CienieTekst

Z serii: Jakub Mortka #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cienie
Cienie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Cienie
Audio
Cienie
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
37,90  28,80 
Szczegóły
Cienie
Cienie
E-book
4,99  4,09 
Szczegóły
Cienie
E-book
15  11,25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Epilog

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja KAROLINA MACIOS

Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK

Projekt okładki i stron tytułowych MICHAŁ PAWŁOWSKI

Zdjęcie na okładce © Stacie DaPonte

Łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © by Wojciech Chmielarz

Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018

Warszawa 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65780-89-8

Wydawnictwo Marginesy

ul. Forteczna 1a

01-540 Warszawa

tel. 48 22 839 91 27

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

PROLOG

– Jeszcze ich nie zabraliście? – zapytał Mortka.

– Chcieliśmy, żebyś zobaczył to na własne oczy.

Grudniowy poranek. Absolutnie najgorsza rzecz, która może się zdarzyć w tym kraju, który i tak nie słynie ze zbyt przyjemnego klimatu. Było zimno i mokro. Jesień zdychała w męczarniach i nawet wschód słońca w Milanówku niewiele tu pomagał.

Andrzejewski podał Mortce lateksowe rękawiczki. Komisarz włożył je bez słowa i wszedł do domu jednorodzinnego. W salonie technik kryminalistyki robił ostatnie zdjęcia. Na dźwięk kroków podniósł głowę.

– To na pana czekaliśmy? – zapytał.

– Chyba tak.

– Dokumentacja już zrobiona, ale i tak proszę niczego nie ruszać. Poza tym proszę się rozgościć.

– Dzięki.

Policjant stanął przy ścianie, obrzucając wzrokiem cały pokój. Najważniejsze było pierwsze wrażenie. Szczegóły, które się wtedy zapamiętywało, zostawały na zawsze. Dlatego patrzył w skupieniu.

Najpierw wystrój. Z zewnątrz dom wyglądał całkiem zwyczajnie. Wewnątrz czekała jednak spora niespodzianka. Marmurowe posadzki. Przykurzone, podniszczone i w wielu miejscach poplamione. Gipsowe kolumny udające greckie. Sztukaterie pod sufitem. Meble. Skórzana kanapa i fotele. Zbyt duże, wręcz gigantyczne. Ciemna skóra, podobnie jak podłogi, wymagała czyszczenia i konserwacji. Obok szklany stolik. Pod jedną ze ścian wielki telewizor. Parę lat temu robił wrażenie, ale teraz był po prostu przestarzały. Wszystko przez kineskop. Pod drugą kominek. Od dawna nikt w nim nie palił.

Dom, który kiedyś był bogaty. Dom, który potrzebował pieniędzy.

Na podłodze lśniło szkło z rozbitych szklanek. W ścianach świeże dziury po kulach. Naliczył cztery. Niedaleko, mniej więcej pośrodku pomieszczenia, ciało kobiety w wieku około pięćdziesięciu lat. Blondynka w znoszonym dresie. Leżała na brzuchu. Głowa przechylona na bok. Usta na wpół otwarte. W dłoni pogrzebacz. Pod zwłokami kałuża zaschniętej krwi w kolorze bordowego lakieru, którym starsze kobiety malowały sobie paznokcie u stóp.

Mortka stanął kilka kroków przed ofiarą. Podniósł dłoń, jakby celował, i wymierzył z palca. Dziury po kulach znajdowały się w ścianie naprzeciwko niego. Pod stopami dojrzał błyszczące łuski.

– Tak – odezwał się technik z boku. – Strzelał do niej, kiedy pędziła, żeby mu przyłożyć tym żelastwem.

– To ona rzucała w niego szkłem?

– Tak to dla mnie wygląda. Wpadła do salonu. Zobaczyła, co się dzieje. Najpierw rzuciła w niego szklanką. Nie trafiła. To poleciała po pogrzebacz.

Mortka pokiwał głową.

– Marcin w ogóle jestem.

– Kuba.

Komisarz obszedł ciało z lewej strony. Przyjrzał się pogrzebaczowi. Na jego czubku nie dostrzegł żadnych śladów krwi. Prawdopodobnie nie zdołała zadać ciosu. Kula dosięgnęła ją wcześniej.

