Komediantka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Komediantka
Komediantka
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jestem w teatrze, bo mi się ciągle zdaje, że on wróci, że się już ubiera i zaraz wejdzie na scenę… To wtedy, kiedy mnie tak napadnie, chodzę po garderobie i jestem szczęśliwa, bo zapominam na chwilę, że jego niema, że go już nigdy nie będzie, że go już nigdy nie zobaczę!…

Boże mój, Boże!… a!… to nie on winien, tylko ta… Wy wszystkie jesteście suki wściekłe, wszystkie szarpiecie serca matczyne… podłe… ostatnie!… Jak złe robaki rozgniotłabym wszystkie, mordowała… spychała w dół, w nędzę, w choroby, żebyście cierpiały tak, jak ja… żebyście się męczyły, męczyły, męczyły!…

Umilkła, dysząc ciężko; żółtą jak wosk gromniczny twarz jej napiętnowała nienawiść straszna i dzika; drgała nerwowo w długich zmarszczkach twarzy i z sinych pogryzionych ust wyła zniszczeniem i zemstą.

Janka cały czas stała, chciwie pochłaniając każde słowo, każdy gest i drgnięcie ust. Przejmowała ją głęboko tragiczność opowiadania. Prawda wstrząsająca tej boleści, tak prostej i mocnej, przegryzała jej serce bólem… Czuła to wszystko tak, jakby sama przecierpiała. Stopiła się z jej istnością tak, że płakały razem. Przenikał ją dreszcz ekstazy, miała krzyk bólu w sercu, szarpanem wspomnieniem utraty, śmierci tego najdroższego, obłęd rozpaczy bezbrzeżnej w oczach zaszklonych beznadziejnością, smętność duszy, dogorywającej w uśmiechu.

Grała, nie wiedząc prawie o tem; a później, ochłonąwszy nieco i widząc, że Sowińska siedzi pogrążona w bolesnem rozpamiętywaniu, wyszła na miasto.

Miała pełną duszę i mózg wyrazów tego bólu. Rozkoszowała się wprost tym nastrojem tragicznym, jako szczegółem przepysznym do roli jakiej.

– Matkę w Karpackich góralach, albo Matkę rodu możnaby tak grać… – myślała.

I znowu wchodziła wnętrznie w ten dramat słyszany i widziany, swoją organizacyą nawskróś nerwową.

– Już nie żył – szepnęła, bezwiednie powtarzając ten rozpaczliwy ruch szczęki i jakieś płaskie rozpostarcie rąk i opadnięcie ich bezsilne, i to piorunowe zagaśnięcie oczów w twarzy zesztywniałej w boleści nagłej.

Oprzytomniała, ale powstała w niej chęć zobaczenia wsi, zieleni… Zapragnęła ciszy i spokoju.

Tutaj, w tych murach, żyła tylko jakby połową swej duszy dusiła się w nich; zdawało się jej, że te kamienice rzucają na jej duszę jakiś szary i posępny cień, że jej zagradzają drogę i zasłaniają słońce.

Stanęła na ulicy, namyślając się, gdzie iść, gdy ktoś za nią wyrzekł:

– Dzień dobry pani!

Odwróciła się szybko. Stała przed nią Niedzielska, matka Władka, z uśmiechem na starej, poczciwej twarzy o wybladłych oczach.

Janka przywitała ją prędko i zdecydowała się nie jechać nigdzie.

– Odprowadzę panią kawałek drogi; przejdę się trochę…

– Dziękuję, dziękuję… A może pani zajrzy do mnie?… – prosiła cichutko Niedzielska. – Ja tak sama siedzę, że nieraz po całych dniach, oprócz swojej Anusi i stróża, nikogo nie widuję, bo Władeczek, jak wyjdzie rano, to wraca dosyć późno, że nigdy nie mogę z nim pomówić. No, pójdzie pani ze mną, prawda?…

Zakaszlała się bardzo i dreptana wolno.

– Dobrze, mam jeszcze dosyć czasu do przedstawienia.

– Pani to pewnie od niedawna w teatrze, co?…

– Dopiero trzy tygodnie… to jakby od wczoraj.

– To zaraz znać, o znać!

– Po czem-że pani poznaje?… – zapytała Janka ciekawie.

