Komediantka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Komediantka
Komediantka
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– „Niech kawaler zadeklamuje jaki wierszyk, naprzykład „Staś na sukni zrobił plamę…”, „Noc była ciemna…”, coś z wypisów Łukaszewskiego…” – powiedział cicho, systematycznie obrzynając kartofle.

Nie zrozumiałem ironii, bo się niebo otworzyło przede mną. Deklamować przed nim!… Marzyłem przecież o tem… sądziłem, że go olśnię i zachwycę, bo przecież wszystkie moje kuzynki i całe gimnazyum unosiło się nad moim głosem.

– To jeszcze z tamtych czasów pozostał ci pociąg do krzyków?…

– Glas, nie przeszkadzaj…

– Ha! myślę, trzeba się od razu pokazać!… i choć drżałem ze wzruszenia, stanąłem w tragicznej postawie i zaczynam… no cóżby?… Czarny szal, który wtedy był modnym… Przebiłem się przez tremę i z miejsca uniósł mnie patos, łamię się, wykręcam stawy, krzyczę, wybucham niby Otello, syczę nienawiścią jak samowar i skończyłem, oblany potem…

– „Jeszcze co?” – rzekł, obierając wciąż kartofle i ani jeden muskuł twarzy nie zdradził, co myśli o tem.

Zdawało mi się, że idzie dobrze i wybieram Hagarę; jadę na całego: rozpaczam, jak Niobe, przeklinam niby Lear… błagam, grożę i w rozdenerwowaniu kończę, a on mówi:

– „Jeszcze!”

Dał spokój kartoflom i zabrał się do siekania mięsa.

Olśniony już tem przyzwoleniem i zachętą, jaką zdawałem się słyszeć w jego głosie, wybieram z Mazepy Słowackiego tę scenę w więzieniu z czwartego aktu, i mówię ją całą…

Jęczę za Amelię, ględzę za Chmarę, przeklinam za Zbigniewa, huczę za Wojewodę… Wkładam w to tyle uczucia, tyle głosu, że aż chrypnę; włosy mi powstają na głowie, drżę, zapominam, gdzie jestem, natchnienie mnie unosi, ogień bucha ze mnie, bucha jak z pieca; łzy mam w głosie, kolki z wysiłku pod piersiami, a gadam… Już Amelię przekląłem, sponiewierałem, szarpię się z bólu i miłości; kończę akt czwarty i jak potok walę z piątym. Tragiczność mnie porywa, podnosi pod sufit nieomal, pokój zaczyna mi tańcować, w oczach robi się kolorowo, brak mi już tchu – słabnę, wzruszenie mnie dławi, dusza mi opada kawałami – omdlewam…

Wtem – on kichać zaczyna i łzy obciera rękawem.

Przestałem mówić.

On cebulę, jaką krajał, położył, dzbanek mi w rękę wcisnął i najspokojniej mówi do mnie:

– „Przynieś-no mi wody…”

Przyniosłem.

Nalał kartofle, wstawił je na maszynkę i zapalił knot.

Nieśmiało go pytam, czy mogę przychodzić na lekcye?

– „Przychodź, przychodź!… – odrzekł. – Zamieciesz mi, przyniesiesz wody. A umiesz ty po chińsku?…”

– „Nie!” – odpowiadam, nie wiedząc, do czego zmierza.

– „To się naucz, a jak będziesz już umiał, przyjdź do mnie; pogadamy wtedy o teatrze!”

Wyszedłem zrozpaczony, ale mnie to wcale nie ostudziło. Chwili tej nigdy w życiu nie zapomnę!…

– Nie roztkliwiaj się, na piwo już Głogowski nie poleci.

– Mówcie, co chcecie, ale tylko przez sztukę życie coś warte.

– I nie widział się pan już więcej z Rychterem? – spytała ciekawie Janka.

– Przecież nie nauczył się jeszcze po chińsku…

– Nie, nie byłem; a zresztą, jak mnie wypędzili ze szkoły, uciekłem zaraz z domu i zaangażowałem się do Krzyżanowskiego.

– Byłeś u Krzysia?…

– Cały rok chodziłem z nim, z jego żoną, z nieśmiertelnym Leosiem, jego synem i jeszcze jedną krowientą: mówię.„chodziłem”, bo innych sposobów lokomocyi bardzo rzadko używaliśmy. Jeść bardzo często nie było co, ale grywać i deklamować mogłem tyle, ile tylko chciałem. Repertuar miałem ogromny. W cztery osoby grywaliśmy Szekspira i Szyllera, najcudaczniej przerobionych dla naszego użytku przez Krzysia, który, prócz tego, miał bardzo wiele sztuk własnych, o potrójnych lub poczwórnych tytułach. Krzyżanowski sam je nosił, w dużej skrzynce i nieraz na popasach mawiał, klepiąc pudło:

– Tu, albo Szekspir, albo Molier jest polski. Bieda, głupstwo!… kiedy się ma zapewnioną nieśmiertelność. Leoś, pamiętaj, co ojciec mówi!

