WampirTekst

Z serii: Ze Strachem
Z serii: Cykl gliwicki #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir
Wampir
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Wampir
Wampir
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
19,99 
Szczegóły
Audio
Wampir
Audiobook
Czyta Mateusz Znaniecki
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Wrócił do domu późno.

Autobusy z Wilczego Gardła jeździły raz na pół godziny. Na pierwszy nie zdążył. Następny mu odjechał, bo musiał się schować w pobliskich krzakach, kiedy zobaczył samochód Baliczki. Ten jak na złość zatrzymał się jeszcze tuż przy przystanku, żeby coś kupić w pobliskim sklepie. Dawidowi udało się wsiąść dopiero w trzeci.

Kiedy wreszcie wszedł do mieszkania, był zły, zmęczony i głodny. Ściągnął z siebie śmierdzące odświeżaczem do powietrza ubranie i wrzucił je do kosza. Na obiad przyrządził fasolkę po bretońsku ze słoika, którą popił piwem i zagryzł wczorajszą kajzerką. Wyjrzał przez okno – do sąsiadów w bloku naprzeciwko. Miał dwoje ulubionych. Panią Która Się Źle Prowadzi i Surfera. Ta pierwsza włączała światło w domu o najdziwniejszych porach. Albo prasowała, albo gotowała, albo robiła coś równie absurdalnego w środku nocy. Surfer natomiast zazwyczaj miał opuszczone rolety, na które padał jego cień, sugerujący, że Surfer właśnie surfuje. Jedną rękę trzymał wyciągniętą przed siebie, drugą lekko za sobą i kołysał się na ugiętych nogach, jakby mu deska podskakiwała na falach. Też wariat. Tym razem Dawid nie dostrzegł ani jej, ani jego.

Po wyczerpującym dniu najchętniej położyłby się spać, ale obiecał Rosolskiemu plan śledztwa. Walcząc sam ze sobą, wyciągnął spod łóżka kopie akt i włączył kom­puter.

Mateusz Polak, lat dwadzieścia. Świeżo po liceum. Kończył właśnie pierwszy rok socjologii na Politechnice Śląskiej. Zginął po upadku z dachu bloku na osiedlu Kopernika. Policja i prokuratura stwierdziły, że to samobójstwo. Matka nie wierzyła. Dlatego właśnie wynajęła Rosolskiego. A on, w momencie wyczerpania prawnych możliwości wpływania na prokuraturę, zasugerował zatrudnienie prywatnego detektywa, który poprowadziłby własne śledztwo. Zaproponował Dawida, a ten się zgodził. I tyle formalności.

Dawid wyciągnął się na krześle i przymknął powieki, próbując sobie przypomnieć twarz chłopaka ze zdjęcia. Dwadzieścia lat.

Dwadzieścia lat. Dawid pomasował czoło, próbując przypomnieć sobie, kim on był w tym wieku. Co czuł, co planował, jakie było jego życie. Zaraz pożałował. Te wspomnienia nie były niczym przyjemnym. Nie było wśród nich nic z tego, o czym opowiadał matce Mateusza. Żadnych narkotyków, imprez do samego rana, epickich melanży, od których trząsłby się cały Kraków. Było za to uczucie osamotnienia, którego musi doświadczać człowiek wędrujący po zamarzniętym jeziorze, czekając, aż lód się pod nim załamie. I nagle Dawid pomyślał, że dwadzieścia lat to bardzo dobry wiek, żeby popełnić samobójstwo. Pożałował, że sam tego nie zrobił. W czym był przecież gorszy od Mateusza? I on mógłby sobie znaleźć jakiś wieżowiec, może nawet ten sam, na Kopernika w Gliwicach, albo inny, większy, w Krakowie. Nawet szkieletor[3] by się nadał, albo coś innego na Azorach czy Kurdwanowie. Wszedłby do klatki schodowej. Wjechałby windą na ostatnie piętro, potem odnalazł drabinkę na dach. Musiałby się pozbyć jakoś kłódki. Spiłowałby ją pilnikiem albo użył łomu.

Zrobiłby to w nocy. Najlepiej pogodnej. Tak żeby miał nad sobą tylko gwiazdy, setki gwiazd. Wybrałby jedną, najjaśniejszą, najpiękniejszą i wpatrując się w nią, kroczył, oddychając spokojnie, w stronę krawędzi dachu. Rozłożyłby ręce, rozpostarł palce, by muskał je lekki, chłodny wiaterek. A potem poczułby pustkę pod stopami i nagłą panikę. Może by krzyknął. A może nie.

