OcalonyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Co­py­ri­ght by Wło­dzi­mierz Za­czek, 2011

Ko­rek­ta:

Ewa Ku­nic­ka

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. (58) 536 17 57; fax (58) 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.com.pl

Skład:

Dru­kar­nia Wy­daw­nic­twa „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.,

Pel­plin

ISBN 978-83-7823-309-1

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Dedykacja

  Ocalony Dzień pierwszy Dzień drugi Dzień trzeci Dzień czwarty Dzień piąty Dzień szósty Dzień siódmy Dzień ósmy Dzień dziewiąty Dzień dziesiąty Dzień jedenasty Dzień dwunasty Dzień trzynasty Dzień czternasty Zakończenie

  Aniołycza Dzień pierwszy Dzień drugi Dzień trzeci Dzień czwarty Dzień ostatni Postscriptum

  Sponsorzy

De­dy­ku­ję swo­jej wnucz­ce Na­tal­ce

Mot­to:

Ktoś, kto nie za­kła­da,

że może zda­rzyć się cud,

nie jest re­ali­stą.

Me­na­chem Be­gin


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dzień pierwszy

Asfal­to­wa dro­ga skoń­czy­ła się na­gle, zmie­nia­jąc w wy­ło­żo­ny ko­ci­mi łba­mi dukt. Rzu­ci­łem okiem na spo­rzą­dzo­ny przez sie­bie szkic. Mia­łem przed sobą oko­ło trzech ki­lo­me­trów nie­zbyt mi­łej dla mo­ich wnętrz­no­ści tra­sy. Nie wiem cze­mu, ale za­wsze tego typu dro­gi wy­da­ją mi się dłuż­sze niż wy­ni­ka z map i dro­go­wska­zów.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach bez­u­stan­nej ko­ły­sa­ni­ny do­tar­łem do roz­wi­dle­nia, przy któ­rym po­ja­wił się drew­nia­ny krzyż. Zgod­nie z uzy­ska­ny­mi wska­zów­ka­mi skrę­ci­łem w pra­wo i wje­cha­łem na wą­ską le­śną dróż­kę. Pa­da­ją­ce od ty­go­dnia desz­cze prze­isto­czy­ły ją w po­ry­te ko­le­ina­mi grzę­za­wi­sko. Mój sa­mo­chód zde­cy­do­wa­nie nie nada­wał się do jaz­dy te­re­no­wej. Raz po raz me­ta­lo­we brzu­szy­sko po­jaz­du ocie­ra­ło o wy­sta­ją­ce mul­dy i ka­mie­nie. Sy­cza­łem za­ci­ska­jąc zęby, jak­by to mnie za­da­wa­no ból.

Lu­bi­łem swo­je au­tko i dba­łem o nie jak o człon­ka ro­dzi­ny. Do­pie­ro co spła­ci­łem wzię­ty na nie­go kre­dyt, a tu mu­szę wy­sta­wiać go na nie­za­słu­żo­ne szy­ka­ny.

Jak się jesz­cze oka­że, że to nie ta dro­ga, to się chy­ba wściek­nę – po­my­śla­łem. Prze­cież to nie­moż­li­we, aby miesz­ka­li tu lu­dzie.

Na chwi­lę po­ża­ło­wa­łem, że się na to zgo­dzi­łem. Nie­zna­ny mi gość za­dzwo­nił do mnie wie­czo­rem i za­żą­dał, abym się z nim spo­tkał. Kie­dy usi­ło­wa­łem do­wie­dzieć się cze­goś bliż­sze­go, oświad­czył, że to spra­wa nie­cier­pią­ca zwło­ki, a na­wet ży­cia i śmier­ci. Tro­chę się prze­stra­szy­łem. Wi­docz­nie prze­wi­dział moją re­ak­cję, bo na­tych­miast do­dał, że spra­wa śmier­ci nie do­ty­czy mnie, a wręcz jest dla mnie opła­cal­na. Po­tem do­kład­nie opi­sał tra­sę do­jaz­du. Że­bym wie­dział, że ta tra­sa tak wła­śnie wy­glą­da, to w ży­ciu bym się na to nie zgo­dził.

Wła­ści­wie, to nic in­ne­go do ro­bo­ty nie mia­łem. Poza tym, za­cie­ka­wił mnie tro­chę swo­ją ta­jem­ni­czo­ścią, a ja lu­bię wy­zwa­nia.

Nie wiem jak dłu­go tłu­kłem się po tych bez­dro­żach. Ode­tchną­łem z ulgą, kie­dy po­ja­wi­ła się ja­kaś ogro­dzo­na drą­ga­mi po­la­na. Z dru­giej stro­ny ogro­dze­nia cią­gnął się szpa­ler cho­inek. Spra­wiał wra­że­nie po­sa­dzo­nych spe­cjal­nie w celu unie­moż­li­wie­nia wglą­du na dal­szą część po­se­sji. Prze­je­cha­łem wzdłuż pło­tu oko­ło dwu­stu me­trów i zna­la­złem się na otwar­tej prze­strze­ni przed dość oka­za­łą drew­nia­ną cha­łu­pą, praw­do­po­dob­nie peł­nią­cą rolę let­ni­sko­wej da­czy. Już na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że wła­ści­ciel nie­zbyt o nią dba. Czę­ścio­wo zmur­sza­łe de­ski ścian wy­raź­nie do­ma­ga­ły się re­no­wa­cji. Co do kry­te­go gon­tem da­chu, by­łem nie­mal­że pe­wien, że prze­cie­ka.

