Stulecie kryminałuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale co się tak naprawdę wtedy stało?

– Niewiele. Jakiś facet wymusił pierwszeństwo i Jaszczur nie zdążył wyhamować. Pamiętasz Jaszczura?

– Piąte przez dziesiąte.

– No w każdym razie Krzychu Jaszczur miał zniszczony zderzak, a gość wgnieciony tylny błotnik.

– Wiadomo, kto był sprawcą?

– Początkowo nie wiedzieliśmy, bo facet uciekł z miejsca zdarzenia.

– Jaszczur zapamiętał numery?

– Nie. Jechał z klientem, więc odpuścił sobie pościg. Zadzwonił do mnie z prośbą o zabezpieczenie monitoringu.

– Ustaliłeś, kto kierował wozem?

Usłyszała szelest kartek.

– Tak – odparł Silski. – To Waligórski.

– Piotr Waligórski? – Wolska nie mogła uwierzyć.

– Nie. Zbigniew Waligórski. Facet mieszka w Czerniewicach, na Bratniej. – Silski pociągnął nosem.

Wolskiej zadudniło serce.

– Wyjaśnił, dlaczego się nie zatrzymał?

– Twierdził, że tego dnia dowiedział się o przerzutach nowotworu. Lekarz dał mu kilka miesięcy życia.

– Sprawdziliście to?

– No bez jaj, Lena! Równie dobrze mógłby nam powiedzieć, że dostrzegł dzika w latającym spodku – zezłościł się nadkomisarz Silski. – Gość dostał mandat, bo nikomu nic się nie stało, a Jaszczur naprawił swój wóz z jego OC. Koniec kropka. Po sprawie.

– Jakim samochodem przyjechał? – Wolska pamiętała, że sąsiedzi widzieli niebieskie subaru jego syna, które chłopak sam naprawiał.

– To był jakiś pick-up. Poczekaj chwilę, to sprawdzę.

Kartki ponownie zaszeleściły.

– O, już mam. To mitsubishi L200 – dodał po chwili naczelnik.

Wolska odłożyła słuchawkę i wyszła z komisariatu.

Była u Waligórskich następnego dnia, czternastego lipca, w sobotę. Pamiętała, że zaparkowała wóz w cieniu drzew i widziała, jak stary Waligórski odkurza w garażu samochód. Czyścił wykładzinę. Na wybrukowanym zjeździe do garażu leżały cztery gumowe dywaniki.

Pamiętała, że wydeptana w pobliżu trawa odsłaniała wilgotną ziemię, w której buty Wolskiej zostawiły płytkie odciski.

– Dzień dobry, panie Piotrze! – Wolska krzyknęła, kiedy drzwi domu na Bratniej się uchyliły.

– Dzień dobry. Co się stało? – spytał student.

Włosy miał spięte w krótką kitkę.

– Jest ojciec?

– Źle się czuje. Śpi.

– Muszę z nim porozmawiać.

– Może wpadnie pani jutro? – zasugerował. – Naprawdę nie jest z nim najlepiej.

– To ważne. – Wolska nie zamierzała ustąpić.

– Ale o co chodzi?

– Lepiej niech mnie pan wpuści.

Przewrócił oczami, ale zwolnił blokadę elektrozamka.

Kiedy podkomisarz weszła do domu, zniechęcony rzucił:

– Zaprowadzę panią.

Ruszył przodem schodami na piętro, a potem skręcił do jednej z sypialni.

– Tato – szepnął przez uchylone drzwi.

Usłyszała jakieś nieartykułowane dźwięki, jakby wybudzony mężczyzna powiedział coś, przeciągając się.

– Jest tu pani Wolska, chce z tobą porozmawiać.

Policjantka położyła dłoń na barku studenta. Ten spojrzał na nią przez ramię.

– Damy sobie radę – zapewniła.

Chłopak odsunął się, a wtedy Wolska przekroczyła próg pomalowanego na jasno pokoju, ze sporym łóżkiem pośrodku, na którym starszy mężczyzna zajmował lewą część obszernego materaca.

Gdy weszła, podniósł głowę i szczelniej okrył się kocem. Mrużył oczy, żeby lepiej widzieć.

– Pani do mnie? – spytał niewyraźnie i z trudem.

Wolska nie wiedziała, czy mężczyzna ją rozpoznaje, więc zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do łóżka. Wyjęła blachę.

– Lena Wolska, policja – przedstawiła się i zobaczyła, jak nagle z tego schorowanego człowieka uchodzi powietrze.

Patrzyła na nią wymizerowana twarz z zapadniętymi policzkami i wielkimi oczami, w których zamiast strachu pojawiła się ulga.

Zamknął oczy, a jego głowa opadła na poduszkę.

– Czekałem na panią – wyznał szeptem.

