Stulecie kryminałuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To jest właśnie pan starszy posterunkowy z Wysokiej. Co robi policja?

– Policja pilnuje porządku i dba o bezpieczeństwo – odpowiedziała zgodnym chórem i bez zastanowienia cała klasa.

– Bardzo dobrze. A to jest chustka, którą ktoś zgubił, i pan policjant chce ją oddać właścicielowi. Kto z was wie, czy kto ma taką chustkę i teraz jej szuka?

Dwie ręce szybko podniosły się ku górze. Nauczyciel wskazał dziewczynkę z warkoczykami. Ta wstała zadowolona, że może pochwalić się swoją wiedzą.

– Kleszczyński ma taką chusteczkę, bo widziałam.

– Każdy widział – nie wytrzymał chłopak, którego nauczyciel nie wybrał.

– Skurwysyn pierdolony! – zawołał od drzwi okradziony Pawlak.

15 kwietnia

Godzina 8.20 rano

– To co, zeznanie podpiszecie? – zapytał starszy posterunkowy Bielawski zatrzymanego wczoraj mężczyznę.

– Mogę podpisać. – Aresztant skinął usłużnie głową i pociągnął nosem. Najwyraźniej miał katar.

Policjant podkręcił lekko wąsa. Był bardziej niż zadowolony. W ciągu kilku godzin udało mu się rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży świni i do tego ująć przestępcę, a wszystko to dzięki własnej przenikliwości.

– To siadajcie se. – Wskazał na stojące przed biurkiem krzesło.

– Ja, za przeproszeniem, bym nie chciał. – Zatrzymany zrobił minę człowieka cierpiącego, więc policjant wzruszył tylko ramionami. Rozumiał, że na obitej dupie ciężko się siedzi. No ale ten tu obwieś, który dzisiejszą noc spędził zamknięty w piwnicy komisariatu, sam był sobie winien. Gdyby był bardziej pomocny, to nic by go nie bolało i dziś nie musiałby narzekać na obolały tyłek.

Bielawski otworzył swój brudnopis, w którym trzymał przygotowaną kartkę z przepisanym na czysto przyznaniem się do winy. Rozłożył pismo na biurku i już chciał zamknąć brulion, gdy jego spojrzenie padło na pięknie wykaligrafowaną notatkę dotyczącą zaleceń przeprowadzania rewizji.

Rewizję domową przeprowadza policjant w zasadzie tylko na rozkaz władzy prokuratorskiej, sądowej lub uprawnionej do tego władzy administracyjno-politycznej. Jednak gdy zwłoka grozi niebezpieczeństwem zatarcia śladów, powinien policjant przeprowadzić rewizję na własną odpowiedzialność. Postępuje w myśl §§ 102 do 108 ust. o post. kar.

Po każdej rewizji policjant powinien spisać protokół i donieść przełożonej władzy, przedstawiając jednocześnie znalezione przedmioty.

Policjant przeprowadzający rewizję winien wezwać dwie osoby zaufane. Jeżeli policjant ma dane pomieszczenie zamknięte, wtedy w obecności gospodarza domowego, sąsiada, sołtysa lub inną osobę zaufaną każe przez ślusarza drzwi otworzyć.

Rewizję domową należy przeprowadzać bez przyczynienia się do jakiej przykrości danym osobom i troskliwie zwracać uwagę na przyzwoitość.

Zaledwie przed tygodniem starszy posterunkowy Bielawski przepisał do swojego kajetu zalecenia dotyczące rewizji domowej, a tu proszę, już wiedza z wytycznych przesłanych na posterunek przez komendę powiatową przydała się na służbie. Był więc z siebie bardzo zadowolony, bo prawie wszystko, co było zapisane w instrukcji w kwestii rewizji, wykonał bez zarzutu. Wezwał na świadka sołtysa Mościsk Jana Markowicza, na drugiego zaufanego świadka powołał pokrzywdzonego Pawlaka i w ten oto sposób mógł w majestacie prawa przystąpić do otwarcia pewnej piwnicy. Jedno tylko zalecenie się nie udało. Niezbyt troskliwie obszedł się z wówczas jeszcze podejrzanym, Marcinem Kleszczyńskim, bo ten zatwardziałym musiał być przestępcą, skoro pokrętnie tłumaczył, że właśnie zgubił klucz od kłódki i do sklepu wejść się za nic nie da. Nie wiedział, że ze starszym posterunkowym żartów nie ma, a policjant ma nosa i od razu widzi, jak jakiś łotr kręci. Bielawski kazał więc, żeby obaj świadkowie ściągnęli mu portki, chwycili mocno za ręce i kark, tak by tyłek był wypięty. On zaś wziął do ręki zgrabną, ale solidną witkę, którą wyciął swoim scyzorykiem z pęku wikliny rosnącej przy płocie, i dalej tą witką przemawiać do rozsądku chłopu.