To chy­ba tu­taj – po­my­śla­łem i zbli­ży­łem się do so­lid­nych drew­nia­nych drzwi. Za­pu­ka­łem… i ci­sza. Za­pu­ka­łem po­now­nie i moc­niej… da­lej ci­sza.

– Ku­rza twarz! To chy­ba nie tu! Na chwi­lę opa­dły mi ręce. Się­gną­łem do kie­sze­ni po te­le­fon i w tym mo­men­cie do­le­ciał do mnie dziew­czę­cy śmiech i szcze­ka­nie psa.

Ob­sze­dłem bu­dy­nek i tra­fi­łem na roz­le­gły, czę­ścio­wo za­da­szo­ny ta­ras. W bu­ja­nym wi­kli­no­wym fo­te­lu sie­dział star­szy męż­czy­zna. Całą twarz po­kry­wa­ły mu drob­ne bli­zny, jak po prze­by­tej w mło­do­ści ospie. Nogi miał otu­lo­ne gru­bym ko­cem. Przy nim krzą­ta­ła się mło­da dziew­czy­na, w wie­ku ra­czej jesz­cze na­sto­let­nim – przy­najm­niej ta­kie od­nio­słem wra­że­nie. Dwa duże wil­czu­ry na­tych­miast pod­bie­gły do mnie i grzecz­nie usia­dły przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­łem. – Prze­pra­szam, pu­ka­łem do drzwi, ale nikt nie otwie­rał.

– A, dzień do­bry… to pan. – Star­szy męż­czy­zna wy­cią­gnął do mnie rękę i po­pro­sił abym usiadł. Spo­czą­łem na­prze­ciw nie­go, rów­nież w wi­kli­no­wym fo­te­lu, tyle że nie bu­ja­nym.

– Tych pie­sków pro­szę się nie oba­wiać. Są już sta­re i do­brze wy­cho­wa­ne. Ugry­zą tyl­ko wte­dy, gdy do­sta­ną ta­kie po­le­ce­nie – po­wie­dział sta­ru­szek i za­pro­po­no­wał:

– Na­pi­je się pan cze­goś?

– Je­że­li moż­na, to po­pro­szę o kawę roz­pusz­czal­ną.

– Ha­niu! Kaw­kę roz­pusz­czal­ną i lamp­kę ko­nia­ku dla pana, i her­bat­kę dla mnie.

– Ale ja je­stem kie­row­cą.

– Niech pan nie li­czy na wię­cej i na to, że tak szyb­ko stąd pana wy­pusz­czę – uśmiech­nął się sta­ru­szek.

Chwi­lę przy­glą­dał mi się w mil­cze­niu.

– Za­pew­ne cie­ka­wi pana, po co ja tu pana fa­ty­go­wa­łem?

– Nie da się ukryć – stwier­dzi­łem co­raz bar­dziej za­in­try­go­wa­ny tym, cze­go może ocze­ki­wać ode mnie star­szy nie­zna­ny je­go­mość i w do­dat­ku miesz­ka­ją­cy na ta­kim za­du­piu.

– Pa­nie Wojt­ku. Jak pan wi­dzi, je­stem bar­dzo sta­rym czło­wie­kiem. Być może na­wet star­szym niż się panu wy­da­je. My­ślę, że do po­że­gna­nia z tym świa­tem nie­wie­le mi po­zo­sta­ło.

W pierw­szym mo­men­cie chcia­łem mu zwró­cić uwa­gę, że nie tak mam na imię i że praw­do­po­dob­nie za­pro­sił nie tę oso­bę, o któ­rą mu cho­dzi­ło, lecz ugry­złem się w ję­zyk i po­zwo­li­łem na kon­ty­nu­owa­nie za­czę­tej my­śli.

– Wiem, że nie ma pan na imię Woj­tek, ale ja tak wła­śnie będę pana na­zy­wał.

Zro­bi­łem duże oczy. Od­nio­słem wra­że­nie, że fa­cet czy­ta w mo­ich my­ślach.

 

Dziew­czy­na przy­nio­sła za­mó­wio­ne na­po­je oraz ja­kieś sło­dy­cze. Po­sta­wi­ła wszyst­ko na sto­li­ku i grzecz­nie się ukło­ni­ła. Po­dzię­ko­wa­łem i uśmiech­ną­łem się do niej. Była ład­na i w do­dat­ku mia­ła nie­ty­po­we, zie­lo­ne oczy. Wśród Po­la­ków to ra­czej rzad­kie zja­wi­sko.

– To moja wnucz­ka Ha­nia. Bez py­ta­nia sta­ru­szek przed­sta­wił mi mło­dą oso­bę i zwra­ca­jąc się do niej po­pro­sił, aby nas zo­sta­wi­ła sa­mych.

Dziew­czy­na za­rzu­ci­ła szal na ra­mio­na i skie­ro­wa­ła się w stro­nę nie­du­że­go je­zior­ka. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łem, że jest to ma­low­ni­cze miej­sce. Duża po­se­sja, wkom­po­no­wa­na w le­śną głu­szę i w do­dat­ku ozdo­bio­na pięk­nym la­zu­ro­wym oczkiem wod­nym, była wręcz wy­ma­rzo­nym miej­scem na wy­po­czy­nek.

Przez chwi­lę pa­trzy­łem na od­da­la­ją­cą się dziew­czy­nę i za­sta­na­wia­łem się, co taka mło­da i ład­na oso­ba robi na ta­kim pust­ko­wiu i to w środ­ku lata, za­miast le­żeć na pla­ży, tak jak jej ko­le­żan­ki.