Kiedy Zbigniew Waligórski zakasłał, drobinki krwi i śliny trysnęły z jego ust na linoleum. Siedzieli u niej w pokoju. Chusteczka, którą ocierał usta, nosiła krwawe smugi. Zaciskał ją w dłoni.

– Więc jak to było? – Lena Wolska powtórzyła pytanie, gdy atak kaszlu ustał.

W oczach starszego mężczyzny pojawiły się łzy. Nie wiedziała tylko, z jakiego powodu: bólu czy żalu.

Wysłuchała już wszystkiego o zderzeniu pojazdów i o tym, że stało się tak, ponieważ Waligórski dostrzegł licealistkę przed wejściem do galerii. Zagapił się na nią i tyle. Huk sprawił, że ona zapewne zauważyła jego samochód i dlatego rozglądała się za nim po galerii. A Waligórski, zamiast wysiąść z auta, uciekł prosto przed siebie ulicą Okrężną. Potem gwałtownie skręcił na północny parking przy Plazie i czekał. Miał nosa, że ona tamtędy wyjdzie.

– Co było dalej? – spytała Wolska.

Pociągnął nosem, a z jego oczu potoczyły się łzy.

– Podjechałem do niej i zaprosiłem ją do samochodu.

– Zgodziła się?

– Obiecałem, że odwiozę ją do domu.

Wolska złączyła dłonie, czekając na ciąg dalszy.

– Wsiadła – rzucił i ponownie pociągnął nosem. Wzrok miał nieobecny.

Jego ciałem znów wstrząsnął głęboki kaszel.

Mężczyzna charczał przez kilka sekund, a następnie raz jeszcze otarł usta, które wykrzywił grymas bólu.

– Wsiadła – powtórzył, zbierając myśli. – A ja ruszyłem Okrężną w kierunku Wrzosów. Naprawdę chciałem ją tylko odwieźć i pogadać.

Podniósł wzrok na Wolską, która w pożółkłych białkach dostrzegła sieć czerwonych pajęczynowych nitek.

– Próbowałem przemówić jej do rozsądku, proponowałem pieniądze na usunięcie ciąży gdzieś za granicą. Zwyzywała mnie wtedy. Szarpnąłem kierownicą i wjechaliśmy w las – gestykulował drżącą dłonią.

Pod skórą z plamami wątrobowymi błękitniały grube żyły.

– Niewiele więcej pamiętam. – Zamilkł.

– Miał pan ze sobą swój telefon?

Zaskoczyło go to pytanie.

– Telefon? – Spojrzał na Wolską.

– Komórkę. Miał ją pan ze sobą?

– Nie. Akurat tego dnia zostawiłem ją w domu.

W ciszy wypełniającej niewielkie wnętrze było słychać ciężkie sapanie.

Waligórski schował twarz w dłonie i zapłakał.

– Chodziło mi o syna… – Próbował się uspokoić. – Chodziło mi tylko o jego przyszłość. Ona była za młoda…

– Gdzie ją zostawiłeś?

– Mój syn… – Waligórski kontynuował, jakby jej w ogóle nie słyszał – zasługiwał na inny start. A ona szantażowała go tą ciążą i alimentami, jeśli ją zostawi. Zwariowała na jego punkcie.

– Zabiłeś ją? – Wolska uznała, że to najlepszy moment, by zadać to pytanie.

Wbił wzrok w podłogę i kiwnął głową.

– Zabiłeś? – powtórzyła głośniej.

– Boże… – jęknął. – Tak, zabiłem ją!

Ciszę przerywał jego szloch.

– Co było potem?

Pociągnął nosem i otarł chusteczką usta.

– Wrzuciłem ciało na pakę i odczekałem, aż się ściemni. Później ruszyłem w kierunku fortu Kazimierza Wielkiego. Zakopałem ją w lesie, gdy było już ciemno.

– I wróciłeś do domu?

– Nie. Umyłem wóz na myjni samoobsługowej.

– Gdzie konkretnie?

– Słucham?

– Na której myjni? – Zaczynało brakować jej cierpliwości.

– Przy Łódzkiej. Tam myjnia jest czynna przez całą noc. Było pusto.

– Na pewno są tam kamery – zauważyła Wolska, chociaż doskonale wiedziała, że na zapis z monitoringu po tak długim czasie nie ma szans.

Poczuła tępy ból głowy zlokalizowany tuż za prawym okiem. Wiedziała, co to oznacza. Migrena zbierała siły do ataku.

– Gdzie ją zostawiłeś? – spytała, masując skroń.

Waligórski podniósł głowę. Łzy spływały mu do kącików ust.

– Powiem wam – stęknął. – Powiem, ale nigdy tam nie pojadę.

Kilka dni później Wolska odebrała od doktor Raszei, medyka sądowego ze szpitala na Bielanach, raport z sekcji zwłok.

Ciało dziewczyny odnaleźli kilkadziesiąt metrów od fortu Kazimierza Wielkiego, w lesie, ukryte w płytkim grobie. Joanna Metz owinięta była starym kocem. Na głowie spoczywał czarny szeleszczący worek na śmieci.