Po dwóch minutach zagubiony klucz nagle się odnalazł. Gdy drzwi otwarto, policjant – jako najważniejszy w tym towarzystwie – pierwszy wszedł do piwniczki po kilku schodkach. W zasadzie to nawet nie musiał wchodzić. Zapach świeżo zaszlachtowanego wieprzka był tak charakterystyczny, że trudno go było pomylić z czymkolwiek innym. Świnia leżała w korycie, zabita zapewne pchnięciem bagnetu pod lewą przednią nogą, wprost w serce. Śladów krwi nie było, więc to oznaczało, że zabito ją w innym miejscu i tam krew upuszczono, by wykorzystać na kaszanki i salcesony. Ale kwestia krwi nie zaprzątała głowy policjantowi. To była sprawa całkowicie drugorzędna. Najważniejsze było, że udało mu się pochwycić sprawcę i odzyskać świnię niemal nienaruszoną.

– Moja świnia! – zawołał uradowany Pawlak, który wcisnął się do piwnicy zaraz za policjantem.

– Nie zdążył jej jeszcze przerobić na kiełbasy, pierdolony! – zauważył trzeźwo sołtys Markowicz, który trochę posmutniał na ten widok. Wieprzek nieprzerobiony oznaczał, że nie będzie z czego pobrać choć części wyrobów jako zadośćuczynienia za pomoc w przesłuchaniu złodzieja. A taką miał ochotę na świeżą białą kiełbasę.

Wysoka, dnia 15 kwietnia 1922 r.

Doprowadzony do biura Posterunku Pol. Państw. Wysoka w charakterze obwinionego oświadcza:

Do osoby:

Marcin Kleszczyński, robotnik zamieszkały w Mościskach powiat wyrzyski, urodzony dnia 22 maja 1888 r. w Wroniawach powiat szamotulski, syn rodziców Andrzeja i Anny z domu Słaboszewska, religii rzymskokatolickiej, żonaty, 5 dzieci, służył w wojsku, 46 pułk piechoty w Poznaniu od 1908 do 1910 r., rzekomo nie karany, żadnego majątku nie posiada.

Do sprawy:

Przyznaję się, iż dnia 14 kwietnia 1922, godz. 2.00 wszedłem na podwórze gospodarza Pawlaka z Brzostowa, gdzie najpierw po dokładnem obejrzeniu się na podwórzu, żadnej przeszkody nie przeczuwając, rozbiłem kłódkę i wszedłem do chlewa, a świnię uderzyłem mocno w łeb młotkiem, przez co ogłuszoną mogłem bez hałasu wrzucić na wózik, potem przez pola brzostowskie aż do drogi prowadzącej do Mościsk powiozłem i dalej zawiozłem na moje podwórze, gdzie takową zabiłem i ukryłem w sklepie, ale już 14 kwietnia przez posterunkowego Bielawskiego P.P. Wysoka wykrytą została.

Pokazana przez post. B. czerwona chustka od nosa jest moją własnością, którą musiałem zgubić na podwórzu Pawlaka.

Jako uniewinnienie podaję, iż mam do utrzymania 5 dzieci, od 5 do 13 lat stare, a obecnie nie mam pracy. Tak nic więcej nie mam do nadmienienia.

– No to podpisujcie tu, gdzie ptaszek. – Policjant wskazał miejsce u dołu zeznania. Zatrzymany podszedł bliżej, trzymając w garści portki, żeby mu nie opadły. Zgodnie z regulaminem szelki wczoraj jeszcze zostały mu odebrane, bo jak głosiła instrukcja w sprawie zatrzymania przestępcy: „istniało zawsze prawdopodobieństwo, że zdesperowany aresztant może się na szelkach czy na pasku obwiesić”.

Mężczyzna wziął do ręki pióro i umoczył stalówkę w kałamarzu wypełnionym atramentem. Bielawski spojrzał na jego palce. Wszystkie były brudne od pieczęciowego atramentu.

– Możecie najpierw przeczytać, zanim co podpiszecie?

– Mogę? – Zatrzymany najwyraźniej się zdziwił. – A po cholerę, jak i tak świnia przepadła? – stwierdził i złożył kulfoniasty podpis.

– I o to się właśnie rozchodzi. – Zadowolony starszy posterunkowy spojrzał na swojego podwładnego, który wpatrywał się w ulicę za oknem.

– Frąckowiak, odprowadźcie aresztanta do aresztu.

– Tak jest. – Młody policjant zerwał się z krzesła. – Gdzie, panie posterunkowy? Przecie u nas nie ma aresztu.

