WampirTekst

Z serii: Ze Strachem
Z serii: Cykl gliwicki #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir
Wampir
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Wampir
Wampir
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
19,99 
Szczegóły
Audio
Wampir
Audiobook
Czyta Mateusz Znaniecki
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Wpatrywała się w kartkę z podręcznika do kryminologii, po raz dziesiąty próbując zrozumieć to, co przed chwilą przeczytała. Ostatnio miała duże trudności ze skupieniem uwagi. Obok na stole stał kubek z zimną herbatą.

Od śmierci Mateusza niewiele wychodziła z kuchni. Bo po co? Wszystko tutaj miała. Lodówkę z jedzeniem, stół do pracy i radio, które cicho grało w kącie. Reszta mieszkania mogła się kurzyć. Musiała tylko pamiętać, żeby wieczorem choć trochę się umyć i położyć do łóżka, którego nigdy nie ścieliła. A potem śnić męczące sny. Nie pamiętała ich po przebudzeniu, ale nad ranem oczy miała zapuchnięte od łez.

Za dnia nie płakała. Nigdy. Nawet na pogrzebie. Ludzie dziwnie na nią patrzyli tamtego dnia. Szeptem dzielili się bredniami o tym, jaka jest nieczuła, że wcale nie kochała syna, że stoi teraz jak słup, pusta w środku, martwa. Zła matka. A ona chciała się rozpłakać. Nie dla nich i nie z powodu ich słów, ale dla siebie. Zalać łzami, wyć i wrzeszczeć, aż opadnie z sił. Aż będzie niezdolna do żadnej myśli, zatopiona w żałości, pozbawiona pamięci. Ale nie potrafiła. Czuła tylko piekącą suchość w gardle i coś, co przypominało zgagę.

Zorientowała się, że od kilku sekund ktoś energicznie puka do drzwi. Oderwała wzrok od gęstych linijek tekstu i podniosła się z krzesła. Powłócząc nogami, przeszła do przedpokoju. W lustrze na ścianie ujrzała kobietę, w której ledwo rozpoznała siebie. Bladą, zmęczoną, z włosami w nieładzie.

Pukanie stawało się coraz natarczywsze.

– Zaraz – szepnęła, ale uzmysłowiła sobie, że ktokolwiek tam był, nie słyszał jej. Zmusiła się do krzyku. – Zaraz!

Chwyciła za szczotkę do włosów. Przeczesała się kilkoma ruchami, wyrywając przy okazji skołtunione kępki, a resztę splotła w koński ogon. Pod oczy i na policzki wklepała odrobinę kremu Nivea. Włożyła wyjściowe okulary w grubej oprawie. Odetchnęła i dopiero wtedy podeszła do drzwi.

Po drugiej stronie czekał na nią grubawy adwokat. Za nim stał mężczyzna, dość młody, trochę poniżej trzydziestki, ale ubrany tak, że chciało się o nim powiedzieć „chłopak”. Miał na sobie czarną kurtkę, spod której wystawała bluza z kapturem, sprane dżinsy i brudne sportowe buty. Kilkudniowy zarost domagał się golenia, a zapuszczone długie włosy – wizyty u fryzjera albo chociaż porządnego grzebienia. Ręce trzymał w kieszeniach spodni, ale na jej widok wyciągnął je i wykonał ledwie widoczny ruch tułowiem, który prawdopodobnie miał oznaczać ukłon.

– Pan Rosolski.

– Dzień dobry pani – przywitał się adwokat. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy?

– Nie. Raczej nie.

– Tak. – Adwokat chrząknął, a potem zrobił krok w bok, żeby odsłonić stojącego za nim Dawida. – To pan Wolski. Detektyw, o którym kiedyś pani wspominałem.

Zmrużyła oczy i raz jeszcze obrzuciła mężczyznę badawczym spojrzeniem. Za drugim razem robił jeszcze gorsze wrażenie niż za pierwszym. Pomyślała, że gdyby mijała go na ulicy, przycisnęłaby mocniej torebkę do ciała. Tak na wszelki wypadek.

– Możemy wejść? – zapytał adwokat.

Zawahała się, ale Rosolski już zrobił krok do przodu i przepychając się, wmaszerował do przedpokoju.

– Gdzie możemy?

– Do kuchni – powiedziała, kapitulując. – Zna pan drogę.

