Komediantka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Komediantka
Komediantka
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Łagodna zieleń brzegów, woda lśniąca się pasmami, jakąś połyskliwą miękkością atłasu, kołysanie lekkie łodzi, i rytmiczne uderzanie wioseł i ta melancholia, jaka się podnosiła z przestrzeni, przyciszyła wszystkich.

Ucichli i siedzieli jakby rozmarzeni milczeniem.

Można było siedzieć i nic nie myśleć, i nic nie czuć nad rozkosz życia zawieszonego w kontemplacyi. Tak było dobrze płynąć i rozmyślać o niczem.

– Nie wrócę! – myślała Janka, powracając automatycznie do tego słowa; wpatrywała się w sinawą przestrzeń, goniła okiem fale, co uciekały w dal z pośpiechem. – Nie wrócę!

Czuła, że ją samotność ogarnia szerszemi jeszcze ramionami i otacza pustką; patrzyła się w nią hardo. Żal jej, ojciec, Grzesikiewicz, wszyscy dawni znajomi, cała jej przeszłość zdawała się płynąć daleko za nią, że ich widziała już słabo w szarej mgle oddalenia, i że tylko czasami jakiś akcent prośby czy płaczu dolatywał do niej niby echo.

– Nie! nie miałaby sił zawrócić i płynąć pod ten prąd, z jakim płynęła naprzód. Ale czuła także, że jakieś łzy spływają na jej serce i rozpalają je goryczą.

Wysiedli na Bielanach w przystani statków i szli wolno pod górę.

Janka poszła naprzód z Kotlickim, który jej nie odstępował.

– Jest mi pani winną odpowiedź – powiedział po chwili, przybierając czuły wyraz twarzy.

– Odpowiedziałam panu wczoraj, a dzisiaj pan mi jest winien wyjaśnienie – mówiła twardo, bo teraz, po tej niedawnej rozmowie z Grzesikiewiczem, po tylu wzruszeniach, uczuła do niego jakąś nienawiść fizyczną po prostu; wydał jej się wstrętnym i bezczelnym.

– Wyjaśnienie?… Czy można czemś objaśnić miłość, analizować uczucie?… – zaczął mówić, niespokojnie zagryzając wązkie usta. Nie podobał mu się ton jej głosu.

– Bądźmy szczerzy, bo to, co pan powiedział… – zawołała porywczo.

– …Jest właśnie szczerością.

– Nie, jest tylko komedyą! – rzuciła ostro i miała ochotę uderzyć go w twarz.

– Obraża mnie pani… Można wierzyć, nie podzielając nawet czyjegoś uczucia – mówił ciszej, ażeby idący za nimi nie usłyszeli.

– Proszę pana! Powiem panu, że ta komedya nie tylko mnie nudzi, ale i gniewać zaczyna. Jestem jeszcze za mało aktorką-histeryczką, a za dużo zwykłą i normalną kobietą, żebym się lubowała w takiej grze… Mnie nigdy matka, ani ciotki lub opiekunki nie uczyły sekretów na postępowanie z mężczyznami i nie ostrzegały mnie przed ich fałszem, albo podłością. Ja to sama za prędko zobaczyłam i oglądam to codziennie za kulisami. Pan sądzi, że można każdej kobiecie, która jest w teatrze, śmiało mówić o swojej miłości, ot, tak sobie… a może się uda!… Aktorki są takie zabawne i takie głupie, nieprawdaż?… – mówiła z zaciętością nieubłaganą.

– Czyby pan śmiał powiedzieć mi to samo, gdybym była w domu?… Nie, nie powiedziałbyś pan tego, nie kochając naprawdę, gdyż tam byłabym dla pana kobietą, a tutaj jestem tylko aktorką; bo tam wreszcie byłby za mną jakiś ojciec, matka, brat, albo jakiś konwenans, któryby zabraniał panu popełnić podłość względem młodej i może naiwnej dziewczyny… Ale tutaj nie zawahał się pan ani na chwilę, bo jakżeż!… tutaj jestem samą i aktorką, to jest taką kobietą, której można bezkarnie mówić kłamstwa, którą można bezkarnie wziąć, potem rzucić i iść dalej, nie tracąc nic ze swojej opinii człowieka uczciwego i honorowego!… O, możesz pan być pewnym, panie Kotlicki, że nie zostanę pańską kochanką, że nie zostanę niczyją, jeźli nikogo kochać nie będę… Dużo, za dużo już myślałam, żebym się dała uwodzić frazesom! – mówiła prędko, a słowa jej ostre, brutalne nawet, spadały jak cięcia topora na jego głowę.