– No do piwnicy – wyjaśnił jak małemu dziecku. Gówniarz musi się jeszcze sporo nauczyć, pomyślał stary policjant.

Gdy został w pokoju sam, otworzył szufladę i wydobył dużą białą kartkę. Na niej niezwykle starannie wyrysowana była tabelka zawierająca w dwóch rzędach pięć kratek, wielkości trzy na trzy centymetry. Każdej przyporządkowana została cyfra od jeden do pięciu oraz litera. Te górne miały literkę P, a dolne L.

Serce starszego posterunkowego zabiło mocniej na ten widok. Zadowolony uśmiechnął się pod wąsem. W każdej kratce widniał dokładny ślad atramentowych odcisków palców. Ta tabelka była jego własnym pomysłem. Starszy posterunkowy Bielawski postanowił bowiem wykorzystać w praktyce wiedzę o daktyloskopii. Wymyślił i wyrysował za pomocą ołówka i linijki tabelkę do odcisków, pobrał je od zatrzymanego, a później spróbował porównać z tymi znalezionymi na miejscu przestępstwa. Nie miał co prawda pojęcia, jak się zbiera odciski palców w chlewie, ale dostrzegłszy zabrudzoną szybkę w okienku, wpadł na pomysł. Zanim poszli z gospodarzem do Mościsk, kazał swojemu podwładnemu wydłubać kit z ramki okiennej i ostrożnie wyjąć szybkę z dolnej prawej strony, gdzie – jak mu się wydawało – ktoś próbował ją oczyścić z zewnątrz, żeby zajrzeć do środka.

I rzeczywiście na szybce widać było wyraźne odciski palców. Porównał je zatem z tymi zdjętymi z palców złodzieja, przypatrując się jednym i drugim przez szkło powiększające. Odcisk kciuka był bardzo podobny. Ale głowy by nie dał, więc nie wpisał swoich daktyloskopijnych ustaleń do doniesienia do Prokuratorii, żeby go tam nie wyśmiali. Kartkę z odciskami opisał jednak imieniem i nazwiskiem zatrzymanego i włożył ją do zupełnie nowej, białej teczki. Na karcie tytułowej napisał równym, kaligraficznym pismem: „Daktyloskopia” – odciski linii papilarnych przestępców.

Nawet nie wiedział, po co mu ta teczka i te odciski, ale jednego był pewien: nadmiar wiedzy jeszcze nikomu nie zaszkodził.

***

Wszystkie fragmenty pism urzędowych pochodzą z autentycznych zapisków posterunkowego Ludwika Bielawskiego, który w latach dwudziestych pełnił służbę na posterunku Policji Państwowej w miejscowości Wysoka, powiat Wyrzysk. Brulion brudnopisu, który policjant wykorzystywał do tworzenia projektów swoich służbowych zapisków i prywatnych korespondencji, zawiera także autentyczne dyktanda, pisane ręką Bielawskiego i oceniane (zazwyczaj dość wysoko) przez nauczyciela. Oznacza to zapewne, że ambitny policjant dokształcał się po pracy. Zeszyt ten trafił kilkanaście lat temu w moje ręce. Przekazałem go do Muzeum Okręgowego w Pile, mając nadzieję, że tak ciekawy dokument stanie się ważnym przyczynkiem do badań prowadzonych nad historią Policji Państwowej w latach dwudziestych XX wieku na pograniczu polsko-niemieckim. Dopóki jednak jeszcze się nie stał, pozwoliłem sobie w sposób twórczy skorzystać z notatek policjanta Bielawskiego i opowiedzieć prawdziwą historię pewnej świni, czerwonej chusteczki i daktyloskopii, nieco tylko dodając od siebie na zasadach licentia poetica.

 

Wojciech Chmielarz

Policja

1

„PIERDOLCIE SIĘ, EKOŚWIRY!!!”

Brian wpatrywał się w wielki czarny napis na białej kartce. Poszczególne litery napisano ekspresyjnie, jakby w pośpiechu i wielkich emocjach. Kartkę włożono za wycieraczkę forda mustanga GT, tak żeby była pierwszą rzeczą, którą zauważy człowiek zbliżający się do pojazdu. Dopiero później można było dostrzec siedzącego na miejscu kierowcy martwego właściciela samochodu.

– Niezły list pożegnalny – rzucił podinspektor Klich, stając obok Briana.

– To jego pismo? – zapytał komisarz.

– To wykażą ekspertyzy, ale kto inny miałby to napisać?