– Przy­pusz­czam, że za­sta­na­wia się pan, co taka mło­da nie­wia­sta tu robi? – sta­ru­szek wy­raź­nie mnie roz­szy­fro­wy­wał.

– Nie ukry­wam, że jest to za­sta­na­wia­ją­ce – od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z praw­dą.

– Ona prze­by­wa tu­taj ze wzglę­du na mnie. Opie­ku­je się mną. Uwiel­biam to mło­de stwo­rze­nie… ale wra­ca­jąc do przy­czy­ny pań­skie­go przy­jaz­du. Nie za­pro­si­łem tu pana bez po­wo­du i bez­in­te­re­sow­nie. Prze­czy­ta­łem pań­ską książ­kę i po­do­ba­ła mi się pro­sto­ta wy­po­wie­dzi i szcze­rość my­śli.

– Ale któ­rą? Ja na­pi­sa­łem dwie – wpa­dłem mu w sło­wo.

Spoj­rzał na mnie z wy­rzu­tem, da­jąc wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie lubi, kie­dy się mu prze­ry­wa.

– Prze­pra­szam…

– To nie­istot­ne, ile ksią­żek pan na­pi­sał! Prze­czy­ta­łem jed­ną i to mi wy­star­czy­ło. Nie mogę po­wie­dzieć, że jest to li­te­ra­tu­ra z gór­nej pół­ki, nie­mniej jed­nak ce­nię lu­dzi, któ­rzy wi­dzą wię­cej niż czu­bek wła­sne­go nosa i pi­szą szcze­rze. To dzi­siaj rzad­kość. Poza tym, jest pan oso­bą nie­zna­ną i to jest dla mnie naj­waż­niej­szy ar­gu­ment.

Prze­rwał na mo­ment i wska­zał na moją lamp­kę ko­nia­ku. Sam się­gnął po swo­ją her­ba­tę i upił ły­czek.

– Miał­bym dla pana pew­ne za­da­nie. Chciał­bym, aby opi­sał pan to, co opo­wiem. Czy po­dej­mie się pan tego?

– Pro­szę się nie gnie­wać, ale może to za­brzmi nie­grzecz­nie. Czy mógł­bym znać po­wód, dla któ­re­go pan sam tego nie uczy­ni?

– Gdy­bym chciał sam, to już daw­no bym to zro­bił a nie fa­ty­go­wał pana! Py­tam, czy się pan tego po­dej­mie! Nie py­tam, czy pan po­do­ła. Bo to wiem! – pod­niósł nie­co głos, zi­ry­to­wa­ny zbęd­nym we­dług nie­go py­ta­niem.

– Prze­pra­szam. Po­sta­ram się spo­koj­nie wy­słu­chać pań­skiej pro­po­zy­cji.

Sta­ru­szek spu­ścił na chwi­lę gło­wę, tak jak­by się nad czymś za­sta­na­wiał. Cze­ka­łem cier­pli­wie na dal­szy jego wy­wód. Ci­sza prze­dłu­ża­ła się tro­chę nie­na­tu­ral­nie. Chy­ba nie usnął? – po­my­śla­łem.

– Sam nie mogę tego na­pi­sać – po­wie­dział po chwi­li mil­cze­nia. – Po­wo­dów jest kil­ka. Po pierw­sze, nie po­tra­fię utrzy­mać pió­ra w dło­ni i nie­do­wi­dzę. Po wtó­re, w ogó­le nie znam się na ob­słu­dze kom­pu­te­ra. Jed­nak naj­istot­niej­sze jest to, że to co oso­bi­ście bym na­pi­sał, nie za­brzmia­ło­by wia­ry­god­nie. Z tego też po­wo­du chcę, aby na­pi­sa­ła to oso­ba w ża­den spo­sób ze mną nie spo­krew­nio­na… jak rów­nież nie na­le­żą­ca do gro­na mo­ich zna­jo­mych. I to jest po­wód, dla któ­re­go wy­bra­łem pana.

Zno­wu za­pa­dła ci­sza. Ja też mil­cza­łem. A nuż zno­wu mnie ofuk­nie.

– No i cze­mu pan nic nie mówi? – za­py­tał na­gle.

– Nie chcia­łem prze­ry­wać – uśmiech­ną­łem się.

Spoj­rzał na mnie prze­ni­kli­wie, tak jak­by chciał zba­dać czy z nie­go nie drwię. Zro­bi­łem minę po­kor­ne­go cie­ląt­ka i spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy. Wi­docz­nie mój wy­raz twa­rzy nie wzbu­dził w nim po­dejrz­li­wo­ści, bo spo­koj­nie po­wie­dział:

– Bę­dzie­my się wi­dy­wa­li co­dzien­nie i za­wsze o tej sa­mej po­rze, chy­ba że wy­ra­żę inne ży­cze­nie, i to tak dłu­go aż te­mat zo­sta­nie wy­czer­pa­ny. Pan bę­dzie no­to­wał wszyst­ko co mó­wię. Nie­ste­ty, nie wol­no panu ko­rzy­stać z ma­gne­to­fo­nu ani żad­nych in­nych urzą­dzeń na­gry­wa­ją­cych. Po­zo­sta­je otwar­ta kwe­stia pań­skiej zgo­dy.

Tro­chę się jesz­cze wa­ha­łem. Cho­ciaż eks­cy­to­wa­ła mnie ta dziw­na ta­jem­ni­czość, to mimo wszyst­ko czu­łem pe­wien nie­po­kój. Cho­le­ra wie, w co ja się pa­ku­ję?!

