WampirTekst

Z serii: Ze Strachem
Z serii: Cykl gliwicki #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir
Wampir
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Wampir
Wampir
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
19,99 
Szczegóły
Audio
Wampir
Audiobook
Czyta Mateusz Znaniecki
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

W pewnym sensie właśnie wskrzesił człowieka.

Wystarczyła do tego tylko kieszeń na dysk twardy i kilka kabelków, którymi podłączył ją do swojego laptopa. Później zmienienie ustawień w BIOS-ie i już mógł załadować system z dysku zabranego matce Mateusza. Złamanie hasła było banalnie proste – wystarczyło wpisać imię. Później uruchomił przeglądarkę i wpisał adres najważniejszej strony dla każdego studenta – facebook.com. Mateusz nie wylogował się przed swoim ostatnim lotem, więc teraz, ponad cztery miesiące po jego śmierci, Dawid wskrzesił jego wirtualną osobowość. Ciekawiło go, jak się poczują przyjaciele chłopaka (a łącznie miał ich stu osiemdziesięciu sześciu), kiedy zorientują się, że na czacie przy jego imieniu i nazwisku znajduje się mała zielona kropka oznaczająca – dostępny. Liczył na to, że otrzyma chociaż kilka wiadomości. Szybko sprawdził profil. Na pierwszy rzut oka nic ciekawego – chłopak lubił Kwejka, Korwin-Mikkego i Piasta Gliwice.

Dawid zabrał się do przeglądania zawartości dysku. Pierwsza i najważniejsza rzecz – katalog z muzyką. Mateusz­ go rozczarował. Słuchał kiepskiego zagranicznego popu i jeszcze gorszego polskiego hip-hopu. Po chwili zastanowienia Dawid zdecydował się na uruchomienie pierwszej płyty The Knife, która jakimś cudem znalazła się pomiędzy albumami Tedego i Tiesto.

Dźwięk dzwonka poinformował go, że na ­Facebooku przyszła wiadomość. Przełączył się na przeglądarkę i sprawdził nadawcę. Kasia Modrzecka. Takie imię nosiła dziewczyna Mateusza. Szybko przeczytał nadesłaną treść: „Kimkolwiek jesteś, chuju, wypierdalaj!”.

Zastygł z palcami nad klawiaturą, zastanawiając się, czy powinien odpowiedzieć. Nie zrobił tego. Zamiast tego kliknął w awatar dziewczyny i wszedł na jej profil. Tak, to była dziewczyna Mateusza. Obejrzał udostępnione przez nią zdjęcia. Znalazł kilka fotografii gliwickiej starówki, parę z różnych koncertów, fotki jedzenia przygotowanego w domu z hasztagiem #foodporn i wreszcie z nią samą. Była niska. Musiała mieć najwyżej metr sześćdziesiąt. Długie blond włosy opadały jej niemal do pasa. Przesadnie mocno się malowała. Ale miała ładne oczy. Zielone.

Sprawdził ostatnio otwierane strony. Mateusz nie kłopotał się z trybem prywatnym, więc w historii roiło się od adresów rozpoczynających się od redtube albo pornhub. Reszta historii wyglądała mało interesująco. Dużo Kwejka, Demotywatorów, Joe Monstera, YouTube’a i Chomika. Trochę Gazety, Onetu, Weszlo, Wyszlo i Sadistica. Niewiele studenckich rzeczy, głównie dotyczących socjologii. Na twardym dysku znalazł parę ściągniętych z internetu gier oraz setki zdjęć z różnych imprez, ognisk i wakacyjnych wyjazdów. Pomyślał, że powinien je przejrzeć w wolnej chwili. Do tego kilkanaście prac zaliczeniowych i wypracowań jeszcze ze szkoły.

Dawid odgiął się na krześle i pomasował czoło. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piętnasta. Dokładne sprawdzenie komputera zajmie mu jeszcze co najmniej kilka godzin, ale i tak miał przeczucie, że będzie to strata czasu. Nie znajdzie tam nic ciekawego. Wcześniej jednak pójdzie do sklepu. Kupi coś do jedzenia.