– Nie umiem tego tak powiedzieć. Przyglądałam się pani wtedy, na imieninach u Cabińskiej i zaraz poznałam. Mówiłam nawet o tem Władeczkowi…

– Wezmę panią pod rękę, to będzie wygodniej… – powiedziała Janka, widząc, że Niedzielska dyszy ciężko ze zmęczenia i ledwie idzie.

– O, jaka to pani dobra! Prawda, że to i wiek i chora jestem ciągle, ale wyszłam kupić Władeczkowi chusteczek i za niemi zaszłam aż tak daleko.

– Weźmy doróżkę; pani, widzę, ogromnie zmęczona…

– Nie, nie… po co?.. to koszt zaraz; zresztą dojdę sobie gdzie do skweru, to odpocznę trochę…

Janka, pomimo protestu starej, zawołała dorożki, ulokowała Niedzielską i pojechały na Piwną.

Jak tylko doróżka stanęła, Niedzielska wysiadła prędko, bez pomocy i wpadła w bramę, żeby nie płacić doróżki i aby to zamaskować, zaczęła krzyczeć na stróża:

– O! już się Michał ubrał w nową bluzę? a w starej to nie można chodzić, co?… Ja już nie mogę nastarczyć, tak Michał drze!… Niech Michał zaraz zdejmie i włoży starą.

Stróż się tłómaczył, ale go zakrzyczała. Odeszła trochę i znowu zaczęła wołać:

– Michał! niech Michał zapowie, żeby mi się dzieci żadne nie bawiły na podwórzu piłkami; wybiją jeszcze szybę i trzeba będzie znowu płacić! Skaranie Boskie z temi dziećmi!… nie mogłoby to spokojnie siedzieć w mieszkaniu… a to nietylko biega, ale kopie mi podwórze, brudzi schody i drze słomianki… Niech Michał zaraz zapowie lokatorom, że wymówię mieszkania.

Stróż słuchał w pogardliwem milczeniu, a Janka uśmiechała się nieznacznie, idąc za Niedzielską, która podniosła z ziemi jakiś kawałek węgla.

– Po co się ma marnować!… Nie szanują nic, a potem nie mają czem płacić komornego!… – mówiła, otwierając drzwi do mieszkania.

– Niechże się pani rozgości… Ja zaraz pani służę.

Wyszła do drugiego pokoju.

Janka z ciekawością przyglądała się staroświeckiemu urządzeniu.

Stół mahoniowy z klapami półokrągłemi, pokryty siatkową serwetą o włóczkowem wyszyciu, stał przed ogromną i wysoką kanapą, obciągniętą czarną włosiennicą; krzesła takież same, z oparciami w kształcie lir. Serwantka żółto politurowana w rogu pokoju, pełna była dziwacznej porcelany, zielonawych dzbanuszków, figurynek kolorowych, kieliszków pękatych z monogramami i filiżanek malowanych w kwiaty, na wysokich nóżkach. Zegar pod kloszem, stare, spleśniałe staloryty z epoki cesarstwa, przedstawiające sceny mitologiczne, lampa z zieloną umbrelką na osobnym stoliczku, kilka doniczek mizernych kwiatów na oknie i dwie klatki z kanarkami meblowały ten pokój paradny. Okno wychodziło na podwórze wielkości pokoju i otoczone było wysokimi murami. Było tutaj cicho, ale i smutnie, jakaś woń pleśni, starości i skąpstwa wiała ze wszystkiego.

– Napijemy się kawusi… – mówiła Niedzielska.

Wyjęła z serwantki dwie paradne filiżanki i postawiła je na stole. Poszła potem do kuchni i przyniosła kawę, nalaną już w obtłuczone fajansowe kubki i talerzyk z kilkoma suchemi ciastkami.

– A mój Boże, zapomniałam, że ja już wystawiłam filiżaneczki… No, to nic, przecież i w tych wypijemy, prawda?…

Postawiła kawę i znowu zawołała zakłopotana:

– Zapomniałam cukru! Paniusia lubi kawusię słodką?…

– Nie bardzo…

Stara wyszła; słychać było przez drzwi wybieranie ze szklannego klosza cukru, przyniosła na maleńkiej podstawce dwa kawałki tylko.