Na pewno by nie żałował. A ty, Mateusz? Żałowałeś? Chociaż przez chwilę? Przez mgnienie oka?

A potem…

Otworzył gwałtownie oczy i zaczerpnął powietrza, jakby właśnie wynurzył się z wody. Serce waliło mu mocno w piersi. Poderwał się z kanapy i podszedł do biurka. Sięgnął po paczkę papierosów i zapalił jednego. Zaciągnął się i od razu go to uspokoiło.

– O co, kurwa, chodzi? – mruknął, przecierając blade czoło.

Łom, pilnik – słowa pojawiły mu się w głowie same. Żeby dostać się na dach, Mateusz musiał jakoś przeciąć kłódkę. Ale nie znaleziono żadnych narzędzi. Dlaczego? Bo miał klucz. Cieć mówił, że dzieciaki robiły sobie na dachu imprezy. Mateusz pewnie w nich uczestniczył. Ale cieć powiedział coś jeszcze. Co to było? Dawid nachylił się nad rozłożonymi aktami, nie zważając na to, że leci na nie popiół i żar z zapalonego papierosa. Przerzucał kartkę za kartką, szukając fragmentu, o którym wiedział, że musi tam być, ale którego za nic nie potrafił sobie przypomnieć. I wreszcie go znalazł. Raport z oględzin miejsca wypadku: „Tomasz Mroczek, gospodarz budynku, otworzył kłódkę od włazu na dach i wprowadził nas na górę”.

Otworzył kłódkę. Dawid uśmiechnął się pod nosem. Pomyślał, że tak właśnie muszą czuć się ci wszyscy prawdziwi detektywi z filmów i seriali, kiedy dokonują przełomu w sprawie.

Wyprostował się i raz jeszcze zaciągnął papierosem, a potem, z każdą chwilą coraz bardziej zadowolony z siebie, wypuścił nosem dym.

Cieć otworzył kłódkę. Czyli była zamknięta. Czyli ktoś musiał ją zamknąć. A Mateusz nie mógł tego zrobić, bo leżał właśnie dziesięć pięter niżej na trawniku pod klatką. Czyli musiał to zrobić ktoś inny. Ktoś, kto był z nim tamtej nocy.

Ktoś, kto go zepchnął.

9

Adam Górnik w niczym nie przypominał tamtego chłopaka, którego Dawid zapamiętał z podstawówki. Wtedy był wypłoszem, który próbował dodawać sobie pewności siebie, chodząc kołyszącym krokiem z ramionami rozpostartymi jak kulturysta i udając, że ma jakiekolwiek mięśnie. Ulubioną zabawą Dawida i kolegów było paradowanie za Adamem dokładnie w ten sam sposób co on (czasami potrafili tak przejść cały szkolny korytarz), dopóki się nie zorientował. Zawsze reagował tak samo. Czerwienił się jak indor i ruszał za nimi w pościg. Zwykle udawało im się uciec, ale nawet jeśli Adam złapał jednego z nich, nie było w tym wielkiej szkody. Chłopak nie wiedział, jak się zachować. Niby bił, ale lekko i zawsze w ramiona. Nigdy w twarz czy jądra. Bał się zrobić coś więcej. Potem im jeszcze groził, że tym razem to takie ostrzeżenie, ale następnym razem… Następnym razem było dokładnie tak samo. Kiedyś przez przypadek wylądowali na jednym wakacyjnym obozie sportowym. To był rok 1996. Finał mistrzostw Europy, mecz Niemcy–Czechy. Dawid dobrze to zapamiętał, bo Adam jako jedyny kibicował wtedy Niemcom. Dawid zatruł mu tamten wyjazd. Powtarzał numer ze szkoły i do Górnika wkrótce przylgnęła ksywka „Kulturysta”. Nienawidził jej.

Po podstawówce spotkali się dopiero na studiach. Prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dawid zaczynał, Adam kończył. Ponieważ Górnik udzielał się w samorządzie, pomagał pierwszoroczniakom. Od razu rozpoznał Dawida. Przywitał się z nim tak, że graniczyło to z arogancją. Tak witał się pan na włościach ze swoim poddanym, któremu przed chwilą zgwałcił córkę na sianie. Górnik nie udawał już kulturysty. Był przystojny, wysportowany i pewny siebie. I jako prokurator prokuratury rejonowej w Gliwicach właśnie taki pozostał. Tylko że teraz nosił dodatkowo całkiem przyzwoicie dopasowane garnitury.