Dźwięk z komputera tymczasem oznajmił przyjście kolejnej prywatnej wiadomości. Dawid kliknięciem otworzył odpowiednie okno. Post pochodził od jakiegoś Jacusia Sze, zatrudnionego, jak informował profil, w firmie „szlachta nie pracuje”. Jako awatar Jacuś Sze wykorzystał zdjęcie, kiedy siedzi na murku z ustami zasłoniętymi chustą z napisem „Polska” i orłem w koronie. Miał szeroką, płaską twarz, jakby w młodości ktoś trafił go cegłówką. Wiadomość brzmiała:

Hejkaziom! Szykuje się balecik, przydałoby się trochę stuffu. Dałbyś radę przywieźć jakoś Dziękóweczka:)

Stuffu? – odpisał Dawid.

Niom. Stuffeńku, staffeniusia. Zielonego staffeczka;) Masz coś? Holenderskiego może, chociaż krajowa produkcja też na propsie.

Chłopak mówił o marihuanie. Mateusz najwyraźniej handlował gandzią. Dawid uśmiechnął się szeroko. Miał nosa z tym Facebookiem.

Chętnie, ziom, bym to zrobił, ale będzie problem – ­odpisał.

Jaki?

Nie słyszałeś? Ja nie żyję.

12

Facet miał oczy umęczonej sarny. Przesuwał produkty nad czytnikiem powolnymi ruchami, wsłuchany w monotonne piknięcia kasy fiskalnej. Był trochę młodszy od Dawida. Spod rękawka firmowego T-shirtu wystawały mu ciemne linie tatuażu. W innym życiu, wcześniej, pewnie pracowałby w kopalni, dumnie fedrując węgiel, albo wylewał tony surówki i miał skórę opaloną od żaru. Ale teraz, dzisiaj, jedną kopalnię zmieniono w jakieś Centrum Edukacji i Biznesu, drugą szykowano do zamknięcia, a dawną hutę wyburzono, tak że pozostał po niej tylko pokryty gruzem plac, na którym kiedyś miało powstać kolejne centrum handlowe. Wytatuowanemu nie pozostało więc nic innego niż przerzucanie produktów spożywczych nad laserowym czytnikiem.

– Trzydzieści sześć pięćdziesiąt – powiedział tak szybko, że wyrazy zlały się w jeden ledwo zrozumiały, szeleszczący ciąg.

Dawid dorzucił czteropak piwa do reszty zakupów i sięgnął do portfela. Podał kasjerowi stuzłotowy banknot. Kobieta zapytałaby, czy nie ma drobniej. Facet natomiast tylko stęknął i zabrał się do wydawania reszty, grzebiąc w kieszeniach kasy i wyciągając z niej ostatnie monety i banknoty.

Obserwując wysiłki wytatuowanego, Dawid pomyślał, że powinien zadzwonić do Rosolskiego i poprosić o zaliczkę. Należała mu się. Zresztą i tak już sporo zrobił za darmo. Mógłby też coś wyciągnąć od Baliczki, ale musiałby mu najpierw coś podrzucić. Jakieś fotki, opowiastki, pomysły. Cokolwiek, żeby tylko przedłużyć tę i tak ciągnącą się za długo sprawę.

– Reszta – wymamrotał kasjer. Dawid odebrał pieniądze i wziął torby z zakupami.

Wyszedł z E.Leclerca na Tarnogórskiej. Wyciągnął z paczki papierosa. Zapalił. Brodaty żulik, który siedział niedaleko, już się podniósł z murku, żeby poprosić o fajkę, ale zrezygnował, kiedy rozpoznał Dawida.

Dawid nigdy nie dawał papierosów żebrakom. Taka zasada. Jedna z niewielu, których się trzymał.

Przeszedł na drugą stronę ulicy. Minął blok z nasprejowanym na bocznej ścianie napisem „Tu mieszka konfident”. Niestety, autor nie pokusił się o dorysowanie strzałki, więc nie było wiadomo, o które konkretnie mieszkanie mu chodzi.