– Niechże paniusia pije… Ja bo, widzi pani, już tak ze starości nie mogę nic słodkiego pijać – mówiła czerpiąc kawę łyżeczką i rozdmuchując każdą kroplę.

Janka uśmiechała się z jej tłómaczeń i piła, nie mogąc ukryć wstrętu do kawy obrzydliwej i do tych ciastek, które czuć było pleśnią i szafą sosnową.

Niedzielska rozgadała się o Władku, przysuwała ciągle ten talerzyk z ciastkami i zachęcała do jedzenia.

– No, niech pani sama powie, po co jemu to aktorstwo? Do klas chodził, to mógłby być jakim urzędnikiem przecie… Tylko wstyd nam robi i tyle, że aż się płakać chce. No, bo jak tam kto musi, trudno… to i hyclami są ludzie, ale pewnie nie z rozkoszy… Jego koledzy, a wszystko to ma już i żony i dzieci, są w jakichś profesyach i zarabiają dobrze i po ludzku żyją, jak Pan Bóg przykazał… a on co?… Aktor? I niech pani nie myśli, że myśmy bogaci; domek jest, ale mały i lokatorzy nie płacą i podatki coraz większe, że prawie nic z tego niema… Widzi paniusia… No, może ciasteczko jeszcze?… Czasby i Władeczkowi się ożenić i, powiem pani w sekrecie, że mamy już coś na oku… Władeczek przyrzekł mi, że jeszcze w tym roku rzuci teatr i ożeni się… Poznałam tę przyszłą swoją synowę: śliczne dziecko i dobry ród. Mają na Świętojańskiej sklep z wędlinami i dwa domy, a tylko troje dzieci; na każde padnie ładny grosz!… Jużbym chciała, żeby to jak najprędzej się stało, bo co ja mam z nim zmartwienia!… Mój Boże, ja się nie skarżę, ale on i napić się lubi i stracić lubi, jak jego ojciec… Tak, tak i ożenić się musi bogato. Obywatelski syn, to moja paniusiu, jakżeby on wyglądał, gdyby się ożenił z taką, co nic nie ma!… byłoby to nieszczęście dla tej dziewczyny, coby wyszła za niego… nieszczęście!… Znam ja trochę świat, znam!

I tak opowiadała dalej cichutkim głosem, szepleniąc trochę i spieszczając dźwięki ze starości i poruszyła się niby cień nikły, tak była sucha i malutka. Na jej nizkiem, pomarszczonem czole leżała troska o ukochanego Władeczka i w wyblakłych, niebieskich oczach tkwił ciągły niepokój.

Jance spać się po prostu zachciało, słuchając jej monotonnego głosu w tej ciszy, jaka panowała w mieszkaniu. Podniosła się do wyjścia.

– Niech paniusia zajdzie tu do mnie czasami, moja droga, będę bardzo rada.

Pożegnała ją serdecznie i jeszcze wychyliła się lufcikiem, patrząc za Janką z jakimś dyplomatycznym uśmiechem.

Niedzielska umyślnie po kolei zapraszała do siebie wszystkie ładniejsze kobiety z teatru i opowiadała im o małżeństwie Władeczka, żeby im z głów wybijać jakie zamysły na niego.

Janka przed bramą spotkała się z Władkiem, który aż krzyknął z zdziwienia.

– Pewnie pani była u matki! – zawołał, nie witając się.

– Przecież w tem niema nie złego – odpowiedziała, uśmiechając się z jego pomieszania.

– Jak Boga kocham, ta stara waryatka kompromituje mnie tylko. Pewnie opowiadała o mojem małżeństwie, jaki ja jestem hultaj, no i t. d. Śmieszne dzieciństwo. Ja panią bardzo przepraszam…

– Wcale mnie to nie gniewało.

– Tylko śmieszyło, wiem, bo to przecież idyotyczne… Cały teatr śmieje się ze mnie, bo już tutaj były wszystkie panie.

– Jest w tem trochę dziwactwa, ale to dziwactwo pochodzi z miłości… matka kocha pana.

 

– Już mi ta miłość kością w gardle stoi! – odparł kwaśno i chciał coś więcej jeszcze mówić, ale Janka skinęła mu głową w milczeniu i poszła.

Władek nie śmiał iść za nią i zły pobiegł do matki.

Jance przypomniało to dom i aż zadrżała do smętnie wyłaniających się wspomnień.