Upokorzyła go tak głęboko, że ledwie był w stanie słuchać, drżał z niecierpliwości i spoglądał na nią zdumiony. Nie znał jej, ani przez chwilę nie przypuszczał, że może znaleźć jakąś aktorkę, coby mu takie rzeczy powiedziała prosto w oczy. Przypłaszczał się, mrużył oczy i zacinał się coraz bardziej, tak mu się ogromnie podobała. Porywała go swoją siłą i uczciwością, bo po tych słowach, po jej twarzy, odbijającej najdokładniej wszystkie wewnętrzne wrażenia, po szczerych akcentach jej głosu poznawał, że to jest uczciwa i niepospolita dziewczyna; a do tego była tak piękna!

– Bat był rzemienny, z ołowiankami na końcu… Biła pani z kobiecą zaciekłością winnych i niewinnych —powiedział Kotlicki, a widząc, że Janka nie odpowiada, dodał po chwili:

– Czy pani jeszcze za mało?… Gdyby można podczas całego tego aktu całować rączki pani, to proszę o ciąg dalszy…

Widząc jej zasępioną minę, chciał obrócić wszystko w żart.

– Kotlicki!… Czekajcie-no państwo i pomóżcie nieść koszyki! – zawołał Wawrzecki, w chwili, kiedy Janka przystanęła bezwiednie i byłaby rzuciła Kotlickiemu w twarz jaki silny wyraz swojej pogardy, ale nie zdążyła.

Mężczyźni nieśli koszyki z prowiantami; wszyscy szli stromym brzegiem, upatrując dogodnego miejsca na rozbicie obozowiska.

Las stał pusty i szumiał cicho młodemi liśćmi dębów i krzakami jałowcu.

Rozłożyli się pod grupą zielonych dębów. Las stał za nimi cichy, a w dole Wisła bełkotała falami, rozbijającemi się o brzegi i błyszczała w słońcu.

Po pierwszych wódkach i przekąskach ożywili się wszyscy.

– No! teraz wypijmy zdrowie inicyatorów wycieczki! – zawołał Głogowski, nalewając kieliszki.

– Lepiej pijmy za powodzenie pańskiej sztuki.

– Nie, to jej nie pomoże… i tak zrobi klapę…

– Możeby teraz Topolski opowiedział nam swój tajemniczy plan – mówił Kotlicki, spokojnie rozciągnięty na pledzie, prawie obok Janki.

– Dajcież teraz pokój!… Zjemy dobrze, podpijemy lepiej jeszcze, to dopiero wtedy. Może tam panie rozwiążą sepeciki i dadzą co przedniego – zawołał Wawrzecki.

Rozłożono na trawę serwetę, wyładowano rozmaite specyały i ustawiono je wśród śmiechów, bo Mimi nie mogła dać sobie rady, a Majkowska nie chciała jej pomagać. Dopiero Janka z Głogowskim urządzili wszystko porządnie.

– Pięknie, a herbata?… – zawołała Janka.

Kotlicki się zerwał.

– Herbata jest, samowar jest, tylko pan przyniesiesz wody. Pójdźmy po nią do Wisły! – zawołała Majkowska, wytrząsając węgle z jakiegoś dzbanka.

Kotlicki skrzywił się trochę, ale poszedł. Nastawiono w kilka minut samowar, w czem mistrzem prawdziwym okazał się Głogowski.

– To moja specyalność! – krzyczał, dmuchając jak miech. – A trzeba paniom wiedzieć, że często, częściej, aniżeli mi się to podoba, brakuje mi węgli, otóż wtedy występuje na jaw mój geniusz wynalazczy: nastawiam papierem lub wreszcie jakąś deseczkę z podłogi trochę się uskubnie i herbata być musi.

– Nie możesz pan sobie kupić maszynki benzynowej?…

– Ba! lubię tylko familijne instrumenty… a po drugie, jak mi zbraknie benzyny, to przecież deseczka, choćby z kanapy, nic nie pomoże.

– Musisz pan prowadzić bardzo urozmaicone życie! – rzekł ze śmiechem Topolski.

– Troszeczkę! troszeczkę… ale żeby to tak smakowało, to nie powiem.

– Ogłaszam wszem wobec i każdemu z osobna, że zaczyna się gotować!… Zabawcie się panie w Heby.

Janka ponalewała wszystkim herbaty i sama, ze szklanką w ręku, usiadła nieopodal Mimi.

– Jest teraz sposobna pora do gadania – rzucił Kotlicki.

– Mów, Topolski… Słuchamy w skupieniu! – wołał Wawrzecki.

– Zakładam towarzystwo dramatyczne – zaczął Topolski.

– Dam ci jedyny sposób na to: angażuje się kilkanaścioro teatralnego narodu obietnicą wielkiej gaży, daje się małe forszusy; szuka się kasyerki tak mądrej, żeby miała kaucyę i tak dalece naiwnej, żeby ją złożyła, bierze się rzeczy towarzystwa, wysyła się je za zaliczeniem – no i gotowe, można się już rozbić, a za dwa miesiące powtórzyć to samo, aż do skutku.

