Tajemnica wiecznego życia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Włodzimierz Bełcikowski

Tajemnica wiecznego życia

Warszawa 2016

Spis treści

Od autora

Złe moce

Na ratunek

Wampir

Od autora

Po co to opisywać takie „niestworzone” rzeczy? – zapyta zapewne niejeden „trzeźwy” głos, po przerzuceniu kilku kartek tej książki.

A jednak...

Pamiętamy jeszcze te czasy, kiedy urzędowo zaprzeczano istnieniu hipnotyzmu. Od tej pory uczyniliśmy krok zaledwie naprzód w badaniach możliwości ducha ludzkiego, ale jedno wiemy na pewno, że możliwości te są niezgłębione i niezmierzone.

Chodzi mi przy tym o co innego. Myślę, że do złagodzenia walki ścierających się egoizmów, do złagodzenia cierpień, które są bezwzględnie udziałem nas wszystkich, może się znacznie przyczynić świadomość, że istnieje inna sfera, wyższa, ku której winniśmy kierować naszego ducha... Odczucie tego zdolne jest znacznie wzmocnić nasze siły, a już z pewnością nie przyniesie szkody ani jednostce, ani społeczeństwu.

Myśl ludzka jest potęgą zupełnie realną i bezpośrednią. Może „zwalać i podźwigać trony”, jak o tym już dawno nas pouczył nasz wielki wieszcz. Nie zaprzeczajmy tej prawdzie, raczej w odczuciu jej wznieśmy wyżej głowę i śmiało spójrzmy w przyszłość.

Jeżeli uda mi się natchnąć tym przekonaniem choćby jednego wierzącego na tysiące sceptyków, będę uważał swe zadanie za spełnione.

AUTOR

Złe moce

Gdy zdążałem pieszo od pobliskiej stacji kolejowej ku willi mojego przyjaciela i byłem już blisko celu mej wycieczki, wzgórza i gaje cichego ustronia rozbłysły złotem promieni wspaniałego słońca, co zaledwie się wynurzyło ponad dalekim, przejrzystym horyzontem. Rozkoszując się balsamiczną świeżością cudnego poranku, szedłem bardzo powoli, aby nie przerywać zbyt wcześnie wypoczynku Williamowi Talmesowi, gdy wtem dostrzegłem go schodzącego z pagórka po drugiej stronie willi.

Mimo woli przystanąłem, patrząc nań z podziwem. Jego sposób chodzenia, jego swobodne, niewymuszone ruchy zawsze sprawiały na mnie wrażenie dziwnej harmonii i siły. Jaskrawo oświetlony ukośnymi promieniami, wydał mi się niemal olbrzymem. Szedł polną ścieżyną, jak zwykle, bez pośpiechu, a jednak szybko. Twarz pozostawała w cieniu, chwilami rozjaśniał ją żywy błysk jego oczu, widoczny nawet na dość znaczną odległość, która nas dzieliła. Miał na sobie wytworne sportowe ubranie, z ramienia zwisała mu duża skórzana torba, a w ręku dostrzegłem młotek geologiczny. Widocznie wybrał się tak wcześnie dla zdobycia kilku nowych okazów do swej kolekcji.

Pośpieszyłem, by prędzej z nim się spotkać; minąłem szybko willę i wkrótce witaliśmy się serdecznie.

– Nareszcie zdecydowałeś się odwiedzić mnie, Jacksonie, w mej pustelni – mówił mój przyjaciel. – Jak widzisz, jestem jak uczeń na wakacjach. Spodziewam się, że i ty nie będziesz się tu nudził.

– Nudzić się w twoim towarzystwie? Żartujesz chyba, Williamie?

Ktoś, kto nigdy nie znał Williama Talmesa, na to moje entuzjastyczne odezwanie się uśmiechnąłby się i przyszłaby mu na myśl pensjonarka zakochana w swoim nauczycielu. Ale ja bez wstydu przyznaję się otwarcie, że żywię dla tego człowieka kult niemal bałwochwalczy. Dzięki szczęśliwym warunkom przyrodzonym, a przede wszystkim olbrzymiej pracy nad sobą, stał się on jak gdyby istotą wyższego rzędu i co do mnie, nic bardziej nie cenię nad to, że zaszczyca mnie swoją przyjaźnią.

Usiedliśmy na murawie w wydłużonym cieniu rozłożystego klonu. Zapaliliśmy cygara. Tak było rozkosznie na otwartym powietrzu, że nie chciało się iść pod dach. Talmes otworzył swą torbę i zaczął grzebać w okruchach różnych skał, jakimi była napełniona.