Adwokat kiwnął dłonią na Dawida, który ruszył za nim. Maria Polak zamknęła drzwi.

Kiedy weszła do kuchni, obaj siedzieli już na taboretach przy kuchennym stole. Adwokat zamknął podręcznik do kryminalistyki, nie kłopocząc się z zaznaczeniem strony, na której skończyła, i odłożył książkę na parapet. Powstałe w ten sposób miejsce wykorzystał, żeby rozłożyć swoje dokumenty. Dawid z kolei wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki kilka zmiętych kartek. Rozprostował je i położył przed sobą. Przez chwilę szukał czegoś, ale zrezygnował, kiedy Rosolski podał mu jeden ze swoich długopisów.

– Napiją się czegoś panowie? – zapytała.

– Herbatki, jeśli można – poprosił adwokat.

– A pan? – zwróciła się do Dawida.

– Niczego.

Wyciągnęła z szafki kubek i wrzuciła do niego torebkę herbaty Saga. Do elektrycznego czajnika dolała świeżej wody. Włączyła go. Czekała, aż woda się zagotuje. Czuła, że mężczyźni ją obserwują. Żałowała, że ma na sobie starą, poplamioną spódnicę i jedną z koszulek Mateusza. Nie zarzuciła na siebie nawet żadnej bluzy czy sweterka. Wolałaby, żeby nikt jej nie oglądał w takim stroju. Dobrze, że przynajmniej miała stanik. Bezskutecznie próbowała sobie przypomnieć, czy była na dzisiaj umówiona z adwokatem, czy nie.

Wreszcie czajnik wyłączył się z cichym pstryknięciem. Zalała herbatę wrzątkiem i podała kubek Rosolskiemu.

– Dziękuję pani serdecznie.

– Proszę.

Usiadła naprzeciwko niego. Rosolski chrząknął, przewracając leżące przed nim kartki. Wiedziała, że próbuje w ten sposób dodać sobie powagi, bo nie było na nich niczego ważnego. Adwokat jednak lubił takie puste gesty, które Marię z kolei tylko męczyły.

– Zgodnie z ustaleniami z naszego poprzedniego spotkania pozwoliłem sobie przyprowadzić prywatnego detektywa, który od tej pory, o ile oczywiście pani się zgodzi, głębiej wejdzie w naszą sprawę.

– Nie jest pan za młody na prywatnego detektywa?

Zamyślony Dawid początkowo nie zorientował się, że te słowa były kierowane do niego. Wyrwany do odpowiedzi, spojrzał na adwokata, szukając u niego pomocy. Rosolski już otwierał usta, kiedy rozległ się dzwonek telefonu. Dawid wyciągnął z kieszeni komórkę, spojrzał na wyświetlacz i uśmiechnął się przepraszająco.

– Muszę odebrać – powiedział i wyszedł.

5

– Gdzie jest moja żona?

– W domu.

– Na pewno? Kolega widział ją w centrum handlowym, w Forum.

Dawid zaklął bezgłośnie.

– No bo była w Forum. Wróciła jakieś pół godziny temu. Teraz siedzi znowu w domu i nigdzie nie wychodzi.

Zaczęło mu się robić gorąco. Co ten Baliczka kombinował? Sprawdzał go? I jaki kolega? Facet nie miał kolegów. Był smutnym patafianem, którego nikt nie lubił i którego każdy omijał szerokim łukiem. Ale ten patafian od kilku­nastu tygodni zapewniał Dawidowi blisko połowę dochodów i głupio byłoby go stracić.

– A pan jest…?

– Przed pańskim domem. Na obserwacji, tak jak było to umówione.

Dawid z mocno bijącym sercem czekał na reakcję. Miał nadzieję, że nic ani nikt go teraz nie zdradzi.