Półtora metra od niego na marmurze pojawiła się szkarłatna smuga. Ciągnęła się szeroko, wijąc się delikatnie i prowadząc w stronę kolejnego pomieszczenia. Poszedł jej śladem. Minął gipsową kolumnę. Za progiem znajdowała się kuchnia, a do smugi dołączyły zakrwawione ślady rąk i palców. Półtora metra dalej czekało na niego kolejne ciało. Tym razem młoda kobieta. Dwadzieścia kilka lat. Kruczoczarne włosy opadały częściowo na twarz, częściowo na podłogę. Powieki przymknięte. Można by pomyśleć, że źle się czuje i położyła się tutaj, żeby odpocząć. Miała na sobie czarne obcisłe spodnie od kostiumu i białą bluzkę. Na wysokości brzucha zabarwiła ją na czerwono ogromna, lepka plama krwi.

– Postrzał w brzuch – powiedział technik z salonu. – Cholernie bolesna sprawa. Namęczyła się, zanim odeszła.

– Widzę.

Obok ciała leżał telefon.

– Dzwoniła do kogoś? – zapytał Mortka.

– Pod alarmowy.

– Co konkretnie powiedziała?

– Niewiele. Zdążyła tylko poprosić o pomoc.

– Kiedy przyjechała policja?

– Dziesięć minut po zgłoszeniu. Lokalne chłopaki z Milanówka.

– Widzieli coś? Kogoś?

– To nie do mnie.

– Jasne. Dzięki.

Lewą rękę dziewczyna trzymała na brzuchu. Próbowała zatamować krwotok. Prawa leżała na podłodze, odciągnięta nienaturalnie w bok. Zakrwawiona dłoń była nieznacznie odgięta. Na serdecznym palcu dostrzegł biały krąg skóry. Jedyny fragment, który nie był poplamiony.

Wrócił do salonu. Technik skończył już swoją pracę i czekał z założonymi rękoma. Wyglądał, jakby fucha przewodnika po domu sprawiała mu przyjemność. Mortka pokazał na schody prowadzące na górę.

– Jest tam coś?

– Coś tam jest, ale nic interesującego. Wszystko rozegrało się tutaj. Salon. Kuchnia.

– Rozumiem. – Komisarz podrapał się po brodzie. – Pokażesz mi go?

– A nie widziałeś?

– Nie.

– To chodź.

Technik poprowadził go z powrotem do kuchni. Podszedł do blatu. Obok aluminiowego garnka i nadpalonej dawno temu bawełnianej szmatki leżał pistolet. Policyjny P99.

– Tutaj go znaleźliście?

– Tak.

– Nie ruszaliście? Nie przenosiliście?

– Nie. Sprawdziliśmy tylko numery seryjne, żeby wklepać w naszej bazie. I wtedy wyszło, co wyszło.

– To na pewno z tej broni strzelano?

– Wyślemy do waszego laboratorium, ale z lufy śmierdziało prochem, a kaliber pasuje.

– Dzięki za pomoc.

– Jakby pan miał jeszcze jakieś pytania, to proszę do mnie zadzwonić.

Technik wyciągnął kawałek papieru. Napisał na nim swój numer telefonu i dał Mortce. Komisarz pożegnał się z nim skinieniem głową i wyszedł na zewnątrz. Andrzejewski czekał na niego na podjeździe. Podinspektor i szef stołecznego Wydziału Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw dreptał w miejscu, próbując się ogrzać. Na łysą głowę nasunął kaszkiet, którego daszek opadał mu niemal na brwi.

 

– Widziałeś? – zapytał.

– Widziałem – potwierdził. – To bez sensu. Nie zabija się dwóch osób i nie zostawia się na miejscu pistoletu.

– To broń służbowa. Czy ją wziął czy nie, nie ma znaczenia. Zidentyfikowalibyśmy ją po pociskach i łuskach.

– Ale to by trochę zajęło.

– Słuchaj, Kuba, są możliwe dwa scenariusze. Albo zorientował się, że dziewczyna zadzwoniła po pomoc, i wiedział, że nie zdąży zatrzeć śladów. Zostawił broń, bo to już nie miało żadnego znaczenia.

– Albo?

– Albo to, co się tutaj działo, nie było zaplanowane. Wszystko wydarzyło się na gorąco. A wiesz, jak jest w takich sytuacjach. Ludzie popełniają głupie błędy. Nawet policjanci.

Mortka kiwnął głową.

– Po co mnie tu przywiozłeś?

– Żebyś zobaczył wszystko na własne oczy, żeby nie wpadły ci do głowy żadne głupie pomysły.

– Niby jakie?

– On zniknął. Nie wiemy, gdzie jest. Chociaż nie przesądzam o jego winie, wszystko wskazuje na niego. Prawdopodobnie się ukrywa. Może będzie szukał wsparcia. Może zwróci się do ciebie. Wtedy przypomnij sobie to, co tutaj widziałeś, Kuba. I pod żadnym pozorem – niezależnie od tego, że to twój kumpel, niezależnie od tego, że razem pracowaliście – nie pomagaj mu. Nie pomagaj Kochanowi, Kuba.