– Czy zajmuje cię geologia, Jacksonie? – zapytał. – Czy zauważyłeś, jak znakomicie przyczynia się do odzyskania zachwianej równowagi duchowej choćby tylko rzut oka na pierwszy lepszy kamień?

Nie śpieszyłem się z odpowiedzią, gdyż widziałem, że ma sam ochotę do mówienia, a w takich razach wystrzegałem się, by nie przerywać mu biegu myśli. Talmes też nie czekał na moją odpowiedź, tylko wziąwszy do ręki jakiś kawał, zdaje mi się, granitu, ciągnął dalej:

– Nie o tym myślę, co zwykle wkłada się w formułkę, że wszystko jest niczym wobec wieczności, ani o tym, jak mało znaczenia mają ludzkie smutki i radości wobec faktu, że ten oto kamień istnieje miliony lat, a szeregi innych milionów lat istniał, zanim przybrał tę postać... Myślę o tym, jak wiele cierpień byłoby zaoszczędzonych, gdyby człowiek od takiego oto kamienia potrafił się nauczyć, na czym właściwie polega szczęście, gdyby mógł zrozumieć swoje stanowisko we wszechświecie...

Zamieniłem się cały w słuch. Za chwilę miałem usłyszeć jedną z tych prawd, tak jasnych i prostych, których posiadanie, gdy ukażą się oczom olśnionego umysłu, daje tak wielką potęgę, a które wskutek niepojętej jakiejś ironii pozostają zakryte, mimo iż powinny by się jarzyć jako słońce na niebie.

Nagle Talmes zerwał się na równe nogi.

– Patrz!... – krzyknął, a w głosie jego brzmiała trwoga.

Zerwałem się również i biegłem oczyma za kierunkiem wzroku mojego przyjaciela. Co on dostrzegł straszliwego? Na stokach wzgórz widać było gdzieniegdzie wśród drzew porozrzucane domki i wille. Wszędzie panował spokój. Ludzie pracujący na polach i w ogrodach nie przerywali swojego zajęcia i nie wydawali się niczym zaniepokojeni. Po gościńcu, wijącym się w dół łagodną serpentyną, zjeżdżał szybko jakiś samochód, podnosząc za sobą obłok kurzawy złocącej się w słońcu. Nigdzie najmniejszego zamącenia ładu i porządku.

– Co widzisz, Williamie? – zapytałem.

– O, już go dopędza, spada na głowę szofera! Biedni ludzie! Czy uda mi się ich uratować?

I mój przyjaciel znieruchomiał cały, wpatrując się z natężeniem w pędzący samochód.

Skoncentrowałem całą swą uwagę na tym wehikule lśniącym lakierami.

Był tam jeden tylko pasażer na tylnym siedzeniu i szofer przy kierownicy. Obydwaj siedzieli spokojnie, nie widać było nic, co by im mogło zagrażać. Maszyna wyminęła właśnie jeden z zakrętów i zbliżała się do następnego.

– Ależ oni jadą sobie jak najlepiej! – wykrzyknąłem mimo woli.

Talmes mi nie odpowiedział. Zdawało się, że nawet nie słyszał, co mówiłem.

Wtem, zamiast zawrócić na nowym skręcie gościńca, samochód uderzył całym pędem w słupy odgradzające szosę, wyłamał je, jak gdyby to były wetknięte zapałki i runął w dół po stromym zboczu urwiska, koziołkując raz po raz jak zając, gdy, zmykając przed nagonką do głębokiego jaru, zostanie trafiony przez myśliwego ładunkiem śrutu w głowę.

Lodowaty dreszcz przebiegł mi po skórze. W słonecznych blaskach, na tle łagodnej zieleni dwie istoty ludzkie ginęły zmiażdżone gwałtownymi skokami ciężkiego wozu. Czy to złudzenie, czy w samej rzeczy do ucha mego dobiegł krzyk rozpaczliwy?... Nie, teraz już na pewno cisza; odbiwszy się raz jeszcze, jak piłka, od wystającego głazu, samochód zwalił się ciężko między wikliny zarastające brzeg strumienia w dolinie.

Talmes westchnął, ciało jego jak gdyby się rozprężyło. Wyrzekł tylko jedno słowo:

– Biegnijmy!

I puściliśmy się całym pędem na przełaj przez pole. Byliśmy obydwaj wytrenowani doskonale, toteż pobliscy żniwiarze nie dobiegli jeszcze do samochodu, gdy myśmy już przeskakiwali strumień, którego woda była jeszcze zmącona przez wrytą w błotnisty brzeg chłodnicę motoru.

Samochód leżał kołami do góry, ale miał ich tylko trzy: jedna z szyjek osi przedniej widać nie wytrzymała szalonych uderzeń.