Zaczęli się wszyscy śmiać serdecznie.

Jankę dotknął przykro ten śmiech i przypomniał jej Stanisławskiego, odezwała się więc energicznie:

– Tak bardzo nie jest śmieszną nędza i poniewierka talentu.

– O, tak, bratnia duszo! tak!… To był apostoł sztuki, geniusz bez całych butów i… okoliczności!… Szekspir podwórzowy! Talma karczemny!… – wołał patetycznie Glas.

– Hołota! bydło! szubrawcy! i licz aż do dwudziestu! – mruczał Głogowski, bo garderoba aż się trzęsła z wesołości.

– Jakie my z nim kumedye puskali, jak ja miał swoją kompanię, to ha!.. Wy i widzieć już takich nie będziecie! – rzekł gorzko inspicyent.

Zaczęli drwić i prześladować go tą galicyjską „kompanią”.

– Komedyanty jesteście, nie artysty!… – zawołał rozgniewany inspicyent i wyszedł na ogródek.

Zaczęli po kolei opowiadać najrozmaitsze kawały, bo ten temat był niewyczerpany i zawsze znajdował mówców i chętnych słuchaczy.

Deszcz wciąż padał i na świecie było coraz zimniej i posępniej, więc się skupili ściślej i opowiadali.

Wtem przerwały im głośne krzyki, dochodzące ze sceny.

– Cicho! co to?… Aha! Majkowska contra Topolski; scena wolnej miłości.

Janka wyszła, żeby zobaczyć, co się tam dzieje.

Na scenie, prawie ciemnej, kłóciła się bohaterska para towarzystwa.

– Gdzie-żeś był?! – krzyczała Majkowska, przyskakując do niego z pięściami.

– Daj mi spokój, Mela.

– Gdzie-żeś był przez całą noc?

– Proszę cię, odejdź… Kiedyś chora, to idź do domu.

– Grałeś, co?… a ja sukni nie mam! Kolacyi nie miałam sobie wczoraj za co kupić!…

– Dlaczegoś nie chciała?…

– A! tybyś chciał, ja wiem! Tybyś chciał, ażebym ja miała pieniądze, miałbyś grać za co… Pomagałbyś mi nawet mieć pieniądze… nikczemnik! podły!

Rzuciła się na niego nerwowo i zajadle. Piękna, posągowa jej twarz pałała rozdrażnieniem, a z gardła zaciśniętego wydobywały się krótkie, przeciągłe sykania. Wpadła w paroksyzm histeryi: pochwyciła go za ramię, szczypała i trzęsła nim, nie wiedząc sama, co robi.

Topolski, zniecierpliwiony, uderzył ją i odepchnął od siebie gwałtownie.

Majkowska, prawie z rykiem, tak głos jej nie miał nic ludzkiego, przerywanym śmiechem i płaczem, z tragicznem załamaniem się, upadła przed nim na kolana.

– Moryś!… kochanku duszy mojej, przebacz!… Słońce moje!… ha! ha! ha! Psiakrew łajdaku! ty!… ty!… Najdroższy mój, przebacz mi!…

Przyczołgała mu się do nóg, pochwyciła go za ręce i zaczęła je z uniesieniem całować.

Topolski stał chmurny; żal mu jej było i wstyd własnego uniesienia, więc tylko gryzł papierosa i szeptał cicho:

– Wstań-że… nie graj komedyi… Chyba nie masz wstydu!… Zaraz się tutaj wszyscy zlecą…

Przybiegła matka Majkowskiej, stara, podobna do wiedźmy kobieta; usiłowała ją podnieść z ziemi.

– Mela! córuchno!

– Niech matka zabierze tę waryatkę; robi tylko skandale… – rzekł Topolski i wyszedł na ogródek.

– Córuchno!… a widzisz… mówiłam, prosiłam, nie bierz go… taki fatygant! Nie umie cię uszanować i jeszcze ci tylko zdrowie niszczy, a tamten… Masz, kochanie, Melciu! Wstań, dzieciąteczko, wstań!

– Idź matka do choroby! – zawołała Majkowska.

Odtrąciła starą, zerwała się z ziemi, wytarła sobie twarz i zaczęła szybko chodzić po scenie.

Musiała w ten gwałtowny ruch wyładować z siebie resztę złości, bo zaczęła nucić i uśmiechała się do siebie, a później zawołała do Janki najnaturalniejszym głosem:

– Może pani pójdzie ze mną na miasto?…

– Dobrze, nawet deszcz już przestał padać… – odpowiedziała Janka, spoglądając na jej twarz.

– Co! to mam soliterka… widziała pani?

– Widziałam i… nie mogę jeszcze stłumić oburzenia.

– I… głupstwo!

