3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Komediantka

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Władek z pieniądzmi odszedł, pogwizdując wesoło.

Mecenas poszedł, otworzył drzwi po cichu, rozebrał się z palta w przedpokoju i wszedł.

Janka czesała się, nie zwracając uwagi na otwieranie drzwi, bo myślała, że to Władek wraca.

Mecenas od drzwi pokasływał i z wyciągniętą ręką szedł ku niej.

Zerwała się śpiesznie, narzucając chustkę na nagie ramiona.

– Właśnie pan Władysław objaśnił mnie, że pani chora, więc grzechem nie jest odwiedzić – mówił prędko, poprawił binokli i uśmiechał się swoim mdłym, zdawkowym uśmiechem.

Janka patrzyła na niego zdumiona, dopiero poczuwszy dotknięcie jego zimnej i wilgotnej ręki, poczerwieniała cała, rzuciła się ku drzwiom, aż chustka zsunęła się na ziemię, odsłaniając wspaniale zakreślone ramiona i zawołała, energicznym gestem otwierając drzwi.

– Wyjdź pan!

– Ależ słowo honoru, nie miałem myśli nawet ubliżać pani. Owszem, jako szczerze życzliwy, chciałem przyjść ze słowem współczucia. Pan Władysław…

– Jest nikczemnikiem.

– Na to zgoda, ale nie potrzebuje pani się gniewać na mnie i wyrażać swoje oburzenie aż w ten sposób, jest to troszeczkę…

– Proszę, wyjdź pan – wołała, trzęsąc się z gniewu.

– Komedyantka! Komedyantka, słowo honoru daję – szeptał, kładąc pospiesznie palto, bo był zirytowany i obrażony. Zatrzasnął drzwi za sobą ze złością.

– A nędznik, a!… i ja należałam do takiego człowieka, ja!… ach!… Szakale nie ludzie, szakale! Nie można tknąć się niczego, bo wszędzie błoto.

I tak się w niej spotęgowało to oburzenie, że krzyczała prawie głośno, przez łzy:

– Podli! podli! podli!

Wkrótce przyszedł Władek; przyniósł puder, butelkę wódki i przekąski w papierze. Patrzył się na nią i rozglądał po pokoju.

– Był tutaj mecenas! – rzuciła mu szorstko.

Aktor cynicznie się roześmiał i zawołał knajpiarskim żargonem:

– Skantowałem go. Urządzimy sobie małą frajdkę.

Chciała mu rzucić w twarz tę jego podłość, ale błyskawicznie zadźwięczały w jej ustach słowa:

– Bądź dobrą… przebaczaj!… Powstrzymała się i zaczęła się śmiać, ale tak ostro, spazmatycznie i długo, że aż się rzuciła na łóżko i tarzając się po niem, przez ten śmiech histeryczny i straszny powtarzała:

– Bądź dobrą… Przebaczaj… ha! ha! ha!

—–

Po tygodniowej przerwie rozpoczęły się znowu dawne ciężkie życie, cięższa niż przedtem walka, bo tylko już o chleb.

Tak samo jak przedtem śpiewała w chórach, ubierała się, patrzyła przez kurtynę na publiczność, której coraz mniej przychodziło; tak samo snuła się w antraktach po scenie, garderobach, słuchała szeptów, muzyki, kłótni; ale jak różne były jej uczucia i myśli, jak inną była i niepodobną do tej dawnej Janki!

Nie szukała już w oczach publiczności zapału i miłości sztuki, nie rzucała wyzywających spojrzeń do pierwszych rzędów, bo ją nędza nauczyła obliczać ze sceny publiczność i stąd wyciągać wnioski co do wysokości akonta.

Nauczyła się z głodu zabierać potajemnie chleb z rekwizytorni, używany często na scenę i w drodze do domu go zjadała; często było to jej jedyne, całodzienne pożywienie. Nikt jej nie admirował i nie odprowadzał, nie sprzeczała się już więcej o sztukę.

Kotlicki gdzieś przepadł, Mecenas się pogniewał i nie przychodził, a Władek tylko czasami z nią rozmawiał i coraz rzadziej zaglądał do niej, tłómacząc się, że matka coraz słabsza i musi przy niej przesiadywać. Wiedziała, że kłamał, ale mu nie przeczyła, bo jej był zupełnie obojętnym. Czuła do niego głęboką pogardę, ale jakby przez nieświadomą już pamięć tych słonecznych chwil, nie potrafiła zerwać z nim zupełnie. Traktowała go zimno, nie pozwalała się całować, ale nie mogła mu powiedzieć wprost – podły, bo był, jakby ostatnim ogniwem, łączącem się z jej dziwną duszą.

Schudła ogromnie; twarz jej, o niezdrowej, sinawej cerze, pokryły żółtawe plamy i z powiększonych, szklistych oczów patrzał głód ciągły, stały, okropny!