– Co się tam dzieje?… – myślała – co ojciec robi?… Prawda, przecież ja mam ojca!…

I poczuła w sobie nagle jakąś cieniutką nić sympatyi ku temu dziwakowi i tyranowi. Zobaczyła teraz jego samotność wśród ludzi obcych i szydzących z jego dziwactw.

– Może myśli o mnie?… – pytała sama siebie, ale przyszła jej na pamięć ostatnia scena i wszystkie przebyte udręczenia i poczuła w sobie jakąś niechęć zimną, prawie nienawistną.

Pomimo wszystkiego, podczas przedstawienia, na scenie, za kulisami, w garderobie, ojciec przychodził jej ciągle na pamięć. Zaczynała spokojnie rozmyślać nad stosunkiem swoim do ojca i nad jego charakterem i poczuła, że jest i było coś nienormalnego pomiędzy nimi. Myślała, co mogło go zrobić takim srogim i dziwacznym?… dlaczego jej nienawidził?…

Kotlicki przyniósł jej bukiet róż.

Przyjęła chłodno, nie patrząc na niego, tak była zajęta myślą o ojcu.

– Pani dzisiaj nie w nastroju – rzekł, biorąc jej rękę.

Wyrwała mu ją i zapytała:

– Czy jest możebnem, aby dzieci i ojcowie nienawidzili się wzajemnie?…

– W samem tem pytaniu jest już twierdząca odpowiedź… W takich klasycznych objawach jest to rzadkość po prostu, bo nienawiść nie jest przecież obojętnością, tylko… tylko cokolwiek odmienną formą miłości… Nienawiść, to zawsze krzyk serca zranionego…

Janka nie odpowiedziała nic, bo przypomniała sobie Sowińską i jej gwałtowne, nienawistne narzekania na syna.

– Może on mnie kocha w ten sposób? – myślała – ale ja w takim razie nic a nic, bo jest mi obojętnym.

– Nieprawda! – odpowiedziała sobie później – nieprawda, nie jest mi zupełnie obojętnym; mam tylko żal do niego.

I pochyliła się niżej, żeby ukryć twarz, bo ten nagły żal tak szarpnął ją za serce, że aż poczuła łzy w oczach.

– Co to jest miłość?… co to jest miłość w ogóle?… – myślała, stojąc w kulisie i patrząc na otwartą scenę, na której Wawrzecki oświadczał się Rosińskiej, w słowach niezmiernie czułych, z przesadną afektacyą.

– Komedya!

Majkowska, przechodząc obok niej, szepnęła, wskazując na grającą:

– Co za czupiradło, co za szablon!… na jeden akcent prawdziwego uczucia zdobyć się nie może!

Za nią, w mrocznej głębi, jakiś pan w cylindrze ściskał ręce którejś z chórzystek i szeptał gorące słowa miłości…

– Komedya!

Janka przeszła na drugą stronę, bo jej się ta czuła scena wydała wprost obrzydliwą.

– Co to jest miłość?… Co mi jest?…

Nie mogła się uspokoić.

– Coś mnie spotka… Może ojciec przyjedzie, może Grzesikiewicz?…

Ale się rozśmiała prawie głośno, tak się jej wydało nieprawdopodobnem to przypuszczenie.

Mimi przybiegła do niej i zaczęła szeptać:

– Dobrze nam się składa, bo jutro niema próby; pojedziemy na Bielany w południe. Niech pani czeka u siebie, wstąpimy i zabierzemy panią…

– Co to jest miłość?… – snuło się ustawicznie Jance po głowie.

– O, ten Wawrzek! mógłby nie robić do tej wiedźmy takich min głupich… to świństwo! – szeptała Żarnecka, patrząc z niechęcią na scenę. – Patrz pani, jak ona mu leci w objęcia!… całuje go naprawdę… to małpa dopiero… Czekaj! ja ci dam… – syknęła groźnie i pobiegła czekać u drzwi, któremi wychodzić miała Rosińska.

Komedya!

– I ja z państwem wybieram się na tę wycieczkę – mówił Kotlicki do Janki. – Topolski ma tam wyłożyć jakiś plan… Będziemy opiniować razem, bo pani będzie?…

– Prawdopodobnie; a gdybym nie mogła, to i beze mnie uda się wycieczka.