1

Pierwsza rzecz, której cię uczą, kiedy zaczynasz pracę w hotelu – bądź uważnym obserwatorem. Druga rzecz – szybko zapominaj to, co zobaczyłeś. Logiczne. Gościom zależy na tym, by obsługa była zawsze obok nich, gdy potrzebują pomocy. A nawet jeszcze wcześniej. Żeby to osiągnąć, trzeba patrzeć. Ale jak jeden taki biznesmen przyjeżdża na dwudniową delegację i zamawia sobie panienkę do pokoju dla rozluźnienia, to zależy mu przede wszystkim na dyskrecji. A najlepszym gwarantem dyskrecji jest niepamięć. Dlatego też te dwa słowa – „patrz i zapominaj” – powinny zostać uznane za maksymę hotelarskiej branży.

Grzegorz dobrze radził sobie z pierwszą częścią, z drugą miał jeszcze problemy. Dlatego od razu zauważył tego mężczyznę. Postawny, krótkie siwe włosy. W tej pracy człowiek szybko dowiaduje się, jak rozróżniać cztery zawody: psy, złodziei, prostytutki i taksówkarzy. Ten był policjantem. Świadczyła o tym jego postawa – coś na pograniczu pewności siebie i arogancji. Coś, co mają tylko osoby, które w dowolnej chwili mogą zamachać ci odznaką przed nosem i kazać spierdalać w podskokach, bo tak.

Policjant w hotelu to zły znak. Grzegorz zastanawiał się, czy nie powinien wezwać kierownika zmiany i szefa ochrony, ale po chwili postanowił jednak nie robić afery. Facet pewnie przyszedł na umówione spotkanie, a może tylko szuka toalety. Recepcjonista rozejrzał się po holu, szukając wzrokiem innych funkcjonariuszy. Albo dobrze się chowali, albo ich nie było. Wolał to drugie wyjście. Oznaczało to, że policjant przyszedł sam i nie szykuje się żadna grubsza akcja.

Stojąca przy komputerze Aniela też zauważyła siwowłosego. Akurat obsługiwała zagranicznego gościa. Chyba Niemca albo Szweda, więc wymienili między sobą spojrzenia. Oni zawsze fatalnie mówią po angielsku. Z dziwnym, twardym akcentem, który sprawia, że słowa brzmią jak potłuczone cegły. Do tego nachylają się wtedy do ciebie z taką obrażoną, teutońską miną, bo to w końcu twoja wina, to zawsze jest twoja wina. Z Anglikami nie było lepiej. Mamrotali, jakby pili od samego rana. Zero szacunku dla własnego języka. Według Grzegorza najłatwiej dogadywało się z Amerykanami i, o dziwo, z Hindusami i Arabami.

Aniela była ładną, niską blondynką z dość dużymi piersiami. Z pełną świadomością tego faktu wkładała do pracy zbyt małe koszule, przez co materiał napinał się do granic możliwości, a guziki wyglądały tak, jakby miały zaraz wystrzelić na wszystkie strony. Grzegorz uważał to za dość prostackie zachowanie, ale poza tym lubił tę miłą, sympatyczną dziewczynę, która bardzo pomogła mu podczas pierwszych dni pracy w Gromadzie. Planował zaprosić ją na kawę. Jednak zanim zebrał się na odwagę, zobaczył, jak odjeżdża na motorze ze swoim chłopakiem, wbitym w skóry, użelowanym, opalonym na brąz miśkiem, więc zrezygnował.

Siwowłosy pokręcił się po holu, ewidentnie czegoś szukając. Wreszcie stanął przy świątecznej choince. Ubrali ją już na początku grudnia, zdaniem recepcjonisty zdecydowanie za wcześnie, ale kierownictwo chciało, kierownictwo ma. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów i wsadził jednego do ust.

– Przepraszam! – odezwał się Grzegorz zza kontuaru. Funkcjonariusz wydawał się go nie słyszeć. – Przepraszam! – krzyknął głośniej. – Pan, pan tam z tyłu!

Siwowłosy drgnął. Spojrzał na recepcjonistę zirytowany, jakby właśnie złapano go w światła reflektorów. Aniela ciągle walczyła z Niemcoszwedem, próbując wytłumaczyć mu po raz dziesiąty jedną pozycję z rachunku, więc Grzegorz musiał radzić sobie sam.

Wyszedł zza lady i zbliżył się do gościa. Sprawdził, gdzie znajduje się hotelowy ochroniarz, na wypadek gdyby konieczne było wezwanie pomocy.

– Przepraszam pana bardzo, ale tutaj nie wolno palić – powiedział.