Naj­wi­docz­niej wy­czuł moje nie­zde­cy­do­wa­nie, bo już cał­kiem przy­jaź­nie do­dał.

– Nie ocze­ku­ję od pana rze­czy nie­moż­li­wych i pro­szę się nie oba­wiać. Spra­wa jest pro­sta. Cho­dzi o na­pi­sa­nie mo­je­go ży­cio­ry­su… Zga­dza się pan?

– Zga­dzam się.

– Jest jesz­cze je­den wa­ru­nek… może pan to opu­bli­ko­wać do­pie­ro po mo­jej śmier­ci.

Zro­bi­łem duże oczy. Kiw­ną­łem gło­wą, że przy­sta­ję na ten wa­ru­nek, mimo że zu­peł­nie nie mo­głem zro­zu­mieć po­wo­du, dla któ­re­go ktoś chce, aby coś o nim na­pi­sa­no i nie chce tego po­tem czy­tać.

Le­d­wie zdą­ży­łem o tym po­my­śleć, a już mia­łem ko­lej­ny do­wód na to, że fa­cet czy­ta w mo­ich my­ślach.

– Jed­nak­że, chciał­bym prze­czy­tać pań­skie dzie­ło po na­pi­sa­niu… Je­że­li cho­dzi o pań­skie gra­ty­fi­ka­cje, to po­roz­ma­wia­my o tym na koń­cu. Na­to­miast…

Wy­jął spod koca ja­kieś za­wi­niąt­ko. Trzy­mał je tam przez cały czas na­szej roz­mo­wy. Po­wo­li roz­wi­nął pa­pier i po­ło­żył na sto­li­ku dzie­sięć stu­zło­tó­wek.

– To na pa­li­wo. Nie mogę po­zwo­lić, aby do­pła­cał pan do mo­ich za­chcia­nek.

– Nie mogę tego przy­jąć! Prze­cież pan mnie w ogó­le nie zna! Mogę wziąć pie­nią­dze i już nig­dy się tu nie po­ja­wić!

– Mło­dy czło­wie­ku. Ja wiem o panu wię­cej niż się panu wy­da­je. A te­raz pro­szę to wziąć i po­ja­wić się ju­tro punk­tu­al­nie o go­dzi­nie dzie­sią­tej.

Po­pra­wił so­bie koc i spu­ścił gło­wę. Chwi­lę przy­glą­da­łem się mu. Usły­sza­łem ci­che chra­pa­nie. Usnął.

Dźwi­gną­łem się po­wo­li i spoj­rza­łem w kie­run­ku sie­dzą­cej nad sta­wem dziew­czy­ny. Za­uwa­ży­ła mój ruch, bo pod­nio­sła się i ru­szy­ła w kie­run­ku domu.

– Przy­ja­dę tu ju­tro – po­wie­dzia­łem, kie­dy się zbli­ży­ła. – Do wi­dze­nia.

Wra­ca­łem tą samą dro­gą. Już nie na­rze­ka­łem na wy­bo­je. Osta­tecz­nie, do­sta­łem za to od­po­wied­nią re­kom­pen­sa­tę. Przez cały czas za­sta­na­wia­łem się tyl­ko nad jed­nym – co ta­kie­go może mieć na su­mie­niu ten czło­wiek i ja­kie­go cię­ża­ru chce się po­zbyć, sko­ro robi z tego taką ta­jem­ni­cę i jesz­cze chce za to za­pła­cić?

Dzień drugi

Następ­ne­go dnia, punk­tu­al­nie o go­dzi­nie dzie­sią­tej zna­la­złem się po­now­nie w tym sa­mym miej­scu. Tym ra­zem przed da­czą stał za­par­ko­wa­ny te­re­no­wy czar­ny land cru­iser.

Ta­kim czymś moż­na tu przy­jeż­dżać – skon­sta­to­wa­łem w du­chu i zbli­ży­łem się do drzwi. Za­pu­ka­łem i cze­ka­łem cier­pli­wie z na­dzie­ją, że otwo­rzy je uśmiech­nię­te zie­lo­no­okie stwo­rze­nie. Drzwi otwo­rzy­ły się po chwi­li, ale za­miast zie­lo­nych oczu wy­rósł przede mną bro­da­ty męż­czy­zna o po­stu­rze go­ry­la. Le­d­wie zdą­ży­łem prze­kro­czyć próg, a on zła­pał mnie za ra­mię i kil­ko­ma szyb­ki­mi ru­cha­mi ob­ma­cał po kie­sze­niach.

– Może pan iść – za­ko­men­de­ro­wał po za­koń­cze­niu tej nie­zbyt mi­łej dla mnie czyn­no­ści.

Szyb­ko prze­sze­dłem przez duży sa­lon z ko­min­kiem i przez prze­szklo­ne drzwi wy­sze­dłem na ta­ras.

Star­szy pan wy­cią­gnął do mnie rękę na po­wi­ta­nie i wska­zał na fo­tel. Ten sam, któ­ry zaj­mo­wa­łem wczo­raj.

– Prze­pra­szam pana za to prze­szu­ka­nie, lecz mu­sia­łem się upew­nić co do tych sprzę­tów na­gry­wa­ją­cych.

– Prze­cież obie­ca­łem.

– No już do­brze. Od tej chwi­li mam do pana peł­ne za­ufa­nie i wie­rzę, że mnie pan nie za­wie­dzie.

W drzwiach po­ja­wił się bro­dacz i przy­niósł mi kawę oraz ko­niak, po czym za­pa­ko­wał się do lan­da i od­je­chał. Wi­dać, że wcze­śniej otrzy­mał sto­sow­ne in­struk­cje.

