Farma lalek

Tekst
Z serii: Jakub Mortka #2
Z serii: Ze Strachem
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Farma lalek
Farma lalek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Farma lalek
Audio
Farma lalek
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.


Projekt okładki PIOTR BUKOWSKI

Fotografia na okładce © by WOJCIECH CHMIELARZ

Fotografia Autora © by DAGMARA CHMIELARZ


Copyright © by WOJCIECH CHMIELARZ, 2013


Redakcja TOMASZ ZAJĄC

Korekta AGATA CZERWIŃSKA / D2D.PL, ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL

Redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wersji elektronicznej MICHAŁ NAKONECZNY / VIRTUALO SP. Z O.O.


ISBN 978-83-7536-642-6

Dla rodziców



Żadna firma nie jest samowystarczalna i nie ma niewyczerpanych zasobów, ale najczęściej ma nieograniczone potrzeby, konkurujące o rzadkie zasoby przedsiębiorstwa. Dlatego prace, które inni mogą wykonać taniej i skuteczniej, trzeba zlecać na zewnątrz, bo inaczej firmy marnotrawiłyby swoje zasoby.

Mark J. Power, Kevin C. Desouza, Carlo Bonifazi, Outsourcing. Podręcznik sprawdzonych praktyk,
przeł. Tomasz Rzychoń

Prolog

Dżinsowa kurtka marki jednej z niemieckich firm odzieżowych, idealna na kapryśną górską wiosnę, została wyprodukowana w ramach outsourcingu w Chinach, a do Polski trafiła w kontenerze z używanymi ubraniami. Teraz nosiła ją jedenastoletnia dziewczynka z blond włosami zaplecionymi w dwa warkocze. Wielkie błękitne oczy upodobniały dziewczynkę do postaci z japońskiej kreskówki. A w szczególności do bohaterki jednego z tych niegrzecznych filmów anime, które mężczyzna siedzący w terenowym bmw tak lubił oglądać, kiedy wiedział, że jest sam i nikt mu nie będzie przeszkadzać.

Mężczyzna wziął łyk red bulla, przełknął i natychmiast poczuł, że gardło znów robi mu się suche z ekscytacji, a penis twardnieje, napierając na rozporek zbyt ciasnych spodni.

Dziewczynka siedziała na skraju drogi, bazgrząc patykiem po ziemi i ocierając nos dżinsowym rękawem. Chyba płakała, co sprawiało, że cała sytuacja robiła się jeszcze bardziej podniecająca.

Czy się zgubiła? Czy zaraz ktoś po nią przyjdzie – tata, mama, starszy brat? Może zostawili ją dla przestrachu, bo była niegrzeczna, a teraz dyskretnie pilnują, ukryci za drzewem?

Mężczyzna odłożył puszkę z napojem do specjalnego uchwytu zawieszonego przy samochodowym oknie, uważając przy tym, żeby nie wylać ani kropli na tapicerkę. Wychylił się lekko do przodu, by zbadać okolicę. Nie zauważył nikogo dorosłego. Jedyna para turystów zeszła w dół dobre dziesięć minut temu. Było dość wcześnie rano, więc tak niewielki ruch mimo ładnej pogody wydawał się zrozumiały. Ostatni dom w mieście stał dwadzieścia metrów dalej, a jego okna zasłaniał gęsty żywopłot.

Nikt ich nie widział. Mężczyzna poczuł, że napięcie narasta. Miał ochotę wyciągnąć penisa ze spodni i natychmiast zacząć się masturbować.

Powstrzymał się z trudem. Sięgnął po puszkę, wypił ostatni łyk, po czym zgniótł ją i wyrzucił za półotwarte okno. Wziął dwa głębokie oddechy i z mocno bijącym sercem uruchomił silnik.

Dziewczynka podniosła główkę dopiero, kiedy bmw zatrzymało się niecały metr od niej, a mężczyzna otworzył drzwi od strony pasażera. Uśmiechał się przyjaźnie.

– Cześć – rzucił wesoło.

Nie odpowiedziała. Ściągnął okulary przeciwsłoneczne.

– Zgubiłaś się?

Chwyciła mocniej patyk i zaczęła wbijać go szybko w ziemię, tworząc nieregularny wzór z niewielkich dziurek.

– Dlaczego milczysz? Mama cię nie nauczyła, że należy odpowiadać, jak dorośli pytają?

Bąknęła coś, czego w pierwszej chwili nie zrozumiał.

– Słucham? Możesz powtórzyć?

Westchnęła cichutko, a jemu przeszedł dreszcz po plecach. Była taka malutka, taka seksowna.

– Mama mówiła, że nie wolno mi rozmawiać z nieznajomymi.

Był przygotowany na takie stwierdzenie.

– Twoja mama ma absolutną rację. Ale ja nie jestem nieznajomym.