Wolska znała wyniki sekcji z wcześniejszej rozmowy telefonicznej z Raszeją.

– Szesnaście ran zadanych nożem – powiedziała wtedy lekarka.

– Była w ciąży?

– Szesnaście ran – powtórzyła Raszeja z niedowierzaniem. – Boże… Dobrze, że złapałaś mordercę.

– Co z tą ciążą? – Wolska ponagliła lekarkę.

Raszeja zaciągnęła się papierosem.

– Ofiara nie była w ciąży – stwierdziła.

– Jesteś pewna?

– Tak jak ty tego, że złapałaś mordercę.

Podkomisarz Lena Wolska kompletowała dokumenty dla prokuratury, gdy zadzwonił telefon.

Dzień był ponury, deszcz uderzał w okna falami i bębnił głucho o parapet.

– Dyżurny – odezwał się męski głos w słuchawce.

– No, co tam?

– Jest do ciebie pracownik wodociągów.

– Już idę.

Założyła polar i zeszła po schodach.

Czekała na dodatkowe dane, bo miała wrażenie, że Waligórski z powodu choroby mylił się w drobiazgach. Próbowała zweryfikować każdy jego krok z tragicznego dnia, ale jednego wciąż nie mogła potwierdzić. Wizyty pick-upa Waligórskiego na wskazanej myjni samoobsługowej przy Łódzkiej. Miała wrażenie, że w tej sprawie mężczyzna kłamie, i nie rozumiała powodów, dla których to robił. Ale pewne było jedno. Technicy kryminalistyki ujawnili ślady krwi ofiary w pojeździe. Kiedy w przestronnym policyjnym garażu spryskali wóz luminolem i zgasili światło, fotel pasażera i tapicerka drzwi oraz odkryta paka rozświetliły się na niebiesko.

I właśnie wtedy Wolska przypomniała sobie jeden detal z wizyty u Waligórskich. Tej złożonej następnego dnia po zaginięciu Joanny Metz. Zapamiętała grząską ziemię, w której zostawiła odciski swoich butów, chociaż wówczas miastu doskwierała susza.

– A, to pan – rzuciła, gdy mężczyzna na odgłos jej kroków odwrócił się od tablicy z plakatami i ulotkami, znajdującej się w holu komisariatu.

Młody brunet z kręconymi włosami uśmiechnął się i przywitał. W ręce trzymał teczkę, z której wyjął wydruk – wykres zużycia wody w domu Waligórskiego.

 

Wolska zabrała go i podeszła do okna. Wodociągowiec podążył za nią i wskazał palcem na konkretny punkt na kartce.

– Tutaj. Widzi pani ten skok? – spytał.

Pokiwała głową.

– To pokazuje, że w nocy, między drugą a trzecią, woda leciała aż miło.

– Może to system nawadniania?

– I działałby tylko tej jednej nocy? – Zaśmiał się. – Nie, nie ma mowy.

– Awaria? – podsunęła.

– Która sama się naprawiła? – powątpiewająco rzucił pracownik wodociągów.

– Skąd macie te dane?

– Dzięki systemowi odczytu radiowego. Samochód przejeżdża przez osiedle i zbiera dane ze wszystkich wodomierzy wyposażonych w specjalną nakładkę radiową.

Pamiętała taki wóz, kiedy zaparkowała pod domem ofiary. Przejechał wtedy za jej plecami. Przypomniała to sobie i tylko dlatego zwróciła się do tutejszych wodociągów.

Bingo!

– Dziękuję – stwierdziła, uśmiechając się.

Wolska zatrzymała citroëna przed domem Waligórskiego w pobliżu rozświetlonej ulicznej latarni.

Piotr musiał być w domu, bo na poddaszu paliło się światło.

Policjantka wysiadła z samochodu i zbliżyła się do furtki. Nacisnęła domofon.

– Halo? – rozległ się przyjazny kobiecy głos.

Wolska domyśliła się, że należał do Kingi, dziewczyny Piotra.

– Policja. Chciałam porozmawiać z Piotrem Waligórskim – oznajmiła.

Usłyszała brzęczyk, po czym światło w wiatrołapie rozbłysło i zgrzytnęły zamki.

– Proszę bardzo. – Dziewczyna ubrana w szary dres uśmiechała się uprzejmie. – Zaraz go zawołam – powiedziała i zniknęła na schodach. – Piotrek! Piotrek!

Wolska rozejrzała się wokół.

Spojrzała na płaszcze wiszące na wieszaku i równo ustawione buty. Jedna para szczególnie zwróciła jej uwagę.

Czerwone trampki Big Stara. Wyglądały na niemal nieużywane. Kucnęła przy nich i zajrzała do wnętrza.

Rozmiar trzydzieści siedem.

Wolska z trudem przełknęła ślinę.