– Przecież nie palę – obruszył się siwowłosy.

Faktycznie, papieros był niezapalony. Grzegorz jednak wiedział, że z takimi osobami nie ma sensu dyskutować, a na pewno nie wolno przyznawać im racji. Trzeba spokojnie, ale stanowczo robić swoje. Nawet jeśli to policjant.

– Bardzo pana przepraszamy, ale w naszym hotelu nie wolno palić. Proszę schować tego papierosa.

Mężczyzna pociągnął nosem. Wyjął papierosa z ust. Podsunął go demonstracyjnie recepcjoniście, niemal wsadzając mu go do oka, a potem teatralnym ruchem schował do wymiętej paczki.

– Bardzo panu dziękuję.

Grzegorz chciał się wycofać za ladę, ale siwowłosy powstrzymał go znaczącym chrząknięciem.

– Tak, słucham?

– Którędy do apartamentów?

– Windy znajdują się...

– Nie interesują mnie windy – przerwał mu policjant. – Macie jeszcze taki przedpotopowy wynalazek jak schody?

Grzegorz uśmiechnął się uprzejmie, bo kiedy goście żartują, zawsze trzeba się uśmiechać. Nawet jeśli są to tacy buce jak ten.

– Oczywiście – potwierdził. Potem wskazał mu drogę i poinformował, na które piętro powinien wejść. Policjanta interesował konkretny pokój, apartament mieszczący się na jednym z najwyższych pięter. Recepcjonista miał więc tę satysfakcję, że siwowłosy solidnie się zmacha, zanim dotrze na miejsce.

Wrócił za kontuar. Niemcoszwed kierował się już w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą ogromną walizkę na kółkach. Aniela schowała za ucho kilka luźnych kosmyków.

– Czego chciał? – zapytała.

– A twój? – odpowiedział pytaniem chłopak. – Bo ja go ni w ząb nie rozumiałem.

– Chyba chciał się dowiedzieć, gdzie jest apteka.

– Chyba?

– Ja też go ledwo, ledwo. W każdym razie wskazałam mu drogę do najbliższej.

– A jeśli nie o to mu chodziło?

– To wróci. A ten twój? Podejrzanie wyglądał.

– Podejrzanie? Mi raczej na policjanta.

– To mówię, że podejrzanie – zaśmiała się Aniela. – Czego chciał?

Grzegorz już otwierał usta, żeby jej odpowiedzieć, kiedy przypomniał sobie, kto pojawił się dwadzieścia minut wcześniej w hotelu. I kto wziął klucz elektroniczny do tego samego apartamentu, do którego udał się policjant. Postawny mężczyzna. Uprzejmy i miły, ale w jego spojrzeniu było coś nie tak. Miał zimne, martwe oczy węża. Umówili się tutaj na spotkanie, tak zrozumiał. Ten policjant i ten niepokojący mężczyzna. I nie mogło z tego wyjść nic dobrego.

W hotelarstwie uczą cię najpierw dwóch rzeczy – być uważnym i szybko zapominać. Grzegorz nieźle radził sobie z pierwszą. Nad drugą postanowił jak najszybciej popracować. Dla własnego dobra.

Komisarz Gruda z Wydziału Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw powoli wspinał się po schodach i po raz kolejny przeklinał pod nosem swój strach przed windami. Nie że w ogóle do nich nie wchodził. Czasami nie miał wyjścia. W życiu nie przyznałby się do tej fobii komukolwiek z pracy. Ale zawsze, jeśli tylko mógł, wybierał schody. Z windami było coś bardzo nie tak. Małe metalowe klitki, zawieszone na linie, ciągną człowieka wysoko w górę, jakby był tylko stertą desek. Liny mogą przecież się zerwać, hamulce nie zadziałać, a jedyne, co można wtedy zrobić, to wciskać przycisk alarmowy, co oczywiście i tak nic nie daje. Albo nawet samo zatrzaśnięcie w windzie. Znowu nic się nie da zrobić. Trzeba tylko siedzieć w tej celi dwa na dwa i modlić się, żeby pomoc nadeszła, zanim zachce ci się srać. Nie. Kiedy tylko Gruda mógł wybierać, to zawsze wybierał schody. Tak było i tym razem.

Dotarł wreszcie na wskazane przez recepcjonistę piętro. Przystanął tam na dwie, trzy minuty. Otarł pot z czoła. Poczekał, aż serce znów zacznie mu normalnie bić. Wyciągnął komórkę i wyłączył ją na wszelki wypadek. Dopiero potem ruszył korytarzem w stronę pokoju. Po drodze minął sprzątaczkę, która pchała wózek pełen zużytych ręczników. Stanął przed drzwiami. Nie spodziewał się żadnych niespodzianek, ale na wszelki wypadek sprawdził, czy łatwo sięgnie po nóż schowany w kieszeni spodni. Umawiali się, że przyjdą bez broni, ale według Grudy dotyczyło to pistoletów. Poza tym jeśli gospodarz naprawdę spodziewał się, że komisarz pojawi się u niego zupełnie bezbronny, to musiał oszaleć.