Chodziła po teatrzyku niby cień, cicha i spokojna na pozór, ale z tem uczuciem wiecznego głodu, który jej szarpał wnętrzności: zdeterminowana już na wszystko.

Były dni całe spędzane bez odrobiny pożywienia, w których czuła jakąś pustkę bolesną pod czaszką i w których się jej tylko w mózgu to jedno błyskało – jeść!

Najeść się!… Poza tem, wszystko znikło i nie miało znaczenia.

Podobna nędza panowała w całem towarzystwie.

Kobiety radziły sobie jak mogły; ale mężczyźni, zwłaszcza uczciwsi, sprzedawali co tylko mieli, nawet peruki, aby wprost nie umrzeć z głodu.

Ileż to trwogi przynosił wieczór każdy.

– Czy się będzie grać?

Ten szept słychać było wszędzie, przedzierał się na ogródek, po którym hulał zbyt często jesienny wicher, brzmiał pod pustą werandą, wymawiany przez garsonów, napróżno wyczekujących na gości. Powtarzał go Gold, skulony z zimna w swojej budce kasyerskiej.

Cisza przygnębiająca panowała w garderobach. Najdowcipniejsze kawały Glasa nie potrafiły rozchmurzyć oczów zasępionych troską.

Charakteryzowali się niedbale. Nikt się ról nie uczył, bo każdy z trwogą czekał przedstawienia, łaził koło kasy i szeptał:

– Czy się grać będzie?

Cabiński codziennie wystawiał nową sztukę i pustki były tak samo. Dał Podróż po Warszawie – pustki. Grali Zbójców – pustki. Grali takie bomby jak Don Cezar de Bezan, Posąg komandora, Wróżka la Voison – pustki i pustki.

– Jak Boga kocham, czego chcecie? – wołał dyrektor do publiczności przez kurtynę.

– Pan myślisz, że oni wiedzą sami. Gdyby było trzysta osób, toby z pewnością zjawiło się jeszcze trzystu, ale jak jest pięćdziesiąt z dodatkiem zimna i deszczu, to zostaje tylko dwadzieścia – tłómaczył Cabińskiemu redaktor, który sam jeden został z licznych znajomych, przychodzących za kulisy, bo reszta rozpierzchła się razem z pierwszymi deszczami.

– To jest stado, które dzisiaj nie wie, gdzie się jutro tłoczyć będzie – powiedział pan Piotr nienawistnie.

O tak, nienawidzili tej publiczności i modlili się do niej. Przeklinali ją, nazywali stadem, bydłem, grozili pięściami, pluli na nią, ale niech się tylko zjawiła w większej ilości, padali przed nią na twarz i czuli głęboką wdzięczność do tej kapryśnej pani, która miała humor codziennie inny i codziennie kogo innego darzyła swoimi względami.

– Ulicznica! Ulicznica! – szeptał groźnie Topolski. – Dzisiaj u mocarza, jutro u cyrkowca!

– Prawdęś powiedział, ale ci to nie da ani rubla – odpowiedział Wawrzecki, którego humor się jeszcze trzymał, ale już zgorzkniały i cierpki, bo Mimi wyjechała z towarzystwa, angażując się do Poznania.

Rozjeżdżali się już po trochu, choć cały tydzień było jeszcze czasu do końca sezonu. Chóry szczególniej zupełnie się prawie rozsypały, bo najwięcej cierpiały nędzy.

Deszcze padały rano, w południe i wieczorem.

Atmosfera w teatrze robiła się wprost nie do wytrzymania. Przeciągi w garderobach, błoto na podłogach, bo przez wszystkie dachy przeciekał deszcz; zimno wyganiało wprost.

Jance się zdawało, że ten teatr rozpada się zwolna i zagrzebuje wszystkich pod ruinami. A tamten, na placu Teatralnym, stał mocno. Poczerniał od deszczu, wydawał się jej surowszym, potężniejszym jeszcze i przejmował ją jakąś niewytłómaczoną, pobożną trwogą, ile razy patrzyła na niego. Zdawało się jej czasami, że ten ogromny gmach opiera swoje kolumny na całych stosach trupów, że pije krew, życie, mózgi ich wszystkich i tem tak rośnie i potężnieje…

W swoich snach halucynacyjnych, które ją coraz częściej nawiedzały, patrzyła się nieraz oko w oko ze sztuką i umierała z przerażenia, bo to nie była jedna z tych słodkich, niebiańskich muz, jak je przedstawiali malarze i poeci. Była to groźna twarz Dyany Taurydzkiej, surowa i zacięta nieubłagalnością. Nie było litości na jej gładkiem, dziewiczem czole, przerżniętem zmarszczką skupienia; na ustach miała wyraz krwiożerczej siły, a oczy były pełne jakiejś boskiej surowości i patrzyły daleko – w nieskończoność; zimne dla nędzy ludzkiej, obojętne na krzyki i śmiertelne szamotanie tych, co się rwali do niej i chcieli ją posiąść.

