Komediantka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Komediantka
Komediantka
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wtłoczył się nizki, dosyć otyły i niezmiernie ruchliwy jegomość.

Był to mecenas.

Twarz miał starannie wygoloną, złote binokle na małym nosku i uśmiech, jakby przyklejony do wąziutkich warg.

– Można?… dyrektorowa pozwoli?… Na minutkę, bo zaraz uciekam!… – recytował szybko.

– Ależ szanowny mecenas zawsze może…

– Dzień dobry! Proszę o łapkę… Ślicznie mi dyrektorowa wygląda!… Ja tylko w przelocie…

– Niechże mecenas siada, proszę! Naniu, dajno krzesełko panu!

Mecenas usiadł, binokle chustką przetarł, poprawił włosy mocno przerzedzone, ale niepokalanie czarne, przerzucił szybko nogę na nogę, mrugnął kilkanaście razy newralgicznie oczami, wyjął papierośnicę i podał.

– Doskonałe po prostu! Mam przyjaciela w Kairze; przysłał mi właśnie…

– Dziękuję!

Wzięła papierosa, obejrzała go uważnie i zapaliła z uśmiechem nieznacznym.

– Słowo honoru, egipskie oryginalne – zapewniał, pochwyciwszy jej uśmieszek.

– Rzeczywiście, doskonałe!

– Cóż tam dzisiaj gramy, kochana dyrektorowo?…

– Naprawdę, to nie wiem, nianiu, czy ja co gram dzisiaj?…

Udawała zawsze, że nie dba i nie pamięta o scenie, że tylko oddycha domem i dziećmi.

– Wicek z książką nie przychodził dzisiaj, to pani nie gra – odpowiedziała niania, sprzątając pospiesznie ślady spustoszeń, jakie narobił Cabiński.

– Czytałem dzisiaj w „Gońcu” bardzo pochlebną wzmiankę o dyrektorowej.

– Niezasłużona może, bo ja wiem, jak się tę rolę grać powinno.

– Grała ją pani prześlicznie, cudownie!…

– Komplemencista z mecenasa, niedobry i nieżyczliwy!… – kaprysiła naiwnie.

– Prawdę tylko mówię, istotną prawdę, słowo honoru!

– Proszę pani, dyć je już kole połednia – powiedziała niania, która w ten sposób przypominała gościowi, że czas iść sobie.

– Dyrektorowa do teatru?

– Tak, zajrzę na próbę, a potem wyjdę trochę na miasto.

– Pójdziemy razem, dobrze?… Po drodze załatwimy mały interesik…

Cabińska spojrzała na niego z niepokojem. Nie widział tego, bo mrugał znowu oczkami, przekładał nogę na nogę i obsadzał binokle, wciąż się zsuwające.

– Pewnie chce pieniędzy – myślała Cabińska, kiedy już szli po schodach.

Mecenas tymczasem kręcił się, uśmiechał się i szczebiotał.

Był to naprawdę „mecenas” towarzystwa; wszystkim mówił po imieniu i wszystkimi się interesował. Nie wiedziano, czem był, gdzie mieszkał, co robił, ale kieszeń miał zawsze otwartą.

Zjawiał się w ogródku na pierwsze przedstawienie, znikał po ostatniem aż do przyszłej wiosny. Pożyczał pieniędzy, których mu nigdy nie oddawano; czasami fundował kolacyę, przynosił cukierki aktorkom, opiekował się młodemi adeptkami i podobno zupełnie platonicznie kochał się zawsze w którejś z aktorek.

Był to dziwny, ale zarazem bardzo dobry człowiek.

Cabiński, zaraz po przyjeździe, pożyczył od niego sto rubli – i umyślnie przy wszystkich żeby ich przekonać, że nie ma pieniędzy, zmusił go do wzięcia w zastaw bransoletki żony.

Cabińska myślała właśnie, że teraz będzie chciał zwrotu pieniędzy.

Siedli cicho w krzesłach, bo próba była w pełni i właśnie Majkowska z Topolskim grali jakąś kapitalną scenę miłosną.

Mecenas słuchał, kłaniał się na wszystkie strony, uśmiechał i szepnął:

– Pyszna to rzecz, miłość… na scenie!

– I w życiu nie jest złą…

– Miłość prawdziwa, to rzadkość w życiu, więc ja przekładam scenę, bo tutaj mam ją codziennie – mówił szybciej i znowu powieki zaczęły mu drgać.

– Mecenas rozczarowany?…

– O, nie, niechże Bóg broni!… to taka sobie luźna uwaga. Jak się masz, Piesiu!

– Zdrowo, najedzono i nudnie – odpowiedział wysoki aktor o ładnej, myślącej twarzy, wyciągając rękę i witając się z dyrektorową.

– Palisz egipskie papierosy, co?

– Mogę, jak mecenas dasz – odpowiedział chłodno.

– Piesiowa zdrowa i zazdrosna zawsze… co?… – pytał mecenas, podając papierosa.