Uścisnął mocno dłoń Dawida i zajął miejsce naprzeciwko. Wiklinowy fotel zaskrzypiał pod ciężarem jego ciała. Siedzieli pod kopułą ze sztucznego tworzywa, w knajpie ustawionej na płycie gliwickiego rynku. Promienie słońca padały prokuratorowi prosto na twarz. Najpierw zasłonił oczy dłonią, a potem przesunął się wraz z siedziskiem odrobinę w bok.

– Tak lepiej – mruknął.

Kelnerka, młoda dziewczyna z blond włosami zawiązanymi w koński ogon, który kołysał się w rytm jej kroków, oderwała się od rozmowy z koleżanką i podeszła do nich. Zza paska wyciągnęła maleńki notatnik.

– Co podać?

– Kawę – powiedział Górnik. – Espresso. Żadnego cukru. Żadnej śmietanki.

– To samo.

Dziewczyna nic nie zapisała. Poinformowała ich, że zaraz przyniesie, i odeszła. Prokurator poruszył się w fotelu, jakby próbował się podrapać wiklinowymi witkami po plecach, i chrząknął.

– Co słychać? – zapytał.

– Wszystko dobrze – odpowiedział Dawid.

– A co u ojca? Słyszałem, że jest chory.

– Ja też.

– No tak. Ciągle nie żyjecie ze sobą za dobrze, co?

– Niespecjalnie.

– Ile to już lat?

– Dużo.

– Niemniej. Jakby była okazja, pozdrów go ode mnie. Dobra?

– Nie ma sprawy.

Górnik uśmiechnął się. Nagle wstał. Wskazał palcem na swoją marynarkę.

– Pozwolisz?

Dawid machnął ręką, wykonując przyzwalający gest. Górnik zdjął górę od garnituru i zawiesił ją na oparciu.

– Nie mam za dużo czasu, więc się streszczaj, dobra?

– Dobra. Mateusz Polak.

Górnik zmarszczył brwi, ale po chwili jego twarz się rozpogodziła.

– Skoczek z Kopernika. Pamiętam go. Co z nim?

– Chciałem porozmawiać o śledztwie w sprawie jego śmierci. Ty je prowadziłeś.

– I umorzyłem. Brak śladów, żeby do jego śmierci przyczyniły się osoby trzecie.

– Szybko ci to poszło.

– Zdarzają się w tej pracy takie przyjemne sprawy – przyznał Górnik.

Kelnerka wróciła ze srebrną tacą, na której niosła dwie filiżanki kawy. Jedną położyła przed prokuratorem, drugą przed Dawidem. Cukiernicę ustawiła dokładnie pośrodku stołu.

– Podać coś jeszcze? – zaszczebiotała.

Górnik odgonił ją ruchem ręki, jakby była natrętną muchą, i sięgnął po kawę. Upił łyk.

– Pracujesz dla jego matki, co?

– Nie – zaprzeczył Dawid. – Dla Rosolskiego.

– Który jest jej adwokatem. Nie rób sobie teraz jaj, dobra?

Dawid wzruszył ramionami. Potarł kciukiem czubek nosa. Prokurator przyglądał mu się uważnie, żeby wreszcie westchnąć ciężko.

 

– Irytująca kobieta. Wszystkiego się czepiała.

– Straciła syna.

– A od kiedy ty jesteś taki empatyczny, co?

– Po prostu mówię.

Górnik nie próbował nawet ukryć swojego braku wiary w dobre intencje Dawida.

– Nie ma racji – stwierdził mocnym, nieznacznie podniesionym głosem – cokolwiek ci naopowiadała, nie ma racji. Chłopak skoczył. Zdarza się.

– Z bloku na Kopernika. Ile to jest kilometrów od jego domu? Pięć, dziesięć? Co on tam robił w środku nocy?

– Był na imprezie. Szedł na kolejną. Młodzi mają różne swoje dziwne odpały.

– Nie zostawił listu samobójczego.

– Mało kto zostawia. Masz coś jeszcze?

– Przygotował sobie ubranie na następny dzień.

– Słucham?

– Następnego dnia miał jechać na komunię u kuzynki. Byłem u niego w pokoju. Na krześle leżały wyjściowe spodnie i biała koszula. Czy tak właśnie postępuje facet, który chce się zabić? Przygotowuje sobie ciuchy na jutro?

Prokurator uśmiechnął się nieznacznie. Palcem wskazującym gładził filiżankę z kawą.

– Ubrania, mówisz?

– No.