– Wawrzek, nie błaznuj! – zawołał zirytowany Topolski, pijąc jeden kieliszek po drugim. – Takie towarzystwo stworzy każdy idyota, każdy Cabiński. Mnie nie potrzeba bandy, która się rozleci zaraz, jak jej kto mignie forszusem, tylko organizacyi silnej, z planem pewnym, organizacyi mocnej, jak mur!…

– Rozbijałeś sam nieraz towarzystwa i jeszcze myślisz, że z aktorami trafisz kiedy do ładu?…

– Jestem tego pewny. Słuchajcie! robię tak: warunek pierwszy, z pięć tysięcy rubli na początek: wyławiam ze wszystkich towarzystw najlepsze siły, osób najwięcej ze trzydzieści; płacę średnio, ale rzetelnie; wyznaczam feu, dywidendy…

– No, no, daj-no pan pokój z marzeniami o dywidendzie! – mruknął Kotlicki.

– Będzie dywidenda! musi być! – wołał Topolski, zapalając się coraz bardziej. – Wybieram sztuki: szereg rzeczy typowych i klasycznych; to będą mury i fundamenta mojego gmachu; dalej wszystkie poważniejsze nowości i wszystkie sztuki ludowo, ale precz z operetką, precz z błazeństwem, precz z cyrkiem, precz ze wszystkiem, co nie jest naprawdę sztuką!

– Chcę mieć teatr, a nie szopkę! – wołał coraz głośniej – artystów, a nie klownów!.. Niema popisów na scenie!… całość, to mój ideał! prawda na scenie, to mój cel! Teatr jest to ołtarz! przedstawienia, to misterya święte na cześć bóstwa! Obecny teatr, to błazeństwo!… Jeszcze nie wiem, czego potrzeba, aby stworzyć teatr wzorowy, doskonały, ale już chwilami czuję, że go stworzę, bo ten obecny jest śmieszny, jest budą dla dzieci, w której się pokazują maryonetki wypchane frazesami. Teatr był kiedyś instytucyą religijną, był kultem i musi napowrót nim być!…

Zakaszlał się tak gwałtownie, że mu wszystkie żyły na szyi ponabrzmiewały, jak postronki. Kaszlał długo, potem się napił wódki i znowu mówił, ale już ciszej i wolniej, nie patrząc na nikogo i nie widząc nic poza tem marzeniem całego swego życia, które im opowiadał w krótkich i pogmatwanych zdaniach.

– Trzeba wyrzucić wszystkie obecne imitacye, fałszywe i głupie: paldamenta, kulisy, malowane zwierciadła i t. p. tandetę kuglarską. Jeżeli ma być salon na scenie, to niech-że on będzie naprawdę salonem; jeśli ma być bal, to niechże tańczą, flirtują, cisną się, niech to będzie bal rzeczywisty, a nie imitowny: obora, to niech będzie obora ze wszystkiem, najdokładniejsza, nie już utopia, ale rzeczywistość… A gra na scenie! bo to grają! deklamują, markują ludzi rzeczywistych, mizdrzą się ze sztuką, paplą jak dzieci lekcyę pamięciową. Aktor powinien zapomnieć, że patrzy na niego publiczność; że on się nie popisuje, jak błazen, ale że odtwarza tajemnice życia, że sam nie jest celem, tylko środkiem, narzędziem… Artysta powinien zejść na plan drugi zawsze, bo zawsze mówi przez niego idea – autor. Tak, zakładam prawdziwe towarzystwo artystów, tworzę prawdziwy teatr, grywam prawdziwe dzieła talentu i natchnienia i z takiem towarzystwem idę w świat – zobaczycie powodzenie! Objeżdżam kraj, potem Europę – zobaczycie tryumf!… Zdobędę Amerykę! Zobaczycie zwycięstwo sztuki prawdziwej! – wołał prawie nieprzytomny, ochrypły, porwany olśnieniem tej walki przyszłej i zwycięstwa.

 

Podnosił ramiona w górę, jak do zdruzgotania wszystkiego, co nie było sztuką prawdziwą, rozbijał sobie pierś pięścią, uśmiechał się do przyszłości, rzucał się naprzód, wstrząsał całym światem, zapalał wszystko płomieniem szczytnego szału duszy i pędził już naprzód jak wódz i reformator, jak niczem niepowstrzymana energia i żądza czynu… Znikły mu z przed oczu Bielany, towarzysze, wszystko, czuł się sam jeden wobec wszystkiego; skrzydła rosły mu u ramion i szybował w górę – do ideału!

Kotlicki, którego ta mowa, pełna zapału ale i nielogiczności, nie porwała ani na chwilę tak, jak resztę towarzystwa, powiedział:

– Spóźniłeś się pan trochę. Antoine w Paryżu już to samo zrobił dosyć dawno; to są jego myśli…

– Nie, to jest moja myśl, moje marzenie; od dwudziestu lat to już noszę w sobie! – zawołał Topolski, posiniawszy nagle, jak od uderzenia piorunu i patrząc się błędnie na Kotlickiego.

