dziec­kich czę­sto two­rzo­no nowe ab­cha­skie sło­wa, do­da­jąc „a” do wy­ra­zów ro­syj­skich. Po­wstał abank, ako­smos, atie­lie­fon. Ab­cha­zo­wie szy­dzi­li: chłop z za­pa­dłej wio­ski tra­fia do Su­chu­mi, idzie uli­cą, mija szy­kow­ną re­stau­ra­cję. „Co to ta­kie­go?” – za­sta­na­wia się. „A… – do­cie­ra do nie­go po dłuż­szej chwi­li – rie­sto­ran!”.

Ru­sza zde­ze­lo­wa­ny, na­bi­ty ludź­mi au­to­bus. Ab­cha­zja wła­śnie wy­gra­ła woj­nę – ale ci Ab­cha­zo­wie nie wy­glą­da­ją na zwy­cięz­ców. Czuć od nich ty­to­niem, stę­chli­zną i cy­tru­sa­mi. Pew­nie są w dro­dze od ty­go­dnia. W tam­tą stro­nę tłu­kli się z man­da­ryn­ka­mi, dzień–dwa mu­sie­li od­stać na gra­ni­cy, dwa–trzy na­stęp­ne wśród mor­der­czej kon­ku­ren­cji sprze­da­wa­li swój to­war. Ści­ska­ją za­wi­niąt­ka z je­dze­niem, le­ka­mi, ta­nią za­baw­ką dla dziec­ka. W Ab­cha­zji, mó­wią, nie ma pra­wie ni­cze­go.

Przez za­pa­ro­wa­ne szy­by ma­ja­czą to góry, to mo­rze, dro­ga na prze­mian wzno­si się i opa­da. Wjeż­dża­my w sub­tro­pik, ro­sną tu pal­my, eu­ka­lip­tu­sy, ro­do­den­dro­ny, cy­pry­sy i pi­nie, do­cho­dzi do nas słod­ka­wy za­pach na­mok­nię­tej ro­ślin­no­ści.

Od gra­ni­cy z Ro­sją do Su­chu­mi cią­gnie się ab­cha­ska ri­wie­ra. Czar­no­mor­ski raj. W li­ście do zna­jo­me­go An­to­ni Cze­chow pi­sał: Przy­ro­da tu­taj za­dzi­wia­ją­ca do sza­leń­stwa i utra­ty gło­wy. Wszyst­ko nowe, baj­ko­we, zbzi­ko­wa­ne i po­etyc­kie. […] Z każ­de­go krzacz­ka, ze wszyst­kich cie­ni i pół­cie­ni w gó­rach, z mo­rza i z nie­ba wy­pa­tru­ją ty­sią­ce te­ma­tów. Łaj­dak je­stem, że nie umiem ry­so­wać.

W ZSRR nie było bar­dziej pre­sti­żo­we­go miej­sca na urlop. So­czi, ło­tew­ska Jur­ma­ła i ku­ror­ty Kry­mu zo­sta­wa­ły w tej kon­ku­ren­cji w tyle. Skie­ro­wa­nie do Ga­gry, Pi­cun­dy, No­we­go Afo­nu no­bi­li­to­wa­ło i bu­dzi­ło za­zdrość. Swo­je wil­le mie­li tu wszy­scy so­wiec­cy przy­wód­cy, od Sta­li­na po Gor­ba­czo­wa.

W Ab­cha­zji opo­wia­da­ją le­gen­dę: kie­dy Bóg roz­da­wał na­ro­dom zie­mie, Ab­cha­zo­wie jako je­dy­ni nie przy­szli. Po­ja­wi­li się do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia.

„Wy­bacz, Boże, od­wie­dzi­li nas go­ście. Nie mo­gli­śmy ich prze­cież zo­sta­wić. Gość w dom, Bóg w dom!”.

Wszyst­ko było już roz­dzie­lo­ne, ale wzru­szo­ny Bóg po­sta­no­wił:

„Jest jesz­cze je­den za­ką­tek, naj­pięk­niej­szy ze wszyst­kich. Chcia­łem zo­sta­wić go dla sie­bie, ale od­dam wam”.

Tę samą le­gen­dę opo­wia­da­ją Gru­zi­ni. O Gru­zji.