– To tak, jak mecenas zawsze w humorze: i to choroba i tamto niezdrowie.

– Uważasz humor za chorobę, co? – pytał ciekawie.

– Ja uważam, że człowiek normalny powinien być przedewszystkiem obojętnym, zimnym i nie dbać o nic, powinien zostać spokojnym wewnętrznie.

– Dawno jeździsz na tym koniku?

– Prawdę późno się zwykle poznaje.

– Zostaniesz przy tej prawdzie długo?

– Może na zawsze, jeśli nie znajdę czegoś lepszego.

– Pieś, na scenę!

Aktor wstał sztywno i spokojnym, automatycznym krokiem poszedł za kulisy.

– Ciekawy, bardzo ciekawy człowiek! – szepnął mecenas.

– Tylko nudny porządnie z temi wiecznie szukanemi prawdami, ideałami i inną głupią galanteryą! – zawołał młody aktor, ubrany jak lalka, w jasny garnitur, koszulę w różowe paski i w żółte cielęce pantofle.

– A, Wawrzecki!… musiałeś znowu położyć trupem jaką niewinność, bo promieniejesz, niby słonce…

– Wolne żarty, szanowny mecenasie!… – bronił się z uśmiechem domyślnym i wysuwał zgrabną nogę; pozował się wdzięcznie, podnosił rękę i migotał w słońcu pierścionkami, bo dyrektorowa przymróżonemi oczami spoglądała na niego.

– Więc któż u ciebie nie jest nudnym, hę?… wyspowiadaj-no się chłopaczku.

– Mecenas, bo ma humor i złote serce; dyrektor wtedy, jak płaci; publiczność, kiedy mnie bije brawa; kobiety piękne i łaskawe; wiosna, jeśli jest ciepłą; ludzie, kiedy są weseli – wszystko, co jest pięknem, miłem, uśmiechniętem; a nudne, to same brzydkie rzeczy: troski, łzy, cierpienia, nędza, starość, zimno…

– O czemś zapomniałeś; w którą szufladę kładziesz dobro: na lewo, czy na prawo?

– A jak to dobro wygląda?… jeśli ma lat tak od piętnastu do dwudziestu pięciu i jest pięknem, to na prawo. Ale naprawdę, niech mi mecenas powie, co to jest właściwie dobro?.. Dla Cabana jest dobrem nie płacić gaży, dla mnie nie płacić krawca, a brać gażę, a więc…

– To, co mówisz, jest tylko cynizmem pośledniejszego gatunku.

– Mecenas lubisz to samo, ale w przednim gatunku – odpowiedział aktor ze śmiechem, ogarniając wiele mówiącym wzrokiem jego i dyrektorową.

– Głupiś, Wawrzecki! a nie chwal się z tem, bo i tak ludzie to dosyć prędko spostrzegą.

– E! bibuła z mecenasa!… rozmoczona bibuła —odpowiedział kwaśno i pobiegł do gromady aktorek, siedzących pod werandą i tworzących jasnemi, świeżemi sukniami niby bukiet przepysznie jaskrawy.

– Moja dyrektorowo, a to co za jedna? – zapytał mecenas, wskazując na Jankę, zasłuchaną w próbę.

– Adeptka.

– Dobrze jej z oczów patrzy. Twarz rasowa i inteligentna. Nie wie pani, co ona za jedna?…

– Wicek! – zawołała Cabińska na chłopaka, grającego w klasy na ogródku – idź i poproś tej pani, co stoi przy loży, żeby tutaj przyszła.

Wicek pobiegł, obszedł Jankę, zajrzał jej w oczy i powiedział:

– Stara tam prosi panią do siebie.

– Jaka stara?… kto?… – zapytała, nie rozumiejąc.

– Cabanowa, pani Pepa, dyrektorowa przecież!…

Janka podeszła wolno; mecenas przyglądał się jej uważnie.

– Niechże pani siada. Nasz kochany mecenas, opatrzność dobra teatru – rzekła Cabińska, prezentując.

– Orłowska! – powiedziała Janka krótko, dotykając wyciągniętej ręki.

– Przepraszam! – zawołał mecenas, przytrzymując jej rękę i odwracając dłonią do światła.

– Niech się pani nie boi!… Mecenas ma niewinną manię wróżenia z rąk – zawołała wesoło Cabińska, zaglądając przez ramię mecenasa w dłoń, którą oglądał.

– Ho! ho! dziwna! dziwna! – szeptał stary.

Wyjął z kieszeni małą lupę i przez nią przyglądał się liniom dłoni, paznogciom, stawom palców i całej ręce.

– Szanowna publiczności! Tu się wróży z ręki, z nogi i z czegoś tam jeszcze!… tu się przepowiada przyszłość, daje się talent, cnotę, monetę w przyszłości! Po pięć kopiejek wejście, po pięć!… dla biedniejszych po dziesięć groszy! Prosimy szanowną publiczność, prosimy! – krzyczał Wawrzecki, naśladując doskonale głos hecarzy z Ujazdowskiego placu.