Spojrzała na niego i zmarszczyła brwi.

– To jak się nazywam? – zapytała.

Roześmiał się, rozbawiony jej bezczelnością i bystrością.

– Nie wiem, kochanie – przyznał. – Ale znam twoją mamę. A najlepiej to znam wiesz kogo?

– Kogo?

Patrzyła na niego z wyczekiwaniem.

– Panią ze sklepu – zaryzykował.

– Panią Mariolkę?

– Oczywiście, że panią Mariolkę. Jestem jej dobrym przyjacielem, wiesz? Bardzo często robię u niej zakupy i sobie rozmawiamy. Czasami przychodzi do nas twoja mama i dyskutujemy wspólnie, niekiedy to nawet o tobie. Właściwie to… – zawiesił na chwilę głos, zwiększając jej ciekawość – …powinnaś mnie pamiętać ze sklepu.

– Nie pamiętam.

– Byłaś tam niedawno z mamą, jadłaś batona. Przypominasz sobie?

Zastanawiała się przez chwilę. Tymczasem mężczyzna drżał wewnątrz z niepokoju. Czy połknie przynętę? Czy jego mała rybka da się schwytać? Dała. Pokiwała głową energicznie, a on uśmiechnął się lekko.

– No właśnie. Jak weszłaś z mamą, to właśnie rozmawiałem z panią Mariolką, potem zabrałem swoje zakupy, miałem takie dwie wielkie czerwone torby, pożegnałem się, powiedziałem „dzień dobry” twojej mamie i wyszedłem. Pamiętasz już?

– Może… – powiedziała z ociąganiem.

– Tak właśnie było. Zapytaj mamę, jak wrócisz do domu.

Kiwnęła głową. Mężczyzna sięgnął do torby schowanej za przednim siedzeniem i wyciągnął kolejną puszkę z red bullem.

– Chcesz napoju?

Spojrzała na niego podejrzliwie, ale tym razem mniej nieufnie niż wtedy, kiedy do niej podjechał. Wiedział, że musi się pospieszyć. Lada moment ktoś może tędy przechodzić, a wtedy cały plan, który tak długo układał sobie w głowie, trafi szlag. Pękłoby mu serce.

Trzymał puszkę nonszalancko, jakby mu nie zależało, żeby ją wzięła. Ciągle się uśmiechał, patrząc bardziej na drogę niż na dziewczynkę. Kątem oka zauważył, że podchodzi do samochodu, chwyta napój, wyciąga go z jego dłoni, a potem cofa się natychmiast dwa kroki, zaskoczona łatwością, z jaką przeprowadziła tę operację, oraz tym, że nie próbował jej złapać. Kolejna bariera podejrzliwości w jej głowie padła.

Otworzyła red bulla.

– Naprawdę zna pan panią Mariolkę? – zapytała między łykami.

– Bardzo dobrze. Od lat u niej kupuję.

Kiwnęła głową.

– Co tu robisz? – zapytał.

Wykonała nieokreślony ruch ręką, wskazując na pobliskie góry.

– Idziesz na wycieczkę?

– Tak – przyznała niechętnie.

– Sama? – zapytał i natychmiast ujrzał w jej oczach iskierki złości. Wystraszył się, że powiedział coś nie tak i że zaraz ją straci. Podniósł dłonie w geście wyrażającym, że właściwie nic go to nie obchodzi, czy idzie sama, czy z kimś. Miał nadzieję, że dała się na to nabrać. Była jak małe futrzane zwierzątko, które bardzo łatwo przestraszyć.

– Zmęczyłaś się?

– Tak.

– Bo przeszłaś kawał drogi. Niezła z ciebie turystka.

– Aha.

– Idziesz w górę?

– Tak.

– Jadę tam właśnie. Podwieźć cię?

Milczała, nie potrafiąc się zdecydować. Widział malującą się na jej twarzy rozterkę – z jednej strony miał przecież miłą, przyjazną twarz, znał panią Mariolkę, a pewnie i mamę, ale z drugiej strony ciągle nie potrafiła mu zaufać. Dostrzegając to wahanie, chciał po prostu wyskoczyć z samochodu, chwycić ją w pas i wrzucić do bagażnika. Tak byłoby najlepiej. Ale wtedy ktoś mógłby usłyszeć jej krzyki. Nie, musiał się kontrolować. Pod powiekami ciągle widział fragmenty japońskiego filmu animowanego, w którym bohaterka miała takie same oczy jak ta dziewczynka. I tak słodko jęczała. Najpierw się broniła, ale potem jęczała. Ta mała też będzie jęczeć. Kiedy już przestanie krzyczeć.

– No nic. Jak chcesz, to idź na piechotę – powiedział, postanawiając zagrać va banque i sięgając po klamkę od drzwi.