Nóż tkwił w kieszeni. Porządne, mocne składane ostrze. Wystarczyło nacisnąć przycisk, by się wysunęło. Dobre, żeby kogoś szybko dźgnąć.

Zapukał. Czekał cierpliwie, nasłuchując, ale nie usłyszał żadnych kroków po drugiej stronie. Po prostu drzwi uchyliły się z lekkim stukotem, kiedy zwalniał się zamek. Otworzył je szerzej. Wszedł do środka, zamykając za sobą. Minął krótki korytarz i znalazł się w pierwszym z pokoi. Nawet ładny. Na żółtych ścianach powieszono jakieś obrazki dla ozdoby. Pod oknem stolik, dwa wygodne fotele, elegancka biała kanapa.

Borzestowski stał obok biurka, tyłem do policjanta. Miał na sobie niebieskie jeansy i granatową, świetnie dopasowaną marynarkę, spod której wystawał czarny golf. Z reklamówki z logo Wólczanki wyjął butelkę wódki. Otworzył ją, wziął jedną szklankę i nalał do połowy.

– Tobie też nalać?

– Nie, dzięki.

Gangster odwrócił się przez ramię i spojrzał na niego podejrzliwie.

– A to czemu?

– Wątroba – wyjaśnił Gruda obojętnym tonem. – Lekarz powiedział, że albo rzucam picie, albo mogę ustawić się w kolejce do przeszczepu.

Borzestowski pokiwał głową ze zrozumieniem.

– U mnie kręgosłup – powiedział, pociągając ze szklaneczki. – Są dni, kiedy tak napierdala, że mam ochotę sam go sobie wyrwać. Na noc muszę porządnie wypić, by w ogóle zasnąć. A i tak nad ranem śpię tak słabo, że budzi mnie nawet szczekanie psa sąsiadów. A mają takie małe gówno. Kiedyś jechałem na amfie i białej damie, teraz na ketonalu i minesulinie.

– I możesz to łączyć z alkoholem?

– Niby nie. Ale sam wiesz, Gruda. Ciało ludzkie w końcu do wszystkiego się przyzwyczaja.

Policjant wykrzywił usta w grymasie, który przy dużym udziale dobrej woli można by uznać za uśmiech.

– To może przynajmniej soczku, panie komisarzu?

– Pomarańczowy?

– Jabłkowy.

– Może być.

Borzestowski znowu sięgnął do reklamówki. Po chwili podał policjantowi napełnioną szklankę. Gruda wziął ją bez słowa. Upił trochę i odstawił na stolik. Podszedł do okna, odsunął firankę i przez chwilę patrzył na pobliskie lotnisko i pas startowy, gdzie właśnie kołował samolot pasażerski linii lotniczych KLM. Postukał palcem w szybę.

– Powinieneś w nim być – powiedział, wskazując na maszynę.

Borzestowski zakręcił wódką w szklance, jakby to była whisky.

– A dokąd leci?

– Nieważne.

– A jak tam, to ja dziękuję, panie komisarzu.

– Chyba nie zrozumiałeś. Dostałeś ostrzeżenie. To nie był mój pomysł, ale to nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Powinieneś skorzystać z okazji. Spakować dolary do walizki i spieprzać z tego kraju, póki jeszcze ci nie założyliśmy bransoletek.

– Jestem wdzięczny za radę, ale nie skorzystam.

– Powinieneś.

– Skończyłeś już mówić, Gruda? Nazgrywałeś się twardziela? Pogroziłeś mi wystarczająco czy jeszcze trochę ci to zajmie? A może teraz moja kolej? – zapytał drwiąco gangster, ale jego spojrzenie było spokojne i skupione. Groźne. Jakby szykował się do ataku.

– Mów – warknął Gruda. Nie mógł pozwolić wyprowadzić się z równowagi. Przyszedł tu tylko po to, żeby porozmawiać. Przekazać wiadomość. Odebrać odpowiedź. Upewnić się, że Borzestowski wszystko dobrze zrozumiał. I nie dać się przy tym oszukać. Gangster mówił jedno, myślał drugie, robił zaś jeszcze coś innego. Nieustannie skupiony tylko na tym, co mogło mu przynieść jakąkolwiek korzyść. Bezwzględny i przebiegły. W taki sposób utrzymał się na szczycie. W taki sposób się na niego dostał.