Brian wzruszył ramionami. Ruszył przed siebie. Stanął obok wozu. Drzwi od strony kierowcy były otwarte. Pracujący przy nich technik odsunął się, robiąc miejsce Brianowi. Policjant kucnął i zerknął na siedzące w środku ciało. Mężczyzna liczył sobie ponad siedemdziesiąt lat. Miał białe włosy, krótko ostrzyżoną brodę, pociągłą twarz i szpecący ją duży, kartoflowaty nos, dowód na to, że jego właściciel miał spory kłopot z alkoholem. A także pokaźną nadwagę. Oczy były przymknięte, usta półotwarte. W pierwszej chwili można było pomyśleć, że po prostu śpi.

– Kiedy puścimy komunikat, sporo ludzi w Warszawie otworzy szampana – rzucił Klich.

– Jacy ludzie?

– Głównie ekolodzy.

– Którzy?

– Wszyscy. Od komunistów do faszystów. Wszyscy go nienawidzili.

Facet w samochodzie przed nim nazywał się Rafał Maks Warzocha i tak jakby był gwiazdą. Gwiazdą dla pewnego określonego, niewielkiego wycinka społeczeństwa, ale jednak gwiazdą. Czołowym polskim i europejskim denialistą klimatycznym. Człowiekiem, który pomimo wszystkiego, co się działo za oknem jego willi, pomimo setek raportów naukowców, pomimo rozlicznych dowodów raz za razem powtarzał na filmach zamieszczonych w sieci, że katastrofa klimatyczna to globalny spisek Żydów, światowej finansjery, ekologów, faszystów, komunistów i jeszcze kilku innych grup, które wymieniał w zależności od potrzeb i fantazji, zawiązany po to, by otumanić i zniewolić społeczeństwo i wprowadzić Nowy Światowy Ład.

– Myślisz, że wierzył w to wszystko, co opowiadał? – zapytał Brian.

– Ważne, że hajs się zgadzał.

– Zarabiał na tym?

– Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie sumy – mruknął Klich, a potem gestem głowy wskazał na leżące w kącie garażu kartony.

Brian podszedł do nich i zajrzał do środka. Pełno w nich było koszulek z politycznymi, antyekologicznymi hasłami, kubków, zdjęć z autografem i innych gadżetów.

– Do tego zbiórki pieniężne na coraz to nowsze akcje, prelekcje, wykłady, spotkania z fanami. Do tego psychopaty pieniądze płynęły szerokim strumieniem. A niby jak go było stać na taką hacjendę? – zakończył pytaniem Klich.

– Podatek węglowy musiał być zabójczy – mruknął Brian.

– Żadnego nie płacił.

– Jak to możliwe?

– Wykupił sobie rezydenturę węglową. Drogi kolego, nie wiem, czy wiesz, ale właśnie znajdujesz się w Ugandzie, bo ten dom oficjalnie jest częścią rezydencji ambasady Ugandy w Rzeczpospolitej.

– Nie gwałcimy w takim razie teraz jakiegoś protokołu dyplomatycznego?

– Na pewno – przyznał Klich. – Ale to Uganda. Ugandę wszyscy mają w dupie.

To była prawda. Afryka ucierpiała wyjątkowo mocno w wyniku katastrofy klimatycznej. Uganda umierała, podobnie jak cały kontynent. Kraj desperacko ratował swój budżet, sprzedając „rezydentury węglowe”, które były problemem podobnym do dawnych rajów podatkowych. Jednak rezydentury ratowały od opłat za emisję CO2.

Brian odłożył trzymany w dłoniach kubek i wrócił do samochodu. Raz jeszcze zajrzał do środka. Tylko że teraz oglądał bardziej samochód niż ciało. Mustang GT. Prawdziwy potwór z silnikiem tak potężnym, że kiedy dodawało się gazu, brzmiało to jak ryk lwa. Oczywiście z powodu regulacji z lat trzydziestych nie można było nim jeździć. Dozwolone były tylko samochody niskoemisyjne i elektryczne. Brian dałby sobie uciąć rękę, żeby choć raz się nim przejechać. Był fanem motoryzacji. W domu na komputerze miał potężne archiwum starych gazet motoryzacyjnych, filmów, wszystkie edycje Top Gear, a wolne chwile spędzał w wirtualnym świecie, pokonując kolejne zakręty autostrady coraz nowszymi furami. Tylko że ta przed nim była prawdziwa. Mógł jej dotknąć i nie musiał zakładać gogli, żeby ją zobaczyć.

– To jak będzie? – zapytał Klich.

– Kto go znalazł?

– Gosposia, która przyszła posprzątać dom. Chcesz ją przesłuchać?

Pokręcił przecząco głową.

– Toksykologia? – zapytał technika z tabletem.

– Wstępne wyniki takie, jak się można było spodziewać. Śmierć z powodu zatrucia spalinami. Do tego trochę tabletek uspokajających, które musiał łyknąć przed próbą samobójczą. Znaleźliśmy opakowanie w jego sypialni. Nic podejrzanego.