Zatrzymała go, kiedy już niemal zamknął.

– Niech pan poczeka.

Skoczyła na równe nogi i wślizgnęła się do samochodu. Uśmiechnął się po raz kolejny i pomógł jej zapiąć pas, przy okazji, niby przypadkiem, muskając jej udo.

– To jedziemy – powiedział i wskazał na puszkę red bulla w jej dłoniach. – Uważaj, żeby nie wylać.

Uruchomił silnik i ruszył. Nie zauważył, jak z lasu wyszła dziewczyna z psem, która długo przyglądała się odjeżdżającemu samochodowi.

Rozdział 1

– Jezu, jak tu pięknie – powiedziała Ola.

Mortka pomyślał, że jego była żona ma rację. Ciepłe majowe słońce padało na twarz policjanta, przebijając się przez gęsty dach zielonych, pachnących wiosną liści. Siedzieli w ogródku tuż przed zabytkowym poniemieckim pałacem, a za ich plecami rozciągała się malownicza panorama Karkonoszy. Zanurzył usta w chłodnym piwie i przez chwilę, krótką jak mrugnięcie powieki, czuł się szczęśliwy. A potem Adam, nowy chłopak Oli, który siedział naprzeciwko, ale którego Mortka w cudowny sposób usunął ze swojego pola widzenia, musiał się odezwać.

– Wiecie, że tu nieopodal, za tym hotelem, znajduje się fabryka dywanów? Ta słynna fabryka dywanów! – Wskazał na pałac za swoimi plecami, w którym wynajął pokoje dla siebie, Oli i chłopaków.

– Nigdy o takiej nie słyszałem – powiedział kwaśno komisarz, zastanawiając się jednocześnie, czy Adam i Ola zamieszkali w jednym pokoju, czy jednak osobno.

– Nigdy, naprawdę? W PRL-u dywany z tej małej mieściny były prawdziwym rarytasem. Moja mama o mało co nie zginęła, kiedy próbowała kupić jeden.

 

– Co się stało? – zainteresowała się Ola, która właśnie kończyła dopijać kawę. Wyglądała pięknie: uśmiechnięta, wyluzowana, emanująca seksapilem i spełnieniem.

– Mama dowiedziała się dzień wcześniej, że rzucą dywany. Od czwartej nad ranem siedziała pod sklepem, kolejka gęstniała z minuty na minutę, zrobił się prawdziwy tłum. Wszyscy napierali na drzwi do tego sklepu, bo każdy chciał dostać towar. I w pewnym momencie, mniej więcej wtedy, kiedy mieli już otwierać, ale z jakiegoś powodu nie otwierali, ludzie zaczęli się pchać. A moja mama była w pierwszym szeregu. Dosłownie wbili ją w szklane drzwi, które zbiły się z hukiem, a ona sama wpadła do środka. Najpierw o mało co jej nie stratowano, a potem się zorientowała, że upadła tuż obok wielkiego, ostrego jak brzytwa kawałka szyby. Upadłaby kilka centymetrów w prawo, a odłamek przebiłby jej tętnicę szyjną. – Adam uśmiechnął się lekko i wyciągnął szyję, żeby przyjrzeć się opuszczonym fabrycznym halom, które kryły się za pałacem. – Wyobrażacie to sobie? Ludzie się zabijali o te dywany.

– Dosłownie – dodała szybko Ola i chwyciła go za rękę. Adam mruknął cicho z zadowoleniem.

– Mama do dzisiaj ma blizny. Na szczęście tylko na dłoniach. Jeden z odłamków przeszedł na wylot.

– Niesamowite.

– Te dywany były wtedy marzeniem każdej pani domu. Do wszystkich demoludów je wysyłano.

– A teraz? – zapytał Mortka, uznając, że powinien się odezwać z grzeczności.

Adam podniósł jedną brew w geście życzliwego zdziwienia.

– Nie wiesz? Przecież trochę tu już mieszkasz.

– Nie miałem okazji się zainteresować – odpowiedział zmieszany policjant, zły na siebie, że w ogóle wpadł mu do głowy pomysł, by otwierać usta.

– Zakład padł po transformacji. Przerost zatrudnienia, przestarzały park maszynowy, tańsza konkurencja zagraniczna, konserwatywny sposób zarządzania i mentalność z poprzedniego ustroju – wymieniał jednym tchem Adam. – Czyli to samo co w tysiącach podobnych zakładów, które przespały reformy Balcerowicza.

Mortka pokiwał głową, jakby się zgadzał, ale tak naprawdę czuł się coraz bardziej nieswojo. Z utęsknieniem spojrzał na drzwi pałacu, gdzie kilka minut wcześniej zniknęli jego synowie, żeby kupić sobie lody. Postanowił, że kiedy wyjdą, weźmie ich na spacer, na wycieczkę czy nawet do Izby Pamięci Górniczej, którą mijał, idąc tutaj. Dokądkolwiek, byleby pozbyć się towarzystwa tego nadętego, przystojnego i bogatego dupka, który aktualnie dymał jego byłą żonę i którego z całego serca nienawidził.