Talmes uchwycił za krawędź karoserii z taką siłą, że stopy jego wryły się w miękki grunt nadbrzeżny.

Ciemnogranatowe, potrzaskane w wielu miejscach pudło drgnęło, a pochwycone przez kilkanaście par krzepkich rąk nadbiegłych wieśniaków uniosło się z wolna, ukazując w swym wnętrzu dwie skurczone ludzkie postaci.

– Wydobyć ich! Położyć na murawie! – zabrzmiał rozkazujący głos mego przyjaciela.

Szofer był wciśnięty pod kierownicę, której koło było zgruchotane, ale wał sterowy, wygięty w pałąk ponad nim, utworzył pewnego rodzaju osłonę. Pasażer zaś z tylnego siedzenia był uwikłany w wiązania podwozia, gdyż deski, stanowiące podłogę wozu, jako też i poduszki siedzeń powylatywały. Widocznie dzięki temu nie wypadł; środkowe oparcie przedniego siedzenia, przy którym znajdowała się jego głowa, było najzupełniej zmiażdżone.

Obydwaj byli bez przytomności. Zarówno skórzana kurtka szofera jako też szeroki płaszcz i eleganckie ubranie pasażera były podarte na strzępy do tego stopnia, że w wielu miejscach widać było pokrwawione ciało. Twarze mieli trupiej bladości, oczy zamknięte, żaden z nich nie dawał znaku życia.

– Już nie bardzo jest się po co schylać – odezwał się jeden ze żniwiarzy, gruby, czerwony jak ćwikła i mocno spocony – to ci ich poharatało!

– Kto tu przyszedł na gadanie, niech wraca do swojej roboty i nie przeszkadza drugim! – ofuknął go surowo Talmes, czym skonfundowany grubas jął pośpiesznie razem z innymi wydobywać nieszczęsne ofiary wypadku, W milczeniu ułożono ich na trawie. Wszyscy odstąpili a Talmes ukląkł obok, przesunął rękoma po głowie jednego, potem drugiego, następnie ostrożnie ujmował ich ręce i nogi, zginał je i wyprostowywał.

 

– Głowy i kości całe – mruknął do siebie.

Potem przykładał ucho do piersi, nasłuchiwał bicia serca, badał, czy nie ma wewnętrznych obrażeń. Widocznie ich nie znalazł, bo gdy powstał, zmierzył okiem wysokość, z której spadł samochód, a zwróciwszy ku mnie twarz, na której wyczytałem prawdziwe zadowolenie, wyrzekł:

– No, udało się!

Widziałem, że rad jest z siebie, ponieważ swym dziwnym wpływem, którego istoty nigdy nie mogłem przeniknąć, uchronił podróżnych od niechybnej śmierci lub kalectwa. Wieśniacy tymczasem z gałęzi wikliny sporządzili wygodne nosze, przy czym najbardziej się starał zgromiony przez Talmesa grubas. Nie zważając na swą tuszę i coraz bardziej dopiekające słońce, pobiegł jak jeleń do pobliskiej chaty, przyniósł stamtąd siekierę i wycinał nader sprawnie grubsze i cieńsze pręty łoziny, które inni splatali umiejętnie i szybko. Kilku chłopaków poznosiło porozrzucane po całym stoku góry narzędzia, gumy i opony samochodowe, blaszanki z resztkami benzyny i oliwy, pledy podróżne i inne rzeczy rozbitków. Pledy zużytkowano natychmiast do owinięcia rannych, wciąż nieprzytomnych, resztę Talmes kazał odnieść do swej willi. Skoro nosze były gotowe, cały pochód skierował się z początku ścieżką brzegiem strumienia aż do mostu na gościńcu, potem gościńcem w górę, wreszcie szeroką drogą wiodącą do willi Talmesa. Przy każdych noszach szedł chłopak z wiadrem zimnej wody źródlanej i z polecenia Talmesa zraszał twarze rozbitków za pomocą kropidła z młodych gałązek.

Na gościńcu spotkaliśmy komendanta miejscowego posterunku policyjnego, śpieszącego na miejsce wypadku w asyście dwóch swoich podkomendnych. Talmes w krótkich słowach zapewnił go, że życiu poszkodowanych nie grozi niebezpieczeństwo, po czym skrupulatny służbista, podziękowawszy gorąco memu przyjacielowi za doraźną pomoc, podążył dalej, by obejrzeć rozbity samochód oraz miejsce, gdzie spadł z szosy, obiecując przyjść niebawem w celu zbadania szofera, jeżeli przez ten czas przyjdzie do przytomności. Gdyśmy śpiesznym krokiem dopędzali nasz pochód, który podczas tej rozmowy oddalił się o spory kawał, Talmes rzekł do mnie:

– Niedługo trwały moje wywczasy.