Wyprostowała się na odgłos kroków na schodach i dostrzegła, że Piotr Waligórski zatrzymał się na ostatnim stopniu.

Wsunęła dłoń do kieszeni kurtki i odnalazła zapalniczkę.

– To nie przejdzie – oświadczyła.

– Co takiego? – spytał wystraszony student, za którego plecami stanęła zdezorientowana Kinga.

– To, żeby ojciec odpowiadał za przestępstwo syna.

– O czym pani mówi? – warknął.

– O tym, że twój ojciec chciał cię ochronić. Wie, że umrze, i dlatego planował wziąć na siebie winę za tę zbrodnię. Bo opowiedziałeś mu o wszystkim. Ale was obu zgubił jeden detal. Twój ojciec upiera się, że umył samochód na myjni.

– Bo tak było – syknął student. – Tak mi powiedział. Nie mam z tym nic wspólnego!

– Masz, bo to ty ją zabiłeś i ty umyłeś wóz ojca. Tutaj, w ogrodzie – stwierdziła Wolska i wskazała kciukiem za plecy.

A potem sięgnęła po kajdanki.

Kiedy oboje wyszli na zewnątrz, niebieskie światło radiowozów błyskało na elewacji domu Waligórskich i odbijało się od okien.

Młody Waligórski spuścił głowę. Szedł jak na skazanie.

– Ona nie była w ciąży – szepnęła mu do ucha Wolska.

Zatrzymał się i wbił w nią wzrok.

– Nie była w ciąży – sylabizowała policjantka. – Raport z sekcji zwłok nie pozostawia złudzeń.

Z jego oczu poleciały łzy, ale Wolska nie miała siły na niego patrzeć. Oddała go w ręce kolegów, a sama skierowała się do swojego citroëna.

Drżały jej ręce.

Zamknęła się w samochodzie i spojrzała na Kingę, która z telefonem przy uchu i w czerwonych trampkach kręciła się nerwowo w pobliżu furtki.

Wolska opuściła głowę na kierownicę i zamknęła oczy. Trwała tak przez chwilę, a potem nabrała powietrza.

Pod siedzeniem coś błysnęło. Sięgnęła tam i wyciągnęła nowiutką paczkę papierosów.

„Odnalazłaś się”, pomyślała, po czym zerwała folię, żeby zaciągnąć się znanym zapachem.

Długo wpatrywała się w kartonik.

Wreszcie wyjęła papierosa i wsunęła go sobie do ust.

Anna Bińkowska

Prima inter pares

– Nazwisko Górka. Bronia Górka. Znaczy się Bronisława, Bronisława Jadwiga Górka, tak jej na chrzcie daliśmy.

– Odsuńcie się, matko. – Posterunkowy Demidiuk poprawił kołnierzyk mundurowej kurtki. Kobieta nachylająca się do niego przez drewnianą barierkę niebezpiecznie przypominała mu jego matkę.

– Błagam…! Ona dobra dziewczyna jest. Porywcza czasem, ale dobra…! Nie uciekłaby…! Znikła, była i znikła, trzewiki wszystkie zostawiła…!

– Matko, proszę – mówił bez przekonania Demidiuk.

Pola Doboszówna przymknęła ostrożnie drzwi gabinetu komisarza Brywczyńskiego, balansując niebezpiecznie tacą zastawioną porcelaną.

– To już kolejna ostatnimi czasy – powiedziała, podchodząc do biurka. Bezceremonialnie rozsunęła teczki zawalające blat i postawiła tacę z impetem, aż zastawa zadźwięczała. Brywczyński skrzywił się odruchowo, od czasów wojny nie lubił takich dźwięków, kojarzyły mu się z granatami uderzającymi o bruk.

– Dziewczęta szukają czasem szczęścia na własną rękę – zauważył. – Zgłodnieje, to wróci.

– Jak uciekasz z domu, to z najlepszymi trzewikami – prychnęła Pola, zestawiając naczynia na blat i nalewając

kawę do filiżanki. Brywczyński zerknął na nią znad papierów, na moment przerywając kreślenie zamaszystych podpisów na kolejnych kartach raportów dla komendy.

– Czego Pola ode mnie chce? – Sięgnął po papierośnicę, jego największy skarb. Prezent od samego Rozwadowskiego, spod Lwowa. Rzadko o tym wspominał, ale Pola wiedziała.

Przytuliła do siebie tacę tak, jakby to była jej zbroja.

Teraz albo nigdy.

– Od pana nic. Ale ja mogę się tym zająć – zaproponowała ze straceńczą odwagą. – Powaga! To znaczy popytam może trochę jej koleżanki, ktoś na pewno coś wie, będę takim trochę tajnym współpracownikiem! A jak się czegoś dowiem, to przekażę i rozwiążemy sprawę!