– Jak ci tu jest, Kuba? – zapytała Ola.

Mortka wzruszył ramionami.

– Nudno. Nic się nie dzieje.

– Żadnych morderstw? – zaciekawił się Adam.

– Zabójstw – poprawiła go Ola i natychmiast się zaczerwieniła. – Nawyk żony policjanta.

– A czym to się różni? Coś kojarzę ze studiów, ale szczerze mówiąc, teraz bardziej się orientuję w cypryjskim prawie podatkowym niż w polskim karnym.

– Morderstwo to zabójstwo popełnione ze szczególnym okrucieństwem. Inna kwalifikacja czynu – wyjaśnił Mortka.

– A rzeczywiście – Adam pstryknął palcami tuż obok swojego ucha – coś mi się przypomina. To nie miałeś tutaj żadnego morderstwa?

– Nie.

– A zabójstwo?

– Jedno. Facet zabił brata…

– Po pijaku, nożem kuchennym, pokłócili się o pieniądze – dokończyła za komisarza Ola. – Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, kiedy Kuba wracał do domu z takimi historiami, byłabym bogata. A tak swoją drogą, trafiłam?

– Prawie. Nogą od taboretu, nie nożem. Reszta się zgadza.

Roześmiali się wszyscy. Adam i Ola szczerze, komisarz dla towarzystwa. Dopił swoje piwo i stwierdził, że powinien zamówić następne, bo inaczej tutaj nie wytrzyma. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta rano.

– A poza tym? – dopytywał się Adam.

– Kradzieże, włamania, kilka pobić, przemoc domowa, drobny handel narkotykami. Nudy.

Prawnik podrapał się po nosie.

– To co ty tutaj właściwie robisz? Bo mnie się wydaje, że ty się tutaj po prostu, wybacz to określenie, marnujesz. Ola co prawda wspominała, że masz uczyć tutejszych policjantów sposobów prowadzenia dochodzeń, nowych metod, wymieniać się doświadczeniami…

– Teoretycznie tak właśnie powinno być.

– A praktycznie?

– A praktycznie to jestem tutaj za karę. I zostały mi jeszcze dwa miesiące.

Adam najpierw zamrugał zdziwiony, a potem otworzył usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale Ola dała mu znak, żeby milczał. Mortka był jej za to wdzięczny. Nie chciał mówić o powodach swojego zesłania. A na pewno nie Adamowi.

W tym momencie zadzwonił telefon komisarza. W samą porę, żeby wybawić ich od niezręcznej ciszy, która niewątpliwie zaraz by zapadła. Mortka wstał, wyciągnął aparat z kieszeni kurtki, uśmiechnął się i odszedł na stronę. Dopiero wtedy odebrał połączenie.

– Komisarz Mortka? – Usłyszał szczebiotliwy głos dyspozytorki z miejscowego komisariatu. Nie pamiętał, jak się nazywała, ale była mała, pulchna i przypominała mu chomika.

– Przy telefonie.

– Wiem, że dzisiaj pan nie pracuje, ale mamy mało ludzi, niektórzy pobrali urlopy, wyjechali z rodzinami, sam pan rozumie, majówka i…

– O co chodzi? – przerwał jej.

– Jest zgłoszenie. Możliwe zaginięcie. Mała dziewczynka. Jedenaście lat. Nie wróciła na noc do domu.

– Gdzie?

Wyciągnął notatnik i zapisał podany adres. Pożegnał się z dyspozytorką i wrócił do stolika z przepraszającym wyrazem twarzy, który zamiast pomagać, wywoływał zawsze tylko wściekłość Oli. Teraz też tak się stało. Najpierw zbladła, potem lekko poczerwieniała, poprawiła włosy, a jej usta zmieniły się w wąską, niemal niewidoczną linię.

– Muszę iść – powiedział Mortka, starając się unikać wzroku byłej żony. – Jest sprawa do załatwienia. Postaram się szybko uwinąć.

– Jaka sprawa? – zapytała chłodno.

– Zaginęła jedenastolatka.

– I akurat ciebie wezwali?

Komisarz wyciągnął przed siebie ramiona, jakby tym gestem chciał pokazać, że nigdzie w pobliżu nie widać innego policjanta. Potem sięgnął po portfel.

– Daj spokój – zaprotestował Adam. – Ja zapłacę.

Mortka uśmiechnął się tylko, wyciągnął dziesięć złotych i położył pod pustym kuflem.

– Cześć – rzucił i obrócił się na pięcie.