Dawid palił i myślał o Mateuszu. O jego skoku, marihuanie i zawartości komputera. Zastanawiał się, co tam może jeszcze znaleźć. I pewnie dlatego stracił czujność.

Czekała na niego pod samą klatką. Schowana za samochodami, ale gdyby się nie zamyślił, bez trudu by ją dostrzegł. Dopadła go, kiedy szukał w kieszeni kluczy.

– Cześć – powiedziała, zbliżając się.

Aż podskoczył ze strachu, kiedy usłyszał jej głos. Klucze wypadły mu z ręki.

– Kurwa – jęknął, schylając się i podnosząc pęk z betonowej płyty.

– Cześć – powtórzyła.

– No cześć, siorka, cześć. Czego chcesz?

Ania wzniosła oczy do nieba.

– Pogadać.

– Gadajmy – powiedział, szukając odpowiedniego klucza.

– Nie zaprosisz mnie do siebie?

Otworzył.

– Zaproszę, zaproszę – rzucił przez ramię i wszedł do klatki. Puścił drzwi. Miał nadzieję, że się zamkną, zanim Ania zdąży wejść. Przytrzymała je, kiedy były dopiero w połowie drogi.

Weszli w milczeniu na jego piętro. Nie odwracał się nawet. Słyszał, jak jej szpilki uderzają niczym młoteczek o kolejne stopnie.

W mieszkaniu od razu skierował się do kuchni. Ania zdjęła skórzany płaszczyk i przez chwilę szukała wzrokiem miejsca, gdzie mogłaby go zawiesić. Wreszcie położyła go na oparciu krzesła. Poprawiła sukienkę i podparła się pod boki, obrzucając wzrokiem kawalerkę.

– Ależ ty masz tu syf – stwierdziła.

Nie skomentował jej uwagi. Przeszła do kuchni. Skrzywiła się lekko na widok brudnych talerzy w zlewie, a potem mocniej, kiedy otworzyła lodówkę i zajrzała do środka.

– Jaki fetor! Czyściłeś ty ją kiedyś, chłopie?

– Nie przypominam sobie – odpowiedział, szczerząc zęby. Sięgnął po papierosa. Płuca go jeszcze bolały po poprzednim, ale nie wyobrażał sobie spotkania z siostrą bez fajki. Musiał mieć coś, co go uspokoi. – Chcesz? – zapytał, wyciągając do niej paczkę, chociaż wiedział, że nie weźmie.

– To ukraińskie gówno?

– Białoruskie – sprostował i zaciągnął się. – Czego chcesz?

– A nie poczęstujesz mnie czymś?

– Częstowałem przecież.

– Nie fajkami.

– Sorki, siora. Ciasteczek nie mam, a wszystkie kubeczki są brudne – wskazał na zlew – więc z herbatki nici.

– Świnia z ciebie.

– Mów lepiej, czego chcesz.

Ania sięgnęła po ścierkę. Wytarła nią blat kuchennego stołu, zrzucając na podłogę liczne okruszki, i dopiero wtedy się o niego oparła.

– Dwie rzeczy. Pierwsza. Do ojca dzwonił Jarosław Gołąb.

– Nie znam.

– To wujek Mateusza Polaka.

Dawid otworzył usta, pozwalając, żeby dym sam z nich wyleciał. Może i wyglądał głupio, jak karp wyciągnięty z baseniku w Tesco, ale przynajmniej nie dał po sobie poznać, jak bardzo jest zdziwiony. Gliwice nie były jakąś metropolią, ale to też nie była dziura, w której wszyscy o wszystkich wiedzą. W jakiś sposób informacja o tym, nad czym pracuje, zdążyła jednak już dotrzeć do wujka Mateusza i do ojca Dawida.

– I?

– Dowiedział się od swojej siostry, że zajmujesz się sprawą. Chce z tobą pogadać.

Sięgnęła do przewieszonej przez ramię torebki i wyciągnęła z niej zapisaną karteczkę. Położyła ją na stole.

– To adres – wyjaśniła. – Masz tam być jutro o jedenastej.

 

– A jak nie?