Brywczyński zapalił fajkę. Podobne rozmowy toczyli średnio co tydzień. Czy to na posterunku, czy podczas niedzielnego obiadu. Powoli zaczynał się bać, że wpadnie jej w końcu do głowy coś naprawdę głupiego. Przywiązał się do niej – kiedy trafiła pod jego opiekę, była niegłupim podlotkiem. Jej ojciec uratował mu kiedyś życie i gdy sam żegnał się z tym światem, wymógł na nim obietnicę czuwania nad pociechą, która nikogo na świecie poza nim nie miała. Brywczyński obietnicę spełnił, podlotek zamienił się w młodą damę, bez trudu kończąc szkołę. Za mąż iść nie chciała, na uniwersytet on jej nie chciał puścić, więc wystarał się dla niej o posadę sekretarki na komisariacie. Nie przewidział tylko, że panna Pola zacznie się idiotycznie pchać w teren, bo biuro to będzie dla niej za mało.

Oj, męża jej trzeba, męża!

– Pola nigdzie pytać nie będzie – zaopiniował ostro. – Mało, że policjantką, to jeszcze może Pola komendantką policji by chciała zostać, co?

Pola ścisnęła mocniej tacę. Pewnie, że by chciała! Mogła przecież głosować, to dlaczegóż by nie miała być również szefem policji?

– Proszę mnie połączyć z Rezerwą Okręgową, od razu z nadkomisarzem Fuchsem, bez tych jego sekretariatów! A nie tracić czasu na głupstwa! – Brywczyński zaciągnął się dymem z fajki i wrócił do swoich papierów. Pola nie ruszyła się z miejsca. – Natychmiast. – Spojrzał na nią znacząco. Ściągnęła usta w ciup i obróciła się na pięcie, aż krótkie rudawe włosy zatańczyły wokół jej twarzy.

Wychodząc z gabinetu, trzasnęła drzwiami.

Oczywiście.

Brywczyński potrząsnął lekko głową. I cóż tu z taką panną Polą począć?

***

Zakazy były po to, żeby je łamać.

Z takiego założenia wychodziła Doboszówna, oczywiście tylko wtedy, kiedy jakiś zakaz akurat się jej nie podobał. Pracując na policji – rzecz jasna, jako pracownik cywilny, pod bacznym okiem Brywczyńskiego – przepisywała na maszynie dokumenty, czasem zeznania i materiały do śledztw prowadzonych przez policjantów. Znała kodeks, wiedziała, co można łamać, a czego nie.

A brak kobiet w policji uważała za skandal, choć – jak podsłuchała niedawno pod gabinetem Brywczyńskiego – chodziły plotki, że miało się to wkrótce zmienić. A Pola nie zamierzała siedzieć z założonymi rękoma.

– Panie Jurku – powiedziała, nie bacząc na kolejnych interesantów tkwiących w kolejce. Oparła się o barierkę przed posterunkowym Demidiukiem i przygryzła zębami kosmyk włosów. Zawsze gdy to robiła, posterunkowy głupiał i był w stanie wyśpiewać jej absolutnie wszystko. I ona niby miałaby być gorszym funkcjonariuszem… – Panie Jurku, a ta… Górkowa, co to przed chwilą była, to od nas z rejonu jest?

Posterunkowy zamrugał. Pola uniosła wąskie, ciemne brwi.

– A skąd, panno Polu. – Pokręcił głową. – Do drugiego komisariatu powinna pójść, a nie do nas. Przy Podwalu mieszkają.

– Przy Podwalu – powtórzyła. Przed oczami miała już całą okolicę. Niewielkie kamieniczki, najczęściej z zatęchłymi klatkami schodowymi, z wychodkiem po staremu, jednym wspólnym. Ciasno, cuchnąco, warszawsko. Ale z widokiem na katedrę, jak się miało szczęście i okna wychodziły na dobrą stronę. I na odpowiednim poziomie, bo jak na parterze czy pierwszym piętrze, to po ptakach.

– Ta Bronia cała – posterunkowy Demidiuk nachylił się ku Poli, wpatrując się w jej usta – to w ogóle pracowała na Lesznie, u krawca Libermana. A wie pani tak w ogóle, że siostra Libermana też zniknęła?

– Doprawdy? – Widok Starówki rozpłynął się przed oczami Poli, a jej wzrok skupił się na Demidiuku. – Jak to zniknęła?

– Normalnie. – Demidiuk wzruszył ramionami. – Rachela Liberman. Puf, puf, nie ma.

– Nie ma. A to ciekawe.

– Ano. Bo panno Polu, wie pani… bo grają teraz Kiedy kobieta zdradza męża z Węgrzynem i się tak zastanawiałem, czy może nie zechciałaby pani… – Demidiuk zaczął się plątać.

– Te, gołąbeczki! – Jeden z interesantów zniecierpliwił się, mnąc w rękach beret. – Myśmy tu pierwsi byli, na przyjęcie zgłoszenia o zbrodni czekamy. Długo jeszcze?!