Wy­ją­łem no­tat­nik i dłu­go­pis, a sta­ru­szek roz­po­czął swo­ją opo­wieść od py­ta­nia:

– Był pan kie­dyś we Lwo­wie?

– Tak. Mia­łem spo­sob­ność zwie­dzać to mia­sto przed paru laty i mu­szę przy­znać, że jest bar­dzo pięk­ne.

– No wła­śnie. To tam się uro­dzi­łem i prze­ży­łem naj­pięk­niej­sze lata swo­je­go ży­cia. Nie mó­wię tego przez zwy­kły sen­ty­ment, bo taki od­czu­wa każ­dy do­ro­sły, tę­sk­nią­cy za utra­co­nym dzie­ciń­stwem. Śmia­ło mogę po­wie­dzieć, że czter­na­ście lat, któ­re spę­dzi­łem w tym mie­ście były mo­imi naj­szczę­śliw­szy­mi z ca­łe­go, po­nad osiem­dzie­się­cio­let­nie­go ży­cia.

Być może nie by­łem naj­grzecz­niej­szym dziec­kiem, a to głów­nie za spra­wą róż­nych fi­gli, któ­re tu i ów­dzie spła­ta­łem. Oj, czę­sto koń­czy­ło się to spo­tka­niem z oj­cow­skim pa­skiem od spodni.

Ro­ze­śmiał się na głos. Naj­wy­raź­niej wspo­mnie­nie tych chwil nie było dla nie­go udrę­ką. Po mo­men­cie spo­waż­niał i wró­cił do swo­jej opo­wie­ści.

– By­li­śmy bo­ga­ci. Oj­ciec po­cho­dził z za­moż­nej ro­dzi­ny. Mie­li ma­ją­tek ziem­ski nie­opo­dal Lwo­wa. Po śmier­ci ro­dzi­ców zo­stał je­dy­nym spad­ko­bier­cą, gdyż jego młod­sza sio­stra zmar­ła wcze­śniej na gruź­li­cę.

Moją mat­kę oj­ciec po­znał na uni­wer­sy­te­cie Lwow­ska Po­li­tech­ni­ka. Mu­sie­li so­bie cen­tral­nie wpaść w oko, gdyż jak ma­wiał mój oj­ciec: „na­tych­miast rzu­ci­li się na sie­bie, jak zgłod­nia­łe wil­ki”.

Na pew­no ko­cha­li się bar­dzo, bo ich ślub od­był się już po paru mie­sią­cach. Zresz­tą, nig­dy nie ukry­wa­li się ze swo­imi uczu­cia­mi i czę­sto przy­tu­la­li się do sie­bie. Na­wet w na­szej obec­no­ści, mimo że oj­ciec był ra­czej z na­tu­ry po­wścią­gli­wy.

Pierw­szy na świat przy­sze­dłem ja. Było to w roku 1925. Rok póź­niej po­ja­wił się brat Ana­tol, a po kil­ku la­tach jesz­cze Ja­nek.

W mię­dzy­cza­sie prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na sta­łe do Lwo­wa. Oj­ciec sprze­dał odzie­dzi­czo­ny ma­ją­tek i ku­pił sta­rą, co praw­da oka­za­łą i pięk­ną, ale wy­ma­ga­ją­cą re­mon­tu ka­mie­ni­cę przy ul. Ły­cza­kow­skiej. To bli­sko cen­trum mia­sta. Na szczę­ście, ze zby­te­go ro­do­we­go ma­jąt­ku po­zo­sta­ło wy­star­cza­ją­co dużo pie­nię­dzy na re­mont i otwo­rze­nie skle­pu ko­lo­nial­ne­go na par­te­rze bu­dyn­ku. Ta­kie­go, jak to się po­tocz­nie mó­wi­ło: „my­dło, wi­dło i po­wi­dło”.

Aha. Za­po­mnia­łem po­wie­dzieć, że mie­li­śmy dwie ka­mie­ni­ce. Dru­ga sta­no­wi­ła po­sag mo­jej mat­ki. Była nie­co mniej­sza i znaj­do­wa­ła się na obrze­żach mia­sta.

Mimo na­wa­łu obo­wiąz­ków, ro­dzi­ce za­wsze mie­li dla nas czas. Uwiel­bia­łem wie­czo­ry, kie­dy oj­ciec wra­cał ze skle­pu i opo­wia­dał nam baj­ki. Nie mo­głem się na­dzi­wić, skąd on ich tyle zna. Przy­pusz­czam, że po pro­stu je wy­my­ślał.

Mat­ka była na­uczy­ciel­ką i dba­ła o nasz roz­wój in­te­lek­tu­al­ny i du­cho­wy. Czy­ta­ła książ­ki i uczy­ła mo­dlitw. Nikt z nas nie miał szan­sy pójść do łóż­ka bez zmó­wie­nia pa­cie­rza.

Naj­bar­dziej lu­bi­łem nie­dzie­le. Pra­wie w każ­dą, po obo­wiąz­ko­wej mszy świę­tej, wy­bie­ra­li­śmy się na spa­cer po mie­ście, na lody, do we­so­łe­go mia­stecz­ka, ogro­du bo­ta­nicz­ne­go, kina i wie­lu in­nych miejsc.