Przyglądała mu się przez moment. Spróbował się uś­miechnąć pod jej badawczym spojrzeniem, ale musiał sam przed sobą przyznać, że słabo mu to wyszło.

– Zawsze musisz być taki przekorny? – zapytała wreszcie.

– Dobra, dobra. Pojadę do niego – powiedział pojednawczo. – A druga sprawa?

– Spotkałam wczoraj Kamilę.

Poczuł, jak ramiona same mu się napinają. Wsadził sobie papierosa w usta. Wyciągnął jedną z puszek piwa. Otworzył ją. Wyjął papierosa z ust, wziął łyk. Nieprzyjemnie smakowało. Mieszanina nikotyny i alkoholu szczypała w język.

– Co u niej? – zapytał, kiedy przełknął.

– Ma mieć wystawę fotografii. W Katowicach. Wie­działeś?

– Nie.

– Pokazywała mi te swoje prace. Całkiem fajne te kolaże.

– No. Nieźle sobie radzi z Photoshopem – przyznał, biorąc kolejny łyk.

Ania poprawiła kosmyk włosów, który opadł jej na czoło. Zaczesała go za ucho, a potem mimowolnie pogładziła srebrny kolczyk.

– Rozmawiałyśmy też o dziecku – powiedziała. – Bo wiesz, że jest w ciąży?

Dawid agresywnym ruchem wyrzucił papierosa do przepełnionego zlewu.

– No – odetchnął głęboko. – I?

– Powinieneś coś z tym zrobić.

– Proponowałem. Nie chciała.

– Nie o tym mówiłam.

– Jak się w ogóle dowiedziałaś?

– To już widać.

– Rodzice?

– Jeszcze nie wiedzą.

– I niech tak zostanie.

– Nie możesz przed nimi ukryć dziecka.

– To nie twój zasrany interes, co mogę, a co nie. Jasne?

Wydęła usta, a potem zaraz je schowała, przygryzając dolną wargę.

– Coś jeszcze? – zapytał.

– Tak.

– Co takiego?

Ania wyprostowała się i odwróciła w jego stronę, tak żeby patrzeć mu prosto w oczy.

– Powiedziałam jej, że jeśli nic nie zrobisz, powinna cię pozwać o alimenty. Powiedziałam też, że jeśli będzie trzeba, będę ją reprezentować w sądzie. Za darmo.

Dawidowi zrobiło się nagle czerwono przed oczami. Zachwiał się, robiąc krok przed siebie i wyciągając dłoń w górę w pełnym wściekłości, chociaż pustym geście.

– Co?! – wrzasnął i krzyknąłby coś jeszcze, ale nagle zabrakło mu słów. Zadrżał. Wycelował palec w Anię. – Ty suko – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Siostra w odpowiedzi uśmiechnęła się leciutko. Zbliżyła się do niego i klepnęła otwartą dłonią w zarumieniony ze złości policzek.

– Ogarnij się wreszcie, bracik – poradziła mu. – I posprzątaj tu trochę. Aż dziw, że jeszcze nie masz robactwa.

A potem wyszła, zabierając ze sobą swój skórzany płaszczyk. Dawid został sam. Z niedopitym piwem, niedopałkiem w zlewie pełnym brudnych naczyń i pracującym cicho w kącie komputerem.

Zrobił jedyną rzecz, którą był w stanie wymyślić. Dopił piwo, otworzył kolejne i wrócił na Facebooka.

13

Zaparkował seicento na parkingu przy warsztacie. Około południa był jedynym klientem. Doczekał do końca piosenki z radia i wysiadł z samochodu.

Bramą wszedł do wnętrza garażu. Na podnośniku stał tylko jeden samochód. Oczywiście golf. Na oko dziesięcio­letni i prawie na pewno sprowadzany z Niemiec. Poprzedni właściciel – według ogłoszenia typowy Helmut, który jeździł nim tylko do kościoła i z powrotem. Faktycznie – popowodziowy syf, gdzie pewnie do teraz waliło grzybem.