– Tak – odrzekłem – zapewne będziesz miał, Williamie, nieco ambarasu z powodu tych gości spadłych jeżeli nie z nieba, to w każdym razie z góry. Ale za kilka dni przyjdą do sił o tyle, że będą mogli powrócić do siebie i będziesz mógł wypoczywać w dalszym ciągu.

– Jestem niemal pewien – odparł mój przyjaciel – że niezwłocznie wypadnie mi wyruszyć dla zajęcia się ich sprawą. Ten człowiek jest prześladowany przez jakiegoś ukrytego wroga.

– Tak myślisz?

– Miałem tego dowód oczywisty. Musisz przyznać, Jacksonie – w głosie Talmesa brzmiał łagodny, lecz zupełnie poważny wyrzut – że tkwi w tobie niemała doza lenistwa. Tyle razy zachęcałem cię do systematycznych ćwiczeń ku rozwinięciu ukrytych zdolności ducha. Posiadasz je przecie bezwarunkowo, posiada je każdy człowiek. Gdybyś się stosował do moich wskazówek, dojrzałbyś, tak samo, jak i ja, czarny kłąb przepojonych zimnem okrucieństwem myśli, rzuconych na głowę szofera w celu pozbawienia go zdolności orientacji.

Rozmowa nasza urwała się, gdyż dopędziliśmy już nosze. Rzuciwszy okiem na rannych, którzy teraz robili wrażenie po prostu uśpionych, Talmes rzekł mi jeszcze z cicha:

– Kto wie, czy nie powinienem był wyruszyć jeszcze wczoraj wieczór?

Nie wiedziałem, co chciał przez to powiedzieć. Gorzko żałując straconego czasu, robiłem postanowienie zabrania się z całą wytrwałością do ćwiczeń duchowych, do których od dawna zachęcał mnie mój przyjaciel i udzielał nieraz szczegółowych wskazówek co do sposobu ich uprawiania. Że też nie korzystałem z posiadania takiego mistrza!

Czy to nie karygodne? Talmes ma rację, jestem leniwy i niewytrwały. Rozpoczynałem już wiele razy, ale po paru dniach, skoro ani lewitacja, ani jasnowidzenie mi się nie udawały, zniechęcałem się, przestawałem się trzymać obranych godzin, wreszcie zaniedbywałem zupełnie ćwiczenia. A przecież rozumiałem dobrze, że nie wystarczy chwilowa zachcianka, aby stać się magiem, ale ten brak wytrwałości... Nie, od dzisiaj rozpoczynam już pracę na serio. Nie dojdę oczywiście do takich rezultatów, jak Talmes, ale moje przeciętne zdolności muszą się przecież rozwinąć... każdy to może...

Z tym mocnym postanowieniem wszedłem do willi mego przyjaciela. Zacząłem od tego, że starałem się wchłonąć w siebie jak najwięcej sugestywnej pokrzepiającej mocy, którą, jak wiedziałem, Talmes promieniuje ze siebie usilnie przy zabiegach około potłuczonych. Nie odstępowałem go i pomagałem w czym tylko mogłem.

Po upływie pół godziny obaj nasi niespodziewani goście, wykąpani, natarci własnoręcznie przez mego przyjaciela jakimś kordiałem jego własnego przyrządzenia, leżeli obok siebie na łóżkach w jednym z gościnnych pokoi. Byli zawinięci w płaszcze podobne do kąpielowych, z jasnoszarej, włochatej, miękkiej i grubej materii, których kilkanaście posiadał mój przyjaciel. Musiały te płaszcze również posiadać jakąś moc uzdrawiającą; wydawały nieuchwytny orzeźwiający aromat, jak gdyby powiew dalekich pól i lasów, który rozmarzał i jednocześnie pokrzepiał.

– Siądźmy teraz przy nich, niezadługo się obudzą – rzekł Talmes. Zajęliśmy miejsca w fotelach, naprzeciw ich łóżek. Przyjrzałem się im dokładnie. Szofer był wyższy, dobrze zbudowany, o inteligentnej twarzy, mocno ogorzałej. Mógł mieć jakie dwadzieścia kilka lat. Krótko przystrzyżone czarne wąsiki i starannie wygolona reszta zarostu twarzy, wskazywały, że dbał o swoją powierzchowność. Musiał być zatem dobrym szoferem, gdyż jak to nieraz już zauważyłem, szofer niedbały o swoją maszynę, nie dba tak samo i o siebie. Widocznie nie jego to była wina, że uległ wypadkowi.