Za to je­dy­ną rze­czą, któ­ra wy­da­wa­ła mi się nie do znie­sie­nia, było uczy­nie­nie ze mnie mi­ni­stran­ta w ko­ście­le św. An­to­nie­go. Czę­sto wra­ca­łem z ko­ścio­ła za­pła­ka­ny. Pro­boszcz na­szej pa­ra­fii nie na­le­żał do mi­ło­sier­nych. Szar­pał nas za uszy, za naj­mniej­sze na­wet prze­wi­nie­nie. Na moje żale, oj­ciec re­ago­wał tyl­ko stwier­dze­niem: „Nie martw się synu, to ukształ­tu­je twój cha­rak­ter”.

Jak wszyst­kie dzie­ci w moim wie­ku, cho­dzi­łem tak­że do szko­ły. Z tym że ra­czej do eli­tar­nej, gdyż pro­wa­dzo­nej przez sio­stry be­ne­dyk­tyn­ki. Oj­ciec był zda­nia, że stać nas na sta­ran­ne wy­cho­wa­nie i wy­kształ­ce­nie.

Nie było tam lek­ko. Nie uczy­łem się zbyt pil­nie, lecz przy­swa­ja­nie wie­dzy przy­cho­dzi­ło mi ła­two. Sio­stry do­sko­na­le wy­czu­wa­ły, że stać mnie na wię­cej, to­też mo­ty­wo­wa­ły mnie okła­da­jąc pa­lu­chy drew­nia­ną li­nij­ką.

 

Tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem 1938 roku oj­ciec spra­wił nam wspa­nia­ły pre­zent. Ku­pił nowy sa­mo­chód, bo­daj­że for­da. Mie­li­śmy już sta­re­go fia­ta, ale ten słu­żył do wo­że­nia to­wa­rów i był za mały dla ca­łej ro­dzi­ny. Te­raz mo­gli­śmy or­ga­ni­zo­wać ro­dzin­ne wy­ciecz­ki za mia­sto.

Mógł­bym po­wie­dzieć, że ży­li­śmy sie­lan­ko­wo. Nie­ste­ty, gdzieś tak w po­ło­wie czerw­ca 1939 roku za­czę­ły się na­sze kło­po­ty. Wte­dy tak na­praw­dę po raz pierw­szy prze­ko­na­łem się, co ozna­cza ludz­ka za­zdrość. Wcze­śniej na­wet nie wie­dzia­łem, że ist­nie­je coś ta­kie­go. Czę­sto przy­cho­dzi­łem do szko­ły z kie­sze­nia­mi na­pcha­ny­mi cu­kier­ka­mi i roz­da­wa­łem każ­de­mu, kto tyl­ko chciał. Może wła­śnie dla­te­go, że wszyst­ko za­wsze mia­łem, nie ro­zu­mia­łem cze­goś ta­kie­go jak za­wiść.

Jako dziec­ko, nie bar­dzo orien­to­wa­łem się o co cho­dzi­ło. Po­noć wszyst­kie­mu wi­nien był nasz są­siad, któ­ry na­pi­sał ja­kiś do­nos do urzę­du po­dat­ko­we­go.

Zna­łem go do­sko­na­le. Na­zy­wał się Skal­ski i miesz­kał w ka­mie­ni­cy tuż obok nas. Nie na­le­żał do bo­ga­tych, ale bied­nych też nie. Na­wet go lu­bi­łem, bo za­wsze się uśmie­chał i opo­wia­dał śmiesz­ne hi­sto­ryj­ki. Te­raz wiem, że te jego uśmie­chy ma­sko­wa­ły ob­łu­dę.

Pew­ne­go dnia do na­sze­go domu przy­szło kil­ku lu­dzi i za­bra­ło parę cen­niej­szych rze­czy, głów­nie ob­ra­zy i za­sta­wę sto­ło­wą. Po paru dniach za­bra­no nam tak­że sa­mo­chód.

Ob­ser­wo­wa­łem ojca. Z dnia na dzień w jego oczach zgasł u śmiech. Skoń­czy­ły się wy­ciecz­ki i mile spę­dza­ne nie­dzie­le. Od­no­si­łem wra­że­nie, że ta­ra­pa­ty, w któ­rych się zna­leź­li­śmy, znacz­nie wy­kra­cza­ją poza to, co nam już za­bra­no…

Na chwi­lę za­milkł i za­my­ślił się. Cze­ka­łem cier­pli­wie, co bę­dzie da­lej. Jak na ra­zie, ni­cze­go szcze­gól­ne­go mi nie po­wie­dział. Ży­cio­rys jak każ­dy inny – sko­men­to­wa­łem w du­chu to, co usły­sza­łem.

– Wiem o czym pan my­śli – wró­cił na­gle do prze­rwa­ne­go mo­no­lo­gu. – Za­pew­ne za­da­je pan so­bie py­ta­nie, po co ja to wszyst­ko opo­wia­dam? To praw­da. Nic istot­ne­go na ra­zie nie po­wie­dzia­łem. Ta­kie dzie­ciń­stwo jak ja mia­ły mi­lio­ny lu­dzi na świe­cie i co z tego wy­ni­ka? Nic! Każ­dy ma ja­kieś dzie­ciń­stwo i każ­dy ma ja­kieś kło­po­ty. Tyle że w moim przy­pad­ku to był do­pie­ro ich za­lą­żek.