– Tak, ale jabym także nie pojechał, nie miałbym już po co…

Pochylił się tak, że poczuła jego oddech na swojej twarzy.

– Nie rozumiem – rzekła, odsuwając się od niego.

– Jadę tam tylko dla pani… – szepnął ciszej.

– Dla mnie?… – spytała, patrząc się na niego bystro, przejęta akcentem jego głosu i podrażniona nagłym przypływem niechęci, wprost pogardliwej do niego.

– Tak… przecież pani mogłaś już to poznać, że kocham panią… – powiedział, ściągając usta, które mu drżały i patrzył się na nią błagalnie.

– Tam tak samo mówią, tylko, że trochę lepiej grają! – powiedziała pogardliwie, wskazując na scenę.

Kotlicki wyprostował się, jakiś cień posępny przeleciał po jego końskiej twarzy i oczy błysnęły mu groźnie.

– Moje uczucie bierze pani za komedyę?… Przekonam panią, że to nie komedya, przekonam!…

– Dobrze, ale jutro na Bielanach – przerwała, podając mu rękę na pożegnanie i nucąc jakąś piosnkę, poszła do garderoby.

Kotlicki patrzał za nią pożądliwie, gryzł usta i burzył się ze złości.

– Komedyantka! – szepnął wkońcu, wychodząc z teatru.

– Jak on kłamał?… Dobrze, ale dlaczego on śmiał mi to powiedzieć?… dlaczego?… – myślała, oburzając się zwolna i zwolna uświadamiając sobie jego postępowanie od dnia imienin Cabińskiej.

– Kocha mnie!

I uśmiechała się z pewnem uczuciem upokorzenia i buntu jednocześnie. Czuła niejasno, że on temi oświadczynami ubliżył jej godności; ubliżył jej, choćby już tem samem, że mógł ją uważać za podobną do wszystkich kobiet w teatrze.

– Cóż to jest miłość?… – snuła dalej bezwiednie pierwszy temat i patrzyła na koleżanki, ubierające się szybko, żeby jeszcze prędzej biedź na schadzki; słuchała śmiechów i szeptów, sporów, których ustawicznym tematem byli tylko mężczyźni i miłość. Uśmiechała się ironicznie z tego, ale w głębi nękało ją jedno zapytanie i jakaś pustka, jakiś brak czegoś w sobie i wszystko to denerwowało ją.

Przyszła do domu i zaraz udała się na spoczynek, ale nie usnęła, tylko słuchała szelestów, niewyraźnie napływających z ulicy. Godziny szły wolno, a ten niepokój, to przeczuwanie czegoś rosło w niej ustawicznie.

– Coś mnie spotka! – szeptała, przechodząc w słuch prawie.

Słyszała wolny odgłos kroków jakiegoś przechodnia na ulicy, później stuk kija nocnego stróża.

Zadzwonił ktoś do bramy.

– Kto to?!… – zapytała się prawie głośno, unosząc głowę, jakby chcąc ujrzeć poprzez mury, ale natychmiast zapomniała zupełnie o wszystkiem, bo tylko miała jedną myśl w mózgu:

– Co mnie spotka?…

Leżała cicho i nieruchomemi, przymkniętemi źrenicami patrzyła w jakąś przestrzeń bez końca…

Drgnęła gwałtownie i jeszcze głębiej wcisnęła się w poduszki; patrzyła wytężonemi oczyma duszy w jakieś cienie, co się rysować zaczęły przed nią. Zadrżała znowu, bo jakby uczuła spojrzenie jakieś, płynące z nieskończoności i pełne jakichś szklistych, łzawych blasków i mocy…

Usnęła… ale kiedy po jakimś czasie przebudziła się i znowu przez jakieś ciemne skojarzenie ujrzała te same cienie, czuła, że się poruszają nieznacznie, widziała je lepiej, ale nie mogła rozeznać konturów i twarzy; czuła, że są coraz bliżej. Oprzytomniała zupełnie, ale ten niepokój przeczucia jakiegoś był nie do wytrzymania. Oglądała się na wszystkie strony, bo jej się zdawało, że słyszy czyjeś kroki, że ktoś wszedł do pokoju i podchodzi do jej łóżka na palcach, że nawet nachyla się nad nią…

Zesztywniała z trwogi ogromnej, nie śmiała się ruszyć, ani odezwać, tylko myślała ciężko: Kto to?… kto?… i trzęsła się wewnętrznie od zdenerwowania.