– Wiele już rzeczy zrozumiałam z trudem w teatrze i wytłómaczyłam sobie, jak mogłam, ale takiej sceny nie potrafię. Jakto! pani możesz znieść coś podobnego?…

– Za bardzo go kocham, aby zważać na takie bagatelki.

Janka zaczęła się śmiać nerwowo.

– Tylko w operetce można coś podobnego zobaczyć, no i za kulisami.

– Ba, ja się zemszczę!

– Pani się zemści?… Ciekawam bardzo… bo jabym nigdy, nigdy nie darowała.

– Wyjdę za niego… Musi się ze mną ożenić.

– To będzie zemsta? – zawołała zdumiona Janka.

– Nie potrzeba lepszej. Już ja mu urządzę życie! Wie pani, wstąpmy najpierw do cukierni, muszę kupić czekolady…

– Nie miałaś pani na kolacyę!… – zawołała mimo woli Janka.

– Ha! ha! toś pani jeszcze naiwna… ha! ha! Widziałaś pani tego, co mi bukiety przysyła i myślisz, że jestem bez grosza! ha! ha! Gdzieżeś się pani taka uchowała? To wprost pyszne!…

I znowu śmiała się jak waryatka, aż się przechodnie na ulicy oglądali za niemi; zmieniła nagle ton mowy i zapytała ciekawie;

– Masz pani kogo?…

– Mam… sztukę! – odpowiedziała Janka poważnie, nie obrażona nawet zapytaniem, bo wiedziała, że to są rzeczy dość zwykłe w teatrze.

– Jesteś pani albo bardzo ambitną, albo bardzo mądrą… nie znałam pani… – rzekła Majkowska i zaczęła przysłuchiwać się jej uważniej.

– Ambitną, być może! bo mam tylko jeden cel w teatrze: sztukę.

– Nie graj-że pani ze mną farsy! ha! ha! Sztuka: cel życia! to motyw do pysznego kupletu, choć stary kawał.

– Jak dla kogo…

Majkowska zamilkła; zaczęła nad czemś rozmyślać chmurnie, bo przeczuwała w niej rywalkę i do tego groźną, przez swoją inteligencyę.

– Ledwiem dogonił panie! – zawołał ktoś za niemi.

– Mecenas tutaj?… nie na służbie?… – szepnęła złośliwie Majkowska, bo zawsze chodził z dyrektorową.

– Chcę zmienić panią… właśnie szukam miejsca.

– U mnie ciężkie obowiązki.

– O, to dziękuję!… jestem już za stary… Znam kogoś, coby był względniejszym na moje lata.

I skłonił się z wyszukaną grzecznością przed Janką.

– Idzie mecenas z nami?

– Owszem, ale panie pozwolą, że ja poprowadzę.

– Zawsze zgoda.

– Proponuję śniadanie w „Wersalu”.

– Ja muszę wrócić – rzekła Janka – przecież nie skończyli jeszcze czytania sztuki.

 

– Skończą i bez pani. Chodźmy.

Szli wolno, bo deszcz ustał zupełnie i lipcowe słońce osuszało błoto ulic.

Mecenas się szastał, zaglądał w oczy Jance i uśmiechał się znacząco; kłaniał się znajomym i wobec młodych przechodniów przybierał minę zwycięzcy.

W „Wersalu” było pusto. Rozsiedli się przy balustradzie i mecenas zarządził dosyć wykwintne śniadanie.

Janka żenowała się trochę z początku, ale widząc, że Majkowska zachowuje się z taką swobodą jak zawsze, odzyskała humor i nie zwracała uwagi na garsonów, ani na spoglądających z uśmiechem przechodniów.

Mecenas usługiwał tylko Jance, nie odstępował jej ani na krok i sypał komplementami, z których się Majkowska śmiała głośno. Jankę trochę to dziwiło, ale później tak się jej te zabiegi wydały komiczne, że śmiała się serdecznie razem z Melą.

Śniadanie było doskonałe, wina wyborne i słońce tak wesoło przyświecało, że czuła, iż przenika ją jakieś ciepło denerwujące i że to tak dobrze siedzieć bez troski i bez myśli żadnej i bawić się, ale swoją drogą przypomniała próbę.

– Niech czekają! Cóż to, ja się będę do nich dopasowywać!

Majkowska bywała często despotyczną z kaprysu, a wtedy trzęsła teatrem i zmuszała, żeby wystawiano takie sztuki, w którychby mogła się popisywać. Cabiński ulegał, bo musiał i bał się, żeby w środku sezonu nie rozbiła mu towarzystwa swojem wystąpieniem z niego z Topolskim.

Już było po trzeciej, gdy wróciły do teatru. Próba z dzisiejszego przedstawienia była w pełni.

Cabiński chciał im coś grymasić, ale Majkowska spojrzała na niego takim miażdżącym wzrokiem, że się tylko skrzywił i odszedł.

Matka przybiegła do niej z jakimś listem. Majkowska przeczytała, nakreśliła zaraz kilka słów odpowiedzi i oddała starej.