Przy aucie pracował wytatuowany facet ze słuchawkami na uszach. Poruszał niemo ustami, powtarzając słowa lecącej z komórki piosenki. Dwóch innych, w granatowych kombinezonach, siedziało przy stoliku w kącie, grając w karty nad obowiązkowym kalendarzem z gołą babą. Na widok Dawida jeden z nich, chłopak z blond czupryną zaczesaną na bok i twarzą brudną od smaru, podniósł się z krzesła.

– I co tam, szefie? Zdecydował się pan?

– Słucham?

– No tyle pan siedział w tym swoim batmobilu, że się zastanawialiśmy, czy w ogóle pan do nas zajrzy. Ale widzę, że się pan zdecydował. To co robimy?

– Ja nie z samochodem. Przyjechałem do szefa.

Blondyn poprawił grzywkę i dłonią wskazał na drzwi do części biurowej. Dawid podziękował, a mechanik wrócił do gry.

Biuro okazało się niewielkim pomieszczeniem, w którym ledwo mieściły się krzesła dla klientów, stół wyłożony kolorowymi magazynami sprzed miesiąca, baniak z wodą i szerokie biurko. Siedziała przy nim blisko czterdziestoletnia kobieta, która uśmiechnęła się przyjaźnie na widok Dawida. Miała na sobie fioletowy żakiet, a z szyi zwisał jej naszyjnik z wielkich sztucznych pereł. Na przeciwległej ścianie znajdowały się następne drzwi, prowadzące do kolejnego pokoju.

– Pan do nas z… – Kobieta zawiesiła głos, wciąż się uśmiechając. Dawid nie odpowiedział. Oglądał zawieszone na ścianie dyplomy, które informowały, że pracujący w warsztacie mechanicy najlepiej na świecie wymieniają świece, olej i opony. Wszystkie potwierdzone zamaszystym podpisem i poważnie wyglądającą pieczątką czegoś tam, skądś tam, ale ważne, że z zagranicy.

– Ja do pana Gołębia.

Kobieta spojrzała na Dawida z powątpiewaniem.

– Był pan umówiony?

– Aha.

– Pana godność?

– Dawid Wolski.

Sięgnęła po telefon i pomalowanym na bordowy kolor paznokciem wybrała numer. Detektyw usłyszał dzwonek za ścianą, a później ktoś podniósł słuchawkę.

– Tak, pani Aniu? – dobiegło zza drzwi.

– Pan Wolski do pana, proszę pana – powiedziała kobieta.

Ściana oddzielająca pokoje niemal zadrżała od głębokiego sapnięcia.

– Niech go pani wpuści.

Kobieta bardzo powoli odłożyła słuchawkę.

– Chyba wiem, gdzie iść – oznajmił Dawid.

Następny pokój. Jeszcze mniejszy niż poprzedni. Na jednej ścianie kalendarz z oponami Bridgestone, na innych półki uginające się od segregatorów. Za komputerem Jarosław Gołąb, który wyprostował się, kiedy tylko Dawid przekroczył próg. Wysoki facet. Musiał mieć dwa metry albo trochę ponadto. Po czterdziestce, z wąsem na blisko pół twarzy, jak przystało prawdziwemu Ślązakowi, ale szczupły. I wysportowany. Miał na sobie obcisłą sportową koszulkę, jakby chciał podkreślić muskulaturę.

– Pan Dawid Wolski? – zapytał głębokim głosem.

– Zgadza się – odpowiedział Dawid, wyciągając przed siebie rękę, ale Gołąb od razu sięgnął po bluzę z kapturem i ubrał się w trzech szybkich ruchach.

– Miał pan być godzinę temu.

– Zaspałem.

Gołąb zastygł, wpatrując się w Dawida spod ciemnych, gęstych brwi. Wyglądał, jakby się zastanawiał, czy nie przełożyć go przez kolano i nie dać mu kilka razy pasem na goły tyłek.

– Gdyby nie chodziło o moją siostrę… – mruknął wreszcie, wznosząc oczy. – Pan pójdzie za mną.

Wyszli na zewnątrz. Gołąb stanął przy seicento.