Nieśmiertelna i niezdobyta!

– Zwaryuję, zwaryuję! – szeptała nieraz Janka, ściskając rozpaloną głowę, bo takie sny, takie halucynacye, nękały ją jeszcze więcej niż głód.

Była jeszcze jedna rzecz, która ją śmiertelnie przyciszała, że całemi godzinami wsłuchiwała się w siebie; godzinami myślała o tych dziwnych, nieokreślonych wrażeniach i uczuciach, jakie ją przenikały coraz częściej. Czuła, że się w niej dzieje coś strasznego, że te nagłe drgania, te płacze, które ją porywały, niewiadomo dlaczego, te szalone zmiany usposobienia, którym się poddawała, te cierpienia dziwne są jakieś nienaturalne i pochodzą z czegoś – o czem myśleć się bała.

Nie miała matki, ani nikogo, komuby mogła się zwierzyć i ktoby ją objaśnił, ale przyszła chwila, że instynktem kobiecym poznała, że będzie matką.

Płakała po tem odkryciu długo, ale nie były to łzy rozpaczy, tylko jakiegoś litościwego rozrzewnienia, czułości i wstydu zarazem. Poczuła wtedy, że śmierć stanęła za nią i stoi tak blizko, że aż ją dreszcz szaleństwa przenikał całą i rzucał w bezmyślną, apatyczną obojętność. Przestawała myśleć, poddając się biernie, z fatalizmem ludzi długo cierpiących, albo potężnym ciosem zdruzgotanych, jakiejś fali, która ją niosła i nie pytała nawet, gdzie?

Raz nie mogąc już wytrzymać męczarni głodu, zaczęła szukać co do sprzedania.

Przetrząsała kosze gorączkowo. Miała tylko kilka lekkich, eleganckich, obwieszonych wstążkami kostyumów teatralnych. Kosztowały ją drogo i przywodziły na pamięć szereg wieczorów, przepędzonych w upojeniu na scenie…

Sowińska codziennie znowu przypominała zaległe komorne, a mękę tego codziennego trapienia czuła okropnie.

Nie mogła jej teraz prosić o sprzedanie tych resztek, bo bez skrupułu zabrałaby pieniądze.

 

Sama postanowiła sprzedać.

Zawinęła w papier kostyum i wyszła na schody wyczekiwać handlarza, ale po podwórzu chodził stróż, mijały się służące, przez szyby okien widziała twarze kobiet, które ją nieraz obrzucały pogardliwemi spojrzeniami.

Nie, tutaj nie mogła, bo za chwilę cały dom wiedziałby o jej nędzy. Poszła do sąsiedniego domu i czekała niedługo.

– Handel! handel! – wołał jakiś stary żyd zgniecionym głosem.

Zawołała na niego.

Handlarz się obejrzał i przyszedł. Stary był o tyle o ile brudny.

Poszła za nim na jakieś schody.

– Pani co przeda?

Worek z kijem na schodach położył i chudą o zaczerwienionych oczach twarz wyciągnął ku paczce.

– Tak.

Rozwinęła papier.

Żyd kostyum w brudne ręce wziął, rozpostarł pod słońce, obejrzał, obrócił kilka razy, uśmiechnął się niedostrzegalnie, złożył z powrotem w papier, zawinął, podniósł worek i kij i dopiero powiedział:

– Taki cymes to nie dla mnie – i schodził ze schodów, cmokając drwiąco.

– Tanio sprzedam – zawołała za nim.

Żeby choć rubla, choć pół, myślała z trwogą.

– Może pani ma stare buciki, suknie, poduszki, ja kupię, ale taki towar, to nie żaden kurant. Kto to kupi? Śmiecie!…

– Tanio sprzedam – szepnęła.

– Ny, co ja mam dać?

– Rubla.

– Żebym tak zdrów buł, co to nie warto i dwadzieścia kopiejek. Co to warto, kto to kupi? – i wrócił, rozwinął i znowu obojętnie oglądał.

– Same wstążki kosztowały mnie kilka rubli.

Zamilkła, zgadzając się już w duchu na cenę.

– Wstążkes! co to jest, same kawałki – gadał, oglądając prędko. – Ny, trzydzieści kopiejek dam. Bierze pani? Na moje sumienie, więcej nie mogę, mam dobre serce, ale nie mogę. Ny, mam płacić?

Ten handel sprawił jej taki wstręt, takim wstydem przepoił i tak ją rozżalił, że chciała już wszystko rzucić i uciec.