Usnęła na dobre dopiero nad ranem, kiedy pierwsze czerwone promienie wschodzącego słońca wpadły do pokoju.

VII

Obudziła się o wpół do jedenastej rano; Sowińska właśnie przyniosła jej śniadanie.

– Był kto do mnie?… – zapytała Janka.

Sowińska kiwnęła głową potakująco i podała list.

– Może godzinę temu dał mi go jakiś tęgi, czerwony szlagon i prosił bardzo o oddanie…

Janka nerwowo oderwała kopertę i poznała natychmiast pismo Grzesikiewicza.

„Szanowna pani! Umyślnie przyjechałem do Warszawy, aby się widzieć z panią w bardzo ważnym interesie. Raczy pani być w mieszkaniu o jedenastej, to przyjdę i zechce mi pani wybaczyć śmiałość. Przepraszam i całuję rączki. Sługa

Grzesikiewicz”.

– Co to będzie?… – myślała, ubierając się prędko. – Cóż to za bardzo ważny interes?… Ojciec!… czyżby był chory i tęsknił za mną?… O nie, nie!…

Wypiła śpiesznie herbatę, uporządkowała pokój i czekała niecierpliwie tej wizyty. Myślała z pewną radością nawet, że zobaczy nareszcie kogoś swojego z Bukowca.

– Może znowu mi się oświadczy?… – pomyślała.

I widziała jego twarz wielką, spaloną od słońca i te niebieskie oczy, tak łagodnie patrzące z pod konopnej grzywy i przypomniała sobie jego kłopotliwą nieśmiałość.

– Dobry, poczciwy człowiek! – myślała, chodząc po pokoju; ale przyszło jej na myśl znowu, że może jej ta wizyta popsuć wycieczkę na Bielany i ochłodła dla niego, postanawiając sobie rozmówić się z nim zwięźle i krótko.

– Czego on może chcieć?… – pytała siebie niespokojnie, przypuszczając najniemożliwsze rzeczy.

– Ojciec bardzo musi być chory i wzywa mnie do siebie – odpowiedziała sobie ze strachem prawie.

Stanęła na środku pokoju; tak zamroczyło ją obawą przypuszczenie, że musiałaby może wracać do Bukowca.

– Nie, to niemożebne; jabym tam już tygodnia nie wytrzymała… zresztą, wypędził mnie na zawsze…

Jakaś ciemna walka pomiędzy nienawiścią, żalemi cichem, ledwie odczuwalnem uczuciem tęsknoty, zaczynała nagle wrzeć w jej sercu.

Dzwonek zadźwięczał w przedpokoju.

Janka usiadła i czekała spokojnie. Słyszała otwieranie drzwi, głos Grzesikiewicza i Sowińskiej, wieszanie palta, łoskot przewróconej laski, a nie miała sił na tyle, aby się podnieść i wyjść naprzeciw gościa.

– Można? – zapytał głos z zewnątrz.

– Proszę – wyszeptała przez zaciśnięte obawą gardło, wstając z krzesła.

Grzesikiewicz wszedł.

Miał twarz jeszcze więcej opaloną i oczy jakby bardziej niebieskie. Musiał być wzruszony, bo szedł sztywno wyprostowany, jak skamieniała bryła mięsa, wciśnięta z trudem w surdut obcisły. Kapelusz rzucił prawie na kosz, stojący przy drzwiach i, całując Jankę w rękę, powiedział cicho:

– Dzień dobry pani…

Wyprostował się, powlókł oczyma po jej twarzy i usiadł ciężko na krześle.

– Zaledwie panią odszukałem… – zaczął głośniej i urwał nagle, a dla nabrania odwagi, chciał odsunąć krzesło, które mu tamowało ruchy, i pchnął je tak silnie, że się przewróciło.

Zerwał się rozczerwieniony i zaczął przepraszać.