Na po­cząt­ku wrze­śnia at­mos­fe­ra w mie­ście zro­bi­ła się nie­spo­koj­na. Niem­cy za­ata­ko­wa­li Pol­skę i wszę­dzie wo­ko­ło tyl­ko o tym się mó­wi­ło. Dla mnie sło­wo „woj­na” było zu­peł­ną abs­trak­cją. Może się to panu wy­da­wać śmiesz­ne, ale tak wła­śnie było. W na­szym domu za­wsze pa­no­wa­ła po­ko­jo­wa at­mos­fe­ra, oczy­wi­ście nie li­cząc dni kie­dy prze­ma­wiał nam do ro­zu­mu oj­cow­ski rze­myk. Ale to zda­rza­ło się spo­ra­dycz­nie i ta aku­rat for­ma kar­ce­nia nie ko­ja­rzy­ła się z bru­ta­li­za­cją ży­cia, lecz z w peł­ni tego sło­wa po­ję­tą dys­cy­pli­ną. Wie­dzia­łem od ko­le­gów, że to samo ma miej­sce we wszyst­kich do­mach, a za­tem było rze­czą na­tu­ral­ną. I wie pan, co panu po­wiem jesz­cze… było to ze wszech miar po­ży­tecz­ne. Wte­dy nie było tyle roz­wy­drzo­nej mło­dzie­ży, jak te­raz.

Gdzieś w po­ło­wie wrze­śnia hi­tle­row­skie woj­ska po­de­szły pod Lwów. W cią­gu za­le­d­wie paru dni mia­sto za­mie­ni­ło się w twier­dzę. W wie­lu miej­scach po­ja­wi­ły się ba­ry­ka­dy z wor­ków na­peł­nio­nych pia­skiem, ka­mie­ni wy­rwa­nych z bru­ku i róż­ne­go ro­dza­ju przed­mio­tów. Na uli­cach po­ja­wi­ło się mnó­stwo żoł­nie­rzy i żan­dar­mów. Po­wszech­na mo­bi­li­za­cja ob­ję­ła tak­że znacz­ną część cy­wi­lów.

Wte­dy do­pie­ro za­czą­łem uświa­da­miać so­bie, że woj­na to może być coś strasz­ne­go. Mimo to, w dal­szym cią­gu w swej dzie­cin­nej jesz­cze na­iw­no­ści wie­rzy­łem, że to tyl­ko ja­kaś za­ba­wa, któ­ra ju­tro a może po­ju­trze się skoń­czy. Nie skoń­czy­ła się.

W szko­łach za­wie­szo­no wszel­kie za­ję­cia. Któ­re­goś dnia z rana już nie po­sze­dłem do szko­ły. Wów­czas zro­zu­mia­łem, że moja edu­ka­cja zo­sta­ła prze­rwa­na na dłuż­szy czas. Te­raz po­ma­ga­łem ojcu przy pa­ko­wa­niu to­wa­rów do drew­nia­nych skrzy­nek. Te war­to­ściow­sze prze­no­si­li­śmy do piw­ni­cy. Było tam ta­kie wy­dzie­lo­ne po­miesz­cze­nie, w któ­rym ukła­da­li­śmy je w sto­sy. Tam też prze­nie­śli­śmy wie­le ro­do­wych pa­mią­tek, do­ku­men­tów i cen­niej­sze rze­czy z na­sze­go miesz­ka­nia. Mia­ły spo­koj­nie prze­cze­kać do za­koń­cze­nia dzia­łań wo­jen­nych. Na­stęp­nie oj­ciec za­mu­ro­wał to po­miesz­cze­nie, otyn­ko­wał ścia­nę i za­sta­wił cięż­kim dę­bo­wym re­ga­łem, na któ­rym umie­ści­li­śmy do­mo­we prze­two­ry.

Mój upo­rząd­ko­wa­ny i sie­lan­ko­wy świat ru­nął 16 wrze­śnia raz na za­wsze. By­li­śmy z oj­cem w skle­pie. Ja sie­dzia­łem za ladą i ka­li­gra­ficz­nym pi­smem na­pi­sa­łem: „sklep za­mknię­ty”. Oj­ciec za­mie­rzał za­mknąć go na ja­kiś czas. Tym bar­dziej że ar­ty­ku­ły pierw­szej po­trze­by, ta­kie jak chleb, mle­ko itp., już do nas nie do­cie­ra­ły. Nie było co sprze­da­wać.

Otwo­rzy­łem pu­deł­ko pi­ne­sek i po­trzą­sną­łem, aby wy­sy­pać parę na rękę. Pu­deł­ko wy­pa­dło mi z ręki i pi­ne­ski roz­sy­pa­ły się po pod­ło­dze. Uklęk­ną­łem za ladą i za­czą­łem je zbie­rać. W tym mo­men­cie za­brzę­czał dzwo­nek za­wie­szo­ny nad drzwia­mi i do skle­pu we­szło dwóch męż­czyzn. Za­żą­da­li od ojca skrzyn­ki cy­gar i od­da­nia kasy. Ta sta­ła na la­dzie tuż nad moją gło­wą.

Usły­sza­łem jak oj­ciec ro­ze­śmiał się i po­wie­dział: „Igor, nie wy­głu­piaj się”.

Padł strzał. Oj­ciec upadł tuż przed ladą. Ja stru­chla­łem i przy­lgną­łem do pod­ło­gi. To mnie oca­li­ło. Cho­ciaż dzi­siaj wca­le nie mogę po­wie­dzieć, że na moje szczę­ście. Le­piej, aże­by mnie wte­dy za­bi­li.

Po­now­nie za­milkł. Spoj­rza­łem na nie­go. Pa­trzył gdzieś przed sie­bie za­szklo­ny­mi ocza­mi. Wi­dać było, że przy­wo­ła­ny ob­raz z dzie­ciń­stwa tar­ga jego emo­cja­mi. Nie trwa­ło to jed­nak dłu­go i ze spo­ko­jem za­czął opo­wia­dać da­lej.