– Nawet samobójstwo musiał popełnić, emitując maksymalną ilość CO2 – zauważył Klich. – Wielki środkowy palec wyciągnięty w stronę polityki ekologicznej.

– Ano… – Brian podrapał się po tyle głowy. – Cokolwiek podejrzanego? – zapytał.

– Ja nic nie znalazłem – powiedział technik.

Brian zmarszczył czoło. Wziął głęboki oddech, czując na sobie badawcze spojrzenie przełożonego. Policja zmieniła się przez ostatnie lata. Kryzys klimatyczny wywołał kryzys imigracyjny. Kryzys imigracyjny spowodował wzrost przestępczości. W Polsce pojawiły się gangi etniczne, terroryzm islamski, ekologiczny i nacjonalistyczny, zorganizowane grupy przestępcze posiadające dostęp do najnowszej wojskowej technologii. Policja, pomimo zwiększonego finansowania i naborów, nie dawała sobie z tym rady. W tej chwili pewnie połowę swoich wysiłków koncentrowali na tym, żeby społeczeństwo się o tym nie dowiedziało. Mieli coraz więcej obowiązków, ale też coraz więcej uprawnień. Na przykład samodzielnie decydowali, czy dana sprawa jest zabójstwem, czy samobójstwem. Oczywiście dawało to pole do nadużyć. Ale w większości przypadków wszyscy mieli to w dupie.

– No dobra – zdecydował. – Samobójstwo. Zwijamy ekipę. Zabezpieczamy teren. Jutro podpiszę wszystkie dokumenty.

– Słyszeliście prowadzącego! – krzyknął Klich. – Ruchy, panowie, ruchy!

Brian z podinspektorem wyszli na zewnątrz, zostawiając reszcie ekipy zabranie ciała i sprzątanie. Zmierzchało się, ale ciągle było cholernie gorąco. Powietrze stało. Ledwo dało się oddychać. Trawnik przed domem był pożółkły i rachityczny.

– Jak się czujesz? – zapytał Klich.

– Chyba nieźle.

– Specjalnie wybraliśmy ci prostą sprawę z okazji powrotu.

– Dzięki.

Klich klepnął Briana po plecach i ruszył w stronę swojego wozu. Po kilku krokach zatrzymał się i zawrócił. Rzucił Brianowi niewielkiego czarnego pilota.

– To klucze do domu – wyjaśnił. – Dolny przycisk dezaktywuje systemy bezpieczeństwa.

– Miał tutaj systemy bezpieczeństwa?

– Oczywiście. To był paranoik. Zamontował tu mnóstwo sprzętu. W większości nielegalnego. Autonomiczne systemy obronne. Drony z zabójczą bronią. – Klich, widząc minę Briana, roześmiał się krótko. – Nie martw się! Dezaktywowaliśmy wszystko, ale na twoim miejscu i tak bym uważał. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten cholerny świr ukrył miny na trawniku!

2

Przerażona twarz dziesięcioletniego chłopca. Biegnie w stronę Briana. Krzyczy. Otwarte usta, błyszczące w mroku białka jego oczu. Szuka pomocy. Brian ma czas. Podnosi pistolet. Celuje. Naciska spust. Głowa chłopaka wybucha, rozlatuje się na tysiące kawałków, jak arbuz uderzony młotkiem.

Brian otworzył oczy. Oddychał głęboko przez kilka sekund, a potem zrzucił z siebie posłanie i siadł na łóżku. Był cały spocony. Noc już nie przynosiła wytchnienia. Była równie upalna jak dzień, a jego nie stać było na klimatyzację za policyjną pensję. Opłaty węglowe były zbyt duże i co roku szły w górę. Właściwie nie wiadomo było po co. Wszyscy już wiedzieli, że ta walka była przegrana. Najpierw zdechnie Afryka, potem Europa. Równie dobrze mogli umrzeć w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Przeszedł do kuchni. Odkręcił kurek, ale z kranu poleciało tylko kilka kropli. Zaklął. Kolejne przerwy w dostawie wody. Warszawa i tak była w niezłej sytuacji, lecz latem Wisła wysychała. Wodę włączano tylko na dwie godziny rano i dwie wieczorem.

Na szczęście w lodówce znalazł butelkę z zapasem, który sobie zrobił. Wypił łapczywie kilka łyków.

To nie było tak jak w jego śnie. Sytuacja była zupełnie inna. Policyjna akcja. Gang przemytników ludzi. Wyjątkowo parszywe towarzystwo. Grupa nacjonalistów spod znaku Wielkiej Polski i jeden z islamskich gangów. W każdych innych warunkach rzucali się sobie do gardeł, ale kiedy przychodziło do zarabiania pieniędzy, pracowali ręka w rękę.