W trak­cie cięż­kich walk mię­dzy Ab­cha­za­mi a Gru­zi­na­mi ab­cha­ski pu­bli­cy­sta Wi­ta­lij Sza­ri­ja pi­sał w ro­syj­skim ty­go­dni­ku: Je­ste­śmy so­bie zbyt bli­scy, aby się dzi­wić, jak ła­two z obu stron li­nii fron­tu roz­cho­dzą się roz­ma­ite wy­du­ma­ne plot­ki: po tam­tej stro­nie mó­wi­ło się o Gru­zi­nach spa­lo­nych na sta­dio­nie w Ga­grze, o tym, że dru­ży­na ab­cha­ska gry­wa tam z cze­czeń­ską w pił­kę od­rą­ba­ny­mi ludz­ki­mi gło­wa­mi, o in­nych okrop­no­ściach; u nas krą­ży­ła hi­sto­ria o spa­lo­nych na sta­dio­nie w Su­chu­mi Ab­cha­zach.

W Gu­dau­cie, na skwer­ku przed tym­cza­so­wą sie­dzi­bą ab­cha­skich władz, bez­pań­ska kra­su­la do­bie­ra się do pal­my. Za­dzie­ra łeb, bie­rze do py­ska liść, ob­gry­za. Pal­ma jest ni­sko­pien­na – z in­nej kro­wa nie mia­ła­by po­żyt­ku.

Pies pal­my nie ru­szy. Na śmiet­ni­sku leżą zwło­ki szcze­nia­ka, któ­ry zdechł z gło­du.

Śla­dów woj­ny pra­wie nie wi­dać. Gu­dau­ta roz­sy­pu­je się i gni­je sama z sie­bie, z bez­sil­no­ści wła­dzy i znu­że­nia miesz­kań­ców, któ­rym le­d­wie star­cza sił na ogar­nię­cie wła­snych do­mostw. Roz­pad Związ­ku Ra­dziec­kie­go jest tu na­ocz­ny, na­ma­cal­ny, wy­zie­ra z roz­bi­tych przy­stan­ków i za­pad­nię­tych chod­ni­ków, z rdze­wie­ją­ce­go szkie­le­tu nig­dy nie­do­koń­czo­nej bu­do­wy, z opu­sto­sza­łej fa­bry­ki. Uli­ce i domy to­czy gan­gre­na, sie­dzi­bę ab­cha­skich władz, na­roż­ną pię­tro­wą ka­mie­ni­cę z wie­życz­ką, ob­siadł grzyb.

Bez prze­rwy pada.

Wła­dze są se­pa­ra­ty­stycz­ne, moż­na po­wie­dzieć bez­praw­ne – ale to one kon­tro­lu­ją re­pu­bli­kę. Le­gal­ne wła­dze ucie­kły z wy­co­fu­ją­cą się ar­mią do Tbi­li­si i urzę­du­ją na wy­gna­niu. Więk­szość lud­no­ści gru­ziń­skiej też mu­sia­ła ucie­kać.

Woj­na wy­bu­chła w sierp­niu 1992 roku. Gru­zja, od kil­ku mie­się­cy nie­pod­le­gła, ale po­grą­żo­na w kry­zy­sie i roz­dzie­ra­na przez we­wnętrz­ne kon­flik­ty i roz­ma­ite ru­chy od­środ­ko­we, wpro­wa­dzi­ła do Ab­cha­zji woj­sko. Pre­tek­stem była ochro­na ko­lei, bie­gną­cej przez Ab­cha­zję i łą­czą­cej Gru­zję i Ar­me­nię z Ro­sją i Eu­ro­pą. W rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi­ło o utar­cie nosa Ab­cha­zom, któ­rzy szan­ta­żo­wa­li Tbi­li­si groź­bą se­ce­sji. Ab­cha­zo­wie uzna­li, że to agre­sja.

Moż­na spy­tać, co w tym nie­wła­ści­we­go – wy­słać żoł­nie­rzy do wła­snej pro­win­cji. Otóż dzia­ło się to w praw­nej próż­ni. Ab­cha­zja była re­pu­bli­ką au­to­no­micz­ną – ale w skła­dzie Gru­ziń­skiej So­cja­li­stycz­nej Re­pu­bli­ki Ra­dziec­kiej, któ­ra już nie ist­nia­ła. Sta­tus Ab­cha­zji w ra­mach nie­pod­le­głej Gru­zji wy­ma­gał ne­go­cja­cji, uzgod­nień, no­wych umów, od­po­wied­nich za­pi­sów w no­wych kon­sty­tu­cjach. Do tego po­trzeb­ny był czas.