– Też byłem u niego w pokoju. Nie widziałem tam żadnych ubrań na komunię. Tylko straszny bałagan.

– Sugerujesz, że to jego matka ułożyła te ciuchy? Po co miałaby to robić?

Górnik zbliżył filiżankę do ust. Pijąc, pochylał się do przodu, tak żeby nie pobrudzić koszuli, gdyby przypadkiem uronił jakąś kroplę.

– Ułożyła, nie ułożyła – powiedział, kiedy przełknął, i machnął lekceważąco dłonią. – Z twoich pytań wynika, że ty sobie wyobrażasz nie wiadomo co. Że ten Mateusz ileś tam kombinował, jak skoczyć, skąd skoczyć, komu wysłać list, a komu tylko esemesa. A to zupełnie nie tak. Zdziwisz się, chłopaku, ale decyzja o samobójstwie często jest dość spontaniczna. Po prostu człowiekowi coś takie wpada do łba i bierze się do roboty. Jak ma szczęście, to jest przy nim ktoś, kto go powstrzyma. Jak nie, to skacze z dachu. Tyle.

– Pierdolisz.

– Po pierwsze, uważaj na słowa, bo ja nie jestem twoim kumplem, tylko urzędnikiem państwowym. Jasne? A po drugie, opowiem ci teraz anegdotkę. W moim bloku mieszkał sobie pijaczek. Pijaczek miał żonę i córkę. Bardzo je kochał, ale nie działo się pomiędzy nimi dobrze. A właściwie działo się bardzo źle. I to latami. Pewnego razu żona wzięła ze sobą córkę i pojechały do siostry na obiad. Nic nie powiedziały pijaczkowi. Ten, kiedy wrócił do domu, zobaczył, że obu kobiet jego życia nie ma i nie wiadomo gdzie są. A zwróć uwagę, że mówimy o erze, kiedy nie było komórek i nie każdy miał stacjonarny w domu. Więc ten nasz pijaczek powiesił się na żyrandolu z rozpaczy. Wstrzymałby się pół godziny i doczekał powrotu żony i córki, szczęśliwych i najedzonych klopsikami z surówką i ziemniaczkami. Kłopot w tym, młody, że samobójstwo to nie jest poważna sprawa. Ludzie robią głupie rzeczy z głupich powodów, i tyle.

Prokurator zakończył i zadowolony z siebie rozsiadł się w wiklinowym fotelu. Dawid miał ochotę wymierzyć mu pod stołem kopniaka prosto w jądra. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy udałoby mu się dosięgnąć, gdyby rzeczywiście spróbował.

– Klapa od dachu była zamknięta na kłódkę – powiedział zamiast tego. – Kiedy przyszliście na oględziny. Mateusz nie mógł tego zrobić, bo według ciebie skoczył z dachu.

– To zrobił to ktoś inny – odparł niezrażony prokurator. – Do tego nawet nie był potrzebny klucz, jeśli dobrze pamiętam. Wystarczyło tylko wsadzić bolec w dziurę i zatrzask sam działał.

– Po co ktoś miałby to robić?

Górnik niechętnie wyprostował się i nachylił do Dawida.

– Nie wiem – przyznał. – Ale ktoś zrobił. Bywa. W tej pracy szybko się uczysz, że nigdy nie dowiemy się wszystkiego. Ale wiemy wystarczająco dużo. Nie ma żadnych śladów wskazujących na udział osób trzecich. Facet był przygnębiony po rozstaniu z dziewczyną.

Prokurator przerwał, widząc zaskoczenie na twarzy Dawida.

– O tym ci jego matka nie powiedziała, co? – zapytał z sarkastycznym uśmiechem. – To pogadaj z nią o tym. O dziewczynie. O problemach z kumplami. O przygnębieniu. O kiepskich wynikach na studiach. Porozmawiaj sobie. Ciekawych rzeczy się dowiesz.

– A obrażenia? Wyglądał całkiem nieźle jak na faceta, który spadł z dziesiątego piętra, co? Tylko parę siniaków.

– Ilu skoczków widziałeś w życiu?

Dawid nie odpowiedział.

– Właśnie. A ja paru miałem przyjemność. Niektórzy rzeczywiście przypominają pomidora, którym rzuciło się o beton, ale o innych to byś pomyślał, że się po prostu położyli na chwilę na chodniku i zaraz wstaną. Mateusz należał do tej drugiej grupy. I matka powinna się z tego cieszyć. Zamiast normalnego chłopaka mogłaby w trumnie chować to, co pozbieralibyśmy z ziemi szufelką. I to bez gwarancji, że pozbieraliśmy wszystko.