Aktorzy otoczyli ze wszystkich stron siedzących, zaglądali w rękę i śmiali się głośno.

– Niechże mecenas mówi!

– Prędko za mąż pójdzie?

– Kiedy zakasuje Modrzejewską?

– Czy bogatego bębenka mieć będzie?

– Może każe co postawić?

– Ilu tam już było?…

Leciały drwiące i swawolne zapytania.

Mecenas nie odpowiadał, tylko w milczeniu oglądał obie dłonie.

Janka słyszała drwiny, ale ten dziwny człowiek przykuł ją wprost do krzesła; czuła, że ją ogarnia złość, i wstyd, a nie mogła ruszyć rękami, które trzymał.

Przeniknął ją jakiś dreszcz zabobonny – przed przepowiednią.

Nie wierzyła, śmiała się nieraz pogardliwie ze znajomych, pozwalających sobie gadać setne głupstwa cygankom, ale bała się czegoś nieokreślonego.

Wreszcie mecenas puścił jej ręce i powiedział do otaczających:

– Moglibyście chociaż raz nie błaznować, bo to czasami jest nietyle głupie, co nieludzkie. Przepraszampanią, że ją naraziłem, bardzo przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby ręki nie obejrzeć; to moja słabość…

Pocałował ją ostentacyjnie w rękę i zwrócił się do zdziwionej Cabińskiej.

– No, chodźmy dyrektorowo!

Jankę paliła ciekawość taka, że pomimo tylu widzów, zapytała cicho:

– Nic mi pan mecenas nie powie?

Mecenas się obejrzał, ale zobaczył, że dziesiątki osób już chwytały mu prawie z ust odpowiedzi, więc się nachylił i szepnął ciszej:

– Teraz nie mogę… Za dwa tygodnie jak powrócę, powiem pani wszystko.

– Chodź-że mecenas, bo teraz, to już naprawdę jesteś nudny! – wolała Cabińska. – Ale, ale!… czy pani będzie mogła przyjść do mnie po próbie? – zwróciła się z zapytaniem do Janki.

– Owszem, przyjdę – odpowiedziała, siadając.

– Stary zwaryował!… pocałował ją w łapę, niby księżnę! – mówiły do siebie chórzystki.

– Będzie się nią opiekował.

– Podobno jest dosyć pierzasty i leci tylko na krowienty… stary cymbał!

 

Janka, choć słyszała, że to do niej było powiedziane, nie odpowiedziała nic, bo już tyle zrozumiała, że w teatrze lepiej nic nie odpowiadać i płacić za wszystko pogardliwą obojętnością.

– Gdzież pójdziemy, dyrektorowo? pytał mecenas, ale był jakiś mniej wesoły, zamyślał się i szeptał coś do siebie.

– Chyba tam, gdzie zwykle, do mojej cukierni.

Cabińska nic się nie pytała, dopiero, gdy usiedli w cukierni, w której stale przesiadywała codziennie po kilka godzin, pijąc czekoladę, paląc papierosy i przypatrując się ruchowi ulicznemu, zapytała się, udając obojętność:

– Cóż tam mecenas zobaczył w rękach tej sroki?

Mecenas poruszył się niecierpliwie, wsadził na nos binokle i krzyknął na posługującego chłopaka:

– Mazagran i czekolada bardzo lekka!

Zwrócił się do Cabińskiej.

– Widzi pani, to tajemnica… wprawdzie nic nie znacząca, ale tajemnica nie moja.

Cabińska nalegała koniecznie, bo przecież dość jest zawołać głośno: „tajemnica”, żeby wszystkie kobiety wyprowadzić z równowagi – ale nie powiedział nic, tylko rzucił krótko:

– Wyjeżdżam, dyrektorowo.

– A to gdzie i po co? – zapytała zdziwiona mocno.

– Muszę… wrócę za dwa tygodnie. Otóż przedtem chciałbym uregulować nasz…

Cabińska skrzywiła się i czekała, co dalej powie.

– Bo widzi pani, mogłoby wypaść, że wróciłbym dopiero jesienią, kiedy was już nie będzie w Warszawie.

„Dawno przeczuwałam, że jesteś stary lichwiarz” – myślała Cabińska, dzwoniąc w szklankę.

– Ciastek owocowych!

– …I dlatego też wracam kochanej pani ową bransoletkę – ciągnął dalej.

– Kiedy my jeszcze pieniędzy nie mamy. Powodzenie się ciągle rwie… dawne wypłaty…

– Mniejsza o pieniądze. Niech dyrektorowa myśli, że jej na imieniny daję mały, przyjacielski upominek… dobrze, co?… – pytał, wsuwając na jej pulchną rękę bransoletkę.