 

– Mieszko ma przestać sypać.

Samolot KLM-u wjechał na pas startowy i zniknął za budynkiem terminala. Gruda odszedł od okna. Przeciął pokój, po drodze trącając kolanem jeden z foteli.

– Umówmy się – powiedział po chwili zastanowienia. – Mieszko nie jest tematem naszej rozmowy.

– Wręcz przeciwnie, Gruda. Jest jedynym tematem naszej rozmowy. Jedynym powodem, dla którego zorganizowałem nasze małe spotkanie. I wiem, że jesteś tylko posłańcem, więc przekaż Andrzejewskiemu: niech Mieszko zamilknie.

– Nie ma takiej możliwości.

Borzestowski zrobił zmartwioną minę. Fałszywą, jak on sam.

– Szkoda – mruknął. – Ale musisz wiedzieć jedno, Gruda. Jeśli on gada, to ja też.

Policjant wzruszył ramionami.

– Możesz mówić, co tylko chcesz. Myślisz, że znajdzie się ktokolwiek, kto będzie cię chciał słuchać?

– O! Jestem pewien, że skruszony gangster zawsze znajdzie swoją publiczność. Spójrz na Masę. Wszędzie go pełno. Jeszcze trochę i zacznie śmigać na lodzie z gwiazdami.

– Byłby to zaprawdę zacny widok. Mógłbym dla niego nawet zacząć płacić abonament. Ale on nigdy nikogo nie zabił.

– A ja tak?

– Obaj wiemy, jak jest. I obaj wiemy, że okej, nawet jeśli znajdziesz kogoś, kto cię wysłucha, to zawsze będzie twoje słowo przeciwko naszemu. A trzeba być idiotą, żeby uwierzyć właśnie tobie.

– Idiotów nie brakuje.

Gruda prychnął. Borzestowski wlał w siebie wódkę ze szklanki. Cały się spiął, kiedy alkohol przepływał przez jego ciało do żołądka, i policjant ocenił, że gangster pomimo mijających lat ciągle jest w formie. Ludzie z półświatka zwykle szybko tyli. Za dużo alkoholu, jeszcze więcej kiepskiego żarcia. Wystarczyło kilka lat, a wyglądali jak żywcem wyjęci ze zjazdu cukrzyków. Jednak Borzestowskiego to nie dotyczyło.

– Było tak, jak było – powiedział gangster. – Ale już nie jest. Teraz nie mamy słowa przeciwko słowu.

– Niby dlaczego?

– Bo przecież w końcu ich znaleźliście.

Gruda poczuł, jak włoski na karku stają mu dęba.

– Nic o tym nie wiem.

– Proszę nie żartować, komisarzu. O tym, że wykopaliście jakieś ciała nad Wisłą, trąbią media. Co prawda mógł to być ktokolwiek. Nie tylko wy przecież korzystaliście z tamtych okolic jak z cmentarza. Są takie miejsca, że gdzie nie wsadzisz łopaty, znajdziesz jakąś kość. Ale teraz mam pewność, że to oni.

– Niby skąd?

– Bo gdyby to nie byli oni, nie odbywalibyśmy tej rozmowy – odparł Borzestowski, odkładając szklankę. – Do tej pory faktycznie mogłem sobie tylko gadać, jednak teraz pojawiły się ciała. Teraz pojawiły się dowody. Ten policjant, Kochan, prawda? Dobrze się sprawił. Muszę sobie gdzieś zapisać, że powinienem mu podziękować. Oszczędził mi sporo kłopotów.

– To nic nie zmienia.

– To zmienia wszystko – wycedził. – Bo od tej pory, jeśli ja idę na dno, wy idziecie ze mną. I to właśnie przekaż Andrzejewskiemu.

Gruda wsadził dłonie do kieszeni. Pod palcami poczuł rękojeść noża. Od Borzestowskiego dzieliły go jakieś trzy metry. Mógłby się do niego zbliżyć o metr, zanim tamten nabrałby podejrzeń. Potem szybko wyciągnąłby nóż, otworzył ostrze i wbił je w serce gangstera. Lewa strona klatki piersiowej, druga przestrzeń międzyżebrowa lub trzecia. Sama okolica też byłaby dobra. Jak nie w serce, trafiłby w płuco lub aortę brzuszną, a potem patrzyłby spokojnie, jak skurwiel umiera. Czego dotykał w tym pokoju? Tylko szklanki i szyby. Ślad na oknie mógłby zatrzeć, szklankę wziąć ze sobą. Ale w hotelu są kamery bezpieczeństwa, a na dole zwrócił na niego uwagę recepcjonista. Przede wszystkim jednak – w życiu nigdy nie ma łatwych rozwiązań. Borzestowski przyszedł tutaj gotowy na starcie. I też zapewne trzymał swojego asa w rękawie. Dlatego Gruda puścił rękojeść noża i wyjął ręce z kieszeni. Zwisały mu swobodnie wzdłuż ciała, by gangster mógł zobaczyć, że jest nieuzbrojony.