– Tylko że te siniaki były dość charakterystyczne dla ofiary pobicia.

– Tak twierdzi Rosolski.

– I lekarz medycyny sądowej, z którym się konsultował.

– Natomiast ten, który naprawdę widział ciało, nie zgłaszał zastrzeżeń. Zresztą zdecyduj się, chłopaku. Albo dobrze wyglądał, albo miał ślady sugerujące pobicie. Jedno z dwóch – powiedział Górnik i dopił kawę.

Dawid zasępił się. Górnik rozbroił wszystkie bomby, które dla niego przygotował, i nawet się przy tym nie spocił. Nie to, żeby Dawid mu uwierzył, ale sama świadomość, że prokuratorowi poszło tak łatwo, była upokarzająca. No i dziwne, że Adam tak dobrze wszystko pamiętał, skoro to była taka prosta sprawa. Przygotowywał się? Ale skąd miał wiedzieć, o czym będą rozmawiać?

– Słuchaj – zaczął Górnik, wyciągając dłoń do pokonanego przeciwnika – wiem, że dopiero wchodzisz w tę sprawę. Wiem, że jesteś podekscytowany. Ale serio, gdyby tam coś było, tobyśmy to znaleźli.

– To co według ciebie mam zrobić?

Prokurator wstał, zastanawiając się nad odpowiedzią. Zdjął z oparcia marynarkę i włożył ją.

– Spróbujcie z Rosolskim nie wyłudzić od niej ostatniego grosza – powiedział wreszcie i mrugnął porozumie­wawczo.

– Postaramy się – odparł Dawid.

Górnik strzepnął z rękawa pyłek. Jego wzrok padł na przylepiony do plastikowej szyby plakat z zaginioną Alicją Kowalczyk. Musiał wisieć tu od dawna, bo wypłowiał. Tusz drukarski rozmazał się, przez co dziewczyna miała pod oczami dwie szare smugi. Jej wzrok spod jasnej grzywki padał wprost na prokuratora.

– Potem możesz zająć się nią. – Górnik wskazał palcem na zdjęcie. – Tylko się pospiesz, zanim jej starzy zupełnie wypstrykają się z kasy. Teraz to chyba najwięksi pracodawcy we Wrocławiu. Kto tam ma licencję, ten gania za tą dziewuchą.

– Wrocławiu? Czemu we Wrocławiu? – zapytał Dawid.

– Tam ostatnio logowała się jej komórka – wytłumaczył prokurator. – Mamy nagranie z monitoringu, jak kupuje bilet w kasie w Gliwicach i wsiada do pociągu. Potem ślad po niej zaginął. Ale sam możesz sobie wszystko w necie przeczytać. Zajrzyj sobie na jej fanpage na Facebooku.

– Ma fanpage?

– Jasne, że tak – prychnął Górnik. – Pół Polski za nią gania. Różni wariaci założyli jej stronę i teraz wspólnie tam kombinują, co się mogło z nią stać. Na razie mają same głupie pomysły, ale kto wie, może wpadnie im coś mądrego do łba. Chociaż wątpię.

– Monitorujecie to?

– Od czasu do czasu. Mamy nadzieję, że pojawi się tam ten, kto jest odpowiedzialny za jej zniknięcie. Jakiś palant, który chce się poczuć ważny. Rzuci jakąś aluzję, zdradzi się szczegółem, którego nie powinien znać.

– A to już pewne, że ktoś jej pomógł zniknąć?

– Istnieje prawdopodobieństwo, że sama sobie coś zrobiła albo że przez cały ten czas siedziała na kąpielisku w Pławniowicach. Osobiście nie stawiałbym na to. Ale i tak już ci za dużo mówię.

Dawid przyjrzał się dziewczynie ze zdjęcia. Plakaty z jej podobizną przez całe lato wisiały na wszystkich murach, latarniach i drzewach, aż wreszcie tak doskonale wtopiły się w tło, że przestał je zauważać. Były normalnym elemen­tem gliwickiego pejzażu. Jak wbijająca się w niebo radiostacja, wojenne graffiti kibiców Piasta i Górnika czy zarzygani studenci politechniki w sobotni wieczór.

– Ładna – mruknął.

– Za młoda dla ciebie.

Dawid uderzył dłonią o blat stołu.

– Jak chodziliśmy do dziesiątki, to też była taka akcja, nie? Plakaty i telewizja. Jakiś chłopak zaginął. Ten, jak mu tam… – Zaczął pstrykać palcami, próbując sobie przypomnieć imię.