Domniemany właściciel samochodu wyglądał na lat czterdzieści kilka, był średniego wzrostu, twarz miał suchą, rasową, zupełnie wygoloną, skronie z lekka przyprószone siwizną. Zarysowane wyraźnie mięśnie, prawie zupełny brak tłuszczu, świadczyły, iż nie myślał jeszcze zaczynać się starzeć.

Po dość długiej chwili prawie jednocześnie otwarły się ich oczy i pierwszy odezwał się szofer:

– Czyśmy już minęli ten wiraż?

– Ten wiraż był mocno nieudany – rzekł drugi. – Gdzie jesteśmy?

– U przyjaciół – odparł Talmes. – Jestem ten, do kogoś pan śpieszył.

Obydwaj unieśli nieco głowy.

– Pan Talmes? – rzekł właściciel samochodu. – Chwała Bogu!

Głowa jego opadła na poduszki, niezwłocznie jednak ciągnął dalej głosem wyraźnym, choć słabym:

– Już wie, że do niego jechałem... tak, on uratuje Helenę...

– To pańska córka? – zapytałem.

– Tak, najdroższe moje ukochanie. Ginie mi w oczach! Ach, jaki jestem słaby...

Na stoliku obok stała butelka wina. Talmes napełnił nim szybko szklankę, wykonał nad nią kilka ruchów, jak gdyby coś strzepywał z palców, i podał napój leżącemu:

– Proszę to wypić natychmiast; siły niezwłocznie panu powrócą. Musimy śpieszyć na ratunek pańskiej córki.

Rzeczywiście, po wypiciu wina, nasz gość o tyle poczuł się lepiej, że siadł na łóżku i głos jego był znacznie mocniejszy, gdy mówił:

– Przepraszam, nie przedstawiłem się dotychczas. Nazywam się Artur de Vadimont, jestem właścicielem kopalni w Creux-Rouge. Tyle wprost cudownego słyszałem o panu...

– Co zagraża pańskiej córce? – przerwał mój przyjaciel.

– Jakaś dziwna choroba, której natury nikt z lekarzy nie jest w stanie określić. Radziłem się najlepszych specjalistów, objechałem z Heleną wszystkie sławy europejskie. Ostatnio konsylium profesorów w Paryżu wyznało mi szczerze, że jest to wypadek nauce dotychczas zupełnie nieznany...

– W jakim wieku jest pańska córka i jakie są symptomaty tej choroby?

– Helena kończy osiemnaście lat. Ma narzeczonego, szaleje z rozpaczy biedny chłopak. To właśnie jest najokropniejsze, że żadnych określonych symptomatów nie ma, moja córka na nic w szczególności się nie uskarża, tylko z dnia na dzień jest słabsza, traci siły, niknie wprost...

– Jak się pan czujesz, panie de Vadimont? Spodziewam się, już lepiej?

– O tak. Z każdą chwilą przybywa mi sił. Chciałbym się ubrać, mógłbym już wsiąść do samochodu... Ale cóż za fatalny wypadek nam się zdarzył, Henryku? – zwrócił się do szofera. – Cóż twoje nagrody za rajdy górskie? Chciałeś mi kości połamać, co?

– Wprost nie rozumiem, co się ze mną stało – odrzekł zagadnięty – jakby mi kto worek narzucił na głowę przed samym wirażem... Potem nic nie pamiętam...

– Dostałeś: widać zawrotu głowy ze zmęczenia, bośmy przez całą noc pędzili jak szaleni. No, nie smuć się, możemy sobie powinszować, że się na tym skończyło. Możesz już wstać? Ubierajmy się. Alę w co? Ubrania nasze pewnie poszły w strzępy, a auto w kawałki.

– Garderoba moja jest dość zaopatrzona w różne garnitury – rzekł mój przyjaciel – a mój rolls-royce jest do pańskiej dyspozycji, zarówno jak jego właściciel.

– Nie odmawiasz mi pan zatem swojej pomocy? – Wykrzyknął z uniesieniem pan Artur, powstając z łóżka i ściskając gorąco rękę mego przyjaciela. – Byłem tego pewien!

– Będę bardzo szczęśliwy, jeżeli zdołam uczynić cośkolwiek dla panny Heleny, która musi być czarującą. Czy nie ma pan jej fotografii?

– Owszem, miałem w pugilaresie, niech pan każe poszukać w moich rzeczach. Jako ojciec, nie mogę o tym sądzić, ale słyszałem od wielu osób, że córka moja jest bardzo piękna...

W istocie, skoro na polecenie Talmesa, milczący Teodor, Irlandczyk, długoletni służący mojego przyjaciela, przyniósł portfel naszego gościa i ten ostatni wydobył zeń fotografię swej córki, musiałem potwierdzić to zdanie.