– No idę już, idę. Panie Jurku – powiedziała stanowczo Pola, sięgając po swój płaszcz z wieszaka obok kontuaru. – Ja do kina zacznę chodzić, jak aktorzy przemówią własnymi głosami, a nie trzeba będzie czytać plansz. A jakby komisarz pytał, to z przesyłkami poszłam. – Chwyciła za klamkę.

Posterunkowy poczerwieniał.

– Ależ panno Polu, co też pani… bez przesyłek pani idzie?

Pola zatrzymała się w progu i odwróciła z uśmiechem.

– Już zabieram. – Sięgnęła przez barierkę po paczkę kopert przewiązaną szarym sznurkiem.

– Panno Polu, może ja panią odprowadzę? – Demidiuk ruszył zza kontuaru w stronę drzwi. Wśród interesantów podniósł się lekki raban.

– Pan na służbie, panie posterunkowy. – Cofnęła się o krok i wskazała głową czekających. – Proszę zamówić rozmowę z Fuchsem dla komisarza. Może pomyślimy o jakimś dansingu. – Zniknęła za drzwiami, tuląc do siebie koperty.

Demidiuk zaś stał przez chwilę, z niedowierzaniem patrząc na drzwi, które się za Doboszówną zamknęły, niepomny nagabywań mężczyzny z beretem w rękach, do którego dołączyły inne osoby z kolejki – nie wierzył we własne szczęście, że oto zgodziła się z nim pójść na dansing! Od dzisiaj oszczędza, żeby móc ją zabrać w godne miejsce. Taka kobieta…!

***

Taka kobieta tymczasem wrzuciła plik listów za figurkę Matki Boskiej stojącą w kapliczce na sąsiednim podwórku. Znała kryjówkę wręcz doskonale, można powiedzieć, że sama ją wynalazła. Służyła jej jako przechowalnia poczty,

kluczy i nawet drobnych pieniędzy. Matce Boskiej to najwyraźniej nie przeszkadzało.

Pozbywszy się paczki, poprawiła kapelusz i ruszyła raźno z Bednarskiej w stronę przystanku na Trębackiej, żeby dojechać tramwajem na Leszno.

Na ulicach zalegały zwały śniegu. Po niedawnym sylwestrze tu i ówdzie widać było jeszcze kolorowe konfetti. Pola w ostatniej chwili wpadła do elektrycznego tramwaju, który miał ją zawieźć w stronę robotniczej Woli. Z każdym obrotem metalowych kół na szynach zmieniał się krajobraz miasta – na coraz bardziej chaotyczny, a jednocześnie pełen życia. Wysiadła na Lesznie przy skrzyżowaniu z Żelazną, rzut beretem od Kercelaka.

Zakład krawiecki Libermana znajdował się niemal tuż obok. To już były tereny siódmego komisariatu. Podział administracyjny Warszawy miała w małym paluszku.

Na przeszklonej witrynie eksponowano bele materiału, a szyld był dwujęzyczny, po polsku i w jidysz, jak w większości tego typu miejsc. Pola pchnęła drzwi, zadźwięczał dzwonek zawieszony nad wejściem. Po przekroczeniu progu sklepu otuliło ją ciepło i jakiś dziwny zapach, jakby piżma. Na ladach były porozkładane bele ciemnych materiałów. Po plecach Doboszówny przebiegł dreszcz ekscytacji – była katoliczką, a Brywczyński nieźle jej pilnował, żeby dotąd bywała tylko tam, gdzie wypadało bywać młodej damie. Żydowskie zakłady krawieckie do takich miejsc nie należały.

 

W środku matka z nastoletnią córką u boku ustalała w jidysz z blond krawcową o imponującym warkoczu parametry wierzchniego okrycia dla córki, które – sądząc z wielce nieszczęśliwej miny dziewczęcia – dalekie miało być od najnowszych trendów z magazynów mody. W drugiej części sali starszy mężczyzna próbował skłonić krawca, by wyczarował coś z mocno znoszonego palta, przed czym krawiec najwyraźniej się bronił. Kiedy Pola weszła, wszystkie oczy skierowały się na nią, co nieco ją speszyło.

– Chciałabym porozmawiać z panem Libermanem – powiedziała głośno.

Zza materiałowej zasłonki wysunął się szczupły mężczyzna w białej koszuli, ciemnej kamizelce, z pejsami po obu stronach twarzy, z centymetrem krawieckim zawieszonym na szyi. Skinął na nią, żeby podeszła do lady na boku, co też zaraz uczyniła. Pomimo dość młodego wieku mężczyzna musiał cieszyć się sporym respektem, bo osoby przebywające w zakładzie wróciły do swoich zajęć bez szemrania.

– Szalom. – Pola skinęła lekko głową. W końcu nawet u żydowskiego krawca należało być uprzejmym.