– Korsarz – powiedział prokurator.

– Właśnie! Korsarz! Chyba też go nie znaleźli.

– Nie pamiętam.

– Bo wiesz, może to jakaś seria jest. Najpierw Korsarz, teraz ta dziewczyna. Może mamy w mieście seryjnego zabójcę.

Twarz prokuratora stężała, jakby ktoś trzasnął go w łeb zwiniętą w rulon gazetą.

– Nie mamy – wyrzucił z siebie przez zaciśnięte zęby. – I zapomniałeś o tej twojej… jak jej było?

Uderzył celnie. I mocno.

– Ją wiadomo kto zabił – odpowiedział głucho Dawid.

– Sąd nie podzielił twojego zdania. I zapłać za kawę.

Górnik wyszedł, nie oglądając się za siebie. Dawid obserwował go, kiedy tamten przecinał rynek, kierując się w stronę parkingu na placu Inwalidów Wojennych. Wyjął portfel, odliczył kwotę za kawę i położył na jednej z filiżanek. Nie opuścił jednak lokalu. Zignorował urażoną brakiem napiwku kelnerkę i myślał o Alicji. W sumie Górnik miał rację. Mógłby się zainteresować sprawą. Zebrać materiały, wymyślić jakieś scenariusze, a potem zgłosić się do jej rodziców i zgarnąć kilka stówek za pozorowaną pracę. Musiał tylko mieć coś, żeby ich zainteresować, coś na co nie wpadł nikt przed nim. Postanowił, że na początek zajrzy na tę stronę z Facebooka.

Tylko że właśnie tego Górnik chciał, prawda? Żeby zajął się tą dziewczyną. Olał sprawę Mateusza. Tak jak wszyscy olali Igę.

No to gnojek się trochę przeliczy.

10

– To nie będzie miła rozmowa.

Maria Polak oparła się o kuchenną futrynę z kubkiem herbaty w dłoniach. Wydawała się nieobecna i Dawid zastanawiał się, czy w ogóle go usłyszała.

– Odbywam teraz niewiele miłych rozmów – odpowiedziała. – Właściwie to zdążyłam już zapomnieć, że one w ogóle istnieją. Chyba nie do końca wiedziałabym, jak się podczas takiej zachować.

Dawid odwrócił się, żeby ukryć wyraz zmieszania na twarzy. Nie czuł się dobrze w tym mieszkaniu. Pachniało tam zjełczałym tłuszczem i starym jedzeniem. Najgorszy był jednak dźwięk. Z niedokręconego kranu kapała woda. W kącie grało radio – Kuba Strzyczkowski po raz kolejny próbował się dowiedzieć, czy Polacy są za, a nawet przeciw, a Dawid po raz kolejny nie potrafił zrozumieć, kto wpuszcza na antenę tych wszystkich pacanów, którzy uważają, że mają coś istotnego do powiedzenia. W mieszkaniu na górze jakaś emerytka odkurzała dywany odkurzaczem, który musiał pamiętać stan wojenny i który hałasował tak, że można by za jego pomocą próbować rozpędzić demonstrację „Solidarności”. Przez to wszystko przebijało się jednostajne tykanie zegara zawieszonego w przedpokoju. Za każdym ruchem wahadła Dawid miał wrażenie, że ktoś mu wbija szpilkę prosto w skroń.

– O czym chciał pan porozmawiać? – zapytała kobieta.

Dawid podniósł wzrok, zmuszając się równocześnie do myślenia. Idąc tutaj, miał przygotowany cały plan rozmowy. Teraz oczywiście zastąpiła go pustka.

– O pani synu.

– To już wiem. Wspominał pan. Ale o czym konkretnie?

– Tak… – zawiesił głos. Spróbował zignorować zegar i zapach nieświeżego jedzenia. Maria odłożyła kubek z herbatą. Nachyliła się nad Dawidem, spoglądając mu prosto w oczy.

– Chyba nie zaczął pan znowu zażywać narkotyków?

– Nie – zaprzeczył energicznie. – Przepraszam. Mogę prosić o wodę?

– Już pan prosił.

Wskazała na napełnioną szklankę na stole. Zamrugał zaskoczony, ale nie zastanawiał się długo. Chwycił ją i wypił duszkiem zawartość. Zrobiło mu się lepiej. Zegar przycichł.