Żyd pieniądze wyliczył, zabrał kostyum i poszedł. Zobaczyła go jeszcze przez okno, jak na podwórzu, w pełnem świetle dnia oglądał jeszcze raz spódniczki.

– Co z tem zrobić? – szeptała bezradnie, ściskając lepkie od brudu miedziaki.

Była winna za mieszkanie, w bufecie teatralnym, kilku koleżankom, ale nie myślała już o tem; z temi pieniądzmi tylko poszła do sklepiku kupić sobie co jeść.

Wróciła do mieszkania i zjadłszy przyniesione ze sobą wiktuały, chciała się trochę przespać, ale przyszła Sowińska, mówiąc, że tu na nią już z pół godziny czeka jakaś służąca i zaraz weszła rozczerwieniona i zapłakana służąca Niedzielskiej.

– Proszę panienki, niech też panienka idzie ze mną, bo moja pani już bardzo źle i prosi koniecznie do siebie.

– Pani Niedzielska taka chora? – zawołała, zrywając się z łóżka i śpiesznie kładąc kapelusz.

– Już ksiądz od Augustynów był po południu z panem Jezusem, ledwie ino zipi – szeptała przez łzy stara powiernica i sługa – inom tyla mogła zrozumieć, co mówiła, żeby lecieć po panienkę, chce się widzieć koniecznie.

– A pan Władysław gdzie jest?

– A skądże ja mogę wiedzieć, przecież powinien być przy matce.

– Powinien, jużci że powinien, ale taki i on syn – szepnęła głucho. – Już od tygodnia nie zajrzał do domu, bo się z moją panią tak strasznie pokłócili. Mój Boże! mój Boże! tak klął, tak wymyślał, chciał jaże bić moją panią. O, Panie miłosierny, to za to, że go tak silnie kochała, że sobie odejmowała od gęby, a dawała mu cięgiem pieniądze. Była skąpa, nie chciała dochtora, ni leków nijakich, aby ino nie kosztowało, a on, o! skarze go Pan Bóg ciężko za te łzy matczyne. Ja wiem, że panienka temu nie winowata… tak se miarkuję… ale… – mówiła cicho, drepcząc obok Janki i obcierając co chwila końcem chustki, w jaką była okryta, oczy czerwone od płaczu i bezsenności.

Janka prawie nic nie słyszała z tej mowy, bo gwar i szum ulicy i chlapanie wody spływającej rynnami na trotuary zagłuszały wszystko.

Szła tylko dlatego, że ją umierająca wzywała.

W pierwszym pokoju było prawie pełno osób, przeszła go, mówiąc powitanie, ale nikt jej nie odpowiedział i wszystkie oczy śledziły ją z jakąś szczególną ciekawością.

W pokoju, gdzie Niedzielska leżała, siedziało także kilka osób koło jej łóżka.

Poszła prosto do chorej.

Stara leżała wznak, ale już od progu trzymała w niej oczy utkwione.

Rozmawiający umilkli tak prędko, że Jankę ta cisza przejęła jakimś dreszczem dziwnym. Spotkała się ze spojrzeniem Niedzielskiej i już nie mogła się od niego oderwać. Usiadła przy łóżku, witając ją półgłosem.

Stara schwyciła ją za rękę silnie i cichym głosem o niezmiernie mocnym akcencie zapytała.

– Gdzie Władek?

Surowa zmarszczka zarysowała się na jej czole, coś jak nienawiść rozbłysła w żółtych białkach.

– Nie wiem. Skądże ja mogę wiedzieć? – odpowiedziała prawie przestraszona.

– Nie wiesz złodziejko! ty nie wiesz, ukradłaś mi syna! – szeptała, siląc się głos swój podnieść trochę, ale brzmiał głucho i dziko. Oczy się jej rozszerzały coraz więcej i świeciły groźbą i nienawiścią, usta sine trzęsłysię nerwowo, a żółta, wychudła twarz drgała ustawicznie. Uniosła się nieco i chrapliwie, jakby ostatkami sił, krzyknęła:

– Ulicznico, złodziejko, ty… i upadła w tył z głuchym jękiem wyczerpania.

Janka, jakby uderzona prądem elektrycznym, zerwała się, ale ręka starej zacisnęła się tak silnie koło jej dłoni, że upadła z powrotem na krzesło nie mogąc wyrwać ręki. Spojrzała rozpaczliwie na wszystkich, ale twarze ich były groźne. Przymrużyła na chwilę oczy, aby nie widzieć tych żółtych, pomarszczonych twarzy kobiet, co stały na wprost niej, jak widma świecąc swojemi szkieletowatemi twarzami w półcieniu, w jakiem tonął pokój.

– To ta! Taka młoda i już…

– Podła gadzina.

– Jabym zabiła, jak psa, żeby tak z moim Antkiem zrobiła.

– Na policyę oddałabym, do prochowni.