Kiedy odebrał telefon, wszedł do pierwszego pokoju z brzegu. Przypadkiem trafił na sypialnię Mateusza. Ściany pomalowane były na chłodny niebieski kolor. Pod jedną stała meblościanka z biurkiem i komputerem. Na drugiej, nad łóżkiem, wisiał szalik Piasta Gliwice i plakat z piłkarzami pierwszej drużyny, kupiony w klubowym sklepiku. Na krześle ciągle leżały ubrania, które chłopak pewnie przygotował sobie na komunię kuzynki – biała koszula i nowe niebieskie dżinsy. Do tego bokserki w paski i czarne skarpetki. Dawid szukał wzrokiem rzeczy osobistych. Znalazł dwa zdjęcia. Oba w ramkach, oba blisko siebie. Na jednym z nich na oko dziesięcioletni Mateusz w objęciach matki. Kobieta, nawet młodsza o kilkanaście lat, sprawiała nieprzyjemne wrażenie. Jej uścisk też był dziwny. Nienaturalny i agresywny. Jakby próbowała zmienić swoje ramiona w łańcuchy. Na drugiej fotografii był dorosły Mateusz. Teraz to on obejmował całkiem ładną blondynkę. Co dziwne, powtarzał zaborczą pozę matki. Uśmiechał się krzywo.

– A to dobrze – odezwał się wreszcie przepraszającym tonem Baliczka. – Myślałem, że może się panu wymknęła.

Dawid zaśmiał się nieszczerze.

– Nie, to niemożliwe. Nikt mi się nie wymknie. Nikt. Mam pana żonę na oku. Jeśli tylko będzie próbowała się spotkać z jakimś mężczyzną, to natychmiast wszystko udokumentuję. Będzie pan miał piękne fotki dla sądu.

– Dziękuję i przepraszam, że zajmuję czas. Skoro pan wszystkiego pilnuje.

– Proszę się o nic nie martwić – uspokoił Baliczkę Dawid i rozłączył się.

Schował telefon do kieszeni. I wtedy zorientował się, że w drzwiach stoi matka Mateusza. Zastanawiał się, ile słyszała.

– Proszę tutaj nie wchodzić – powiedziała ostro. – Nie wolno!

– Musiałem… Musiałem odebrać. Ważna sprawa. Osobista. Już wychodzę.

Minął ją i wrócił do kuchni. Usiadł obok Rosolskiego, który spiorunował go wzrokiem. Dawid zmusił się do zrobienia przepraszającej miny.

– To o czym rozmawialiśmy? – zagaił, kiedy dołączyła do nich kobieta.

– Że wydaje się pan za młody na detektywa – powiedziała po ciągnącej się w nieskończoność chwili milczenia.

– Uznaliśmy, że w tych okolicznościach wiek pana Dawida jest zaletą. Będzie mu łatwiej nawiązać kontakt z kolegami i koleżankami pani syna. Być może dzięki temu dotrze do nowych tropów, które nam umknęły – wtrącił się Rosolski.

Kobieta nie wydawała się przekonana. Założyła ręce na piersiach, a jej usta zmieniły się w cienką czarną kreskę.

– Ale mimo wieku pan Dawid ma już duże doświadczenie – dodał adwokat.

– Właśnie słyszałam – mruknęła w odpowiedzi. – Dlaczego wybrał pan ten zawód?

– Pan Dawid… – zaczął Rosolski.

– Pana Dawida właśnie pytałam – przerwała mu ostro.

Dawid zastanawiał się przez moment, co powinien odpowiedzieć. Postanowił skłamać.

– Narkotyki – zaczął i poczuł, jak adwokat kopie go pod stołem. – Studiowałem prawo w Krakowie. Wpadłem w złe towarzystwo. Zacząłem ćpać. Nawet nie wiem, jak wyleciałem ze studiów. Ale od dwóch lat jestem czysty. Żadnych dragów. Żadnego alkoholu. Czasami papieros, ale też staram się rzucić. Przez nałóg nie ukończyłem studiów. Na pracę w policji z moją przeszłością nie miałem co liczyć. Wiedzy prawniczej starczyło akurat na licencję detektywistyczną. Teraz staram się zarobić trochę pieniędzy i wrócić. Zrobić magisterkę. Potem, jeśli się uda, aplikację.

 

Adwokat wstrzymał oddech, czekając na reakcję klientki. Kobieta, początkowo napięta jak struna, niepostrzeżenie rozluźniła się, a kąciki jej ust wygięły się w grymas, który można by uznać za zapowiedź uśmiechu.

– Przynajmniej jest pan szczery – przyznała. – I kto wie. Może pan, z pańską przeszłością…

Nie dokończyła. Dawid powstrzymał się, żeby nie posłać Rosolskiemu triumfującego spojrzenia.

– Wprowadził pan pana Dawida w tę sprawę? – zapytała.

– Oczywiście, pani Mario – przytaknął adwokat.