Z ulgą opuścił ogródek piwny i zostawił za sobą stary pałac, Adama i Olę. Szybkim krokiem zmierzał pod wskazany adres. Dopiero po pięciu minutach intensywnego marszu zorientował się, że nie pożegnał się z synami.


Mortka pomyślał, że wszystkie mieszkania w blokach w całej Polsce wyglądają tak samo: staro, ciasno i pachnie w nich gotowanym rosołem. To nie było wyjątkiem. Ledwo się zmieścił w przedpokoju pomiędzy szafą, rowerami i stosem ubrań.

Do środka wpuściła go mniej więcej czterdziestoletnia kobieta o brązowych włosach: przetłuszczonych, zaczesanych gładko do tyłu i związanych w luźny koński ogon. Miała na sobie spodnie dresowe i czarną koszulkę, którą zakrywał poplamiony fartuch kuchenny. Zamiast powiedzieć „dzień dobry” lub coś podobnego, długo przyglądała się Mortce, milcząc ponuro.

– Nie znam pana – stwierdziła wreszcie. – Na pewno jest pan policjantem?

– Nazywam się komisarz Jakub Mortka. Jestem z warszawskiego Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej.

– Ale tutaj jest nie Warszawa, tylko Krotowice – zauważyła przytomnie kobieta.

– Zgadza się – odpowiedział Mortka i zaczął recytować wyuczoną na takie okazje formułkę: – Biorę udział w policyjnym programie „Most”. Polega on na tym, że policjanci odbywają staże u kolegów z innych miast. Program służy wymianie doświadczeń, poznaniu problemów kryminalnych innych jednostek, zdobyciu wiedzy i nawiązaniu kontaktów, które mogą się przydać w przyszłości. Równocześnie normalnie pracujemy. To oznacza, że mam takie same uprawnienia i obowiązki jak koledzy z krotowickiego komisariatu.

Kobieta rozważyła to, co właśnie usłyszała, a potem kiwnęła aprobująco głową. Gestem kazała policjantowi iść za sobą.

Mortka przecisnął się między rowerami, jednym dla chłopca, jednym dla dziewczynki oraz jednym dla dorosłego, i stanął obok drzwi prowadzących do dużego pokoju. Ujrzał w nim mężczyznę ze sporą nadwagą siedzącego na kanapie w samym podkoszulku i bokserkach. W jednej ręce trzymał puszkę z piwem, a w drugiej pilota od telewizora. Bezmyślnie skakał po kanałach. Nagle przerwał i obrócił się w stronę policjanta.

– Sama wróci – stwierdził tubalnym głosem. – Stara niepotrzebnie robi aferę.

– Oby – powiedział komisarz i poszedł do kuchni. Kobieta czekała na niego, stojąc przy na wpół otwartym oknie z zapalonym papierosem w dłoni. Na kuchence gazowej rzeczywiście gotował się, cicho bulgocząc, rosół.

– Mogę usiąść? – zapytał Mortka i wskazał na sfatygowane krzesło obok niewielkiego stołu.

– Proszę, jak pan musi.

Policjant zajął miejsce, wyciągnął długopis i notatnik. Położył je obok poplamionego zeszytu, spomiędzy którego kartek wystawały białe strzępy paragonów.

– Pani Joanna Gawryś? – zapytał.

– Przecież pan wie.

– To formalności.

– Tak. Nazywam się Joanna Gawryś.

– Zgłosiła pani zaginięcie córki?

– Marta wyszła wczoraj z domu przed południem i nie wróciła na noc.

– Dlaczego dopiero teraz zgłosiła pani zaginięcie?

Kobieta zaciągnęła się papierosem i wydmuchała dym za okno.

– Myślałam, że śpi u jakiejś koleżanki – wyjaśniła zmęczonym głosem. – Czasami tak robi. Bywa też, że ktoś nocuje u nas. Zwykle informujemy się o takiej sytuacji, wie pan, między matkami, ale niekiedy człowiek jest tak zmęczony, że zapomni. Zdarzało się już tak, więc się nawet bardzo nie denerwowałam. Ale nie wróciła dzisiaj rano do domu. Obdzwoniłam matki jej przyjaciółek. U żadnej się nie zatrzymała.

– Może kogoś pani pominęła?

– Telefonowałam do każdej.

– Może to jakaś nowa koleżanka?

– Znam jej przyjaciółki. Każdą jedną – prychnęła Joanna Gawryś. Z papierosem w dłoni podeszła do kuchenki, żeby zamieszać zupę. – To nie Warszawa, panie policjancie, tutaj się wszyscy znają.

Mortka kiwnął głową.

– Czy córka mówiła, gdzie idzie, wychodząc z domu?

– Byłam wczoraj w pracy. Na porannej zmianie na stacji benzynowej. Wyszła przed moim powrotem do domu.