– Niech matka to odniesie, tylko zaraz.

– Mela, a jak go nie będzie?… – zapytała stara.

– Niech matka poczeka, a oddać samemu… Ma tu matka na to…

I prztyknąwszy się w krtań po pijacku, dała jej czterdziestówkę.

Zielonkowate oczy starej rozbłysły wdzięcznością, pocałowała córkę w rękę i pobiegła.

Janka szukała Głogowskiego, ale już go nie było, więc poszła do krzeseł, do mecenasa, który z powrotem przyszedł z niemi, bo się jej przypomniało owo wróżenie kiedyś z ręki.

– Panie mecenasie… jest mi pan coś dłużnym… – zaczęła, siadając obok niego.

– Ja?… ja?… dalibóg, nie przypominam sobie… czybym…

– Obiecał mi mecenas powiedzieć to, co pan zobaczył wtedy na mojej ręce…

– Pamiętam, ale muszę jeszcze raz zobaczyć…

– Ale nie tutaj. Chodźmy już lepiej do garderoby, to nikt przynajmniej uwagi nie zwróci…

Poszli do garderoby chórzystek.

Mecenas oglądał obie jej ręce szczegółowo i dosyć długo, a wkońcu rzekł nieco zaambarasowany:

– Słowo honoru daję, że po raz pierwszy widzę takie dziwne ręce… Nie wiem doprawdy, czy…

– Ale proszę powiedzieć wszystko i absolutnie nic nie ukrywać. Widzi mecenas, choćby się śmiano ze mnie, ale powiem, że prawie wierzę w takie wróżby, jak wierzę w sny niektóre i przeczucia… Może to śmieszne, ale wierzę.

– Nie mogę powiedzieć, a zresztą, ja sam nie jestem przekonany, czy to prawda.

– Wszystko jedno, czy prawda lub nie, ale mecenas mi musi koniecznie powiedzieć, mój złoty mecenasie! Obiecuję mecenasowi solennie, że nie wezmę tego, co usłyszę, do serca – prosiła pieszczotliwie Janka, podniecona ciekawością i jakimś strachem niewytłómaczonym.

– Czeka panią jakaś choroba, jakby mózgowa… Ja nie wiem, nie wierzę w to, daję pani słowo honoru. Mówię, co widzę, ale… ale…

– A teatr? – spytała.

– Będzie pani sławną… będzie pani bardzo sławną! – szepnął prędko, nie patrząc na nią.

– Nie prawda; tego pan tam nie zobaczył!… – rzekła, wyczytawszy mu kłamstwo z oczów.

– Słowo! słowo honoru, jest tam to wszystko!… Dojdzie pani, ale przez tyle cierpień, przez tyle łez.. Strzeż się pani marzeń.

– Niechby przez wszystkie piekła, byle dojść! – powiedziała silnie, z błyskawicami w oczach.

– Niech pani pozwoli sobie służyć zawsze radą, pomocą przyjazną. Serca ludzkie są po to, żeby się wspierały wzajemnie…

I pocałował ją w rękę z szacunkiem.

– Dziękuję, pójdę sama; jeżeli będę nieszczęśliwa, to także sama. Dziękuję panu bardzo, ale litości nigdybym nie zniosła od ludzi, a pan chciałby być dla mnie litościwym…

Gwar kilkudziesięciu osób, splątany z tonami muzyki, dopłynął z dołu i wdarł się w ciszę, w jakiej się pogrążyli oboje.

Mecenas ścisnął rękę Janki i odchodząc powiedział:

– Niech pani w to nie wierzy, ale niech się pani strzeże wody!…

Siedziała jeszcze chwilę sama, targana niewyraźnemi przeczuciami, co były jakąś obawą i bólem jednocześnie, a potem zeszła na dół.

Poszła do domu, zjadła obiad, czytała nawet coś, a wciąż słyszała te przepowiednie.

– Ciekawam, co to będzie i jak?… – myślała, chodząc niespokojnie po pokoju.

– „Będzie pani bardzo sławną!… Strzeż się pani marzeń!” – powtarzała.

–Głupstwo!… rozdenerwowałam się niepotrzebnie! – dodawała.

Ale tak łatwo nie mogła się pozbyć tych ciemnych przeczuć, co się kłębiły gdzieś pod świadomością jeszcze.

– Będę sławną!…

Uśmiechała się, powtarzając wolno i rozciągle te słowa.

– „Strzeż się pani marzeń!…”

Siedziała później i myślała nad sobą.

Przepatrywała ten cały czas, jaki była w teatrze, tak dokładnie, że widziała prawie dzień po dniu, scenę po scenie.

– Com zrobiła?… – zapytała siebie samej, obrywając prawie zwiędły bukiet Grzesikiewicza.

– Jestem w teatrze – odpowiadała.