– To jest fotografia zrobiona przed rokiem, w dniu zaręczyn z Rajmundem – rzekł pan de Vadimont.

Artystycznie wykonany wizerunek przedstawiał młody zaledwie rozkwitły pęk kwiatu – czarowny promienną świeżością niezwykłej rzeczywiście urody. Bujne włosy, upięte w grecki węzeł, ocieniały kształtną główkę. Wspaniałe łuki brwi podkreślały piękność klasycznego czoła i dodawały powabu ogromnym, rozmarzonym oczom patrzącym z wyrazem pragnącej ukojenia tęsknoty spoza długich, cudnie wygiętych rzęs. Dość duży, regularnie zarysowany nos o nozdrzach, co zapewne umiały się rozdymać w prześliczne chrapki, małe usteczka, rozchylające w półuśmiechu swe nieco zmysłowe wargi, spoza których widać było równy sznurek ząbków, łagodnie zaokrąglony ponad wysmukłą szyjką podbródek, odsłonione, dziecinne jeszcze ramionka, biust dziewiczy, a już prawie kobiecy – wszystko to składało się na całość przepyszną, pełną uroku.

Kiedym oderwał wzrok od tej fotografii, dostrzegłem łzy w oczach pana Artura.

– Teraz ledwo cień pozostał z biedactwa, nie zbrzydła, ale stała się przezroczysta i biała jak opłatek – rzekł do mnie stłumionym głosem.

– Wyjeżdżamy niezwłocznie po śniadaniu – odezwał się mój przyjaciel. – Jacksonie, zajmij się, proszę cię, naszymi gośćmi, ja pójdę zarządzić, co trzeba.

I Talmes wyszedł z pokoju, unosząc ze sobą fotografię. Trochę mnie zdziwiło to jego odezwanie się, gdyż u mego przyjaciela cały porządek domowy był ustalony we wszystkich szczegółach raz na zawsze, że właściwie nie było nigdy nic do zarządzenia. Skorzystałem jednak ze sposobności, by dowiedzieć się czegoś więcej o tej prześlicznej panience, która bardzo mnie zainteresowała. Toteż, gdy szofer ubrał się i wyszedł, zapewniając, że ma już dość sił i może pójść obejrzeć maszynę, a pan de Vadimont dokończał jeszcze swej toalety, zagadnąłem go:

– Jeżeli to tylko panu nie sprawi przykrości, niech mi pan opowie, jak się zaczęło to tajemnicze niedomaganie panny Heleny i co pan o tym ostatecznie myśli?

Pań Artur obrócił się żywo:

– Ależ to mi przyniesie tylko ulgę, szczęśliwy jestem, że mogę z kimś podzielić się tym, co mnie ustawicznie trapi. Pierwsze symptomaty osłabienia pojawiły się u mojej córki już około trzech lat temu. Nie przypisywaliśmy temu zbyt wielkiej wagi, lekarze byli zdania, że to tylko trochę anemii i że to jest przejściowe. Rzeczywiście po pewnym czasie niedomaganie znikło, zwłaszcza odkąd moja córka poznała młodego pana Rajmunda de Gupont, który nadzwyczaj nam wszystkim się podobał, zarówno swą ogładą towarzyszką, jak i wykształceniem, przy tym wiemy o nim, że jest ustosunkowany w najlepszych sferach towarzyskich. Toteż gdy młodzi ludzie powzięli ku sobie wzajemną skłonność, nie sprzeciwialiśmy się temu bynajmniej ani ja, ani moja żona, i w zeszłym roku odbyły się zaręczyny. Z tego czasu pochodzi fotografia mojej córki, którą pan widział. Wkrótce jednak potem to niepojęte osłabienie powróciło i w znacznie silniejszym stopniu. Już pan wie o tym, że wszelka pomoc lekarska okazała się bezsilna.

 

– Co panu nasunęło myśl zwrócenia się do pana Williama?

– Dawno już o tym myślałem, a ostatnio nikt inny tylko słynny profesor Thuharcourt, w którego klinice w Paryżu Helena była cały miesiąc na obserwacji i który zwołał na konsylium przy niej wszystkich swych znakomitych kolegów, poradził mi zwrócić się do pańskiego przyjaciela.

– Jak to? Sam Thuharcourt panu to poradził?