– Przekażę – powiedział. – Ale na twoim miejscu i tak zainteresowałbym się biletami lotniczymi do jakiegoś miłego, ciepłego miejsca. Okęcie masz blisko.

Chciał się obrócić i odejść.

– On cię wyrucha, Gruda – odezwał się Borzestowski, zatrzymując go w pół kroku.

– Kto?

– A jak myślisz? Andrzejewski.

– Wybacz tę bezpośredniość, ale w dupie byłeś i gówno wiesz.

Gangster zaśmiał się krótko, gardłowo i nieprzyjemnie.

– Dobre. Zapiszę to sobie.

– Lepiej się naucz na pamięć, żebyś się nie pomylił, kiedy będziesz powtarzać.

– Liczysz na Andrzejewskiego, Gruda. Że jesteście w tym razem. Ale nie jesteście. Popatrz, gdzie ty jesteś, wieczny komisarz, a gdzie on. A zabiliście ich razem. Co ty z tego masz? A co on?

– Nic.

– Jesteś pewien? Gdzie Andrzejewski mieszka?

Gruda milczał.

– W Konstancinie – odpowiedział za niego Borzestowski. – Ma tam ładny domek. Myślisz, że uzbierał na niego z policyjnej pensji?

Policjant zagryzł wargę, a potem wyszczerzył zęby. Wyciągnął w stronę mężczyzny palec i pogroził mu energicznym ruchem.

– Sprytne. Naprawdę cwane.

– Poświęci cię, kiedy tylko nadarzy się okazja. To taka przyjacielska rada.

– Nie jesteśmy przyjaciółmi.

– Ale możemy nimi zostać.

– Prędzej położę chuja pod szlifierkę – odpowiedział Gruda i wyszedł bez słowa.

– Może będziesz musiał – mruknął do siebie Borzestowski, kiedy za tamtym trzasnęły drzwi. – Może będziesz musiał.

Sucha oglądała ten film już setki razy. Początkowe obrzydzenie już dawno zniknęło. Pozostał tylko chłodny analityczny umysł i podziw dla dziewczyny, która to wszystko zaplanowała i przeprowadziła. Policjantka mogła się tylko domyślać, ile to wymagało od niej wysiłku, przygotowań, nerwów.

A koniec końców, zginęła w głupi sposób.

Sucha wzniosła w górę butelkę z piwem w niemym toaście za Zuzannę Łatkowską.

Pierwsza przeszkoda: dostanie się do mieszkania, w którym Celtycki urządził swój mały dom schadzek. Musiała wejść niepostrzeżenie. Zdobyć klucz, co akurat pewnie było łatwe. Robiła w końcu jako opiekunka dzieci u Celtyckich. Wejść do lokalu. Zamontować sprzęt. Odłożyć klucz, zanim ktokolwiek się zorientuje, że zniknął. W sumie mogła go też dorobić, co było najbardziej racjonalne. Pytanie, czy miała taką możliwość.

Przeszkoda druga: zdobycie sprzętu podsłuchowego. Co nie jest takie łatwe i takie proste, jak by się mogło wydawać. Szczególnie dla kogoś, kto robi to prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu. Oczywiście w internecie można znaleźć wszystko, chociaż zapomina się przy tym, że większość z tych rzeczy jest nic niewarta. Ale nawet zdobycie sprzętu nie rozwiązywało problemu, ponieważ wtedy pojawiała się przeszkoda trzecia: jego montaż. Mikrofony trzeba schować w takich miejscach, gdzie będą niewidoczne, ale równocześnie będą dobrze i czysto zbierać dźwięk. Wymaga to i pewnej wiedzy, i pomysłowości. Przeszkoda czwarta: zrobić to wszystko tak, by nie dać się w żaden sposób złapać.

Łatkowskiej się udało. A nawet więcej, zamontowała w jakiś sposób w tym mieszkaniu kamerę. Nagrało się tylko to. Albo tylko to jedno nagranie uznała za na tyle interesujące, by je zachować w swoich materiałach.