I zarysował się znowu w jej mózgu ten cały świat, w którym żyła, i wydał się jej dziwnym, bardzo dziwnym w zestawieniu z tym swoim dawnym światem. Oglądała obydwa jakby z wysokości jakiejś i uczuła, że sama jest jakby na rozdrożu i że dwa te światy mają inne ruchy i inne centra przyciągające.

Myślała długo nad swoją przyszłością, tylko jakoś nieświadomie, bała się zagłębiać w myślach i stawiać jakieś wyraźniejsze przypuszczenia, gdyż czuła, że ją zaraz jakaś ciemność chwyta i zaczyna krępować jej myśli.

Zajęła się jakiemś szyciem i powoli myśli jej przybrały inny kierunek. Wytrzeźwiała prawie i choć myślała jeszcze czasami o tych wróżbach mecenasa, one już nie czyniły na niej takiego wrażenia.

Wieczorem tegoż dnia przysłał jej mecenas za kulisy przez posłańca bukiet, pudełko cukierków i list, zapraszający na kolacyę do „Sielanki”, wzmiankując, że będzie i Majkowska z Topolskim.

Przeczytała i, nie wiedząc co począć, zapytała Sowińskiej.

– Bukiet sprzedać, cukierki zjeść i pójść na kolacyę.

– Pani mi radzi?…

Sowińska pogardliwie zżymnęła ramionami i odpowiedziała szorstko:

– I!… prędzej, czy później to musi być… Wszystkie jesteście…

Nie dokończyła zdania i wyszła.

Janka ze złością bukiet rzuciła w kąt, cukierki rozdała i po przedstawieniu poszła prosto do domu, oburzona niezmiernie na mecenasa, który jej się wydawał bardzo poważnym i zacnym człowiekiem.

Na drugi dzień, na próbie, Majkowska odezwała się do niej z przekąsem:

– Jesteś pani niepokalaną… romantyczką.

– Nie, tylko powinnam szanować swoją godność ludzką.

– „Żebyś była czystą jak śnieg, nie ujdziesz potwarzy… Idź do klasztoru!” – zadeklamowała Mela.

– Nie dbam o opinię; tylko wobec siebie chcę pozostać czystą… Każdy brud jest mi wstrętnym i nawet dla dopięcia swoich marzeń nie zrobiłabym podłości.

– Phi! żebym ja wiedziała, co to jest podłość, brud i tym podobne wyrazy, i czy dają jaką porządną frajdę, to zaraz zaczęłabym używać tego rano i wieczór, w miejsce masła do bułek.

Popatrzyły sobie w oczy z uśmiechniętą pogardą i rozeszły się.

Janka zaczynała czuć głęboką niechęć do koleżanek, połączoną nawet z pewnym wstrętem. Znała już je wszystkie doskonale, tak, że wydawały się jej gromadą papug, tak były bezmyślne, złe i głupie. Irytowały ją swoją wieczną paplaniną o strojach i mężczyznach. Przejmowały ją wprost gniewem ich twarze uśmiechnięte i myśli swobodne. Ona, co śmiała się bardzo rzadko i to tylko ustami, a prawie nigdy sercem, nie mogła znieść wesołości, powstającej z byle czego.

Poszła na lekcyę do Cabińskiej, ale nie mogła zapomnieć tego pogardliwego zżymnięcia ramion Sowińskiej i słów dzisiejszych Majkowskiej.

– „Choćbyś była czystą jak śnieg, nie ujdziesz potwarzy. Idź do klasztoru!” – powtórzyła kilka razy, ale uderzyło ją nie pierwsze zdanie, tylko drugie.

– Nie, nie!… – mówiła, odpychając od siebie jakieś widma ze wstrętem.

Skończyła lekcyę i długo potem grała nocturny Chopinowskie, znajdując w ich melancholii jakąś ulgę na własne smutki.

– Panno Janino!… Mąż tu zostawił rolę dla pani!… – zawołała dyrektorowa z drugiego pokoju.

Janka zamknęła fortepian i zaczęła przeglądać tę rolę. Rola ta składała się z kilkudziesięciu wyrazów ze sztuki Głogowskiego i nie zadawalniała jej wcale, gdyż była małym tylko epizodem, ale serce jej zadrgało żywiej, bo to miał być pierwszy występ prawdziwy.

Sztukę odłożono, do przyszłego czwartku i miano z niej robić codziennie po południu próby, bo Głogowski prosił o to i fundował wszystkim codziennie, byle się tylko ról uczyli.

W kilka dni po otrzymaniu tej pierwszej roli, skończył się miesiąc mieszkania Janki u Sowińskiej. Przypomniała jej o tem stara rano, prosząc o pieniądze jak można najprędzej.

Janka dała jej dziesięć rubli, obiecując solennie zapłacić resztę w przeciągu kilku dni, bo miału wszystkiego już kilka rubli zaledwie.

Obliczyła się i ze zdumieniem myślała, gdzie ona wydała i na co w przeciągu pięciu tygodni, coś około dwustu rubli, z którymi przyjechała z Bukowca.