– Skoro tak, to rozumie pan, dlaczego uważam, że mój syn nie popełnił samobójstwa? – Tym razem kierowała swoje słowa do Dawida.

– Przeglądałem akta, które dostarczył mi pan Rosolski. Rzeczywiście, istnieje w tej sprawie wiele bardzo dziwnych okoliczności, które nie zostały wyjaśnione ani przez prokuraturę, ani policję.

– Przykładowo?

Zrozumiał, że go sprawdzała. Przymknął powieki, przypominając sobie wszystkie fakty dotyczące śmierci Mateusza Polaka.

– Nie znamy dokładnego przebiegu ostatniej nocy jego życia. Wiemy, o której wyszedł z domu. Wiemy, gdzie miał spać tamtej nocy. Wiemy, że spotkał się ze znajomym, ale szybko opuścił jego towarzystwo. Nie wiadomo za to, co się z nim działo przez co najmniej dwie godziny przed śmiercią. Kolejna sprawa to stan zwłok. Były w za dobrym stanie jak na upadek z tej wysokości. Miały za to obrażenia, które sugerują pobicie. Nie jest wykluczone, że pani syn zginął gdzie indziej, a jego ciało tylko podrzucono pod budynek, żeby zasugerować policji samobójstwo.

Udało mu się zdać test. Maria Polak zupełnie zapomniała o tym, że bez pozwolenia wpakował się do pokoju jej zmarłego syna. Kilka razy przytaknęła energicznie, niemalże wbijając sobie brodę w pierś.

– Tak, tak, tak – powtarzała – tego wszystkiego nie sprawdzono. Nie sprawdzono. Prawda, mecenasie?

– Prawda – potwierdził adwokat.

– Ale pan to zbada? – zwróciła się do Dawida.

– Najlepiej, jak tylko potrafię.

– Dobrze. Proszę to w takim razie zrobić. Niech pan znajdzie zabójców mojego syna.

6

– Co ci odbiło z tymi narkotykami?

– No co? Przecież zadziałało. Poza tym co miałem powiedzieć?

– Może prawdę? To taka romantyczna historia. Powinieneś z niej zrobić swój selling point. Dawid, romantyk i detektyw. – Adwokat wykonał ruch, jakby rozwieszał banner reklamowy. – Klientce by się spodobało.

Dawid zmusił się do krzywego uśmiechu. Nie lubił tej historii. Nie lubił tego, że Rosolski robił sobie z niego jaja. Chociaż i tak było lepiej niż jeszcze parę lat wcześniej, kiedy śmiało się z niego pół Gliwic. Bo to taki dobry powód do żartów – naga Iga, leżąca w płytkim grobie, przykryta niechlujnie paprociami i nadgniłymi liśćmi. Ze zmiażdżoną czaszką i połamanymi żebrami. O tym, co było niżej, nie chciał nawet myśleć. Naoglądał się policyjnych zdjęć z oględzin zwłok. Był taki czas, że potrafiłby je pewnie narysować z pamięci.

Adwokat oparł dłonie na kierownicy.

– Gdzie? – zapytał.

– Wilcze Gardło.

– Chyba cię posrało.

– Przecież to blisko.

– Blisko?! Za Ostropą.

– No i? Spieszy ci się gdzieś?

– Co tam masz do załatwienia?

– Swoje rzeczy.

– Myślałem, że zajmiesz się sprawą Mateusza.

– Bo się zajmę. Ale później.

Rosolski tylko machnął z rezygnacją dłonią i przycisnął pedał gazu. Jechali w milczeniu. Adwokat skupiony na drodze, detektyw na mijanych budynkach.

– Muszę jeszcze raz przejrzeć akta. Przygotować plan działań. Wyślę ci to dzisiaj wieczorem mailem – przerwał ciszę Dawid, kiedy przeszła mu złość.

– Jak chcesz – mruknął adwokat.

– Ej no, nie obrażaj się teraz na mnie.

– Nie obrażam się.

Adwokat włączył migacz i ominął stojący na przystanku żółty dwuczłonowy autobus.

– To chcesz posłuchać, jakie mam pomysły na śledztwo?

– Przecież mówiłeś, że mi wyślesz dzisiaj mailem.