Kamerę umieszczono w kącie pokoju, tak żeby obejmowała maksymalny kąt widzenia. Film był pozbawiony dźwięku, jednak w całkiem niezłej jakości. Łatkowska go nie montowała, ale prawdopodobnie skróciła. Pierwsze sceny są dość niewinne. W pokoju znajduje się pięciu mężczyzn. Wszyscy są w podobnym wieku, około trzydziestu pięciu lat. Czterech ma na sobie garnitury, jeden przyszedł w jeansach i gustownym sweterku w serek. Mowa ich ciała, gesty, zachowanie wskazują na to, że dobrze się znają. Atmosfera jest dość luźna. Rozmawiają. Zdejmują marynarki. Rozpinają górne guziki koszuli. Jeden z nich wyjmuje z kieszeni foliową torebkę, a z portfela kartę kredytową. Na blat stołu wysypuje narkotyk, prawdopodobnie kokainę, chociaż może to też być coś innego, i tworzy równe, długie kreski. Robi rulonik z banknotu i wciąga jedną. Zaprasza innych do degustacji. Korzysta dwóch. Facet w sweterku w serek znika na moment z kadru, żeby wrócić po niecałej minucie. Ma dwie butelki piwa. Jedną podaje koledze.

W pewnym momencie rozmowy zamierają. W obiektywie kamery pojawia się nowa postać. Krótko ostrzyżony blondyn, który prowadzi przed sobą młodego chłopaka. Blondyn jest ubrany jak jego koledzy. Spodnie od garnituru, niebieska koszula. Krawat zarzucił sobie zawadiacko na plecy. Chłopak jest prawie nagi. Ma na sobie tylko bokserki i czarne skarpety, podciągnięte aż do połowy łydek.

Goście przerywają rozmowy. Trzech zaczyna klaskać. Facet w swetrze kręci z niedowierzaniem głową. Jest rozbawiony. Inny podnosi w górę ręce, jakby ogłaszał, że się poddaje, że dla niego to za dużo. Stojący obok łysy wali go otwartą dłonią w plecy.

Chłopak wygląda na około dwadzieścia lat. Jest dość chudy. Widać jego żebra, płaski brzuch, ale pozbawiony mięśni. To nie jest typ sportowca. Mało się rusza. Sucha podejrzewa, że głównie siedzi przed komputerem. Modnie obcięty: dłuższe włosy, wycieniowane i wymodelowane, grzywka opada na czoło. Wydaje się pod wpływem środków odurzających. Chwieje się na nogach. Rozgląda się niepewnie dookoła, jakby nie do końca wiedział, gdzie jest i co się z nim dzieje. Jednak nawet narkotyki nie są w stanie stłumić jego strachu. Oddycha bardzo szybko. Klatka piersiowa wędruje w górę i w dół w rytm uderzeń serca.

Blondyn klepie go uspokajająco po ramieniu. Chłopak odwraca się w jego stronę i wtedy otrzymuje cios prosto w twarz i upada. Facet w sweterku upija duży łyk piwa, jakby chciał sobie w ten sposób dodać odwagi. I, o dziwo, to on rusza pierwszy.

Sucha zatrzymała odtwarzanie filmu. Postukała palcem w blat biurka. Facet w sweterku w serek. Brązowe włosy. Krótko przystrzyżona broda. Okulary, które właśnie zdejmuje, by podać komuś stojącemu poza kadrem. Przyjemna, dość delikatna twarz mogłaby należeć do prawnika, księgowego, kogoś o spokojnym zawodzie, kto ma ciągoty artystyczne, interesuje się fotografią albo jeździ w weekendy w plener, żeby malować pejzaże. A każdego dnia wraca o tej samej porze do domu w podwarszawskiej miejscowości, gdzie czeka na niego żona i dwójka grzecznych dzieci.

Włączyła odtwarzanie. Facet oddaje też piwo. Rozpina spodnie i opada na chłopaka. Jedną ręką przyciska mu kark. Druga wędruje w okolice jego bokserek. Chłopak jakby na moment trzeźwieje. Na jego twarzy odmalowuje się przerażenie. Zaczyna się szamotać. Facet nie daje sobie rady. Jest zirytowany. Chłopak prawie go z siebie zrzuca. Wtedy interweniuje jeden z kolesi w garniturach. Najpierw strzela chłopakowi z liścia, a potem go przytrzymuje. I dopiero wtedy facetowi w sweterku udaje się zdjąć bieliznę z ofiary. Wchodzi w niego. Nie używa żadnych lubrykantów, więc ma trudności. Porusza się niemrawo. Złości się. W pewnym momencie chwyta go za włosy i pociąga mocno do siebie. Kamera dobrze wtedy łapie twarz chłopaka. Jego rysy zrobiły się niespodziewanie ostre. Czerwona skóra lśni od śliny, smarków i łez. Usta szeroko otwarte. Wydaje się, że bardziej łka, niż krzyczy.