Wybuchła strzelanina. Zginęło dwóch policjantów. Brian wszedł do jednego z pomieszczeń. Krzyknął, że jest z policji, że wszyscy mają kłaść się na ziemię. Chłopak albo go nie usłyszał, albo – co bardziej prawdopodobne – nie zrozumiał. Pewnie był równie przerażony jak policjant. Kiedy Brian otworzył drzwi, ten pobiegł prosto na niego. W pomieszczeniu było ciemno. Brian instynktownie nacisnął spust.

Chłopak miał dziesięć lat i pochodził z Konga. Podróżował z matką i młodszą siostrą. Siostra zginęła w czasie transportu, chłopak już w Polsce. Matka noc później popełniła samobójstwo w obozie przejściowym. Nie miała już dla kogo żyć.

Nikt nie obwiniał Briana, przecież postępował dokładnie według policyjnych procedur. Żeby zminimalizować ilość policyjnej pracy, jego przełożeni uznali wydarzenie za samobójstwo – chłopak miał świadomie biec na funkcjonariusza w celu skłonienia go do oddania śmiertelnego strzału. Mimo to Brian się załamał.

Psycholog, do którego chodził, twierdził, że to nie tyle z powodu chłopaka, ile całokształtu jego pracy. Brian był samotny. Codziennie przeżywał ogromny stres. Brał na siebie niewiarygodnie dużo pracy i oglądał straszne rzeczy. Po prostu w pewnym momencie pękł. I tyle.

Dostał trzy miesiące urlopu na odpoczynek, który spędził, siedząc w domu i oglądając telewizję. Lubił stare seriale z czasów, kiedy świat jeszcze nie płonął. W kółko oglądał dziesięć sezonów Przyjaciół. Samobójstwo Warzochy było jego pierwszą sprawą po powrocie do pracy.

Wrócił do sypialni. Włączył telewizor. Wyłączył telewizor. Zamknął oczy, potem je otworzył. Zdawał sobie sprawę, że tej nocy już nie zaśnie. A nie chciał brać przepisanych przez psychologa leków. Następnego dnia po ich zażyciu był cały otępiały. Ledwo potrafił myśleć i zmusić się do najprostszych czynności.

Odetchnął. Wstał z łóżka. A potem pomyślał, że mógłby pojechać do domu Warzochy. Nie dlatego, że cokolwiek w tej sprawie go męczyło. Nie. Nie mógł co prawda pojeździć tym bajeranckim mustangiem, ale przynajmniej mógł przez chwilę posiedzieć za kierownicą.

3

Facet był naprawdę świrnięty, a jego dom był jednym wielkim zaprzeczeniem rzeczywistości. Ogromny. Pod każdym oknem klimatyzatory, potężne maszyny, które bardziej pasowałyby do chłodni. Na ścianach wisiały skóry zwierząt i zdjęcia z polowań. Gigantyczny telewizor o przekątnej jak kinowy ekran. Wszędzie lampy, które automatycznie się włączały, kiedy tylko przechodziło się przez próg pokoju. Brian pomyślał, że willa miała pobór prądu jak niewielki blok, a jej ślad węglowy był tak wielki, że gdyby nie rezydentura z Ugandy, Warzocha nigdy nie byłby w stanie opłacić podatków, nieważne, ile kubków i koszulek ze swoją podobizną by sprzedał. Na koniec z ciekawości zajrzał do lodówki. Mięso, i do tego w większości wołowina, dosłownie wysypywało się z zamrażalnika. Na oko co najmniej połowa z niego pochodziła z czarnego rynku.

Policjant przeszedł do garażu. Ciało zniknęło. Pozostał samochód i policyjne taśmy. Otworzył wóz i wsiadł do środka. Położył dłonie na skórzanej kierownicy. Była gładka i przyjemna w dotyku. Mustang GT, pomyślał, przypominając sobie dane z artykułu na temat wozu, pięciolitrowy silnik V8, czterysta dwadzieścia jeden koni mechanicznych, niecałe pięć sekund do setki. Jedna z ostatnich takich bestii, zanim drogami zawładnęły samochody elektryczne, a używania aut spalinowych zakazano. Nie tak kultowy jak jego wielki poprzednik z lat sześćdziesiątych, ale i tak piękny.

 

Brian poprawił się na fotelu. Czuł, że coś go zaczyna kłuć w prawy pośladek. Chciał zamknąć drzwi od samochodu, lecz gdy nachylił się w ich stronę, zauważył, że ktoś wyrwał klamkę od strony kierowcy. Zamarł. Zmarszczył brwi. Opadł z powrotem na fotel. Jego serce zaczęło mocniej bić, kiedy w głowie pojawiły się kolejne scenariusze.