– Tak. Skoro konsylium żadnych rezultatów nie dało, rzekł mi, gdyśmy zostali sami: – Na nas, oficjalnych przedstawicielach nauki, coraz częściej zaczyna mścić się błąd, w którym tkwimy, nie mogąc zerwać z tradycją pokoleń badaczy, naszych poprzedników: zapoznanie i lekceważenie ducha. Toteż coraz częściej możemy tylko stwierdzić naszą bezsilność i czujemy coraz dotkliwiej, że nie mamy kluczy do zagadek życia. Ale są inni, którzy je mają, przechowują pilnie i strzegą, by się nie dostały w niepowołane ręce. Tacy mogą więcej od nas. Niech pan zwróci się do pana Talmesa. To jest najlepsza rada, jaką panu dać mogę.

– Wie pan, że takie słowa w ustach sławnego profesora są bardzo znamienne – rzekłem poruszony do żywego – świadczą one, że fundamenty materializmu są już podkopane w umysłach najświatlejszych ludzi... Jestem głęboko przekonany, że ufność w skuteczną pomoc mojego przyjaciela nie zawiedzie pana.

– O, tak, wierzę najmocniej, że pan Talmes uzdrowi moją córkę.

– Z wszelką pewnością. Czy pan wie, że to on panu uratował życie jeszcze, zanim go pan poznałeś?

Pan Artur poruszył się ze zdziwieniem:

– O czym pan mówi?

– Nie może pan już zobaczyć szalonych skoków, jakie wyprawiał pański samochód, ale skoro zobaczy pan wysokość, z jakiej spadł, zgodzi się pan zapewne z moim przekonaniem, że gdyby to się działo nie w obecności i nie pod wzrokiem pana Talmesa, nie miałbym w tej chwili przyjemności rozmawiania z panem.

– Ależ ja przypominam sobie dokładnie, żeśmy runęli, jak z pieca na łeb. Byłem najpewniejszy, że ostatnia moja godzina wybiła. Teraz rozumiem dlaczego mi się nic nie stało i dlaczego nie odczuwam już żadnego bólu, przeciwnie, jestem rzeźwiejszy niż kiedykolwiek.

– A czy pan wie, dlaczego ten wypadek miał miejsce? Czy myśli pan, że w istocie szofer był przemęczony?

– Przecież sam powiedział, że głowa mu się zakręciła.

– Tak, ale dlaczego? Ktoś jest, kto go obezwładnił, komu zależało na pańskiej zgubie. Musi pan wiedzieć, kto to taki?

– Zadziwia mnie pan coraz bardziej... nie mam żadnych nieprzyjaciół... ale w jaki sposób można coś podobnego uczynić? I skąd pan wie o tym?

– Wystarczy panu, gdy powiem, że od pana Williama. Myśl wroga omal pana nie zabiła.

Pan Artur trząsł się, jak w febrze. Zęby mu szczękały, gdy mówił:

– Ależ, skoro tak, to może i Helena?...

– Bardzo być może. Toteż, aby ułatwić zadanie memu przyjacielowi, konieczne jest, abyś pan sobie przypomniał, kto jest ten wróg, co czyha na pańskie życie?

– Ależ nie znam go... Nikomu nie zawadzamy, ani ja, ani Helena.

– Może jakie względy majątkowe? Kwestia sukcesji? – badałem.

– Nie mam żadnych krewnych, nawet dalszych, jestem ostatni z rodu, a córka moja jest jedynaczką... Niemożliwe, wykluczone...

Zamilkliśmy. Nie wiedziałem o co pytać dalej. Odpowiedzi pana de Vadimonta były tak kategoryczne, że straciłem wszelką nadzieję natrafienia na ślad tego, czyj czarny kłąb myśli dojrzał był mój przyjaciel.

Błysła mi myśl nowa.

– A ze strony rodziny narzeczonego pańskiej córki? Może jest ktoś przeciwny temu związkowi?

Pan Artur się zastanowił.

– I to jest niemożliwe – odrzekł po chwili – córka moja jest partią bardzo dobrą pod każdym względem, nie wyłączając też i materialnego. Przy tym rodzina Rajmunda nie może mieć na niego żadnych innych widoków, gdyż zupełnie się nim nie interesuje; Nieraz skarżył się przede mną na zupełne swoje osamotnienie; wszyscy jego krewni mieszkają gdzieś bardzo daleko i zupełnie o nim zapomnieli. Nie, stanowczo niemożliwe...

– A może – to rzecz najtrudniejsza do stwierdzenia – może tu w grę wchodzi kobieta? Jakaś dawniejsza miłość pana Rajmunda? Tego rodzaju nienawiści są straszne.

– Ma pan rację. To byłoby okropne. Dotychczas o tym nigdy nie myślałem i nic mi nie nasunęło podobnego przypuszczenia. Rajmund mieszka z nami już od trzech miesięcy, poczta zawsze przechodzi przez moje ręce, nie było do niego ani jednego listu. Ale jak się upewnić?