– Pod pręgierz za moich czasów stawiali takie… na ukaranie, pamiętam dobrze.

– Cicho, cicho! – mitygował kobiety jakiś staruszek.

– I dla niej to poleciał do komedyantów, dla niej tyle tracił, dla takiego ostatniego tłomoka wybił matkę, ażebyś zmarniała, podła!…

Syczały za nią i przed nią głosy nienawiścią i pogardą i złość sączyła się z ich słów i spojrzeń i zalewała jej serce oceanem bólu i wstydu.

Chciała zawołać: litości! ludzie, jam niewinna, ale pochylała coraz niżej głowę i coraz słabiej wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje; miała już za słabą duszę na taki cios. Olbrzymia fala strachu zaczęła nią trząść, bo się jej zdawało, że ta ręka starej, trzymająca ją tak silnie i te jej oczy okropne, wysadzone z orbit, ciągną w przepaść, że to już śmierć i koniec wszystkiego…

Nie słyszała już później słów żadnych i nie widziała nikogo, prócz tej konającej kobiety. Jeszcze się chwilami chciała zerwać i uciec stąd, ale ten płomień woli przechodził tylko przez jej nerwy i nie uświadamiał się.

Tyle poprzednich wrażeń i ten cios w samo serce, zaćmiły jej mózg szaleństwem cichem. Pobladła straszliwie, siedziała jak martwa, wpatrzona w twarz konającej; te same strzępy myśli i obrazów kłębiły się jej pod czaszką, jak kiedyś; tak samo, jak kiedyś, zielonawa, ogromna masa wód zatapiała jej świadomość. Nie czuła nawet, że ją oderwano od starej i zepchnięto w kąt, gdzie stała nieruchoma i nieprzytomna.

Niedzielska konała; jakby czekała tylko ze śmiercią na Jankę. Złość i nienawiść trzymały ją przy życiu kilka godzin dłużej.

Teraz już się wszystko rozprzęgało.

Leżała sztywna, wyprostowana, z rękami na kołdrze, którą szarpała odruchowo i wpatrzona smętnemi źrenicami w górę, jakby w nieskończoność, w którą się staczała.

Gromnica żółtawe światło rozlewała po jej twarzy, operlonej potem ostatniego wytężenia i męką konania. Włosy siwe, rozsypane w nieładzie, tworzyły rodzaj tła, na którem tem silniej odbijała się sucha głowa konającej, wstrząsana bezprzytomnem, strasznem drganiem konania.

Dyszała ciężko i wolno, rzężała z wysiłkiem, chwytając powietrze sinemi ustami. Przekrzywiała chwilami twarz ze strasznie bolesnym kurczem ust i podnosiła rozwarte dłonie, jakby chciała rozerwać sobie gardło, aby zaczerpnąć więcej powietrza. Biały, obłożony gorączką język wysuwała spazmatycznie i tak w tem szamotaniu się ze śmiercią wyprężała się strasznie, że żyły, jak postronki czarne, naprężały się na jej skroniach i gardle.

Cisza pełną była płaczów i łkań klęczących i przejmującego jęku umierającej. Gorączkowo szeptane modlitwy, strumienie łez, szlochanie służącej i dzieci i cały i ten bolesny nastrój dusz, rozlewał w powietrzu tragizm okropny i wstrząsający.

Cienie w głębiach pokoju drgały, jakby pochłaniając to życie, co się tam rozlewało. Świeca na stoliku i gromnica rozlewały jakąś żółtość przenikającą bólem.

Pokój napełnił się zupełnie klęczącymi, tylko ta, co tam była wyprostowana, nieprzytomna i umierająca leżała jak tryumfatorka na swojem ostatniem posłaniu, królowała z tronu śmierci tym zgiętym do ziemi i żebrzącym zmiłowania.

Jakiś staruszek, siwy jak gołąb, przedarł się do łoża, ukląkł, wyjął książkę z kieszeni i przy świetle gromnicy czytał Psalmy pokutne.

Głos miał czysty i dźwięczny i te słowa psalmów, jak szmer tęczowy, jak błyski pełne trwogi, łez, potęgi, i łaski rozlewały się nad głowami wszystkich.

„Zmiłuj się nade mną Panie! bom chory jest; uzdrów mnie Panie! boć udręczon jestem”.

—–

„Tyś jest ucieczką moją w utrapieniu, które mnie ogarnęło. O Boże! wyrwij mnie z męki…”

—–

„Wiele jest biczów na grzesznika, ale ufającego w Panu, miłosierdzie ogarnie…”

—–

„Przyjaciele moi i blizcy moi, naprzeciwko mnie stanęli…”

—–

„A ci, którzy przy mnie byli, z daleka stali, a gwałt mi czynili i zdrady, cały dzień wymyślali…”

Dźwięki coraz mocniejsze rozchodziły się koliskami, niby powiew potęgi ogromnej, która chyliła czoła niżej i rzucała je w proch, ze łzami żalu, pokuty i prośby.