– Ci dwaj opróż­ni­li kasę i w cią­gu paru se­kund opu­ści­li sklep. Ja le­ża­łem i w prze­świ­cie mię­dzy ladą a pod­ło­gą pa­trzy­łem na twarz ojca. Jego mar­twe oczy wpa­try­wa­ły się we mnie. Z nie­wiel­kiej dziur­ki na czo­le są­czy­ła się krew. Mia­łem wra­że­nie, że ta krew wy­cie­ka tak­że ze mnie.

Po kil­ku mi­nu­tach pod­nio­słem się. Nogi mia­łem jak z waty. Po­wo­li zbli­ży­łem się do ojca i bez­wol­nie upa­dłem na nie­go. Ści­sną­łem za szy­ję i przy­tu­li­łem, tak jak­bym miał na­dzie­ję, że za­raz się obu­dzi i opo­wie baj­kę na do­bra­noc.

Nie wiem jak dłu­go tak przy nim ślę­cza­łem. Mia­łem próż­nię w mó­zgu. Coś, co tu się zda­rzy­ło, było kom­plet­nym szo­kiem dla mnie. Rze­czą zu­peł­nie bez­sen­sow­ną i nie­zro­zu­mia­łą. Tym bar­dziej nie­zro­zu­mia­łą, że zna­łem czło­wie­ka, któ­ry strze­lał. Igor był na­szym przy­ja­cie­lem i miał za­kład szew­ski na są­sied­niej uli­cy. Oj­ciec czę­sto wspie­rał go róż­ny­mi dat­ka­mi.

Oj­ciec nig­dy ni­ko­go nie skrzyw­dził. Nie­raz wi­dy­wa­łem, jak czę­sto­wał sło­dy­cza­mi na­po­tka­ne na dro­dze dzie­ci. Dla nie­go nie­waż­nym było, czy ktoś jest Cy­ga­nem, Ży­dem czy Mu­rzy­nem. Po­ma­gał każ­de­mu, kto o to po­pro­sił. Nam też czę­sto tłu­ma­czył, że tak trze­ba i że nie jest istot­ne, jaki ten ktoś ma ko­lor skó­ry i wy­zna­nie. On jest po pro­stu czło­wie­kiem w po­trze­bie.

Ktoś otwo­rzył drzwi do skle­pu i wszedł do środ­ka. Mu­sia­łem wy­glą­dać strasz­nie, bo naj­pierw chwy­cił mnie na ręce i wy­biegł na dwór wzy­wa­jąc po­mo­cy. Na­tych­miast przy­bie­gło parę osób i zro­bi­ło się za­mie­sza­nie.

Da­lej nie­wie­le pa­mię­tam. Ze­mdla­łem. Mu­sia­łem być w tym sta­nie przez dłuż­szy czas, bo kie­dy się ock­ną­łem, znaj­do­wa­łem się w łóż­ku ro­dzi­ców. Obok mnie le­żał oj­ciec. Oczy miał już za­mknię­te. Przy łóż­ku klę­cza­ła mat­ka i młod­si bra­cia. Strasz­li­wie pła­ka­li. Przy drzwiach stał ja­kiś żan­darm.

Po­cho­wa­li­śmy ojca za­raz na­stęp­ne­go dnia. Nie było moż­li­wo­ści przy­go­to­wa­nia od­po­wied­niej ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej. Tego wła­śnie dnia o świ­cie So­wie­ci prze­kro­czy­li rze­kę Zbrucz, sta­no­wią­cą wów­czas gra­ni­cę mię­dzy Pol­ską a Ukra­iną.

W mie­ście za­pa­no­wał jesz­cze więk­szy za­męt. Skle­py zo­sta­ły wy­czysz­czo­ne z wszyst­kie­go, co jesz­cze w nich po­zo­sta­ło. Gra­bie­że i akty prze­mo­cy mia­ły miej­sce nie­mal­że w każ­dej dziel­ni­cy. Musi pan pa­mię­tać, że Lwów był aglo­me­ra­cją wie­lo­na­ro­do­wą i za­ist­nia­ła sy­tu­acja wy­zwo­li­ła na­ro­do­wo­ścio­we ani­mo­zje i zwy­kłe ludz­kie nie­chę­ci. Woj­sko i wie­lu miesz­kań­ców przy­go­to­wy­wa­ło się do obro­ny mia­sta i tak na­praw­dę ści­ga­niem zwy­kłych oprysz­ków nie miał się kto za­jąć.

Z tego też po­wo­du nikt nie ści­gał za­bój­cy mo­je­go ojca. Zresz­tą, on prze­padł jak ka­mień w wodę. Nie wiem co się z nim póź­niej sta­ło. Dzi­siaj, jak so­bie po­my­ślę o tym czło­wie­ku, ogar­nia mnie tyl­ko smu­tek. Był Ukra­iń­cem, ale sza­no­wa­łem go i po­dzi­wia­łem za jego „szew­ską pa­sję”, tak jak nam wpa­jał oj­ciec: „ko­chaj każ­de­go czło­wie­ka”.

Sta­ru­szek zno­wu za­milkł. Z da­le­ka do­le­ciał dźwięk zbli­ża­ją­ce­go się sa­mo­cho­du.

– My­ślę, że na dzi­siaj wy­star­czy – po­wie­dział. – Dzię­ku­ję i za­pra­szam ju­tro na śnia­da­nie, lecz o go­dzi­nę wcze­śniej… je­że­li moż­na.