– Mecenasie, mecenasie! gdybym nie kochała tak swojego Janka, to… – mówiła uradowana niezmiernie z odzyskania bransoletki darmo, ściskała mu silnie ręce i paliła go rozpromienionym wzrokiem tak blizko, że poczuł na twarzy jej oddech i zapach werweny, którą sobie twarz wycierała.

Odsunął się delikatnie i zagryzł usta, tak mu się śmieszną wydawała.

– Mecenasie, jesteś idealnym człowiekiem! najszlachetniejszym, jakiego znam!

– Dajmy pokój!… zrobiłem to dzisiaj, bo na imieninach dyrektorowej być nie mogę.

– Ani słuchać o tem nie chcę!… musisz mecenas być!

– Nie, nie mogę… mam smutne obowiązki w tym czasie. Muszę… – odpowiedział wolniej i ciszej; oczy mu zaszły jakąś mgłą ale ten sam uśmiech miał na twarzy.

– Czem ja się mecenasowi odwdzięczę za tyle dobroci?…

– Zaprosi mnie dyrektorowa na kuma.

– Szkaradnik z mecenasa!… Jakto?… już, już mecenas idzie?…

– Za dwie godziny mój pociąg odchodzi. Do widzenia!

Zapłacił w bufecie i wyszedł, przesyłając jej uśmiech jeszcze z ulicy.

Cabińska siedziała, zapatrzona w ulicę.

„Czyżby się we mnie kochał?…” – myślała, uśmiechając się do jakichś niejasnych jeszcze, ledwie rysujących się obrazów, popijając wystygłą czekoladę.

Wyciągnęła z kieszeni rolę jakąś, przeczytała parę wierszy i znowu zapatrzyła się w ulicę.

Obszarpane doróżki, zaprzągnięte w chude konie, wlokły się leniwie; tramwaje huczały, przebiegając; po trotuarach snuli się pospiesznie, gorączkowo ludzie, jak długa, nieruchoma wstęga. Jakiś szyld naprzeciwko błyszczał się w słońcu i migotał.

„Czyżby się we mnie kochał?”… – pomyślała znowu i zapadła w bezmyślną niepamięć wszystkiego.

Zegar wydzwonił trzecią: podniosła się i poszła ku domowi.

Szła wolno, spoglądając majestatycznie na tłum wymijających ją przechodniów.

W oknie cukierni Bliklego spostrzegła Cabińskiego: siedział i zamyślonym wzrokiem tonął w ulicy, nie spostrzegłszy wcale przechodzącej.

Wyprostowywała się coraz bardziej, bo coraz częściej patrzono na nią. Kupcy, subjekci, dorożkarze nawet z tej dzielnicy, znali panią dyrektorową.

Zdawało się jej, że na ich twarzach, które sobie przypominała słabo z sali widzów, jaśnieją uśmiechy zachwytów, że wszyscy szepcą z uniżonością: „Patrzcie! dyrektorowa Cabińska…”

Szła coraz wolniej, żeby się dłużej rozkoszować wrażeniem zadowolenia. Zobaczyła z daleka redaktora z Nicoletą i nagle zachmurzył się horyzont jej myśli.

– On z Nicoletą?!… z tą… podłą intrygantką?!…

Paliła ich już z daleka okiem Gorgony.

Na rogu Wareckiej Nicoleta zniknęła gdzieś w ulicy, a redaktor szedł ku niej rozpromieniony.

– Dzień dobry!… – zawołał, wyciągając rękę.

Pepa zmierzyła go wyniosłym wzrokiem i odwróciła twarz w drugą stronę.

– Cóż to za nowa heca, Pepa?… – mówił ciszej, idąc obok niej.

– Jesteś pan niegodziwym!…

– Znowu komedya?…

– Śmiesz pan w ten sposób mówić do mnie?!…

– Przestaję… i tylko mówię: do widzenia! – powiedział gniewnie, ukłonił się sztywno i, zanim mogła się zoryentować, wsiadł w dorożkę i pojechał.

Cabińska skamieniała z oburzenia; nie przeprosił ją i odjechał! Wściekłość nią zaczęła miotać; szła prędko, nie zważając już na nic i nikogo.

Podobno było tam coś pomiędzy nimi; mówiono o tem po cichu za kulisami, ale z pewnością wiedziano tylko to, że Pepa nigdy się nie obywała bez wielbicieli kilku kategoryi. Jeśli w jakiem mieście nie miała wielbiciela z pośród publiczności, to musiał być jej amantem jaki początkujący aktor o ładnej twarzy i dosyć naiwny,że pozwalał się opętać nudnej, starej i kapryśnej kokietce. Musiała mieć zawsze kogoś zaufanego, któryby chciał słuchać skarg, lamentów i serdecznych zwierzeń z przeszłości.

Cabiński nie bronił jej tego, bo go nie obchodzili nawet nieplatoniczni kochankowie żony, a drwił przy każdej sposobności z ich nieszczęsnej doli.

Cabińska, po rozstaniu się z redaktorem, wróciwszy do domu, zrobiła istotne piekło: dzieci wybiła, nianię wykrzyczała i zamknęła się na klucz w swoim pokoju.