– Pańskie? – zapytał, wskazując na ciągle stojący samotnie na parkingu samochód.

– No.

– Chyba trudno się dorobić w pańskim fachu, co?

Dawid wzruszył ramionami.

– Pan wprowadzi do warsztatu. Chłopcy zerkną. Zawsze coś znajdą. Co się da, to na poczekaniu zrobimy. – Gołąb mrugnął. – Na koszt firmy, rzecz jasna.

– Dziękuję, nie trzeba. Chociaż to miła propozycja. I trochę dziwna.

– Dlaczego?

– Bo jest pan znajomym mojego ojca. A mój ojciec nie zna miłych ludzi.

Gołąb machnął dłonią. Oparł się o ogrodzenie i obserwował przejeżdżające ulicą samochody.

– Można tu palić? – zapytał Dawid, trzymając już w dłoni paczkę papierosów.

– Nie.

Dawid zastygł w pół ruchu, szukając wzrokiem znaku ostrzegającego przed zaprószeniem ognia, ale żadnego nie znalazł. Sprzeciw Gołębia uznał za drobną szykanę, ale schował papierosy do kieszeni. Swoją drogą właściciel warsztatu mógł też być fanatykiem zdrowego trybu życia. Jednym z tych, którzy spędzają znaczną część życia, uprawiając sporty, przygotowując sobie bezglutenowe posiłki i drżąc ze strachu przed skutkami biernego palenia.

– O czym pan chciał porozmawiać? – zapytał.

– O moim siostrzeńcu, oczywiście. Znalazł pan coś, co podważałoby wersję o jego samobójczej śmierci?

– Przykro mi, ale to sprawa pomiędzy mną a pańską siostrą.

Gołąb westchnął. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął z niej gruby zwitek banknotów. Ściągnął z niego gumkę recepturkę, wyjął trzy banknoty stuzłotowe oraz jeden dwustuzłotowy i podał Dawidowi.

– Dla pana. I proszę się nie bać. Nic nie powiem siostrze.

Dawid wziął banknoty i schował najszybciej, jak potrafił.

– To jak? – naciskał Gołąb.

– W dniu samobójczego skoku pańskiego siostrzeńca klapa na dach była zamknięta. Od wewnątrz. Powinna być otwarta, bo przecież Mateusz nie miał jej jak zamknąć. Z całym szacunkiem, oczywiście, ale jak leżał na tym trawniku na dole…

– Zrozumiałem – przerwał mu Gołąb. – I to tyle?

– Na razie.

– To nie było warte pięciu stówek.

– Teraz to już trochę za późno na targowanie – usiłował zażartować Dawid.

– Ano – zgodził się ponuro Gołąb i podrapał się po brodzie. – Tę kłódkę to przecież każdy mógł zamknąć.

– Jest pan już kolejną osobą, która mi to mówi.

– No proszę. To może trzeba posłuchać. Moim zdaniem powinien pan sobie odpuścić. Nic pan nie znajdzie.

– Może. Ale pańska siostra chce czegoś innego.

– Moja siostra jest w żałobie. Straciła jedynego syna. Nie myśli jasno.

– Odniosłem inne wrażenie.

Gołąb prychnął zniecierpliwiony.

– Dobra. Ile pan chce, żeby się od niej odpierdolić?

Dawid aż zachłysnął się własną śliną z wrażenia. W pierwszym momencie przez głowę przebiegł mu szereg czterocyfrowych liczb. Zastanawiał się, czy ta zaczynająca się od dziewiątki jest za wysoka i tylko wkurzy Gołębia, czy może powinien zagrać ryzykownie i zobaczyć, co się stanie. A potem przypomniał sobie Górnika, który jak z nut odpowiadał na każdą wątpliwość związaną ze śmiercią Mateusza. Najpierw to, teraz propozycja łapówki. Dawid poczuł, jak po plecach przebiega mu nieprzyjemny dreszcz. Coś z tą sprawą było mocno nie tak. Za bardzo im wszystkim zależało. Nagle te banknoty od Gołębia zaczęły parzyć Dawida w kieszeni. A jeśli to była pułapka? Zaraz facet zadzwoni do ojca, opowie o wszystkim, doda coś swojego i będzie po ptokach. Ojciec się wkurzy, zadzwoni do Rosolskiego, a potem do reszty swoich znajomych, którzy od czasu do czasu podrzucali Dawidowi zlecenia. Te głupie pięć stów mogło go drogo kosztować.