– A mąż?

– Stary! – wrzasnęła w stronę dużego pokoju. – Marta mówiła ci, gdzie wychodzi?!

– Nie! – odkrzyknął mężczyzna. – Ile razy mam to powtarzać?!

– A brat? – zapytał komisarz.

– Skąd pan wie, że ma brata?

– Rower chłopięcy w przedpokoju.

– Ach tak… – W jej oczach ujrzał coś na kształt uznania. – Janek! Janek!

Nikt nie odpowiedział. Odłożyła papierosa do trzymanej za oknem na parapecie popielniczki, przeprosiła na moment i wściekłym krokiem wymaszerowała z kuchni.

– Janek! Ile razy mam ci mówić, że jak cię wołam, to masz przychodzić?! Za uszy cię teraz zaciągnę! – krzyczała.

Mortka usłyszał jeszcze, jak trzaska drzwiami od pokoju dziecięcego, a w chwilę potem Joanna Gawryś wróciła do kuchni. Wbrew swoim obietnicom z pustymi rękami.

– Nie ma go w domu – powiedziała od razu.

Policjant zmarszczył brwi.

– A gdzie jest?

– Nie wiem. Duży jest. Nie mówi mi, gdzie chodzi.

Joanna Gawryś wsadziła sobie do ust odłożonego do popielniczki papierosa, ale się nie zaciągała. Przez chwilę wydawało się, że papieros pali się sam.

– Ile ma lat?

– Janek?

– Tak.

– Trzynaście.

– Wrócił do domu na noc?

Kobieta aż sapnęła oburzona.

– Oczywiście, że wrócił! Za kogo mnie pan uważa, że niby nawet nie wiem, czy moje dzieci wracają na noc do łóżek?!

– Nie o to mi chodziło.

– To o co?

Mortka postanowił szybko zmienić temat, zanim wda się w beznadziejną kłótnię, z której nic nie będzie wynikało.

– Jakie są stosunki Janka z Martą? – Po twarzy kobiety przemknął grymas oburzenia, kiedy usłyszała słowo „stosunki”, więc policjant szybko sprecyzował, co ma na myśli. – Lubią się? Bawią się razem?

– Ona by chciała, on nie. To chłopiec, starszy. Ma swoje pomysły. Czasami ją bije, ale lekko. Jak to rodzeństwo. Poza tym ona nie pozostaje mu dłużna. Sam pan wie, jak to jest, nie?

– Tak, wiem.

– No właśnie.

Kobieta skończyła palić i zgasiła niedopałek za oknem. Mortka przypatrywał jej się przez chwilę, rozważając to, co właśnie zobaczył i usłyszał. Joanna Gawryś na pewno nie była dobrą matką, ale nie należała też do tych złych. Mieściła się idealnie w kategorii bylejakości. Marta mogła przenocować u jednej z koleżanek, może u kogoś z rodziny, mogła też wpaść na jakiś szalony pomysł, który może przyjść do głowy tylko jedenastoletniemu dziecku, i wrócić do domu w ciągu godziny lub dwóch, a cała sprawa zakończy się na solidnym laniu. Bo też – Mortka w to nie wątpił – rodzina Gawrysiów prawny zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci miała w głębokim poważaniu. Chociaż zapewne nie przekroczyli nigdy tej cienkiej granicy, która oddziela karanie od katowania. Zarazem jednak Joanna Gawryś, w przeciwieństwie do męża, rzeczywiście przejmowała się zniknięciem córki. Poza tym przeczucie, a raczej chęć zwalczenia krotowickiej nudy, podpowiadało komisarzowi, żeby potraktować tę sprawę poważnie.

 

Sprawdził na czystej kartce w notatniku, czy długopis nie jest wypisany, a potem wyciągnął z kieszeni kurtki drugi, zapasowy, tak żeby mieć go w razie czego pod ręką. Uśmiechnął się przyjaźnie do kobiety.

– Będzie pani taka uprzejma i odpowie mi jeszcze na kilka pytań.


Kiedy wyszedł z bloku, komisarz Bogusław Lupa już na niego czekał, oparty o karoserię swojej terenowej toyoty RAV4. Mortce rzuciła się najpierw w oczy jedna z jego słynnych już kraciastych koszul, spod której wystawał biały podkoszulek. Lupa miał na sobie również jasnobrązową skórzaną kurtkę, dżinsowe spodnie i czarne buty à la kowbojki. Brakowało mu tylko kowbojskiego kapelusza i wykałaczki w ustach, a można by go wziąć za zaginionego w Karkonoszach amerykańskiego ranczera.

Lupa zamachał do Mortki, który zaskoczony obecnością kolegi przystanął na moment.

– Dowiedziałem się o zgłoszeniu zaginięcia jedenastolatki. Podobno ty się zająłeś tą sprawą. – Lupa przeszedł od razu do rzeczy.