– Jak to będzie dalej? – szeptała, postanawiając jak najprędzej mówić Cabińskiemu o zaległą gażę.

Zrobiła to zaraz na pierwszej próbie.

Cabiński skoczył, jakby go kto chciał zamordować.

– Nie mam, jak Boga kocham, nie mam! Zresztą… początkującym adeptkom za pierwsze miesiące nie płacę nigdy. Hm! dziwne, że pani nikt nie objaśnił. Drugie cały sezon są i nie kołaczą mi głowy gażą… Powinno pani tymczasowo starczyć to, że jesteś pani w pierwszorzędnem towarzystwie. Hm!… zresztą… pani się coś tam podobno należy za lekcye?…

Słuchała ze strachem i odezwała się po prostu:

– Panie dyrektorze! ale ja za tydzień już żyć nie będę miała z czego… Nie mówiłam dotychczas nic, bo miałam pieniądze jeszcze z domu.

– A ten stary… mecenas… nie może to dać?… przecież wiadomo, że…

– Dyrektorze!… – szepnęła, oblewając się rumieńcem.

– Mascotta!… – mruknął, złośliwie ściągając usta.

Przemocą stłumiła w sobie oburzenie i mówiła:

– Dziesięć rubli potrzebuję tymczasem koniecznie: muszę sobie kupić kostyum do Chamów.

– Dziesięć rubli?… ha! ha! ha! Paradna pani jesteś! Majkowska nawet nie bierze tyle od razu! Dziesięć rubli!… Lubię taką naiwność!…

Śmiał się serdecznie, a potem rzucił jej na odchodnem:

– Niech mi pani przypomni wieczorem, to dam kwit do kasy.

Wieczorem dostała rubla.

Zamyśliła się smutnie, bo zrozumiała, że bieda stoi już za drzwiami, że jeszcze czas jakiś, a zajrzą sobie w oczy.

Wiedziała dobrze o tem, że chórzystki po najlepszem przedstawieniu dostawały 50 kopiejek akonta, a zwyczajnie dwa złote lub czterdzieści groszy. Przypomniała sobie dopiero teraz te smutne i znękane twarze starszych aktorek.

Zobaczyła teraz wiele takich rzeczy, których przedtem nie widziała, albo widząc, nie zastanawiała się nad niemi. Jej własny brak otworzył jej szeroko oczy na biedę, jaka gniotła wszystkich, na te skryte szamotania się z nią codziennie, pokrywane często wesołością jaskrawą na próbach i przedstawieniach.

Ta sztuczna wesołość, pozowanie, błazeństwa, to były tylko pozory, albo raczej, to była druga twarz tych ludzi, może nawet prawdziwsza; ale zobaczyła po tem smutne, z dnia na dzień pędzone życie wśród zgryzot i walki nieustannej. Poczuła, że sama zaczyna zstępować aż do tych nizin, na których toczyła się ustawiczna walka wszystkich przeciw wszystkim i przeciw każdemu, ktoby chciał przyjść, zabrać rolę i uszczuplić akonto.

Była dotychczas widzem zaledwie, teraz sama musiała wziąć udział w walce.

Odczuwała bezwiednie, jak ten grunt teatralny jest ruchomym, jak trzeba się silnie trzymać, aby nie upaść innym pod nogi i iść po nim naprzód. Ile to trzeba zużyć sił, woli, ile przenieść, jak nie zważać na nic i nikogo, aby módz dojść…

– Dojść, dojdę!… – odpowiadała z mocą tym ponurym obrazom, przesuwającym się konturami tylko w jej mózgu; bo przychodziły jej na pamięć wróżby mecenasa.

Te, już teraz codzienne, wystawania pod kasą po przedstawieniu i ta prawie żebranina o pieniądze, rzuciła jakiś cień na jej duszę i przesączyła ją goryczą.

 

Tem usilniej pragnęła dostać jaką większą rolę, żeby się wydostać z tego wstrętnego chóru, nie mogła się o nią doprosić i to ją bolało niewymownie i upokarzało głęboko.

Kotlicki krążył koło niej ustawicznie; nie ponawiał oświadczyn, ale czekał.

Władek był dla niej najwięcej koleżeńskim ze wszystkich i głośno opowiadał, że odwiedza jego matkę.

Janka istotnie była kilka razy u Niedzielskiej, bo się nie mogła wymówić zaproszeniom starej, z którą bardzo często spotykała się, to w teatrze, to na ulicy. Niedzielska wciąż śledziła Władeczka, bo go już podejrzywała o skłonność ku niej.

Janka grzeczności i półsłówka Władka przyjmowała obojętnie, tak, jak przyjmowała pełne wyszukanego szacunku spojrzenia i słowa Kotlickiego, jak przyjmowała bukiety i cukierki od mecenasa, które jej codziennie przysyłał.