– To raczej nie wchodzi w rachubę – powiedział, przełykając ślinę. Kombinował już, jak się wytłumaczy z przyjętych pieniędzy. Powie, że wziął łapówkę, żeby zdobyć zaufanie Gołębia. I że nie zdradził nic, czego nie było w aktach śledztwa (co było przecież prawdą i Dawid ucieszył się, że zapomniał wspomnieć o marihuanie).

– Niech pan się nie wygłupia, tylko powie ile.

– Bardzo mi przykro, ale nie mogę. Mam podpisaną umowę i decyzja o rezygnacji ze śledztwa nie należy do mnie. Poza tym – wziął głębszy oddech, próbując sobie przypomnieć to, co powiedziała mu Ewelina Baliczka – nawet jeśli ja odejdę, to na moje miejsce przyjdzie inny detektyw. Taki, który może mieć mniej etyczne i moralne podejście do tej sprawy niż ja.

– Etyczne? Moralne? Przed chwilą wziąłeś ode mnie pięć stówek!

– Chce je pan z powrotem? – zapytał Dawid, sięgając już do kieszeni.

Gołąb zacisnął usta i splunął na bok.

– Trzymaj je pan sobie – westchnął. – Dobra. Pan sobie teraz myśli pewnie nie wiadomo co, ale to zupełnie nie tak. Kochałem tego chłopaka. I kocham swoją siostrę. I wszystko, co robię, robię z myślą o jej dobru. To jasne?

– Nigdy w to nie wątpiłem.

– Mateusz nie miał łatwego życia. Ojciec odszedł od nich, kiedy chłopak miał osiem lat. Poznał go pan? Albo rozmawiał o nim z Marysią?

– Nie.

– Nie pasowali do siebie. Ona jest delikatna. On był dupkiem. Takim, co cały czas chce wszystko wszystkim udowadniać. Kupiła to, chociaż ją ostrzegałem. I przez pierwsze lata to nie wiadomo było, kto chodzi bardziej w niego zapatrzony – Mateusz czy jego matka.

Na twarzy Gołębia pojawił się wyraz głębokiego niesmaku.

– Miał pozwolenia na broń – kontynuował. – I wszędzie z nią chodził. Żeby się popisywać. Kiedy tylko mógł, to wyciągał i kładł na stole. Zawsze chciał wszystkich uczyć strzelać. Nawet Marysię i Mateusza. Ją to chyba nawet kilka razy wyciągnął na strzelnicę. Ale najgorsze było to, że miał w dupie rodzinę. Tylko na te polowania z kolegami jeździł. A potem nas wszystkich zarzucał tymi pieprzonymi zwierzakami. Pamiętam, że od jednej sarny to wszyscy jakiegoś tasiemca albo innego gówna dosta­liśmy.

 

– Naprawdę?

– No. Albo jej w ogóle nie zawiózł do przebadania, albo po pijaku zapomniał, albo weterynarz spartolił. W każdym razie, kiedy teraz widzę dziczyznę, to od razu mi się na rzyganie zbiera.

– Dlaczego się rozeszli?

– Normalnie. Chyba bez wyraźnego powodu. Tak długo się psuło, że w końcu się zepsuło. Jak w życiu. Tylko Marysia, niech pan tego jej nie mówi, sobie z tym nie poradziła. Ona potrzebuje kogoś, kto się nią zaopiekuje. Kogoś, na kim będzie mogła się oprzeć. Pan rozumie?

– Chyba tak.

– Wszystko to spadło na Mateusza. Pan sobie może wyobrazić, jak to wpłynęło na ośmioletniego chłopaka.

– A pan się nią nie mógł zająć? – zapytał Dawid i natychmiast pożałował, czując na sobie spojrzenie Gołębia.