– Szalom – odparł mężczyzna, stając po drugiej stronie lady. Wydawał się może o kilka lat starszy od niej, sprawiał jednak dość miłe wrażenie. – Ja jestem Mojżesz Liberman. Jak mogę panience pomóc? – W jego głosie nie słychać było żydowskiego akcentu. No, może trochę.

– Tak. – Pola oparła się o materiały, odruchowo je macając. – Cienka ta wełna – zauważyła jakby mimochodem.

– To doskonała wełna, moja babka uszyła sobie niedawno suknię z takiej wełny i ją sobie chwali. Wyjątkowo tania, sam na tym tracę – odpowiedział natychmiast.

– Cieszę się – odrzekła, nie zwracając uwagi na to, co mówi. – W zasadzie to ja do Broni. Broni Górki. Pracuje u pana.

W twarzy mężczyzny nie drgnął nawet jeden mięsień.

– Broni nie ma w pracy.

– Aha. A może Rachela jest?

Tym razem mężczyzna nie zdołał się opanować.

– Rachela jest w Buenos Aires od dwóch lat, przykro mi.

Pola ściągnęła usta. Albo Demidiuk wpuścił ją w maliny, albo tenże dżentelmen postanowił kłamać jej w żywe oczy. To ta Rachela była zaginiona czy nie?

– Widzi pan… – Pola oparła się biodrem o belę materiału. – Próbowałam się z nią skontaktować, ale nie odpowiada na moje listy. Zaczęłam się o nią martwić.

Kłamała, ale co innego miała zrobić?

Mężczyzna przyjrzał się jej uważnie.

– Ciekawe – mruknął. – Rachela nigdy nie przyjaźniła się z żadną szyksą.

No tak.

– Powiem panu prawdę. – Pola zerknęła przez ramię na klientów i pracowników zakładu. Wyglądali na zajętych sobą. Bardzo dobrze. – Widzi pan, współpracuję z policją. – No, i to nawet kłamstwo nie było.

Liberman uniósł brwi, ale nic nie powiedział.

– Bronia Górka zaginęła. Pańska siostra zaginęła. Dużo kobiet ostatnio znika – zauważyła.

– Proszę pani, moja siostra zaginęła, to prawda, ale w Argentynie – odparł krawiec. – Wyjechała prawie trzy lata temu. Od roku nie mam z nią kontaktu, lecz to raczej nie ma nic wspólnego z Bronią.

– A Bronia nie mówiła nigdy o tym, że również chciałaby wyjechać? Za lepszym życiem? – Wiedziała, że strzela na ślepo. Ale oczami wyobraźni widziała Bronię stojącą tu za ladą, słuchającą o rajskim życiu w Buenos Aires. Wyjazd musiał się wydawać taki prosty…! Fakt, że nie miała pojęcia, jak ta Bronia wygląda, w niczym jej nie przeszkadzał.

– To pytanie nie do mnie.

– To może to pytanie będzie do pana: często pan zatrudnia szyksy, które znają jidysz? – Pola obejrzała się przez ramię na blond dziewczynę, która właśnie zdejmowała miarę z nastolatki.

– Proszę sobie wyobrazić, że nie tylko Żydzi mówią w tym języku, a Bronia i Wanda nie są wyjątkami. Nie chce pani może nowej spódnicy? Mam świetną wełnę, prosto z Anglii.

***

Pola chciała pójść na Podwale, do rodziny Górków, adres sprawdziła w przyjętym zgłoszeniu zaginięcia. Tylko zupełnie jej się nie składało. Komisarz stał się jakiś podejrzliwy i ciągle dodawał jej zajęć, Demidiuk plótł coś o dansingu, wskutek czego na Starówkę udało jej się wyrwać dopiero kilka dni później.

O poranku truchtem dotarła do obdrapanej kamienicy przy Podwalu. Za szybami okien mieszkania na parterze kwitły czerwone pelargonie. Pola pchnęła wrota i mijając rozchichotaną grupkę dziewcząt zmierzających do szkoły, weszła do ciemnej bramy, śmierdzącej tradycyjnie – gotowaną kapustą, starym kurzem i moczem. Zawahała się przez moment, niepewna, gdzie powinna się skierować, kiedy ze schodów zeszła kobieta z blond warkoczem.

Jeden rzut oka i Pola nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu – schodząca kobieta to była Wanda, krawcowa z zakładu Libermana! Minęła ją i wyszła z bramy, wobec czego Pola odwróciła się i pobiegła za nią, ślizgając się na bruku pokrytym śniegiem.

– Przepraszam – wysapała, zrównując się z kobietą. – Pani mnie może nie pamięta, ale byłam kilka dni temu u Libermana.

– No była pani. – Kobieta rzuciła na nią spojrzenie z ukosa, lecz nie zatrzymała się.

– Pani dobrze zna Bronię?