– Cóż z tego, kiedy te marzenia już inni urzeczywistnili w części i dali im swoje nazwisko…

– Złodzieje! ukradli mi myśl! ukradli mi myśl! – krzyczał Topolski i upadł nieprzytomny na trawnik, ukrył głowę w dłoniach i przez ciężkie, spazmatyczne łkania i bełkot pijacki szeptał:

– Ukradli mi myśl!… Ratujcie! ukradli mi myśl!….. i łkał, rzucając się po trawie, jak dziecko rozżalone.

– Nie w tem, że ta myśl już jest znana, widzę niemożebność urzeczywistnienia projektu – zaczął spokojnie Głogowski – tylko w tem, że publiczność nasza nie dorosła jeszcze do takiego teatru i nie odczuwa potrzeby takiej sceny. Tymczasem dawajcie im dalej farsę, gdzie będą kozły i fikania, na pół nagi balet, kankanowe wycia, trochę zdawkowej, kuchennej czułostkowości, kupa frazesów na temat cnoty, moralności, rodziny, obowiązków, miłości i…

– Licz aż do dwudziestu…

– Jaka publiczność, takie teatry; jedno warte drugiego! – odezwała się Majkowska.

– Kto chce mieć tłum i chce nad nim panować, musi się pochlebiać i robić to, co ten tłum chce; dawać mu to, czego potrzebuje; musi być wprzód jego niewolnikiem, aby potem zostać panem – mówił Kotlicki powoli i z namaszczeniem.

– Ja-bo powiadam: nie! Nie chcę ulegać motłochowi i nie chcę mu panować; wolę iść sam…

– Pyszne stanowisko! można kpić z niego ze wszystkich do syta.

– Żeby podcinać batem i jednym mówić: głupi! drugim: podli!

– Panno Janino, proszę o herbatę! – zawołał zaperzony już Głogowski; poruszył się gwałtownie, rzucił kapeluszem o drzewo i gorączkowo wichrzył rzadką czuprynę.

– Jesteś pan zawsze siarczystym radykałem swojego chowu – rzekł z dobroduszną ironią Kotlicki.

– A pan jesteś, niech zdechnę, rybą, foką, wielorybem…

– Licz do dwudziestu!

– Piękne argumenty!… masz pan tutaj lepszy… – zawołał Wawrzecki, podając mu swoją laskę.

Głogowski powstrzymał się, popatrzył przez chwilę i zaczął pić herbatę.

Majkowska słuchała w milczeniu, a Mimi, rozciągnięta na palcie Wawrzeckiego, spała w najlepsze.

Janka podawała wszystkim herbatę i nie traciła ani słowa z rozmowy. Zapomniała już o Grzesikiewiczu, o ojcu, o rozmowie z Kotlickim; pochłaniały ją podnoszone kwestye, a marzenia Topolskiego olśniły swoją fantastycznością. Absorbowały ją zupełnie takie ogólniejsze rozmowy o sztuce i artystycznych kwestyach.

– Cóż będzie z towarzystwem? – zapytała Topolskiego, podnoszącego głowę.

– Będzie… musi być! – odpowiedział Topolski.

– Ręczę pani, że będzie – odezwał się Kotlicki – nie takie, jakiego chce Topolski, ale takie, jakie będzie możliwie najlepsze. Można będzie nawet wprowadzić pewien postęp, jako urozmaicenie i siłę atrakcyjną, ale reformowanie teatru zostawmy komu innemu; na to trzeba setek tysięcy rubli i trzeba to przeprowadzić w Paryżu.

– Reforma teatrów nie wyjdzie od dyrektorów, a twórczość dramatyczna dzisiejsza, co to właściwie jest?… szukanie czegoś po omacku, wietrzenie psie, łażenie bez celu, lub skoki… Musi przyjść geniusz, co to zrobi; ja go już przeczuwam!…

– Jakto? nie wystarcza obecnych arcydzieł aby stworzyć teatr wzorowy? – spytała Janka.

– Nie… te arcydzieła są w czasie przeszłym arcydziełami; nam potrzeba innych utworów. Dla nas te arcydzieła są bardzo poważną archeologią, którą dobrze oglądać w muzeach i gabinetach.

– Więc Szekspir, to archeologia?

– Sza!… nie mówmy o nim; to jest cały wszechświat: można go tylko rozważać, ale nie pojmować…

– A Szyller?…

– Utopista i klasyk: echo encyklopedystów i rewolucyi francuskiej. Jest to szlachetność, porządek, doktrynerstwo szwabskie, deklamacya patetyczna i nudna.

– A Goethe?… – rzuciła Janka, której się bardzo podobały paradoksalne definicye Głogowskiego.