Powtarzali wszyscy za czytającym i ten szmer głosów zmieszanych, przesiąkłych łzami, monotonnych – wyrwał Jankę z odrętwienia.

Poczuła, że żyje jeszcze, uklękła w samym progu i spalonemi gorączką ustami szeptała te słodkie słowa, o których dawno zapomniała i brała z nich jakieś głębokie pocieszenie pełne smutku i rozrzewnienia.

„Obmyjesz mnie, a będę nad śnieg wybielony…”

—–

„Nie odwracaj oblicza Twego odemnie, boć będę podobnym do zstępującego do dołu…”

—–

„Zgubisz wszystkich, którzy dręczą dusżę moją, bo-m ja jest sługa Twój…”

Powtarzała żarliwie i łzy, jak perły toczyły się po jej twarzy i jakby łączyły się ze łzami wszystkich i obmywały jej duszę z bólów i pamięci, ale te łzy później tak zaczęły ją zalewać i dusić, że podniosła się cicho i wyszła.

Na ulicy spotkała Władka, biegnącego z pośpiechem i z trwogą; chciał się jej zapytać, ale poszła, nie spojrzawszy nawet na niego.

Nie czuła prawie nic, oprócz śmiertelnego zmęczenia.

Wstąpiła do oświetlonego kościoła świętej Anny na Krakowskiem Przedmieściu, usiadła w ławce i siedziała. Patrzyła na oświetlony ołtarz, na tłum ludzi klęczących, słyszała poważny głos organu, śpiew jakiś szeroki; widziała, że na nią patrzą ze ścian i z ołtarzy spokojne i szczęśliwe twarze świętych, ale nic nie odczuwała.

– Zgubisz wszystkich, którzy dręczą duszę moją. Zgubisz… zgubisz… – powtarzała bezmyślnie i wyszła z kościoła; nie, nie mogła się modlić, nie mogła.

Spała po tem wszystkiem, głuchym, kamiennym snem, bez marzeń i halucynacyi.

Na drugi dzień Cabiński dał jej dużą rolę po Mimi; przyjęła obojętnie. Tak samo obojętnie poszła na pogrzeb Niedzielskiej. Szła w końcu orszaku, nie zauważona przez nikogo; obojętnie patrzyła na tysiące grobów powązkowskich i na trumnę i nic się w niej nie poruszyło nawet na dźwięk płaczów u grobu.

Coś się w niej zerwało, jakby zdolność odczuwania tego, co się wkoło niej działo.

Wieczorem poszła na przedstawienie; ubrała się jak zwykle i siedziała bezmyślnie zapatrzona w szereg świec, poprzylepianych do stołów, na pozapisywane ściany, to na szeregi aktorek siedzących przed lustrami.

Sowińska kręciła się ciągle po garderobie i przyglądała się jej ciekawie.

Mówiły do niej, nie odpowiadała; zapadała co chwila w jakiś stan kataleptyczny, w którym się patrzy – nie widząc; żyje się – nie czując tego; a w głębi, na samem dnie mózgu miała odbicie konającej i tłoczyły się i syczały te szepty krwawe, pomieszane z słowami Psalmów pokutnych.

Drgnęła naraz, bo jakiś dźwięk głosu doszedł ją ze sceny; przemknęło jej przez myśl, że to pewnie Grzesikiewicz, podniosła się i poszła.

Władek stał na scenie i coś żywo rozmawiał z Majkowską, całując ją w obnażone ramiona.

Przystanęła w kulisie, bo jakieś uczucie bez nazwy, zimnem ostrzem prześlizgnęło się przez jej serce, ale przeszło prędko, budząc w niej pewną świadomość.

 

– Panie Niedzielski! – zawołała.

Aktor rzucił ramionami; po jego wygolonej twarzy przeleciał cień zniecierpliwienia i nudy; szepnął jeszcze do ucha Meli, zaśmiała się i wyszła, a on wolno, nie skrywając złego humoru, podszedł do niej.

– Chciałaś czego? – zapytał opryskliwie.

– Tak…

Chciała mu powiedzieć w chwilowym przypływie znękania, że jest nieszczęśliwą i chorą. Pragnęła usłyszeć jakieś cieplejsze słowo, czuła wprost potrzebę nieprzepartą poskarżenia się, popłakania na jakiejś piersi życzliwej, ale na ostry dźwięk jego głosu przypomniała sobie, ile wycierpiała przez niego, jaki on podły, więc te pragnienia jakby wcisnęła głębiej w siebie.

– Czy będziemy grać dzisiaj?

– Będziemy. W kasie jest ze sto rubli.

– Mów dla mnie o pieniądze.