Żaden z tych trzech, cichych wielbicieli, nie obchodził jej ani trochę; trzymała ich od siebie z daleka chłodem.

Aktorki drwiły z jej nieugiętości, a po cichu zazdrościły szczerze.

Nie odpowiadała im na uwagi uszczypliwe, żeby nie wywoływać jeszcze większego potoku drwin.

Lubiła jedynie Głogowskiego, który z racyi wystawienia swojej sztuki, przesiadywał całymi dniami w teatrzyku. Wyróżniał ją głośno ze wszystkich kobiet i tylko z nią rozmawiał o ważniejszych rzeczach i tylko ją traktował, jak człowieka. Pochlebiało to jej bardzo i była mu za to wdzięczną. Lubiła go za paradoksalność i szczerość, z jaką jej mówił nieraz o najdrażliwszych kwestyach społecznych, no, i nigdy nie wspominał jej o miłości i nie blagował.

Często chodzili razem na spacery do Łazienek.

Była z nim na stopie szczerej przyjaźni; traktowała go nie jak mężczyznę, ale jak duszę większą, której obce są wszelkie marne drobnostki.

Po generalnej próbie z Chamów, wyszedł z nią razem z teatru.

Głogowski był tego dnia chmurniejszym, niż zwykle, częściej mówił: „niech zdechnę” i „licz aż do dwudziestu”. Niespokojność nim rzucała o wieczór a jednak śmiał się głośno.

– Może się przejedziemy belgijską kobyłą do Botaniki. Dobrze?…

Janka skinęła głową przyzwalająco i pojechali.

Znaleźli wolne miejsce obok basenu, pod klonem olbrzymim i siedzieli czas jakiś w milczeniu.

Pusto było dosyć w ogrodzie. Kilkanaście osób, niby cienie, majaczyło po ławkach w upalnem powietrzu. Ostatnie róże świeciły barwami przez zieleń nizko opuszczonych gałęzi; zapach lewkonii z głównego klombu rozchodził się jakby prądami coraz mocniejszej woni. Ptaki zrzadka ćwierkały w gęstwinie sennymi głosami. Drzewa stały nieruchome, jakby zasłuchane w tej słonecznej ciszy dnia sierpniowego. Czasami tylko jakiś liść lub gałązka sucha spływała spiralną linią na trawniki. Złote plamy słońca, przeciekającego przez gałęzie, tworzyły na trawie ruchomą mozajkę, lśniły się, jak płaty bladej platyny.

– Niech dyabli wezmą wszystko! – rzucał chwilami w ciszę Głogowski i wichrzył zapamiętale włosy.

Janka spoglądała tylko na niego i żal się jej robiło słowami mącić ten spokój, jaki ją owiewał; tę ciszę przyrody, usypiającej z nadmiaru ciepła, i rozmarzała ją czułość jakaś nieznana i nie związana z żadną rzeczą, ale płynąca, chyba z przestrzeni, z błękitu, z białych, przejrzystych chmur, snujących się wolno i z czarniawej zieleni drzew.

Oddychała z rozkoszą wonią lewkonii, ale ile razy spojrzała na Głogowskiego, który nie mógł usiedzieć spokojnie, tylko się rzucał, spoglądał na nią, targał włosy, tyle razy przychodziła jej jedna myśl uparcie: że on chce wyznać jej swoją miłość.

– Mów pani co, bo oszaleję, wścieknę się… – wykrzyknął nagle.

Roześmiała się, tak był w tej chwili komicznym i bardzo dalekim od marzeń o miłości.

– Mówmy, chociażby o… wieczorze…

– Chce mnie pani struć do reszty?… Niech zdechnę, ale chyba nie wytrzymam do wieczora!…

– Przecież pan mi mówił, że to nie pierwsza sztuka, więc…

– Tak, ale mnie zawsze przy każdej trzęsie febra, bo zawsze widzę w ostatniej chwili, że napisałem świństwo, łajdactwo, tandetę.

– Ja nie mam pretensyi do znawstwa, ale mnie się sztuka podobała ogromnie, bo taka szczera…

– Co, na seryo? – zawołał z odcieniem ukontentowania w głosie.

– Wie pan przecież, że wprost nie śmiałabym skłamać.

– Bo, widzi pani, powiedziałem sobie, że jak ta sztuka klapnie, to… niech zdechnę, ale…

– Rzucisz pan pisanie?

– Nie, ale znikam z horyzontu na kilka miesięcy, i piszę drugą… Piszę drugą, trzecią… piszę dotąd, aż muszę stworzyć zupełnie dobrą, muszę!… Choćbym miał z tego zdechnąć, napiszę!… Gotów jestem wstąpić do teaatru, aby go lepiej poznać i zrozumieć… Pani myśli, że to można przestać pisać?… można się wściec, zabić, zdechnąć, ale przestać pisać!?… o, tegobym nie potrafił. No, bo proszę pani, po cóż jabym żył?… – dorzucił i zapatrzył się przed siebie.