Słyszała, że mąż przyszedł, pytał się o nią, pukał do drzwi; gdy podawano obiad, nie wyszła, chodząc gniewnie po swoim pokoju.

Wkrótce przyszła Janka. Kazała ją prosić do siebie i przywitała serdecznie, zaprowadziła do buduarku, przepraszała, że musi poczekać nim ona zje obiad; zrobiła się do niepoznania przystępną i gościnną.

Janka, zostawszy samą, z ciekawością rozglądała się po tym buduarze, bo o ile całe mieszkanie wyglądało na skład rupieci, na salę pasażerską trzeciej klasy, pełną tłumoków, waliz i kufrów, o tyle ten pokój jaśniał elegancyą, a nawet pewnym zbytkiem.

Pokój był o dwóch oknach, wychodzących na ogród, obciągnięty ciemnym, udającym brokatelę papierem z malowanymi amorkami na suficie.

Jedwabny pons w złote pasy pokrywał dziwacznie powyginane meble. Kremowy dywan, naśladujący starą włoską makatę, zaścielał całą podłogę. W złoconą skórę oprawny Szekspir, leżał na stoliczku z laki, malowanej w desenie chińskie.

Janka niewiele zwracała na to uwagi, bo całą ją pochłonęły wieńce, wiszące na ścianach z napisami na wstęgach: „Koleżance w dniu imienin”, „Znakomitej artystce”, „Od wdzięcznej publiczności”, „Dyrektorowej – od Towarzystwa”, „Od wielbicieli talentu”. Wawrzynowe łodygi i liście palmowe były pożółkłe ze starości i wisiały poskręcane, okryte pyłem. Szerokie wstęgi białe, żółte, ponsowe, spływały ze ścian, niby oddzielne kolory tęczy i krzyczały temi literami, tłoczonemi złotem, o czemś dawno przebrzmiałem. Te szumnie brzmiące napisy, wieńce poschnięte, nadawały pokojowi pozór kaplicy grobowej; szukało się jeszcze bezwiednie napisu: „Ś. p. – zmarła”… i t. d.

Janka uczuła jakieś ściśnięcie smutne serca i zdawało się jej, że tutaj musiał koniecznie ktoś umrzeć, tak tam było cicho i tak smętnie.

Proste łóżko pod pawilonem z liliowych tiulów, upiętych bukiecikami sztucznych róż bordo, stoliczki, albumy stojące, fotografie w różnych rolach i kostyumach, zeszyty ról, porozkładane od niechcenia na konsolkach i taburetach – tworzyły całość dosyć wdzięczną, ale bardziej pretensyonalną. Czuć było, że ten pokój paradny jest tylko na pokaz, że tutaj nikt w nim nie mieszka i nie myśli.

Janka oglądała albumy, gdy weszła cicho Cabińska.

Miała wyraz cierpiący i melancholijny; upadła ciężko na fotelik, westchnęła głęboko i cichym, przebolałym głosem szepnęła:

– Przepraszam, że pozwoliłam się pani nudzić tutaj.

– Nie nudziłam się wcale, tyle tutaj rzeczy ciekawych.

– To moje sanktuaryum. Tutaj zamykam się, kiedy mi życie za bardzo dokuczy, kiedy cierpię zbyt silnie… przychodzę przypominać sobie przeszłość jasną i szczęśliwą: marzyć o tem, co już nie powróci!… – dodała, wskazując role i wieńce na ścianach.

– Pani dyrektorowa cierpiąca?… może ja przeszkadzam, bo rozumiem doskonale, że na pewne smutki i cierpienia, samotność jest najlepszem lekarstwem – powiedziała Janka ze szczerem współczuciem, poruszona dźwiękiem jej głosu i twarzą.

– Zostań pani!… sprawi mi to prawdziwą ulgę pomówić z osobą, obcą jeszcze temu światu kłamstwa i pustoty! – mówiła z emfaza, niby recytując rolę.

– Nie wiem, czy jestem godna zaufania – rzekła skromnie Janka.

– O! moja intuicya artystki nigdy mnie nie zawodzi!… Proszę, osiądź pani bliżej, o, tak! Boże! jakże cierpię!… Więc pani nigdy jeszcze nie była w teatrze?…

– Nie.

– Jakże żałuję pani i zazdroszczę!… Ach, gdybym mogła zaczynać po raz drugi, to może nie byłabym w teatrze; nie wypiłabym tylu goryczy i tylu zawodów! Kochasz pani teatr?…

– Poświęciłam prawie wszystko dla niego.

– O, smutna jest dola artystek! Poświęcić wszystko: spokój, szczęście domowe, miłość, rodzinę, stosunki towarzyskie – i za co?… za to, co o nas piszą; za takie wieńce, co trwają dwa dni; za oklask naprzykrzonego tłumu?… O, strzeż się pani prowincyi!… O, los rzuca ludźmi, rzuca!… Pomyśl pani o mnie… Widzisz te wieńce… Prawda, jakie wspaniałe i jakie zwiędłe, co?… A jeszcze tak niedawno grywałam we Lwowie!…

Zatrzymała się chwilę, jakby olśniona przypomnieniem.