– Chodzi o to, że… – zaczął ostrożnie, skupiając się na tym, żeby nie zgubić wątku – znam już dobrze akta sprawy. Te wszystkie prokuratorskie brednie. Ale nie znam Mateusza. A powinienem go poznać. Dowiedzieć się, jakim był człowiekiem. Żeby to zrobić, będę musiał panią zderzyć z pewnymi prokuratorskimi stwierdzeniami na jego temat. Rozumie pani dlaczego?

– Nie – odpowiedziała gniewnie. – Nie rozumiem. Rozmawiałam z policją, z prokuraturą, z mecenasem Rosolskim. To wszystko jest opisane w aktach. Powinien pan to znać.

– Znam.

– To po co każe mi pan to wszystko jeszcze raz opowiadać? Dlaczego mam to znów przechodzić? Jak pan w ogóle śmie mi to proponować?! – zaczęła krzyczeć.

 

Dawid otworzył usta, ale nie zdołał wydusić z siebie żadnego słowa. Żałował, że tu przyszedł. Mógł pójść do domu. Poudawać pracę, pisząc jakieś nędzne sprawozdania dla Rosolskiego. Ale Górnik go wkurzył. I teraz Dawid ma za swoje. Wściekłą histeryczkę na karku, jako nagrodę za to, że raz chciał uczciwie popracować.

– Pali pan? – zapytała niespodziewanie.

– Tak.

– Rzeczywiście. Wspominał pan o tym.

Wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Dopiero po chwili zorientował się, o co jej chodzi. Sięgnął do kieszeni kurtki. Podał jej całą paczkę papierosów. Wzięła ją, zatrzymała wzrok na ostrzegawczych napisach w cyrylicy i wyjęła jednego. Oddała resztę Dawidowi. Przez chwilę rozglądała się, szukając zapałek. Zanim zdążył zaproponować jej zapalniczkę, odpaliła kuchenkę gazową. Nachyliła się nad nią z papierosem w ustach i odpaliła od błękitnego płomienia.

– Czy też mogę? – zapytał.

Machnęła przyzwalająco dłonią. Z szafki wyciągnęła talerzyk o pofalowanych brzegach i położyła go na stole, gdzie miał służyć jako popielniczka.

– Zacznie pan wreszcie? – zapytała.

Kiwnął głową, zaciągając się głęboko, żeby zyskać jeszcze te kilka sekund.

– Dlaczego nie wierzy pani, że mógł skoczyć?

Zmarszczyła brwi.

– Bo nie. Po prostu… – zawahała się, szukając odpowiednich słów. – Sama go wychowałam. Jego ojciec odszedł od nas. Dość wcześnie, kiedy Mateusz był jeszcze w podstawówce… Jak pańscy rodzice?

– Słucham?

– Pańscy rodzice. Rozwiedli się?

– Nie. Mieszkają tu, w Gliwicach.

– Więc pan nie zrozumie. – Nachyliła się nad talerzykiem i strzepnęła do niego popiół. – To zbliża matkę i dziec­ko. Tworzy się więź. Mocna. Ja bym wiedziała, gdyby coś się działo. Gdyby chciał coś sobie zrobić. Nie ukryłby tego przede mną. Nawet gdyby chciał.

– Tak.

– Nie wierzy mi pan?

– Wierzę.

Prychnęła lekceważąco.

– Niech się pan nie przejmuje. Policja też mi nie wierzyła. Nawet Rosolski mi nie wierzył. Ale ja panu płacę i nawet jeśli mi pan nie wierzy, ma pan pracować tak, jakby pan wierzył.

– Oczywiście.

– Proszę pytać dalej.

– Jaki był?

– Mateusz? – Jej dłoń zawisła w połowie drogi do ust. – To był dobry chłopiec. Miał przyjaciół. Studiował socjologię, ale to nie był jego wymarzony kierunek. W zeszłym roku nie dostał się na informatykę. Chciał gdzieś przeczekać ten rok i powtórzyć maturę. Myślę, że by mu się udało. Dużo się uczył. Zależało mu. Miał plany, wie pan. Dużo planów.

Przypomniał sobie pokój Mateusza. Nie widział tam żadnych książek, notatek ani zeszytów. Nic, co by wskazywało, że przygotowywał się intensywnie do egzaminu.

– Jakich?

– Studia. Podróże. Potem dobra praca. Po informatyce to nie byłby problem. Miał szansę na dobre życie. – Zaciągnęła się papierosem i po chwili wypuściła z siebie dym cienką smużką. – Wie pan, że nie paliłam od… Od… chyba od kiedy jego ojciec nas opuścił. Wtedy po raz ostatni. Chciałam mu dawać dobry przykład.