Janka uśmiechnęła się, tak jej to żywo przypomniało ostatnią z nim rozmowę i niefortunne oświadczyny. I było mgnienie, w którem jej się zdawało, że to teraz właśnie ma się jej oświadczyć, że siedzą w saloniku zacisznym w Bukowcu. Nie umiała sobie wytłómaczyć wrażenia, jakie on wywierał teraz na nią tą swoją twarzą poczciwą i zmizerowaną bardzo i temi jasnemi oczyma, jakby przyniósł ze sobą echa tych pól i lasów kochanych, jarów zacisznych, słońca i bujności przyrody niekrępowanej. Rozmyślała o tem przez mgnienie oka, ale równocześnie przyszła jej pamięć wszystkich udręczeń i wygnania swojego…

Podsunęła mu papierosy i rzekła swobodnie, przerywając dosyć długie milczenie:

– Daje pan dowód niemałej odwagi i… dobroci, że po tem wszystkiem odwiedza mnie pan jeszcze…

– Pamięta pani, com powiedział wtedy, kiedyśmy ostatni raz mówili ze sobą?… – mówił, przyciszając i zmiękczając głos – że nigdy i zawsze!… Że nigdy nie przestanę i zawsze będę panią kochać.

Janka poruszyła się niecierpliwie; zabolał ją ten jego akcent głęboki i szczery.

– Przepraszam… kiedy to panią gniewa, nie powiem już o sobie ani słowa…

– Cóż tam słychać w domu? – zapytała, podnosząc na niego oczy.

– A no, co słychać?… Sodoma i Gomora! Nie poznałaby pani ojca: zrobił się już podobno niemożliwym pedantem na służbie, a poza służbą chodzi na polowania, jeździ do sąsiadów, pogwizduje… ale tak schudł, tak zmizerniał, że go poznać nie można. Gryzie go zmartwienie, jak robak.

– Dlaczego?… Jakie ojciec może mieć zmartwienie?…

– Jezus, Marya! pani się pyta: dlaczego? jakie może mieć zmartwienie?… Czy pani żartuje, czy też paninie ma ani odrobiny serca?… Dlaczego?… no, bo pani niema… no, bo usycha, jak i my wszyscy, z tęsknoty za panią!…

– A Kręska… – pytała niby ze spokojem, a wewnątrz czuła się poruszona.

– Cóż tu ma Kręska?… wyrzucił ją do dyabła zaraz na drugi dzień po wyjeździe pani; potem się podał o urlop i wyjechał… Po tygodniu powrócił, ale tak zbiedzony, taki mizerny, że go poznać nie mogliśmy. Obcy ludzie płaczą nad nim, ale pani się nie zlitowała i poszła w świat, jeszcze jaki? do komedyantów!…

Janka zerwała się z krzesła gwałtownie.

– Niech się pani gniewa na mnie, dobrze, ale ja panią za bardzo kocham… my wszyscy za bardzo kochamy panią i cierpimy przez nią, żebym ja nie miał prawa mówić. Niech mnie pani każe wyrzucić od siebie, dobrze, zaczekam pod bramą, spotkam panią gdziebądź i będę mówił, że ojciec umiera bez pani, że jest chory coraz bardziej! Moja matka spotkała go niedawno w lesie: leżał w jakimś gąszczu i płakał jak dziecko… Zabija go pani. Wy się oboje zabijacie tą swoją dumą i uporem zawziętym. Pani jest najlepszą, najświętszą kobietą; ja wiem, czuję, że pani go nie zostawi, że pani powróci i rzuci ten teatr podły… Pani się nie wstydzi być z taką bandą szubrawców?… może się pani pokazywać na scenie!

 

Urwał gwałtownie i dysząc, obcierał chustką oczy. Nigdy nie powiedział tyle jednym tchem i nie wiedział, skąd mu się wzięła ta dzika i szorstka wymowa.

Janka siedziała ze spuszczoną głową, blada jak płótno, ze ściśniętemi ustami i sercem przepełnionem burzą buntu i cierpienia. Ten ostry głos, jaki słyszała, miał takie łzawe, szarpiące uczuciem głębokiem akcenta i te słowa:„Ojciec cierpi… ojciec płacze… ojciec tęskni za nią!… kocha ją!…” przejmowały ją ostrym bólem i gryzły tak boleśnie, że chwilami chciała się zerwać i biedź tam, do niego, ale znowu napływały wspomnienia przeszłości i ochłodła; uprzytomniła sobie teatr i obojętniała zupełnie.