– Cóż znowu! Na drwiny nie będę się wystawiać, zresztą zaraz idę do domu.

Spojrzała na niego i odezwała się cichym, bezdźwięcznym głosem.

– Odprowadzisz mnie, bo czuję się tak niedobrze.

– Nie mam czasu, muszę natychmiast lecieć do domu, bo tam już wszyscy czekają na mnie.

– Ach! jakiś ty podły, jakiś ty podły! – szepnęła.

Aktor cofnął się, nie wiedząc co pokazać w twarzy, śmiech, czy też udawać obrażonego.

– Do mnie to mówisz, do mnie, ty?…

Nie śmiał zakląć. Ta dziewczyna zawsze swoim wzrokiem pani i dumną twarzą nakazywała mu szacunek, wtłaczała mu niejako do gardła brutalstwa, jakiemi chciał zionąć na nią.

– Do ciebie! Jesteś podły! najpodlejszy z ludzi, słyszysz! najpodlejszy!

– Janciu! – zawołał, jakby się tem chciał zasłonić od jej zniewag.

– Zabraniam tak panu mówić do mnie, to mnie znieważa.

– Zwaryowałaś czy co? Cóż to za heca! – wykrztusił ze złością.

– Poznałam pana i pogardzam nim z całej duszy.

– Phi! Także patetyczną wybrałaś sobie rolę. Czy to na debiut w warszawskim?

Odpowiedziała spojrzeniem pogardy i odeszła.

Sowińska przybiegła do niej i z tajemniczą a okrutną litością szepnęła.

– Niechże się pani tak nie irytuje i nie trzeba się ściągać gorsetem.

– Dlaczego?

– Może szkodzić, bo to… bo… i resztę dopowiedziała jej do ucha.

Krew ją oblała rumieńcem wstydu, że Sowińska poznała jej stan, z którym się kryła. Nie miała już sił na odpowiedź, ani czasu, bo trzeba było iść na scenę.

Grali Emigracyę chłopską, w pierwszym akcie wchodziła jako „lud”.

W garderobie męskiej tego wieczoru wybuchnęła burza.

W antrakcie przed obrazem tak zwanym „Wigilijnym”, Topolski, grający Bartka Kozicę, posłał do Cabińskiego list, rodzaj ultimatum, żądając pięćdziesiąt rubli dla siebie i Majkowskiej, bo inaczej nie będzie grać dalej. Zanim mu Cabiński odpowiedział, zaczął się wolno i wyczekująco rozcharakteryzowywać.

Cabiński przyleciał prawie z płaczem.

– Dwadzieścia rubli dam. O ludzie! ludzie!…

– Pięćdziesiąt dasz – gramy dalej, a nie, to – odkleił jeden wąs i zaczął ściągać botforty.

– Jezus Marya! Człowieku, ależ w kasie wszystkiego jest ze sto rubli, na koszta ledwie starczy.

– Pięćdziesiąt rubli i to natychmiast, bo będziesz sam kończył sztukę, albo oddawał pieniądze publiczności – mówił spokojnie Topolski, ściągając drugi botfort.

– Myślałem dotychczas, że chociaż ty jeden jesteś człowiekiem! Pomyśl, co ty nam robisz wszystkim.

– Widzisz dyrektor, rozbieram się.

Antrakt się przeciągał, publiczność już krzyczeć i tupać zaczynała.

– Nie, prędzej śmierci bym się spodziewał. Ty, najlepszy przyjaciel, ty…

– Mój dyrektorze, bez gadania. Możesz sobie wszystkich okpiwać, ale ja się nie pozwolę.

– Nie mam; jak ci teraz dam trzydzieści rubli, to już nie będzie czem teatru zapłacić – krzyczał rozpaczliwie Cabiński, biegając po garderobie.

– Powiedziałem: idziemy zaraz do domu…

W ogródku robiło się istotne piekło krzyków i świstów.

– Dobrze, masz pięćdziesiąt rubli, masz, rabujesz własnych kolegów, ale ciebie to nic nie obchodzi, bo będziesz miał za co założyć towarzystwo. Masz! ale z nami już kwita!

– Nie martw się o moje towarzystwo, zostawię ci miejsce maszynisty.

– Prędzej ty u mnie będziesz palta podawał, nim ja będę w twojem towarzystwie.

– Milcz błaźnie!

– Zawołam policyi, to cię zaraz uspokoi – krzyczał jak wściekły Cabiński.

– Ja cię zaraz uspokoję, cyrkowcze – krzyknął Topolski, dokompletowawszy już garderoby i schwycił Cabińskiego za kołnierz, kopnął go i wyrzucił z garderoby; sam pobiegł na scenę.

Przedstawienia dokończono spokojnie, ale znowu przed kasą zaczęły się kłótnie.