Rozejrzał się dookoła. Schylił się pod kierownicę i wtedy dostrzegł wyrwaną klamkę na podłodze, niedaleko pedału hamulca. Podniósł ją. Obejrzał dokładnie, trzymając w dwóch palcach. Srebrny kawałek metalu. Dosłownie wyrwany z zawiasów. Potrzeba było do tego dużej siły.

Albo wielkiej desperacji.

Brian odłożył ją na siedzenie obok. Wyrwana klamka nie musiała jeszcze nic oznaczać. Mogło być tysiąc powodów uszkodzenia samochodu. Ale do głowy policjanta uparcie powracał tylko jeden. Warzocha siedzi w aucie. Do kabiny dostają się spaliny z włączonego silnika. W pewnym momencie się budzi. Zmienia zdanie. Zaczyna szarpać się z klamką. Próbuje otworzyć samochód, ale nie może. Wyrywa klamkę. Umiera.

Brian ostrożnie dotknął miejsca w drzwiach, w którym powinna się znajdować klamka.

– Dlaczego nie byłeś w stanie ich otworzyć? – zapytał sam siebie.

Znowu coś go ukłuło w pośladek. Wysiadł z wozu. Spojrzał na siedzenie. Nic na nim nie leżało. Nie było niczego, co mogłoby powodować dyskomfort. Kucnął. Zaczął ostrożnie macać fotel kierowcy kawałek po kawałku, aż w pewnym momencie wyczuł pod palcami coś twardego pod skórzaną tapicerką. Co więcej, w tym samym miejscu znajdował się niewielki szew. Ktoś naciął fotel, wsadził coś do środka, a potem próbował zamaskować zniszczenia. Brian sięgnął do kieszeni. Nie wziął wprawdzie policyjnej broni, ale zawsze nosił przy sobie niewielki sprężynowy nóż. Nacisnął przycisk. Ostrze wyskoczyło z cichym świstem.

Zbliżył nóż do fotela i przez moment się zawahał. Przypomniał sobie słowa o tym, że Warzocha był paranoikiem, i o systemach obronnych, które zamontował w całym domu. Ale samochód pewnie został już sprawdzony. Zresztą gdyby coś miało się stać, to stałoby się w momencie, kiedy Brian wsiadł do wozu.

Naciął ostrożnie tapicerkę wzdłuż szwu. Potem wsadził palce do powstałego w ten sposób otworu. Wymacał dwa kanciaste przedmioty. Wyjął je. Na jego dłoni leżał niewielki pilot, podobny do tego, który wręczył mu Klich. Ale ten był odrobinę mniejszy. Drugim była niewielka karta pamięci o pojemności jednego terabajta.

Brian wyciągnął telefon komórkowy. Znalazł odpowiedni slot, włożył tam kartę. Po dwóch sekundach wyświetliło się zapytanie, czy chce otworzyć jej zawartość. Potwierdził. W środku znalazł jeden plik filmowy, archiwum zdjęć i kilkanaście plików tekstowych.

Przez chwilę zastanawiał się, co powinien zrobić. Zadzwonić do Klicha? Powiadomić go o znalezisku i wyrwanej klamce? Zaklął cicho pod nosem. Sam podpisał się pod dokumentem potwierdzającym samobójstwo, ale teraz zaczynał mieć wątpliwości. Wszystko to wyglądało podejrzanie. Po namyśle uznał, że jest jeszcze za wcześnie, by wszczynać alarm i powiadamiać przełożonego. Nie wiedział, co się znajduje na karcie. To mogły być zdjęcia z wakacji albo jakieś prywatne archiwum z informacjami o kobietach lub mężczyznach, z którymi Warzocha spał. Brian postanowił najpierw sam wszystko sprawdzić.

Przeszedł do salonu. Uruchomił telewizor. Uznał, że jeśli już tu jest, to może sobie sprawić odrobinę przyjemności i przejrzeć film oraz zdjęcia na dużym ekranie, a nie na komórce. Sparował telewizor z telefonem, usiadł na kanapie i uruchomił nagranie.

4

Ekran zamigotał kilka razy. Później wyświetlił się obraz. Biała ściana, zawieszona na niej skóra tygrysa, ogień w kominku. Brian rozpoznał fragment salonu. Ktoś poprawił ustawienie kamery, a chwilę później w jej oku pojawił się Warzocha. Usiadł naprzeciwko obiektywu. W firmowym geście, który stał się internetowym memem, złożył dłonie w piramidkę i lekko pochylił głowę. Przez moment wyglądał jak hipnotyzer z kiepskiego horroru z lat dwudziestych minionego stulecia.