– To moja sąsiadka. – Wanda wzruszyła ramionami. – Klawa dziewczyna była, do jednej klasy chodziłyśmy, ba, ode mnie uczyła się ściegów. A ona co? – Wanda nagle zezłościła się.

– No właśnie, co? – podchwyciła Pola i znów poślizgnęła się na bruku.

– No jak to, widać poderwała sobie w końcu tego cyrkowca i zwiała do lepszego życia! – poirytowała się krawcowa, idąc zdecydowanym krokiem i wbijając z impetem pięty w śnieg. – A o mnie to zapomniała, nawet słówkiem nie pisnęła, a to ja jej przecież załatwiłam pracę u Mośka, dzięki mnie to wszystko…!

– Jaki cyrkowiec? – zaniepokoiła się Pola.

– A taki linoskoczek – rozmarzyła się kobieta i lekko zwolniła kroku. – Baryszko. Jeździ po świecie, jak to cyrkowiec, na turnieje.

– Znaczy… tournée?

Wanda znów spojrzała na nią z ukosa i przyśpieszyła kroku jeszcze bardziej. Były już prawie przy Lesznie.

– Toteż mówię. – Wzruszyła ramionami. – Dwa złote.

– Słucham…? – Pola zatrzymała się. Wanda również przystanęła i odwróciła się do niej, przerzucając warkocz przez ramię.

– Dwa złote – powtórzyła, wyciągając rękę w stronę Poli. – Co też panienka myśli, że tak na darmo pytluję językiem? Mnie jest wszystko jedno, po co to panience, ale dwa złote się należy.

– Dwa złote to strasznie dużo – mruknęła Pola, otwierając torebkę. – Dwadzieścia groszy.

– Dwa złote. – Kobieta potrząsnęła ręką. Pola niechętnie pomyślała, że najwyraźniej uczyła się targowania od najlepszych, ale wysupłała z torebki swoje ostatnie pieniądze. Dwóch złotych nie miała, Wanda zadowoliła się złotówką.

Trudno, wróci tak, jak przyszła, na piechotę, bo na bilet na tramwaj już nie miała. A musiała jeszcze kupić gazetę, by poszukać informacji o cyrku.

Prowadzenie sprawy wcale nie było takie proste.

***

Brywczyński odłożył lupę na bok. Daktyloskopia. Hm. Pomysł może i zacny, ale wykonanie będzie nastręczało bólu głowy kolejnym pokoleniom. Jeśli ludzkość wciąż będzie przyrastać w takim tempie, a po drodze nie wydarzy się żadna kolejna Wielka Wojna, to wkrótce ludziom trzeba będzie pobierać odbitki palców po urodzeniu, obowiązkowo – a najpóźniej po osiągnięciu pełnoletności! Inaczej nie ma szans, żeby za tym nadążyć. Odłożył karty daktyloskopijne na bok i zastanowił się, czy to już pora na fajkę, czy jeszcze nie. Zanim zdążył się zdecydować, zapukano do drzwi.

– Proszę szefa… – Demidiuk wsunął głowę do gabinetu. – Bo tu taki mały problemik jest…

– Jeśli masz na myśli Babiakową, to to nie jest problemik, tylko ciągły ból głowy.

– Tak, szefie. Znaczy, nie, szefie, to nie Babiakowa. – Demidiuk pokręcił głową. – To ta Górka.

– Jaka znowu Górka?

– No ta od tej zaginionej. Mówi, że ktoś wypytywał ich sąsiadkę, która z nią pracowała.

– Z tą starą Górką?

– Nie, z młodą.

– Kto wypytywał? – Brywczyński sięgnął jednak po fajkę.

– Nooo… – Demidiuk zawahał się. – Mówi, że młoda. W sensie stara Górka mówi, że młoda wypytywała. Taka… ruda. I że u krawca była…

– Jakiego znowu krawca, na litość pańską!

– Który je zatrudniał. Młodą i sąsiadkę. A stara przyszła z rabinem, bo krawiec do niego poszedł.

– Dlaczego krawiec przyszedł z rabinem?

– Krawiec nie przyszedł, tylko poszedł, rabin przyszedł. Bo ta młoda pytała też o jego siostrę. Nie rabina, tylko krawca. Ze starą.

Brywczyński poczuł, że te młode, stare, rabini i krawcy zaczynają go przytłaczać.

– Poproś do mnie Polę.

Demidiuk już praktycznie wszedł do gabinetu i przestępował teraz niepewnie z nogi na nogę.

– Kiedy Poli nie ma, panie komisarzu.

Brywczyński poczuł, jak zaczynają mrowić go wąsy.

– Jak to nie ma? – zapytał z irytacją. Mieszkali pod jednym dachem, na rany Chrystusa, sam słyszał, jak Pola wychodziła rano do pracy, jeszcze przed nim…!

– No, nie ma…

– Masz mi ją znaleźć, Demidiuk! Zanim ta pannica wpakuje się w jakąś kabałę!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?