Stali zbitą gromadą, że tylko głowy i twarze świecące się od szmalcu, jakim zmywali charakteryzacye, widać było w świetle.

Wszyscy krzyczeli o pieniądze i żądali wypłaty zaległości. Pięście się wyciągały do okienka groźnie, spojrzenia rzucały błyskawice i głosy aż chrypły od wytężenia.

Cabiński jeszcze czerwony i drżący od tej zniewagi niedawnej, kłócił się z każdym i wymyślał, chcąc tylko dawać zwykłe akonta.

– Kto nie chce, niech idzie do Topolskiego. – Wszystko mi jedno.

Janka podsunęła się pod okienko.

– Dyrektorze, obiecał mi dzisiaj dać dyrektor.

– Nie mam!

– Ale ja także nie mam – prosiła cicho.

– Innym nie daję, a tak natarczywie się nie upominają.

– Panie Cabiński, ja prawie umieram z nędzy – powiedziała prosto.

– To zarób sobie pani. Wszystkie dają sobie jakoś radę… Lubię naiwne, ale na scenie… Komedyantka! Idź pani do Topolskiego, to da forszus.

– O! z pewnością Topolski nie pozwoli swojemu towarzystwu cierpieć nędzy i zapłaci, co się komu należy, nie będzie ludzi oszukiwał – wybuchnęła energicznie.

– To możesz pani zaraz iść do niego i u mnie nie pokazywać się więcej – zawołał ze złością, do pasyi doprowadzony wzmianką o Topolskim.

– Słuchaj-no dyrektor, psiatwarz! – zaczął Glas, ale Janka nie słuchała już dalej i przedzierając się przez tłum, wyszła.

– Zarób sobie…

Szła ulicami prawie pustemi. Światło latarń miało jakąś gromniczną żółtość, posępną i oświecało pustkę i ciszę, jaka zalegała ulice i zaułki.

Głęboki granat nieba rozciągał się nad miastem, niby olbrzymi paldament, poprzetykany gwiazdami, świecącemi jasno. Ulicami zawiewał wiatr chłodny i przejmował ją do kości zimnem.

– Zarób sobie… – powtórzyła przed Wielkim teatrem, przystając. Przyszła tutaj bezwiednie.

Gmach pociemniały, jakby zasypiający w ciszy nocy, stał mocno, szeregi kolumn majaczyły w cieniach ponurymi konturami.

Popatrzyła na niego i poszła z powrotem.

Ból nieznośny, niby obręczą rozpaloną, ściskał jej głowę; była tak znękaną, że miała chwilami nieprzepartą chęć usiąść gdzie nad rynsztokiem i siedzieć. To znowu uczuwała się w stanie takiej rozpaczliwej świadomości nędzy swojej, że gotową się była oddać pierwszemu lepszemu, gdyby tego zażądał i gdyby tylko mogła się pozbyć tego drżenia w sobie bolesnego, tego prawie zamierania, jakie czuła.

Wlokła się ulicami ociężale, bo już nie wiedziała, co robić ze sobą i ten chłód nocy, cisza i to śmiertelne zmęczenie, dawały jej jakąś rozkosz bólu. Przed oczyma jej snuły się tylko jakieś widma, jakieś błyski, że nie wiedziała gdzie jest, co się z nią dzieje. Czuła tylko to jedno, że dłużej nie wytrzyma.

– Co dalej? – pytała się bezmyślnie, patrząc przed siebie.

Cisza miasta usypiającego i cisza przestrzeni granatowej była jakby odpowiedzią.

Czuła, że coraz szybciej, szybciej stacza się po jakiejś pochyłości, leci już, a tam w końcu tej drogi, majaczy przed nią rozkrzyżowany trup Niedzielskiej.

– Śmierć! – odpowiada sobie – Śmierć!… i wpatrywała się w tę twarz srogą, ale już martwą, ze łzami zastygłemi na policzkach i nie trwoga ją ogarniała, ale cisza wielka.

Oglądała się dookoła, jakby przyczyn tej głębokiej ciszy szukała obok siebie.

Myślała jeszcze o ojcu, o teatrze, o sobie, ale tak, jakby o rzeczach, które może widziała kiedyś, o których może czytała.

– Co dalej? – pytała się głośno, kiedy się znowu znalazła w domu; nie mogła już po prostu zobaczyć, ani wyobrazić sobie tego jutra.

– W tym stanie nie mogę być w teatrze, nie mogę być nigdzie; ale co dalej? to zapytanie, które się jej bezwiednie wyrywało, biło ją raz po raz niby obuchem w głowę.

Dzień się zrobił i zalewał pokój mętnem światłem, a ona jeszcze siedziała na dawnem miejscu i wpadniętemi głęboko oczami, ustami czarnemi, od gorączki szeptała, zapatrzona bezmyślnie w okno.

– Co dalej? Co dalej?