– Próbowałem. Nie pozwoliła.

– A Mateusz?

– Różnie bywało. Czasami był twardy, czasami się załamywał. Szczególnie jeśli Marysia przechodziła przez trudniejszy okres, a takie były często.

– Spotykała się po rozwodzie jeszcze z kimś? Jeśli mogę zapytać.

– Nie. Wszystko, co miała, to włożyła w Mateusza. A to też mu nie pomogło. Bywały takie dni, że chciał od niej uciekać. Oderwać się. Normalnie, jak nastolatek, nie? Ale potem miał wyrzuty sumienia, że wydawało się, że się w rękach rozleci. W ogóle czasami… – przerwał w pół słowa.

– Tak?

Gołąb nachylił się do Dawida, patrząc mu prosto w oczy.

– Powiem, ale jak powtórzysz Marysi, to cię zabiję. Jasne?

– Jasne.

– Ale ja nie żartuję.

Dawid zerknął na szerokie ramiona, umięśnione ręce i wielkie łapy Gołębia. Dał znak, że rozumie. Mechanik rozluźnił się trochę.

– Mam córkę. Izę. Niedawno poszła do pierwszej komunii. Właściwie to dokładnie w ten dzień, kiedy się dowiedzieliśmy. Wychodziliśmy właśnie z kościoła, kiedy Marysia zadzwoniła. I dziwna sprawa. Moja pierwsza myśl była taka, że mógł gnojek poczekać, bo mojej córce komunię spierdolił. Ale nie o tym chciałem mówić. Mateusz bardzo lubił moją córkę. Nazywał ją „Potwór”. Dziwna rzecz, ale ona też go lubiła. Dużo czasu spędzali razem. Przychodził do nas często. Dla mojej żony to była świetna sprawa, bo zajmował się Izą. Chciała się bawić na placu zabaw, szedł z nią na plac zabaw. Chciała się bawić lalkami, brali lalki. Mieli budować z klocków, budowali.

Dawid podrapał się po udzie, zastanawiając się, jaki jest finał tej opowieści.

– Ja nie byłem taki zachwycony. Przez chwilę zastanawiałem się, czy Mateusz nie jest, ten…

– Pedofilem?

Gołąb skrzywił się, kiedy usłyszał to słowo, ale przytaknął.

– Może nie aż tak. Ale czy wszystko jest z nim w porządku. Czy nie ma jakichś odchyłów. Ale nie miał. Po prostu lubił przebywać z moją córką. Udawać koniki Pony, przebierać Barbie w różne ciuszki i takie tam. Zastanawiałem się, dlaczego to robi. Potem mnie oświeciło.

– Dlaczego to robił?

– Bo to była dla niego proteza dzieciństwa. Takiego zwyczajnego. Prostego. Beztroskiego. Takiego, jak ma być. Bo swojego, normalnego, to on nie miał. Niestety, także przez moją siostrę.

– Rozumiem.

– Nie sądzę – mruknął Gołąb. – Byłem temu chłopakowi jak ojciec na tyle, na ile potrafiłem. Kochałem go. Ale powiem panu szczerze – i jeszcze raz: jeśli pan powtórzy siostrze, to zabiję – kiedy się dowiedziałem, że skoczył, nie byłem zdziwiony.

Gołąb podszedł do seicento. Kucnął przy samochodzie i zajrzał pod podwozie.

– Proszę uważać na Marysię i niech pan nie zrobi jej krzywdy – powiedział, oglądając auto.

– Oczywiście. Tak jak mówiłem, mamy podpisaną umowę i obowiązują nas przepisy prawa, które zakładają…

– Jasne, jasne.

Gołąb wstał. Klepnął dach seicento otwartą dłonią.

– Jakby co, to niech pan wpadnie do nas. Będzie zniżka.

– Jakby co?

– Jakby ktoś panu samochód zniszczył – powiedział grobowym głosem Gołąb. – Niech pan lepiej będzie ostrożny.

Wrócił do warsztatu. Mateusz wsiadł do seicento. Zapalił silnik, a zaraz potem papierosa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?