Zacisnął usta, żeby nie wybuchnąć. Rosolski wydawał się bardzo zadowolony z siebie i już czekał na okazję, kiedy będzie mógł przywalić Dawidowi. W normalnych okolicznościach Dawid chętnie wdałby się z nim w pyskówkę. Nawet jeśli miałby to zrobić tylko po to, żeby pokazać, że nie można z nim tak pogrywać. Ale teraz postanowił się powstrzymać. Po pierwsze, nie chciał stracić tego zlecenia. Po drugie, bał się, że adwokat wysadzi go gdzieś pośrodku pieprzonej Ostropy. Tej dziury, gdzie psy szczekały dupą, a zdecydowanie zbyt dużo osób mówiło po niemiecku[1].

Dojechali na miejsce. Zatrzymali się niedaleko dawnego Domu Wspólnoty, który pełnił równocześnie funkcję domu bramnego na osiedle. Rosolski przytrzymał Dawida za kołnierz kurtki, kiedy ten szykował się do wyjścia z samochodu. Ten zamarł, zgięty wpół z jedną nogą już na ulicy i wykrzywiony tak, żeby móc patrzeć na adwokata.

– Pamiętaj, synek, że dostałeś to zlecenie tylko ze względu na moją przyjaźń z twoim ojcem, dobra?

– Dobra.

– I pamiętaj, wystarczy, że pstryknę palcem, a znajdę trzech innych, tańszych i lepszych od ciebie.

– Pamiętam.

Adwokat puścił go. Poczekał, aż Dawid wysiądzie, i odjechał, zawracając na pętli autobusowej.

Wilcze Gardło było najmniejszą dzielnicą Gliwic, na dodatek od reszty miasta odciętą czteropasmową wstęgą autostrady A4. Wyglądało to trochę tak, jakby reszta miasta wolała ją trzymać na odległość. Swoją drogą, biorąc pod uwagę pochodzenie, może naprawdę tak było. Wybudowali je Niemcy pod koniec lat trzydziestych jako idealne germańskie osiedle dla zasłużonych członków NSDAP. Trzeba przyznać, że urbanista się postarał, bo po dziś dzień wędrując wybetonowanymi uliczkami, człowiek miał ochotę zacząć maszerować z ramieniem wzniesionym w rzymskim salucie i z pieśnią Tomorrow Belong To Us na ustach[2].

Dawid przeszedł na północną część dzielnicy, do miejsca, gdzie wizja starogermańskiej wioski ustępowała współczesnej zabudowie jednorodzinnej. Budynek, do którego zmierzał, został wybudowany ledwie przed rokiem. Był to niski parterowy dom bez piwnicy, o żółtych ścianach, przez co przypominał rozbite na patelni jajko. Blisko tysiąc­metrowa posesja miała zostać otoczona płotem, o czym świadczyły kamienne słupy, ale coś musiało przeszkodzić budowniczym, bo żeliwne ogrodzenia od tygodni stały pod ścianą garażu. Dla ochrony przed deszczem przykryto je grubą folią. W zaniedbanym ogrodzie, w którym okoliczne koty polowały na myszy, rosła tylko nierówna trawa, a jedyną ozdobą była samotna gipsowa rzeźba kobiety z dzbanem. Na podjeździe stał srebrny volkswagen golf.

Dawid zatrzymał się w odległości około pięćdziesięciu metrów od działki, sam skryty w kępie krzaków, i obserwował okolicę. Nie zauważył żadnych podejrzanych samochodów ani obcych ludzi. Dopalił papierosa. Przydeptał niedopałek i zarzucił sobie kaptur na głowę. Ruszył truchtem. Minął furtkę, przeskakując nad podmurówką, i podbiegł do drzwi. Nacisnął mocno dwa razy dzwonek, a potem jeszcze zastukał energicznie. Rozglądał się nerwowo, zastanawiając się, czy ktoś go zauważył.

Otworzyła mu blisko czterdziestoletnia kobieta. Blondynka w mocnym makijażu, który ledwo odwracał uwagę od ogromnych kolczyków w kształcie falujących liści. Bluzkę w czarno-białe pasy miała założoną tak, że widać było błękitne ramiączko stanika.

Dawid wszedł do środka. Zrzucił kaptur.

– Jest ktoś? – zapytał szeptem.

– A nie przywitasz się ze mną?

– Cześć.

– No cześć – odparła, zbliżając się do niego. Jednym ramieniem otoczyła jego szyję, drugą dłonią sięgnęła do rozporka. Wyrwał się płynnym ruchem, nie zważając na jej urażone spojrzenie.