– Witaj, mój widzu – odezwał się Warzocha. – Wybacz, ale sytuacja jest dla mnie nowa i niepewna. Przyzwyczajony jestem do wielomilionowej widowni, do coraz szybciej rosnącej rzeszy ludzi, którzy chcą mnie oglądać, którzy przecierają oczy, do których dociera prawda o tym ekologiczno-żydowskim spisku, jakim jest tak zwana katastrofa klimatyczna. Ale jeśli oglądasz ten film, to nagranie, to oznacza dla mnie jedno: ja już nie żyję. W końcu mnie dorwali, w końcu osiągnęli swój cel i pozbyli się mnie. Pozbyli się mnie, bo wiedzieli, że ja nigdy nie zrezygnuję ze swojej walki, że zawsze będę zwalczał ich kłamstwa, zawsze będę walczył z depopulacją. Bo taki jest ich cel: depopulacja. Trzeba zabić miliard, dwa, trzy miliardy ludzi, by resztę tak zastraszyć, żeby zrobić z nich niewolników.

Warzocha przerwał na chwilę swoją przemowę. Był zaczerwieniony, na jego czole pojawiły się lśniące krople potu. Sięgnął po chusteczkę. Wytarł twarz.

– Byłem dla nich śmiertelnym zagrożeniem – ciągnął. – Ale już mniejsza z tym. Ja nie żyję. A ty oglądasz ten film. Zakładam, że nie jesteś jednym z ludzi, którzy mnie zabili, lecz jeśli jesteś, to mam dla ciebie jedną wiadomość: sczeźniesz w piekle, twoi mocodawcy zawisną na ulicznych latarniach, a ludzie, ci sami ludzie, których chcecie zniewolić, zbuntują się i powstaną przeciwko wam. Nie tylko w Warszawie, nie tylko w Brukseli, nie tylko w Waszyngtonie i Jerozolimie, ale na całym bożym świecie.

Brian ziewnął przeciągle. Brzmiało to jak typowe obłąkane gadanie obłąkanego typa z internetu, jakich teraz było sporo. Jedni byli niegroźni, inni tworzyli wokół siebie mniejsze lub większe organizacje terrorystyczne, ostatni, jak Warzocha, postanowili swoje szaleństwo spieniężyć. Niemniej nie było w tym nic ciekawego. Już miał sięgnąć po pilota, żeby wyłączyć nagranie, kiedy usłyszał kolejne słowa Warzochy.

– A teraz opowiem ci, dlaczego mnie zabili.

Brian cofnął palec z przycisku wyłączającego telewizor.

– Najpierw jedna ważna rzecz. Znalazłeś dwa przedmioty. To nagranie, które powinieneś jak najszybciej powielić i wrzucić na serwery, żeby było dostępne dla jak najszerszej publiczności. Mnie z jakiegoś powodu nie udało się tego zrobić. Zabili mnie, zanim zdążyłem. Znalazłeś też pilota, który uruchomia drugi, awaryjny system bezpieczeństwa w moim domu. Jeśli w nim się właśnie znajdujesz i masz kłopoty, możesz go użyć. Sprawisz naszym wrogom sporą niespodziankę.

Brian wsadził dłoń do kieszeni. Poczuł pod palcami twardy kształt pilota, który znalazł razem z kartą pamięci.

– Teraz przejdźmy do konkretów. Opowiem ci o ludziach, którzy mnie zabili. O ludziach, którzy mają gęby pełne frazesów na temat ekologii, ratowania świata, humanitaryzmu, społecznej sprawiedliwości. O ludziach, którzy są gotowi wyrwać ci z ust ostatni kawałek chleba w imię marksistowskich urojeń. A czym ci ludzie naprawdę się zajmują? Jak pomagają imigrantom z Afryki? Opowiem ci: polują na nich.

Brian poprawił się na kanapie. Ekran zamigotał. Pojawiło się nagranie z ukrytej kamery wykonane w nocy na jakimś pustkowiu. Policjantowi wydawało się, że to jest Polska, ale nie był tego pewien. Z ciężarówki wysypało się około dziesięciu czarnoskórych mężczyzn. Byli przerażeni, zmęczeni. Rozglądali się niepewnie dookoła. Za nimi pojawiło się następnych kilka postaci. Mężczyźni i chyba tylko jedna kobieta. Wszyscy ubrani w stroje myśliwskie. Wszyscy z bronią.

– Na co czekacie?! – wrzasnął ktoś zza ekranu. – Biegnijcie, czarnuchy, biegnijcie!

Czarnoskórzy jak jeden mąż rzucili się do ucieczki. Popędzili w stronę lasu. Padł strzał. Jeden z uciekinierów wyrzucił ramiona wysoko w powietrze, a potem upadł na ziemię. Myśliwy w czarnej czapce z daszkiem podszedł do ciała. Zbliżył się do niego mężczyzna z kamerą. Ten przy ciele kucnął, sprawdził puls ofiary.