– Sceny świata całego stały przedemną otworem. Dyrektor „Komedyi francuskiej” umyślnie przyjeżdżał, aby mnie widzieć i zaangażować…

– Pani tak dobrze włada francuskim?…

– Nie przerywaj pani. Miałam parę tysięcy gaży; pisma nie znajdowały słów na określenie mojej gry; w dniu benefisów młodzież wyprzęgała konie, zasypywano mnie bukietami, rzucano mi brylantowe kolie!… – (poprawiła bezwiednie bransoletkę). – Najpierwsza młodzież: hrabiowie, książęta starali się o moje względy… Potrzeba było nieszczęścia: zakochałam się… Tak, nie dziw się pani! Kochałam i byłam kochaną… Kochałam, jak tylko można kochać, najpiękniejszego i najlepszego… Był to pan, książę-ordynat. Przysięgliśmy sobie miłość i mieliśmy się pobrać. Nie wypowiem pani szczęścia naszego!… Wtem… grom z jasnego nieba!… Rodzina jego: stary książę, tyran, magnat dumny, bez serca, rozdzielił nas… Wywieźli go, a mnie chciał zapłacić sto tysięcy guldenów, czy nawet milion, żebym się tylko wyrzekła mego ukochanego. Rzuciłam mu pod nogi pieniądze i pokazałam drzwi. Wyszedł wściekły i zemścił się srogo; rozpuścił o mnie najhaniebniejsze pogłoski, przekupił prasę, prześladował mnie nędznik na każdym kroku… Musiałam opuścić Lwów i życie moje popłynęło innem łożyskiem… innem…

Chodziła po pokoju gorączkowym krokiem; miała łzy w oczach, miłość w uśmiechu, smętek goryczy w kątach ust, tragiczną maskę rezygnacyi na twarzy, opuszczenie głębokie w postawie i dziki akcent rozpaczliwego bólu w głosie.

Grała to opowiadanie z mistrzowstwem takiem, że Janka wierzyła wszystkiemu i głęboko odczuwała jej nieszczęście.

– Jakże serdecznie żałuję pani!… co za okropny los!… – wyrzekła.

– To już przeszło!… – odpowiedziała Cabińska, osuwając się w fotelik, z bezwładnością cichej rozpaczy.

Ona sama wierzyła już w te historye, opowiadane z rozmaitymi waryantami setki razy wszystkim, którzy tylko słuchać chcieli. Czasami, na dokończenie, poruszona dźwiękiem własnego głosu i tą niedolą urojoną, wybuchała płaczem głośnym i przez chwil kilka cierpiała prawdziwie.

Tak wiele grywała nieszczęśliwych, zdradzonych kobiet że już zatraciła pamięć granic własnej osobowości; stapiała się coraz bardziej z temi granemi postaciami własnem uczuciem i stąd opowiadanie jej nie było prostem kłamstwem.

Po długiem milczeniu, Cabińska zapytała spokojnie:

– Pani mieszka podobno u Sowińskiej?

– Jeszcze nie. Wynajęłam już, ale muszą mi pokój trochę odświeżyć, bo taki brudny, że nie podobna mi było się sprowadzić, a tymczasem mieszkam w hotelu.

– Kaczkowska i Halt mówili mi, że pani grasz dobrze na fortepianie.

– Tak, trochę po domowemu…

– Chciałam pani prosić, czybyś nie zechciała uczyć mojej Jadzi?… Dziewczyna jest bardzo zdolna, słuch ma ogromny, bo wszystkie operetki śpiewa najdokładniej.

 

– Z prawdziwą przyjemnością. Niewiele umiem, ale początków muzyki mogę udzielać córeczce… nie wiem tylko, czy mi starczy czasu?…

– Starczy pani z pewnością. A honoraryum, to już razem z gażą liczyć się będzie.

– Dobrze… Czy córka ma już jakie początki?

– Doskonałe. Zaraz się pani przekona… Nianiu, przyprowadź-no Jadzię – zawołała Cabińska.

Przeszły do drugiego pokoju, w którym stało łóżko dyrektora, parę pak, koszy i stary klekot – fortepian.

Janka zrobiła próbę z Jadzią i umówiła się, że będzie przychodzić pomiędzy drugą a trzecią, to jest wtedy, kiedy dyrektorstwa w domu nie będzie.

– Kiedyż pani pierwszy raz wystąpi? – zapytała Cabińska.

– Dzisiaj, w Baronie cygańskim.

– Ma pani kostyum?

– Panna Falkowska obiecała mi pożyczyć, bo jeszcze nie zdążyłam sobie kupić.