– Dlaczego nie powiedziałaś, że byłaś w Forum? – zapytał.

– Ojej… Pojechałam tylko kupić kilka rzeczy. Chodź do sypialni – chwyciła go za rękę – spodobają ci się.

Szarpnął się, po raz kolejny uwalniając z jej uchwytu.

– Kurwa, masz mi mówić takie rzeczy! Twój mąż do mnie zadzwonił, pyta się, gdzie jesteś, ja mówię, że domu, i wychodzę na idiotę, bo jakiś jego kolega widział cię w galerii! Mieliśmy umowę!

Zrobiła zmartwioną minę, udając skruchę, i zatrzepotała rzęsami. Dawid przetarł palcami włosy i westchnął. Podeszła do niego i znów położyła swoją dłoń na jego rozporku.

– To chcesz zobaczyć, co kupiłam? – wyszeptała mu do ucha.

Przytaknął.

7

Obserwował jej sylwetkę w kabinie prysznicowej, kiedy zmywała z siebie jego zapach i pot. Próbowała wyglądać seksownie, ale jej to nie wychodziło. Sam leżał na łóżku, popijając sok pomarańczowy i przerzucając kolejne strony nudnego „Forbesa”. Baliczka prenumerował magazyn w złudnej nadziei, że dzięki temu stanie się trochę bardziej godny szacunku. W ogóle dużo rzeczy robił na pokaz. Ten dom, samochód (jeździł nowiutkim, zawsze wypucowanym na błysk passatem), żona. Wszystko po to, żeby podkreślić, że jest kimś ważnym i że mu się udało.

Wreszcie wyszła z łazienki. Z mokrymi włosami opadającymi na plecy, opasana tylko białym ręcznikiem, ale z poprawionym makijażem. Usiadła obok Dawida, podnosząc przy tym nogę tak, że mógł się dobrze przypatrzeć jej ogolonemu wzgórkowi łonowemu.

– Kiedyś przyszedł – zaczęła – i zobaczył, że w łazience jest mokro. Zapytał dlaczego.

– I co odpowiedziałaś?

– Że się kąpałam. A on spytał, dlaczego się kąpałam w środku dnia. To mu powiedziałam… – zachichotała. – Wiesz, co mu powiedziałam?

– Co takiego?

– Że z nudów. I kretyn uwierzył.

Dawid odłożył magazyn. Zawsze po odczuwał nieprzyjemne rozczarowanie. Ewelina Baliczka była już w tym wieku, że określał ją jako „przejrzałą”. Jej skóra traciła jędrność, piersi obwisały, a na twarzy aż zbyt łatwo można było dostrzec zmarszczki.

Dawid uważał, że należy mu się od życia coś więcej.

Do tego była natrętna. Także w łóżku. Domagała się klapsów, uszczypnięć, nowych pozycji, jęcząc przy tym i krzycząc, jakby ją ćwiartował, a nie pierdolił. Ledwo się potrafił skupić, a były takie chwile, że miał ochotę po prostu przyłożyć jej do twarzy poduszkę i porządnie przydusić. Byleby tylko się zamknęła.

– Dasz mi fajkę?

Wyciągnął z kurtki paczkę marlboro i pomógł jej od­palić. Zaciągnęła się łapczywie, a potem zaczęła się krztusić i pokasływać. Sięgnęła po leżący na półeczce pod stolikiem odświeżacz powietrza i spryskała nim chmurę dymu.

– Co to jest?! – zapytała ze śmiechem. Oczy miała załzawione. Otarła je wierzchem dłoni. Potem opuszkami palców delikatnie dotknęła okolice powiek, sprawdzając, czy nie rozmazał jej się tusz.

– Białoruskie – wytłumaczył Dawid.

Zaciągnęła się znów. Tym razem ostrożniej. I znowu wydmuchała dym, a później spryskała go odświeżaczem.

– Musimy coś zrobić – powiedziała, kiedy była w połowie papierosa.

– Z czym?

– Z nami.

Wyprostował się gwałtownie, a krew odpłynęła mu z twarzy. Ewelina parsknęła śmiechem i uderzyła go lekko w pierś otwartą dłonią.

– Nie w tym sensie, głuptasie!

– To w jakim? – mruknął, ledwo co otwierając usta.