W po­ra­dziec­kiej Eu­ra­zji pa­no­wa­ły za­męt i nie­pew­ność. Cze­cze­nia i Ta­tar­stan (re­pu­bli­ki au­to­no­micz­ne w Ro­sji) chcia­ły nie­pod­le­gło­ści. Gór­ski Ka­ra­bach (ob­wód au­to­no­micz­ny w Azer­bej­dża­nie) chciał po­łą­cze­nia z Ar­me­nią. Nad­dnie­strze chcia­ło ode­rwać się od Moł­da­wii. W Gru­zji mniej­szo­ści na­ro­do­we były wy­jąt­ko­wo licz­ne i żyły w zwar­tych sku­pi­skach. Każ­da chcia­ła wy­szar­pać coś dla sie­bie. Speł­nie­nie żą­dań gro­zi­ło roz­pa­dem pań­stwa. Nie­speł­nie­nie – za­miesz­ka­mi, bun­ta­mi, re­be­lia­mi. Zręcz­na po­li­ty­ka po­go­dzi­ła­by może ogień z wodą, albo przy­najm­niej zła­go­dzi­ła na­pię­cie, ale Tbi­li­si za­cho­wy­wa­ło się jak słoń w skła­dzie por­ce­la­ny.

Woj­ny pew­nie nikt nie chciał, ale sy­tu­acja wy­mknę­ła się spod kon­tro­li.

W cią­gu kil­ku dni woj­ska gru­ziń­skie za­ję­ły wschod­nią Ab­cha­zję i Su­chu­mi i do­szły do rze­ki Gu­mi­sty. Rów­no­cze­śnie wy­sa­dzi­ły de­sant i opa­no­wa­ły za­chód re­pu­bli­ki (od gra­ni­cy z Ro­sją do rze­ki Bzyp). Rząd au­to­no­mii, zło­żo­ny w znacz­nej czę­ści z Gru­zi­nów i lo­jal­ny wo­bec Tbi­li­si, po­zo­stał w Su­chu­mi, ale re­al­na wła­dza na­le­ża­ła już do Rady Naj­wyż­szej, czy­li lo­kal­ne­go par­la­men­tu. Tam prze­wa­gę mie­li et­nicz­ni Ab­cha­zo­wie (dzię­ki or­dy­na­cji wy­bor­czej, któ­ra ich fa­wo­ry­zo­wa­ła). Prze­wod­ni­czą­cy Wła­dy­sław Ar­dzin­ba schro­nił się ze współ­pra­cow­ni­ka­mi w Gu­dau­cie, któ­ra leży w po­ło­wie dro­gi mię­dzy uj­ściem Bzy­pu a uj­ściem Gu­mi­sty. Utwo­rzył al­ter­na­tyw­ny rząd i za­czął bu­do­wać ar­mię. Pierw­szy suk­ces przy­szedł po kil­ku ty­go­dniach – siły ab­cha­skie wy­par­ły Gru­zi­nów z za­chod­niej czę­ści re­pu­bli­ki i prze­ję­ły kon­tro­lę nad przej­ściem gra­nicz­nym z Ro­sją.

Przez na­stęp­ny rok front stał na Gu­mi­ście. W tym cza­sie do­szło do sze­re­gu spo­tkań po­mię­dzy se­pa­ra­ty­sta­mi a Gru­zi­na­mi i Ro­sja­na­mi. Pod­czas jed­ne­go z nich pod­pi­sa­no za­wie­sze­nie bro­ni, ale ro­zejm dłu­go się nie utrzy­mał. Ze­rwa­ła go stro­na ab­cha­ska. W ostat­nich dniach wrze­śnia 1993 roku Ab­cha­zo­wie roz­wi­nę­li ofen­sy­wę. Zdo­by­li Su­chu­mi, Oczam­czi­rę i Gali i do­szli do gra­ni­cy ad­mi­ni­stra­cyj­nej z Gru­zją.