Jego jasna twarz, rysy nieregularne i ostre, miały wyraz natężonego zdziwienia, jakby teraz dopiero pierwszy raz postawił sobie pytanie: po co by żył, gdyby pisać przestał?…

– Jak pani uważa, Majkowska dobrą będzie Antką co? – zapytał nagle.

– Zdaje mi się, że ta rola leży w jej charakterze.

– Moryś także będzie niezły, ale reszta… nędza i wystawa pod psem! No! i klapa pewna!…

– Mimi wcale nie zna chłopów i śmiesznie mówi dyalektem.

– Słyszałem i aż mnie wątroba zabolała! Pani zna chłopów?… A! jak Boga kocham! – zawołał gwałtownie – czemu pani tej roli nie gra?…

– No, bo mi jej nie dali.

– Czemu mi pani nie powiedziała wcześniej?… Niech zdechnę, alebym teatr rozwalił i musiałaby pani grać!… Wszystko się spiknęło na moich biednych Chamów i pani mnie jeszcze dożyna!

– Nie śmiałam panu mówić, a zresztą dyrektor dał mi Filipową.

– Kompars, epizod… mógł wziąć ktokolwiek. Niech zdechnę, ale już czuję, że Mimi będzie gadać jak subretka z operetki… Co mi pani narobiła… Jezus, Marya! Jeżeli pani myśli, że życie to piękna operetka, to się pani myli!

– Wiem już coś o tem… – odpowiedziała, uśmiechając się cierpko.

– Dotychczas jeszcze pani nic nie wie… pozna pani później. Zresztą kobietom idzie zwykle łatwiej; sam los często wobec pań bywa galantem: podaje rękę i przeprowadza w trudniejszych miejscach. My musimy ciężko wydzierać część swoją i płacić za marny zysk. Bóg wie, jak drogo.

– A kobiety niczem nie płacą?

– Widzi pani, jest tak: że kobiety, a szczególniej na scenie, to część minimalną powodzenia winny swojemu talentowi – sobie; drugą kochankom, którzy je protegują, a resztę galanteryi mężczyzn, którzy mają nadzieję protegować je kiedyś…

Janka, pomimo, że się czuła dotkniętą, nic nie odpowiedziała, bo się jej błyskawicznie zarysowała Majkowska, a za nią Topolski, Mimi i Wawrzecki w cieniu, Kaczkowska i jeden z dziennikarzy i tak dalej, prawie wszystkie, więc spuściła głowę dosyć smutnie i milczała.

– Niech się pani na mnie nie gniewa, bo to się jej jeszcze nie tyczy. Stwierdziłem tylko fakt, jaki mi się nasunął na myśl.

– Nie, nie gniewam się, bo przyznaję panu zupełną słuszność.

– Z panią tak nie będzie, ja to czuję.. Chodźmy już!… – zawołał nagle, zrywając się z ławki.

– Jeszcze coś powiem… – rzekł Głogowski, kiedy już szli alejami z powrotem. – Powiem to, co i pierwszego dnia, w którym poznałem panią, na Bielanach: zostańmy przyjaciółmi!… Niema co, ale człowiek jest bydlęciem stadowem: potrzebuje zawsze mieć kogoś niedaleko siebie, żeby mu było jakotako na świecie… Człowiek nie stoi samotnie; musi się opierać, zazębiać o drugich, musi łączyć swoje istnienie z drugiemi, iść razem i czuć razem, żeby mógł coś robić… Jużci, że najzupełniej wystarcza jedna dusza spowinowacona. Zostańmy przyjaciółmi!…

– Dobrze – odpowiedziała Janka – ale postawię jeden warunek.

– Prędzej na miłość Boską, bo go może nie przyjmę!

– Oto… niech mi pan da słowo honoru, że mi pan nigdy, nigdy nie będzie mówił o miłości, że się pan nie zakochasz we mnie i będziesz ze mną postępował, jak z młodszym trochę kolegą. Możesz się pan nawet zwierzać z miłości i wszelkich zawodów sercowych.

– Zgoda na całej linii; pieczętuję to uroczystem słowem honoru! – wołał uradowany Głogowski. – Moje warunki są takie: szczerość zupełna i bezwzględna, zaufanie nieograniczone… Amen!

Uścisnęli sobie poważnie ręce.

– Jest to związek dusz czystych, w celach idealnych! – śmiał się, mrugając oczyma. – Jestem teraz tak czegoś wesół, że wziąłbym własną głowę i ucałował serdecznie.

– To przeczuwanie zwycięstwa… Chamów.

– Niech mi pani o tem nie przypomina. Ja wiem, co mnie czeka. Muszę już panią pożegnać…

– Nie odprowadzi mnie pan do samego mieszkania?

– Nie… a zresztą dobrze, ale będę mówił o… miłości! – zawołał wesoło.

– No, to już do widzenia! Niech Pan Bóg strzeże pana od takich kłamstw.