– To znaczy: tylko Faust, ale Faust, to maszyna tak skomplikowana, że od śmierci wynalazcy nikt nie umie jej nakręcić i puścić w ruch. Komentatorzy ją pchają, rozbierają składowe części, czyszczą, odkurzają, ale maszyna stoi i zaczyna ją coś niecoś jeść rdza… Zresztą, to wściekła arystokracya. Ten pan Faust, to nie jest przedewszystkiem idealny typ człowieka, ale eksperymentator; to tylko mózg jednego z tych rabinów uczonych, którzy całe życie myślą nad tem: jak wchodzić do bóżnicy, prawą nogą czy lewą; to wiwisektor, a że przy doświadczeniu pękło serce Małgorzaty, że mu groziła koza i że krótki wzrok nie pozwalał mu zobaczyć nic poza pracownią i retortami, więc sobie zrobił sport z narzekania i ględził, że życie jest podłe, a wiedza nic nie warta. Naprawdę, trzeba wielkiej, prawdziwie niemieckiej arogancji, żeby mając naprzykład katar, twierdzić, że go mają wszyscy, albo mieć go powinni…

– Wolę takie wesołe kawały, niż pańskie mądre sztuki – szepnął Kotlicki.

– Panie… a Shelley? a Byron? – pytała Janka rozciekawiona.

– Wolę głupstwo, gdy zabiera nawet głos, niż gdyby coś robić chciało – rzucił prędko Głogowski.

– Aha, Byron!… Byron, to maszyna parowa, produkująca buntowniczą energię; lord, któremu było źle w Anglii, źle w Wenecyi z Suiciollą, bo choć miał ciepło i pieniądze, nudził się. Jest to buntownik-indywidualista, mocna bestya pasyą; pan, który się ciągle wścieka i wszystkie siły cudownego talentu zużywa na to, aby na złość robić swoim nieprzyjaciołom. Policzkował Anglię arcydziełami. Jest to potężny protestant z nudów i w osobistej sprawie.

– A Shelley?

– Shelley znowu, to boskie gadanie dla publiczności Saturna; poeta żywiołów, nie dla nas ludzi.

Głogowski zamilkł i poszedł sobie nalać herbaty.

– Słuchamy jeszcze; przynajmniej ja czekam dalszego ciągu z upragnieniem – mówiła Janka.

– Dobrze, ale będę przeskakiwał, żeby prędzej skończyć.

– Z warunkiem nie brząkania dzwonkami i bicia w tamburyn.

– Kotlicki, bądź cicho! Ty jesteś marny filister, typowy przedstawiciel swojego podłego gatunku i nie masz głosu, kiedy ludzie mówią!

– Dajcież panowie pokój, bo ja spać nie mogę – prosiła żałośnie Mimi.

– Tak, tak, bo to wcale nie zabawne! – rzekła Majkowska, ziewając potężnie.

Wawrzecki zaczął znowu nalewać kieliszki. Głogowski przysunął się do Janki i z zapałem wykładał jej swoją teoryę.

– Ibsen jest dla mnie dziwnym; on zapowiada kogoś potężniejszego, jest jakby zorzą przed wschodem słońca. A najnowsi, okrzyczani, przereklamowani Niemcy: Suderman i spółka, to głośne gadanie o małych rzeczach. Chcą przekonywać świat, że dajmy na to: noszenie majtek na szelkach nie jest koniecznem, bo można je nosić czasami bez szelek…

– Więc doszliśmy do tego – wtrącił Kotlicki —że już niema nikogo. Jeden dostał po głowie, drugi w bok, trzeci nogą bardzo grzecznie…

– Nie, panie, jestem ja! – odpowiedział Głogowski, kłaniając się komicznie.

– Zwaliliśmy gmachy dla… bańki mydlanej.

– Może tak, ale że i w bańkach mydlanych odbija się słońce…

– To napijmy się jeszcze wódki! – odezwał się Topolski, milczący dotychczas.

– Za drzwi ze wszystkiem!… Pijmy i nie myślmy!

– To ostatnie jest twojem streszczeniem, Wawrzecki!

– Pijmy i kochajmy! – podniósł głos Kotlicki, ożywiając się i dzwoniąc kieliszkiem w butelkę.

– Zgoda, jakem Głogowski, zgoda, bo jeno kochanie stanowi duszę świata!

– Czekajcie, zaśpiewam wam coś o miłości…

 
A kochajżeż mnie kochaj
A kiedy mnie napoczął —
A nie daj opłakiwać,
A moim modrym oczom
hu ha!
 

– Brawo, Wawrzek!

Ożywili się wszyscy i już nic nie roztrząsano, tylko paplano, co ślina przyniosła.

– Zacni i zacne!… Chmurzy się na niebie, a na ziemi już pustki w butelkach. Zmykajmy.

– A jak?

– Pójdziemy pieszo, jest co najwyżej mila do Warszawy.

– A koszyki?

– Wynajmiemy jakiego drabanta… Idę się tem zająć – zawołał Wawrzecki i pobiegł w kierunku klasztoru.