Te­raz, mie­siąc po zwy­cię­stwie, eu­fo­ria po­wo­li się wy­pa­la. Tra­wi ją nie­pew­ność, co bę­dzie ju­tro, za ty­dzień, za mie­siąc. W gór­nej czę­ści wą­wo­zu Ko­do­ri to­czą się jesz­cze wal­ki. Żyją tam gru­py Swa­nów – naj­bar­dziej wo­jow­ni­cze­go z gru­ziń­skich ple­mion (w przy­szło­ści utwo­rzą w Ko­do­ri en­kla­wę, nie­za­leż­ną i od Su­chu­mi, i od Tbi­li­si). Do po­ty­czek do­cho­dzi też na wscho­dzie re­pu­bli­ki. Do Ab­cha­zji prze­dzie­ra­ją się gru­ziń­skie od­dzia­ły, któ­re chcą wal­czyć w par­ty­zant­ce. For­mal­nie woj­na nie jest za­koń­czo­na, nie pod­pi­sa­no ro­zej­mu, nie wy­zna­czo­no li­nii de­mar­ka­cyj­nej.

Puł­kow­nik Wa­le­rij Gun­ba, rzecz­nik ab­cha­skiej ar­mii, jest pew­ny, że Gru­zi­ni szy­ku­ją ko­lej­ną in­ter­wen­cję. Ude­rze­nia spo­dzie­wa się lada chwi­la.

– Ale je­śli nie zdą­żą przed grud­niem – do­da­je z na­dzie­ją – to do wio­sny mamy spo­kój. Na Kau­ka­zie nikt o zdro­wych zmy­słach nie ru­sza na woj­nę zimą.

Ogło­szo­ny na dniach po­bór do se­pa­ra­ty­stycz­nej ar­mii ob­jął na wszel­ki wy­pa­dek chłop­ców z dzie­wię­ciu rocz­ni­ków (1967–1975).

Ro­syj­ska agen­cja In­ter­fax do­no­si: Rząd Gru­zji wzy­wa Mo­skwę, aby nie do­pu­ści­ła do agre­sji ze stro­ny Kon­fe­de­ra­cji Na­ro­dów Kau­ka­zu. Mi­ni­ster obro­ny Ab­cha­zji de­men­tu­je in­for­ma­cję o udzia­le pod­le­głych mu wojsk w kon­flik­cie na za­cho­dzie Gru­zji (cho­dzi o woj­nę po­mię­dzy gru­ziń­ski­mi si­ła­mi rzą­do­wy­mi a od­dzia­ła­mi wier­ny­mi oba­lo­ne­mu pre­zy­den­to­wi Zwia­do­wi Gam­sa­chur­dii – któ­ry wła­śnie wró­cił z wy­gna­nia w Cze­cze­nii i mo­bi­li­zo­wał zwo­len­ni­ków do mar­szu na Tbi­li­si). Spe­cjal­na ko­mi­sja przy pro­ku­ra­to­rze ge­ne­ral­nym Gru­zji zbie­ra do­wo­dy świad­czą­ce o czy­st­ce et­nicz­nej w Ab­cha­zji.

* * *

Przed roz­pa­dem ZSRR Ab­cha­zja li­czy­ła pięć­set dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy miesz­kań­ców. Ab­cha­zów było nie­co po­nad dzie­więć­dzie­siąt ty­się­cy. Pra­wie osiem­na­ście pro­cent. Or­mian i Ro­sjan – po sie­dem­dzie­siąt pięć ty­się­cy (pierw­szych tro­chę wię­cej). Naj­wię­cej było Gru­zi­nów: dwie­ście czter­dzie­ści ty­się­cy. Po­nad czter­dzie­ści pięć pro­cent ca­łej lud­no­ści. Je­dy­nie w Gu­dau­cie i oko­li­cach, w ab­cha­skim ma­tecz­ni­ku, tam, gdzie od stu­le­ci męż­czyź­ni z ca­łe­go kra­ju zbie­ra­ją się na wie­ce i ra­dzą, do­kąd ma po­dą­żać na­ród, Ab­cha­zo­wie mie­li bez­względ­ną więk­szość. Nie­źle było jesz­cze w Oczam­czi­rze. Ale w Gali, przy gra­ni­cy ad­mi­ni­stra­cyj­nej z Gru­zją, żyli nie­mal sami Gru­zi­ni (głów­nie Me­gre­lo­wie, gru­ziń­ska gru­pa et­nicz­na, uzna­wa­na daw­niej przez część ba­da­czy za od­ręb­ny na­ród).