– Tak.

Mortka podszedł do komisarza. Przywitali się uściskiem dłoni.

– Poważna rzecz? – zapytał Lupa.

– Być może.

Lupa cmoknął cicho.

– Co to za dziewczynka?

– Marta Gawryś. Znasz tę rodzinę?

Krotowicki policjant pokręcił dłonią w lewo i w prawo.

– O tyle o ile. Tutaj wszyscy wszystkich znają. Mniej lub bardziej. Ci Gawrysiowie nie wyróżniają się niczym szczególnie. Mieliśmy chyba dwa czy trzy zgłoszenia w sprawie przemocy domowej, ale jak przyjeżdżał na miejsce patrol, to i on, i ona, i dzieciaki robili buzię w ciup. Nawet się nie do końca orientuję, kto kogo miałby tam bić. On ma co prawda masę, ale ona charakterek.

– Zauważyłem.

– Kiedy zaginęła dziewczynka?

– Wczoraj rano wyszła z domu. Nie wróciła na noc.

– Jakieś ślady, pomysły?

– Na razie nie.

– Aha.

Mortka przyjrzał się koledze, który nerwowo bawił się kluczykami samochodowymi. Nigdy nie widział go tak przejętego i zmartwionego. Komisarz Bogusław Lupa był jedynym policjantem w miejscowej komendzie, którego Mortka autentycznie szanował i z którego zdaniem się liczył. Wcześniej Lupa pracował we wrocławskim oddziale Centralnego Biura Śledczego, gdzie zajmował się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej. Przez pewien czas działał jako agent pod przykryciem, wnikając w struktury grup przestępczych i doprowadzając do paru bardzo spektakularnych w swoim czasie zatrzymań. Po kilku latach takiej służby Lupa zdał odznakę CBŚ i poprosił o spokojniejszy przydział. I tak wylądował w Krotowicach, z czego wydawał się zadowolony.

– Co się dzieje, Boguś? – zapytał Mortka.

Lupa drgnął. Potem wskazał kciukiem na samochód.

– Wskakuj. Wytłumaczę ci wszystko po drodze.

Nie czekając na odpowiedź, Lupa zajął miejsce kierowcy. Mortka obszedł auto i wsiadł po drugiej stronie. Ruszyli, zanim zdążył zapiąć pasy.

– To o co chodzi? – ponowił pytanie Mortka.

Lupa westchnął ciężko.

– Jeśli Marta naprawdę zaginęła, to by była druga dziewczynka w tym wieku, która zniknęła w okolicy w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Mortka zmarszczył brwi.

– Czytałem wasze akta – powiedział. – Nie było w nich zgłoszenia o zaginięciu dziecka.

– Bo go nie ma. Nigdy nie złożono formalnego zawiadomienia.

– Nie rozumiem.

– Proste. Dziecko zniknęło, ale rodzice uważają, że nie ma sprawy.

– Co to za rodzice?

– Cygańscy – odpowiedział Lupa.

Mortka zapadł się głębiej w fotelu. W Krotowicach mieszkało około dwustu, trzystu Romów. W miasteczku, które liczy około dziesięciu tysięcy mieszkańców, to nie jest dużo, ale Romowie sprawiali wrażenie, że jest ich trzy razy więcej. Niemal wszyscy zajmowali budynki komunalne przy ulicy, którą miejscowi ochrzcili mianem Harlemu.

Mortka zorientował się już na początku swojego pobytu, że Krotowice mają z tym problem. Kiedy pojawiła się plotka, że do miasta miałoby się sprowadzić jeszcze kilkanaście romskich rodzin, o mało nie doszło do zamieszek. Przygotowywano demonstrację przed ratuszem, do radnych wysłano anonimowe groźby, których autora nie udało się ustalić.

Mieszkańcy zazdrościli Romom programów pomocowych i socjalnych, a przy tym twierdzili, że Romowie, po pierwsze, nie pracują, po drugie, nie chcą pracować, a po trzecie, są głośni, śmiecą, nie pilnują swoich psów i dzieci oraz bywają niebezpieczni, szczególnie wtedy, kiedy są pijani. Zarazem Romowie wcale nie spieszyli się do integracji z miejscową społecznością i czasami trudno było nie odnieść wrażenia, że większość z nich całe dnie spędza na leniwym włóczeniu się po okolicy lub na niekończących się rozmowach o wszystkim i niczym. Miejsce takich dyskusji można było potem rozpoznać po porzuconych na chodnikach stosach łupin po pestkach słonecznika i dziesiątkach niedopałków. Rezultat tego był taki, że obie społeczności nie przepadały za sobą.

– Opowiedz mi o tej cygańskiej dziewczynce – poprosił Mortka.