Zanim wrócił, już wszyscy byli gotowi do drogi. Nastrój podniósł się jeszcze, bo Mimi tańczyła z Głogowskim walca na trawniku. Topolski był tak pijany, że ciągle rozmawiał ze sobą, albo kłócił się z Majkowską. Kotlicki uśmiechał się i trzymał się blizko Janki, rozbawionej i wesołej niezmiernie. Uśmiechała się do niego i rozmawiała, nie pamiętając prawie jego oświadczyn. Był pewnym, że to wrażenie ześlizgnęło się tylko po jej duszy i przepadło w niepamięci.

Szli bezładnie, jak z wycieczki.

Janka z liści dębowych wiła wieniec, a Kotlicki jej pomagał i bawił ją pikantnemi uwagami. Słuchała, ale gdy weszli w las większy, prawdziwy, zarośnięty u dołu krzakami, spoważniała i przyglądała się tak radośnie drzewom, z taką pieszczotą dotykała się pni i gałęzi, tak się jej usta i oczy rozjaśniły radością jakąś, że Kotlicki zapytał, wskazując na las:

– Pewnie dobrzy znajomi?…

– Dobrzy, serdeczni i nie komedyanci – odpowiedziała z lekką ironią w głosie.

– Pani ma mściwą pamięć. Nie wierzy pani i nie przebacza… Pragnę tylko jednego: abym mógł przekonać panią…

– Niech się pan ożeni ze mną! – zawołała szybko, zwracając się do niego.

– Proszę o rękę pani! – odpowiedział w tym samym tonie.

Spojrzeli sobie prosto w oczy i spochmurnieli. Janka zmarszczyła brwi i zaczęła bezwiednie rwać zębami niedokończony wieniec, a on spuścił głowę i zamilkł.

– Chodźmy prędzej, bo się spóźnimy na przedstawienie.

– Więc jutro czytana próba z mojej sztuki?…

– Właściwie, to dopiero czytanie sztuki, gdyż Dobek nie skończył jeszcze rozpisywania ról…

– Jezu! a kiedyż wystawicie?…

– Nie bój się pan! i tak dość wcześnie wygwiżdżą cię filistrzy! – dogryzał mu Kotlicki.

– Wystawimy w przyszły wtorek, za tydzień… przynajmniej ja tak chcę!… – mówił Topolski.

– Czyli, ściśle licząc, zostanie na próby i uczenie się ról ze cztery dni. Nikt nie będzie umiał, nikt nie zdąży opracować roli jako tako… Przecież to istne zabójstwo, zabójstwo!

– Zafundujesz pan Dobkowi parę wódek, a on sztukę poprowadzi.

– Tak, będzie krzyczał za wszystkich… To już lepiej ogłosić, że odbędzie się czytanie sztuki.

– O mnie możesz pan być spokojny, nauczę się roli.

– I ja także.

– Wiem, że panie zawsze umieją role, ale mężczyźni…

– Mężczyźni i bez uczenia się grać będą dobrze. Wiesz pan, że Glas nigdy, ale to nigdy nie uczy się roli; kilka prób obznajmiają go z sytuacjami sztuki, a resztę robi sufler.

– To też i tak gra!

– Co pan chcesz, to dobry aktor, wcale niezły komik.

– Tak, bo zawsze improwizuje błazeństwa i tem wszelkie „sypki” pokrywa.

– Proszę o odpowiedź zupełnie na seryo. Czy te ostatnie słowa były żartem, czy też wyrazem pani życzeń, warunkiem?… – szeptał znowu Kotlicki, któremu jakaś myśl przyszła do głowy.

– Każdy rodzaj jest dobrym, byleby nie był… nudnym. Zna pan to? – odpowiedziała zniecierpliwiona.

– Dziękuję! będę pamiętał… ale zna pani to: cierpliwość jest pierwszym warunkiem powodzenia.

Zmrużył oczy, pochylił głowę w ukłonie i cofnął się w tył. Miał bezczelną pewność siebie i bądź cobądź, postanowił czekać.

 

Kotlicki nie był jednym z tych, których kobieta może odpędzić od siebie pogardą, albo wprost zniewagą. Wszystko przyjmował i skrzętnie składał w pamięci na przyszły rachunek. Był to człowiek, który pogardzał kobietą, który wszystkim mówił w oczy otwarcie wszystko i który zawsze pożądał kobiet i miłości. Nie zważał na to, że jest brzydkim, bo wiedział, że jest dosyć bogatym na to, aby kupić sobie każdą, której zapragnie. Należał on do gatunku – gotowych do wszystkiego.

Teraz szedł i uśmiechał się do jakiejś myśli, strącając laską przydrożne chwasty.

Pociemniało i deszcz zaczął padać wielkiemi kroplami.

– Zmokniemy, jak kury! – zaśmiała się Mimi otwierając parasolkę.