– To długo pani wytrzymała.

– Myślałam, że się będę teraz krztusić. Kasłać. A czuję się, jakbym nigdy nie rzuciła. – Przyjrzała się trzymanemu między palcami na wpół wypalonemu papierosowi, a potem zgasiła go energicznym ruchem na talerzu. – Pan też niech skończy – oznajmiła oschle, uchylając okno.

– Dobrze. – Dawid zaciągnął się jeszcze dwa razy.

– Chciałabym, żeby mnie pan dobrze zrozumiał. Mateusz miał swoje nastroje. Potrafił być przygnębiony. Ale on miał tylko dwadzieścia lat! Szukał swojego miejsca w świecie. Pan pamięta przecież, jak to jest w tym wieku. Sam pan pewnie przez to przechodził, a wcale się pan nie zabił.

– Tak.

– Sam pan widzi. – Zamachała energicznie dłonią, jakby próbowała odgonić muchę. – Nie powinnam panu pozwolić palić. Nie pozbędę się teraz tego smrodu.

– Przepraszam.

– Mniejsza o to. Co pan jeszcze chciał wiedzieć?

– Jego dziewczyna?

– Kasia? Ładna. Miła. Trochę za płytka jak dla mnie, ale wie pan. Dla matki żadna nie jest wystarczająco dobra.

– Rozstali się?

Potwierdziła niechętnie.

– Dwa, trzy miesiące wcześniej. Przeżywał to oczywiście, bo byli ze sobą od liceum, ale pogodził się z tym.

– Dlaczego się rozeszli?

– A dlaczego młodzi się rozchodzą?

– Nie wiem.

– Po prostu tak się wydarzyło. Młodzi tak robią. Nudzą się sobą szybciej. Chcą próbować nowych rzeczy. Pan ciągle jest ze swoją dziewczyną z liceum?

– Nie miałem dziewczyny w liceum.

– Ani jednej?

– Tak się złożyło.

– Dziwne.

– Było, minęło. – Machnął ręką, dając znak, że nie chce kontynuować tematu. – Mateusz nie miał żadnych kłopotów? Nie wspominał o niczym? Nie martwił się?

– Nie. Co najwyżej studiami i powtórzoną maturą, ale to normalne. Bardzo mu zależało, żeby w tym roku się dostać.

– Rozumiem. Chciałbym zajrzeć do jego pokoju? Mogę?

– Jeśli pan musi.

Wstał z taboretu. Kobieta poszła za nim.

W pokoju Mateusza nic się nie zmieniło od jego wczorajszej wizyty. Te same plakaty na ścianach. Zdjęcia na szafce. Książki na półkach i przygotowane w wieczór przed śmiercią wyjściowe ubranie. Nawet jeśli było tu kiedyś coś, co mogło naprowadzić na jakikolwiek ślad, Maria już to na pewno znalazła. Jeśli się z nimi podzieliła, to powinien to znaleźć wśród papierów, które dostarczył mu Rosolski. Jeśli nie, to nie miał szans, żeby z niej to wydobyć. Zresztą, to ona mu płaciła. Było tylko jedno miejsce, którego zapewne nie sprawdziła. Wskazał na stojący na biurku komputer.

– Czy mógłbym?

– Uruchomić? Proszę.

– Wolałbym wymontować dysk i zabrać ze sobą. Nie chcę pani zajmować więcej czasu niż to konieczne, a sprawdzenie wszystkiego trochę mi zajmie.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Po co?

– Może coś tam będzie. Coś, co pomoże nam dowiedzieć się prawdy o śmierci Mateusza. Podobnie jego telefon.

Przyłożyła dłoń do ust.

– Miał go przy sobie, kiedy… – nie zdołała dokończyć zdania. – Nic z niego nie zostało. Wyrzuciłam go, kiedy oddali mi jego rzeczy.

Dawid jęknął w duchu, ale wykrzywił się w obowiązkowym współczującym grymasie.

– W takim razie? – Raz jeszcze wskazał na komputer.

Widział, że targają nią wątpliwości. Rozumiał, że to był komputer jej syna, ale przecież sama z niego nie korzystała. Mogłaby nie utrudniać mu pracy. Wreszcie zgodziła się. Dawid podziękował. Z plecaka wyjął multitoola, którego ze sobą nosił. Szybko odkręcił obudowę, odczepił przewody i wyjął dysk twardy. Przez cały ten czas matka Mateusza nie spuszczała go z oczu.

Kiedy wreszcie opuszczał to mieszkanie, odczuwał tylko ulgę.