– Chodź pani… może ja coś znajdę dla pani…

Poszły do pokoju, w którym się rano odbyła scena artystyczna i gdzie sypiały dzieci z nianią. Cabińska wyciągnęła z jakiejś paki jeszcze nieźle zachowany kostyum i dała go Jance.

– Widzi pani, my dajemy kostyumy, ale że wszystkie wolą mieć swoje własne, bo nasze nie mogą być przecież tak wykwintne, więc te leżą… pożyczę pani tymczasem.

– Będę i ja mieć swoje własne.

– Tak jest najlepiej, bo niezbyt przyjemnie grać w kostyumie, używanym już przez drugich.

Pożegnały się bardzo serdecznie i niania zaniosła za Janką kostyum do hotelu.

Janka przyprowadzając do stanu używalności mocno przygnieciony kostyum, myślała o Cabińskiej.

Czuła w sobie jeszcze jakąś miękkość współczucia dla tej nieszczęśliwej i bezwiedny, artystyczny podziw dla formy, w jakiej się wypowiedziała.

Tak się paliła gorączką dzisiejszego występu, że pusto jeszcze było za kulisami, gdy przyszła do teatru.

Chórzystki schodziły się wolno i jeszcze wolniej się ubierały. Rozmowy, śmiechy, ciche szepty toczyły się jak zwykle, ale Janka nie słyszała nic, zajęta ogromnie ubieraniem się.

Zaczęły jej pomagać wszystkie, wśród śmiechów, z jej niezaradności i z tego, że nie miała nawet pudru i różu.

– Jakto, nigdy się pani nie pudrowała? – pytały.

– Nie… a po co?… odpowiedziała po prostu.

– Trzeba jej zrobić twarz, bo jest za blada – powiedziała któraś.

Wzięły ją w swoje obroty.

Natarto jej twarz warstewką białej szminki, przyciemniono ją następnie różem, ukarminowano usta, podkreślono oczy pendzelkiem umaczanym w tuszu, ufryzowano włosy, pozapinano; przerzucano ją z rąk do rąk, dawano tysiące rad i przestróg.

– Wchodząc, niech pani patrzy prosto na publiczność, żeby się nie potknąć.

– A niech się pani przeżegna przed wejściem.

– I prawą nogą wchodzić na scenę.

– No, ślicznie!… ale pani chcesz wejść na scenę w krótkim kostyumie i bez trykotów?…

– Nie mam!…

Zaczęły się śmiać wszystkie z jej miny zakłopotanej.

– Ja pani pożyczę! – zawołała Zielińska. – Zdaje się, że będą dobre na panią.

Okazywały jej życzliwość prawdziwą dlatego, że się dowiedziały, iż uczyć będzie Jadzię Cabińskich i że jej Pepa pożyczyła kostyumu. Chciały ją ująć i mieć za sobą w dyrekcyi.

Janka, przejrzawszy się w lusterku, aż krzyknęła z zadziwienia; nie poznała się prawie, tak ją zmienił róż, podczernione oczy i bielidło. Wydało się jej, że ma jakąś maskę na twarzy, bardzo mało podobną do niej samej i przystojniejszą, ale z takim dziwnym wyrazem, jaki miały wszystkie chórzystki.

Zeszła na dół do Sowińskiej.

– Moja złota pani, niech mi pani powie prawdę, jak ja wyglądam?… – prosiła rozgorączkowana.

Sowińska obejrzała ją ze wszystkich stron i roztarła palcem lepiej róż na policzkach.

– A od kogo ma pani kostyum?

– Pani dyrektorowa mi pożyczyła.

– O! musiała się czemś rozczulić, bo inaczej to ona nikomu dać nie chce.

– Istotnie, była dzisiaj jakaś cierpiąca… opowiadała mi takie smutne historye…

– Komedyantka!… żeby ona tak grała na scenie, to nie byłoby lepszej aktorki na świecie.

– Pani żartuje chyba?… Opowiadała mi o Lwowie, i o swojej przeszłości.

– Łże baba! Była tam kochanką jakiegoś huzara, robiła skandale i wyrzucili ją z teatru. Czemże ona była w lwowskim teatrze?… chórzystką tylko. Ho! ho! to stare kawały… My wszyscy znamy je tu dawno… Wierz pani tylko we wszystko, co aktorzy i aktorki opowiadają, to się pani bardzo wiele dowie!…

Janka nie odpowiedziała, bo nie mogła i nie chciała wierzyć Sowińskiej.

– Niech mi pani powie, jak ja wyglądam?…

– Dobrze… nawet ślicznie!… mogę ręczyć, że od dzisiaj już będą lecieć za panią! – powiedziała tak jakoś twardo, a znacząco, że Jankę oblał rumieniec.

Ogarniała ją coraz większa trema; chodziła po scenie, patrzyła przez dziurkę w kurtynie na publiczność, schodzącą się powoli, biegała do garderoby i przeglądała się we wszystkich zwierciadłach, próbowała siedzieć i czekać, ale nie mogła wytrzymać; rozdenerwowanie, gorączka pierwszego występu, trzęsła nią, niby febra. Nie mogła minuty ustać lub usiedzieć spokojnie. Strach jakiś dziwny tak ją chwilami obezwładniał, że chciała rzucić wszystko i uciec.