Wszedł Talmes. Usiadł ciężko w fotelu. Twarz jego wyrażała znużenie. Przymknął oczy, przez dłuższą chwilę pierś jego falowała rytmicznym oddechem, zanim je otworzył jaśniejące świeżym blaskiem i rzekł:

– Pojedynek już rozpoczęty. Wróg jest Ogromnie silny.

Zamieniliśmy z panem de Vadimont szybkie spojrzenie. Czyżby Talmes rozwiązał już zagadkę, nad którą łamaliśmy sobie głowy?

– Zwracam panu fotografię – ciągnął mój przyjaciel. – Na razie pańska córka jest zabezpieczona. Ależ ten wampir jest nielitościwy i potężny, co z niej życie wysysa. Zaledwie zacząłem otaczać pannę Helenę myślową osłoną, odczułem nadzwyczaj silne, o niesłychanej przenikliwości, emisje promieniowania czyjejś bardzo skonsolidowanej i gwałtownie agresywnej jaźni, które po znaczniejszym dopiero czasie, przy natężeniu do ostatnich granic moich władz duchowych, zdołałem zrównoważyć, opanować i wreszcie odeprzeć. Ten potwór chwilowo jest poskromiony, lecz wcale jeszcze niezwyciężony. Pająk nie ssie tak chciwie swej ofiary w sieci, jak on by chciał wyczerpać z tej wątłej istoty resztki jej sił życiowych.

– Więc wiesz już, kto jest tym wampirem? – zapytałem niecierpliwie.

– Nie, i to jest właśnie najtrudniejsza część zadania: wykryć źródło tego niszczącego wpływu.

Opowiedziałem pokrótce memu przyjacielowi do jakiego wniosku, jedynie prawdopodobnego, przyszliśmy z panem Arturem, zastanawiając się nad tą kwestią. Talmes nie uchylił, lecz też i nie potwierdził tego zdania.

– Kobieta? – rzekł – to jest zupełnie możliwe. Ale nie zapominajmy o tym, że wróg może się znajdować niekoniecznie na naszej płaszczyźnie istnienia. Może się ukrywać nawet w najodleglejszych strefach astralu... Hipotezę jednak mściwej rywalki łatwo będzie sprawdzić przy udziale samego pana de Guponta. Nie będę musiał wszczynać z nim rozmowy na ten drażliwy nieco temat. Jeżeli taka osoba w ogóle istnieje, nie sposób, aby jakie wspomnienie nie przeszło mu kiedy przez głowę. Ja zaś posiadam umiejętność czytania w myślach, nawet najbardziej ukrytych. Musimy jednak śpieszyć. Śniadanie już musi być gotowe. Posilmy się, a potem natychmiast w drogę.

Podnieśliśmy się, by przejść do stołowego pokoju. W tej chwili zapukano dyskretnie i wszedł służący z ogromną tacą, na której leżały całe stosy listów i dzienników. Była to nadeszła świeżo poczta.

Talmes podszedł żywo, odsunął listy na bok, spomiędzy pism wziął jeden dziennik i śpiesznie go przerzucił.

– Czy nie jest panu znany niejaki Piotr Grandoué? – zapytał, odwróciwszy głowę w stronę pana Artura.

– Grandoué? Owszem, znam dobrze tego młodego człowieka. Jest to nawet daleki krewny mojej żony, dziesiąta woda po kisielu, jak to mówią. Bardzo zdolny, ale jakoś nie mógł nigdzie ukończyć swych studiów. Zresztą, bardzo porządny chłopak. Dlaczego pan się nim zainteresował?

– Wczoraj pod wieczór spadł wraz ze swym aeroplanem niedaleko Gloix. Nie zabił się, ale, jak tu podają, mała jest nadzieja utrzymania go przy życiu.

Pan Artur przyjął wiadomość tę dość obojętnie.

– Gloix? Gdzie to jest? Piotr oddawał się zawsze wszelkiego rodzaju sportom. Nie wiedziałem jednak, że stał się lotnikiem.

W trakcie rozmowy przeszliśmy do jadalni.

– Gloix jest niezbyt stąd daleko – rzekłem, biorąc dziennik z rąk Talmesa, który mi go podał z wyrazem głębokiego zamyślenia, które nie opuściło go nawet wtedy, gdyśmy już siedzieli przy stole zastawionym różnymi przekąskami – będziemy nawet przejeżdżali obok w drodze do Creux-Rouge. Może odpowiem pańskiemu życzeniu, jeżeli przeczytam opis katastrofy.

– Bardzo proszę – odparł nasz gość, podczas gdy Talmes machinalnie przysuwał mu ostrygi i kawior. – Biedny chłopak!

Opis wypadku był krótki, odczytałem go głośno:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?