– Panno Janino, służę pani swoim deszczochronem – wołał Głogowski.

– Bardzo dziękuję, o ile mogę, nie używam żadnej ochrony przed deszczem; lubię pasyami moknąć na deszczu.

– Ma pani instynkta… – urwał nagle i komicznie przysłonił sobie usta.

– Niech-że pan skończy… proszę pana o to…

– Ma pani rybio-gęsie instynkta. Ciekawa rzecz, z czego to się rozwinęło w pani?…

Janka uśmiechnęła się, bo przypomniała sobie dawne wycieczki swoje jesienne lub zimowe w największe burze i nawałnice i odpowiedziała wesoło:

– Lubię takie rzeczy. Jestem przyzwyczajona od dziecka znosić deszcze i niepogody… przepadam po prostu za każdą burzą.

– Ognista krew, coś atawistycznego, fantazya i t. d.

– Tylko przyzwyczajenie lub potrzeba wewnętrzna, która się rozrosła do stopnia namiętności.

Głogowski podał ramię Jance; przyjęła i opowiadała mu w swobodnym, przyjacielskim tonie, różne przygody swoich wycieczek. Czuła się z nim tak swobodną, jakby go znała od dziecka. Chwilami nawet nie pamiętała, że widzi go po raz pierwszy w życiu. Ujmował ją swoją pogodną twarzą i tą, trochę dziką, szczerością charakteru; przeczuwała w nim jakąś bratnią i uczciwą duszę.

Głogowski słuchał jej, odpowiadał i patrzył się na nią ciekawie; wreszcie, upatrzywszy stosowną chwilę, rzekł szczerze:

– Niech zdechnę, ale z pani ciekawa niewiasta… bardzo ciekawa! Coś powiem; w tej chwili mi błysła myśl i podaję ją natychmiast, na gorąco, niech się pani tylko nie wyda dziwaczną. Nie cierpię konwenansów, obłudy towarzyskiej, minoderyi aktorek i t. p. licz do dwudziestu!… a właśnie nie widzę jeszcze tego w pani… Oho! zaraz zobaczyłem, że pani tego wcale nie masz w sobie. Pani mi się wprost podobasz, jako pewien, dosyć rzadko spotykany typ. Ciekawe, ciekawe! – mówił prawie do siebie. – Moglibyśmy zostać przyjaciółmi! – zawołał uradowany, wypowiadając głośno myśl swoją. Bo chociaż baby zawsze mnie zawodzą, gdyż prędzej, czy później, z każdej wylizie samiczka, ale nowy eksperyment byłby może coś wart…

– Otwartość za otwartość – mówiła, śmiejąc się z jego błyskawiczności, z jaką postanawiał – pan także jesteś ciekawym okazem.

– No, więc zgoda!… podajmy sobie ręce i bądźmy przyjaciółmi! – zawołał, wyciągając rękę.

– Nie skończyłam jeszcze: otóż ja w zupełności obywam się bez powiernic i przyjaciół; to czuć sentymentalnością i nie jest bardzo bezpieczne.

– Gadanie! Przyjaźń jest więcej wartą od miłości… Zaczyna, widzę, lać nie na żarty! To psy płaczą nad odrzuconą przyjaźnią. Ja panią będę spotykać, prawda? bo pani masz w sobie coś, coś… jaby kawałek duszy jakiejś, rzadko spotykanej.

– W teatrze bywam codziennie na próbach i prawie codziennie na przedstawieniach…

– Niech zdechnę, ale to na nic!… Gdybym przez tydzień asystował pani, to powstałoby tyle plotek, gadań, przypuszczeń i t. d., licz aż do dwudziestu!

– A cóż mnie obchodzi, co tam mówią o mnie!… – zaśmiała się swobodnie.

– Ho! ho! rodem kurki czubate. Lubię to, kiedy człowiek nie robi sobie ceregieli z tym łachem, nazywającym się opinią publiczną.

– Myślę, że skoro nie mam sobie nic do wyrzucenia, to spokojnie mogę patrzeć i słuchać tego, co mówią o mnie.

– Pycha, jak Boga kocham, kapitalna pycha!

– Czemu pan swojej sztuki nie wystawia w warszawskim teatrze?

– Bo jej nie chcieli wystawić. To widzi pani, jest zakład ogromnie wyperfumowany, elegancki i tylko dla delikatnej, dla bardzo subtelnie czującej publiczności; a moja sztuka wcale nie pachnie salonem; co najwyżej, czuć ją polem, trochę lasem, nieco chałupą chłopską. Tam trzeba nie prawdy, tylko flirtu, konwenansu, blagi i t. d., licz aż do dwudziestu. Zresztą nie miałem protekcyi i oni mają już swoich, patentowanych fabrykantów sztuk.

– A ja myślałam, że to dosyć napisać rzecz dobrą, aby ją natychmiast grali.