Nie widziała ludzi, przygotowań, świateł, sceny nawet, tylko miała pod czaszką odbicie jakiejś ruchomej masy oczów i twarzy. Co chwila spoglądała z trwogą na publiczność i czuła, że serce jej przestaje bić.

Gdy zadzwoniono po raz drugi, zeszła ze sceny i stanęła obok chóru za dekoracyą, oczekując chwili wejścia, żegnała się bezwiednie i tak drżała całem ciałem, że jedna z chórzystek wzięła ją pod rękę.

– Wejść! – wrzasnął inspicyent, i tłum ją porwał i zaniósł na front sceny.

Cisza nagła i błysk powiększonego światła oprzytomnił ją. Patrzyła bezmyślnie na publiczność, nie mogąc wydobyć z siebie ani jednego dźwięku.

Szarpały ją, dodawały odwagi, ale nie wiedziała, co się z nią dzieje. Dopiero dyalog i chór następny oprzytomnił ją trochę.

Po zejściu ze sceny, stanęła w kulisie i ochłonęła zupełnie, ale wtedy porwała ją złość na siebie za ten strach dziecinny, któremu uległa.

Po drugiem wejściu miała tylko jakieś wewnętrzne drżenie w sobie, ale już śpiewała, słyszała muzykę i patrzyła prosto na publiczność.

Ośmieliło ją i to, że spotkała się ze wzrokiem redaktora, siedzącego w pierwszym rzędzie, który życzliwym uśmiechem dodawał jej odwagi.

Patrzyła się na niego, a później już coraz lepiej widziała pojedyncze twarze publiczności.

W jakiejś scenie, w której chór spacerował, udając lud – bo szedł komiczny dyalog na przodzie sceny – Janka przyglądała się, a koleżanki rozmawiały szeptem.

– Bronka, jest twój farmak; patrz, w trzecim rzędzie na lewo…

– Patrzcie! Dasza jest w teatrze… u! jaka wystrojona…

– Co nie ma być! Odbiła Mimi bankiera.

– Gdzie ona teraz pokazuje?

– W Eldorado.

– Siwińska! zapnij mi haftki, bo czuję, że mnie spódnica opada; tylko mów mi co do ucha, to nikt nie zauważy.

– Ludka! peruka ci się leni.

– Pilnuj ty swoich kudłów!…

– Jadę jutro z kimś do Marcelina… może z nami pojedziesz, Zielińska?

– Patrz, jakie ten student z boku robi do mnie oko.

– Nie lubię gołych fatygantów.

– Ale jakie to wesołe facety!

– Dziękuję! Mają tylko wódkę i serdelki. Dobre przyjęcie, ale tylko dla… ulicy.

– Cicho, bo Cabanowa siedzi w loży.

– Cóż-to ona się dzisiaj zrobiła na dziewiczo…

– Cicho, śpiewamy.

Powtarzało się to ciągle z małemi zmianami. Rozmawiały z publicznością uśmiechami i spojrzeniami. W przerwach, a czasem pomiędzy jednym aktem a drugim, rzucały sobie krótkie, jędrne uwagi o publiczności, szczególnie męskiej, bo kobiety tylko krytykowały i drwiły z nich.

W kulisach pełno było najrozmaitszych twarzy; służące, maszyniści, chłopaki z bufetu, aktorzy, czekający wejścia – wszystko to patrzyło na scenę.

Niania z dwojgiem najstarszych dzieci siedziała przy samem proscenium, pod sznurem kurtyny.

Gorąco było takie, że aktorzy dusili się prawie i szminki nieomal spływały im po twarzy.

Wawrzecki z kulisy gwałtownie kiwał na Mimi, śpiewającą duet z Władkiem; aktorka w przerwach pokazywała mu złośliwie język i przysuwała się coraz bliżej.

– Dajże klucz od mieszkania… zapomniałem botfortów, a zaraz ich potrzebuję.

– Jest w sukni, w garderobie. Mogłeś się domyśleć przecież… – odpowiedziała odchodząc na środek sceny, z szeroką frazą muzyczną na ustach.

Halt trzaskał o pulpit batutą, bo Władek połykał nuty i ciągle się chwiał, detonowała go bowiem do reszty groźna irytacya dyrektora orkiestry, tak że coraz gorzej śpiewał.

– Umyślnie mnie sypie, świnia szwab! – mruczał ze złością, ściskając w miłosnej scenie śpiewającą Mimi.

– Nie ściskaj-że mnie tak mocno… żebra mi, jak Boga kocham, połamiesz!… – syczała Mimi, uśmiechając się jednocześnie omdlewająco.

– „Bo kocham cię… miłością szału!… bo kocham cię!…” – śpiewał Władek ogniście.