– Adela Siwak, lat jedenaście. Zaginęła mniej więcej dwa tygodnie przed twoim przyjazdem. Rodzice odmówili złożenia zawiadomienia.

– Jak to uzasadnili?

– Nijak. Nie gadali z nami.

– Tak po prostu?

– Tak po prostu.

Mortka zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć odpowiednie przepisy z Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego.

– A prokurator? Kurator? Opieka społeczna? Ktokolwiek? Nie mogliście ich przycisnąć?

– Pewnie mogliśmy – odpowiedział ponuro Lupa. – Ale sam wiesz, jak jest.

– Jak jest?

– To pieprzeni Cyganie, Kuba. Nikt ci tego głośno nie powie, ale nastawienie jest takie, że jednego Cygana mniej, to jeden problem mniej. Zaginęła jedenastoletnia dziewczynka, a wszyscy, wszyscy mają to, kurwa, w dupie. – Policjant uderzył pięścią w kierownicę. – Chociaż oczywiście w papierach wszystko się zgadza. Dokumenty krążyły elegancko od jednego biurka do drugiego, aż wreszcie wylądowały w szufladzie. I tyle. Ale jak teraz zniknęła jedna z naszych, to pewnie wkrótce sprowadzą tu pieprzony helikopter. Chuj wie, na co, jak tu wszędzie lasy.

Lupa niemal trząsł się ze złości. Ta sprawa go wyraźnie poruszyła, a Mortka dziwił się, że nigdy wcześniej o niej nie rozmawiali. Ostatnio spędzali razem sporo czasu. Dwaj policjanci i Tomasz Nowak, lekarz z miejscowego szpitala, spotykali się wieczorami w barze o wdzięcznej nazwie USA, gdzie marnowali czas, pijąc piwo oraz oglądając mecze piłki nożnej i siatkówki. Mortki wydarzenia sportowe za bardzo nie obchodziły. Nie potrafił wskrzesić w sobie kibicowskiego ducha, którego wybiły mu na początku służby wizyty na stadionie przy Łazienkowskiej, dokąd wysyłano go razem z resztą oddziału prewencji i gdzie na ich głowy leciały w najlepszym razie petardy i zwoje papieru toaletowego. Niemniej cieszył się towarzystwem Nowaka i Lupy. Pomagało mu lepiej znieść to karkonoskie zesłanie. Podczas długich godzin, kiedy siedzieli wpatrzeni w telewizor nad regularnie napełnianymi kuflami, rozmawiali o pracy, rodzinie, dzieciach i tysiącach innych spraw, które akurat wpadały im do głowy. Nigdy jednak nie padło nazwisko romskiej dziewczynki.

– Nie rozumiem, dlaczego rodzice…

– Jesteśmy dla nich nieczyści – przerwał mu w pół słowa Lupa. – Mają coś takiego, co nazywają romanipen. To rodzaj kodeksu honorowego. Według niego każdy, kto współpracuje z policją, podpada pod wielkie skalanie. Nie wiem, jak oni to nazywają po swojemu. Po prostu taki Cygan sam staje się nieczysty. Hańba spada na niego i na jego rodzinę, a on sam przestaje być Cyganem.

– Co takiego?

– Kuba, sam tego dobrze nie rozumiem, ale tak właśnie jest. Jeśli jakiś Cygan współpracuje z policją, przestaje być Cyganem. Nie można z nim jeść, mieszkać, rozmawiać. Wyrzuca się go poza nawias społeczności. Dożywotnio. To najcięższa kara.

Wyjechali poza miasto i skierowali się obwodnicą Krotowic w stronę szpitala miejskiego. Urządzono go w ogromnym poniemieckim gmachu, umiejscowionym na zboczu pobliskiej góry. Z tarasu na pierwszym piętrze rozciągał się piękny widok na Śnieżkę, a sam szpital z daleka przypominał luksusowy hotel. Dopiero kiedy podjechało się bliżej, czar pryskał – sanatorium rodem z Czarodziejskiej góry zmieniało się w kolejny niedoinwestowany zakład opieki medycznej.

– Nie współpracują z policją – powiedział Lupa ni to do Mortki, ni to do siebie – mają własny język, inny kolor skóry. Kurwa, gdyby byli choć trochę sprytniejsi, to mielibyśmy z nimi duży problem.

– Wiem, o czym mówisz. Na Mazowszu zastanawiamy się, co zrobić z Wietnamczykami.

– Też nie chcą sypać?

– Czasami my albo chłopaki z CBŚ dorwiemy się do jakiegoś „banana”, ale „banany” raczej wypadły z obiegu i wiedzą tyle co nic. A „pikachu” w większości nawet nie znają polskiego.

Lupa roześmiał się.

– O czym ty, kurwa, mówisz, Kuba? Jakie „banany”, jakie „pikachu”?