– Boże mój!… niech zdechnę, o ile jest inaczej. Niech pani uważa, ile ja znieść muszę, nim mi taki Cabiński wystawi sztukę!… Teraz niech to pani podniesie do kwadratu, a dopiero mieć pani będzie jakie takie pojęcie o rozkoszach początkującego komedyopisarza, który w dodatku nie umie używać do swoich sztuk patronów…

Zamilkli. Deszcz padał nieustannie i tworzył już po drodze kałuże wody.

Głogowski spoglądał posępnie na miasto, rysujące się wieżami na zamglonym horyzoncie.

– Podłe miasto! – mruknął gniewnie. – Od trzech lat nie mogę go wziąć… Walczę, zabijam się… i pies mnie nie zna!

– Jak im pan będzie mówić, że są podli i głupi, to tem ich pan nigdy chyba nie zdobędzie…

– Zdobędę. Nie będą mnie kochać, ale liczyć się ze mną muszą, muszą, niech zdechnę!… Najłatwiej to brać takie twierdze aktorom, śpiewakom i tancerkom; zdobywa się jednym występem wszystko.

– Ale na jeden dzień. Po zejściu ze sceny nie zostawia się śladu po sobie, jak kamień w wodę! – mówiła Janka z pewną goryczą, wpatrując się w coraz bliższe, stłoczone mury Warszawy.

W tej chwili dopiero pomyślała, że ta sława, o której marzy, jest tylko sławą jednodniową.

– Mnie się zdaje, że ma pani apetyt na to samo danie?

– Mam! – odpowiedziała mocno i głos jej rozdźwięczał, niby wybuch długo potęgowany.

– Mam! – powtórzyła, ale już znacznie ciszej i bez zapału.

Oczy jej przygasły i błądziły po tych szczytach, nic nie rozumiejąc, bo ją nękała myśl tej sławy jednodniowej, bo sobie przypomniała te uschłe wieńce Cabińskiej, dawną sławę Stanisławskiego, bo myślała z coraz większą goryczą o tych tysiącach sławnych aktorów, którzy byli, pomarli i nikt nie zna nawet ich imienia. Czuła, że ma jakiś przykry zamęt w sercu. Oparła się silniej na Głogowskim i szła, nie odzywając się ani słowem.

Na ulicy Zakroczymskiej wsiedli do dorożki; wskoczył do nich Kotlicki, na trzeciego.

Janka spojrzała na niego z gniewem, ale udawał, że tego nie widzi i patrzał na nią z tym swoim wiecznym uśmiechem. Odwieźli ją do mieszkania. Miała tylko tyle czasu, żeby wpaść do domu, przebrać się, zabrać potrzebne rzeczy i natychmiast jechać do teatru.

Z powodu deszczu kilka chórzystek także się spóźniło.

Cabiński, zirytowany spodziewanemi z powodu deszczu pustkami w teatrze, biegał po scenie i krzyczał do wchodzących:

– Panienki się gżą… Po ósmej i jeszcze żadna nie ubrana!

– Byłyśmy na nieszporach w kościele świętego Karola Boromeusza – tłómaczyła się Zielińska.

– Nie mnie brać na nieszpory! a jakże!… – Pilnować tego, z czego jest chleb!

– Ogromnie dużo go dyrektor daje! – odcięła się ze złością Ludka, bo sobie przy wejściu złamała parasolkę.

– Nie daję?… a z czegóż żyjecie?

– Z czego?… przecież nie z tej głupiej, obiecywanej tylko gaży.

– O! i pani się spóźnia?! – zawołał do wchodzącej Janki.

– Gram dopiero w trzecim akcie, mam jeszcze dosyć czasu…

– Wicek! leć po Rosińską… Gdzie jest Zośka? Zaczynać prędzej!… a niech was psy gryzą!

Spojrzał przez dziurkę w kurtynie.

– W teatrze pełno, jak Boga kocham, a w garderobach nikogo… potem krzyczą, że nie płacę! Panowie, na litość boską, ubierać się i zaczynać!

– Zaraz, skończymy bank.

Kilkunastu porozbieranych aktorów, w połowie nawet pocharakteryzowanych, ciągnęło małego sztosika. Jeden tylko Stanisławski siedział w kącie garderoby przed kawałkiem lusterka i „robił twarz”.

Już trzeci raz ścierał sobie szminki ściereczką i charakteryzował się na nowo; gimnastykował usta, ściągał brwi gniewnie, marszczył czoło, rzucał najrozmaitsze spojrzenia; robił charakter i mruczał półgłosem przy każdej zmianie fizyognomii odpowiednie ustępy roli, rzucając tylko czasami w stronę grających dziesiątkę i dwa słowa:

– Czwórka! dziesiątka.

– Publika awanturę robi! Czas dzwonić i zaczynać – błagał Cabiński.

– Nie przeszkadzaj dyrektor. Niech czekają… Dycha, oczko… sypać!