– Myślałam o moim mężu.

Rozluźnił się nieco.

– To kretyn – kontynuowała – ale przecież nie aż taki. W końcu straci cierpliwość. A wtedy będziemy mieć przejebane. I ja, i ty.

– Dlaczego ty?

– Bo się wkurwi i pewnie wynajmie innego detektywa. I to takiego, który nie będzie takim słodkim pysiem jak ty. Ten detektyw pewnie coś na mnie znajdzie. Strzeli nawet fotki… – przerwała, widząc jego niewyraźną minę. Westchnęła teatralnie. – Teraz, pysiu, jesteś jedyny, ale jak ciebie nie będzie, to może znajdzie się ktoś nowy? Albo ten nowy detektyw strzeli fotki nam obojgu? A może już strzelił?

– Nie strzelił. Sprawdzałem przed wejściem, czy nikogo tutaj nie podesłał. Nie jestem głupi.

– Wcale tak nie myślę. W każdym razie, kiedy dostanie te fotki, to się ze mną rozwiedzie. A ponieważ będzie to moja wina, to gówno z tego zobaczę. – Zatoczyła ramieniem szeroki krąg, obejmujący sypialnię i resztę domu.

– Poradzisz sobie.

Parsknęła śmiechem.

– Pysiu! Ja w całym swoim życiu dnia uczciwie nie przepracowałam!

 

– To przestań się puszczać.

Skrzywiła się, gasząc papierosa na talerzyku z ciasteczkami.

– A co tu innego robić na tym zadupiu? – zapytała filozoficznie. Znowu chwyciła za odświeżacz i zaczęła nim pryskać obficie wokół kanapy. Drobniutkie kropelki o zapachu świeżej sosny opadły na ramiona i ubranie Dawida.

– A dlaczego ja będę miał kłopoty? – zapytał.

– Bo stracisz najpierw dobre zlecenie, a później dobre jebanie.

Już szykował się do rzucenia jakiejś drwiącej uwagi, kiedy doskoczyła do niego. Dwoma palcami chwyciła za policzki i ścisnęła. Czuł jej wilgotny, przepełniony zapachem miętowej pasty do zębów i papierosów oddech.

– Ani mi się waż – syknęła i zmarszczyła brwi. – A zresztą, co mi tam. Powiedz to.

– Co?

Uniosła lekko skraj ręcznika. Położyła drugą dłoń na swoich wargach sromowych i powoli zaczęła się masować.

– Powiedz, że nie lubisz mojej pusi.

Poczuł, że twardnieje. Ale nie chciał jej dać satysfakcji.

– Nie lubię twojej pusi.

– Kłamiesz. Powiedz to tak, żebym ci uwierzyła.

Masowała się coraz mocniej, jej palce lśniły od wilgoci, a jemu robiło się sucho w gardle.

– Nie lubię… – nie zdołał dokończyć, bo ścisnęła go mocniej, aż zabolało.

– Co takiego?

Jej oddech przyspieszał, a głos był chrapliwy.

– Ja…

– Powiedz to.

Przełknął ślinę. Erekcję miał tak dużą, że prawie bolało.

– Uwielbiam twoją pusię.

– Co takiego?

– Uwielbiam ją!

– Właśnie – syknęła i puściła go. Chciał ją chwycić, przygnieść na kanapie. Ale wymknęła mu się i nim się zorientował, stała już przed nim, poprawiając ręcznik. Uśmiechała się niewinnie, jakby nic się nie wydarzyło.

– Dlatego musimy coś wymyślić – powiedziała.

Oddychał głęboko, próbując odzyskać jasność myślenia.

– Co takiego?

– Nie wiem, pysiu. Ty jesteś detektywem. Coś, żebym mogła się z nim rozwieść i żebym nie została z niczym. No, coś! Jakieś świństwa na niego.

Parsknął śmiechem.

– Przecież sama mówiłaś, że to jest kretyn. I to nudny.

– Ale może skrywa jakieś niespodzianki. No, pysiu, wysil się troszeczkę.

– Nie wiem. Może. Spróbuję.

– Tylko o to proszę – mruknęła słodko.

Spojrzała ponad jego ramieniem na kuchenny zegar i znów poprawiła ręcznik.

– Mamy trochę czasu – rzuciła. – Zdążysz mnie jeszcze raz przelecieć.