– Nie! wypędził mnie na zawsze… jestem sama i pozostanę sama… Nie mogłabym żyć bez teatru! – myślała i powstawała w niej owa szalona chęć zdobywania świata.

Grzesikiewicz także milczał i oczy coraz częściej zaczynały mu zachodzić mgłą i czuł coraz sroższą burzę żalu i miłości do niej. Ogarniał ją wzrokiem i miał wielką ochotę paść przed nią na kolana, całować jej ręce, nogi, kraj sukni i prosić… To znowu, kiedy sobie przypomniał wszystko, zrywał się z krzesła i byłby tłukł, łamał i rozbijał, coby mu pod rękę podpadło; albo napadało go takie rozrzewnienie, że byłby płakał głośno i bił głową o ścianę z rozpaczy, jaka go przegryzała…

Siedział i patrzał na tę twarz kochaną, bladą i wynędzniałą, na której powietrze miasta i nocne, gorączkowe życie wyciskało już swoje piętno i oddałby krew swoją i życie swoje dla niej, niechby tylko zechciała je wziąć.

Janka podniosła na niego oczy, płonące mocnem i niecofniętem postanowieniem.

– Pan musi wiedzieć, jak mnie ojciec nienawidzi; musi pan i to wiedzieć, że kiedym panu odmówiła mojej ręki, to wypędził mnie z domu na zawsze… prawie mnie przeklął i wypędził… – powtórzyła z goryczą. – Odeszłam, bo musiałam, ale już nie wrócę nigdy. Nie zamienię swobody i teatru na niewolę domową. Stało się tak, bo się tak stać musiało. Ojciec mi wtedy powiedział, że nie ma córki, a teraz ja mówię, że nie mam ojca. Rozeszliśmy się i nie zejdziemy nigdy. Ja zupełnie wystarczę sobie; sztuka starczy mi za wszystko.

– Więc pani nie wróci? – zapytał, bo tyle tylko zrozumiał z jej słów.

– Nie; nie mam domu i z teatru nie wyjdę – odpowiedziała spokojnie, patrząc zimno na niego, tylko jej usta blade drżały trochę i pierś szybko się podnosiła, wstrząsana walką wewnętrzną.

– Zabije go pani… on panią tak kocha… nie przetrzyma tego… – mówił łagodnie.

– Nie, panie Andrzeju, ojciec mnie nie kochał i nie kocha… Kogo się kocha, tego się nie męczy przez całe lata i nie wypędza z domu, jak ostatnią… Pies nie wypędza szczeniąt swoich z legowiska… nawet pies, zwierzę, nie robi tego nigdy, co mnie spotkało!…

– Panno Janino! Ja głęboko jestem przekonany, że chociaż nawet w chwili gniewu i uniesienia wymówił pani swój dom, ale ani na chwilę nie mógł myśleć o tem na seryo, nie mógł nawet przypuszczać, że pani to zrozumie tak literalnie. Ja widziałem i wiem, jak strasznie żałuje tych słów niebacznych, jak mu ciężko bez pani… Panno Janino! przysięgam, że go pani uszczęśliwisz powrotem swoim!… że mu pani wrócisz życie!…

– Mówił panu, żebym wróciła do Bukowca? Może napisał list do mnie?… – mówiła szybko. – Proszę pana o całą prawdę.

Grzesikiewicz się zaciął i posmutniał bardziej.

– Nie… ani mówił mi o tem, ani pisał przezemnie – odpowiedział ciszej.

– Więc tak bardzo mnie kocha i tak bardzo mnie pragnie ujrzeć?… ha! ha! ha! – zaśmiała się jakimś suchym spazmatycznym śmiechem.

– Czy go pani nie zna?… Umrze z pragnienia, a nie poprosi nikogo o szklankę wody. Kiedym odjeżdżał i powiedziałem mu gdzie jadę, nie powiedział mi ani jednego słowa, ale tak na mnie spojrzał, tak mi ścisnął silnie rękę, że go zrozumiałem zupełnie…

– Nie panie Andrzeju, nie zrozumiał go pan wcale. Ojcu nie chodzi o mnie, chodzi mu tylko o to, że cała okolica musi mówić o moim wyjeździe i wstąpieniu do teatru… Już tam Kręska nie próżnowała… Chodzi mu tylko o to, że mnie okrywają plotkami, że szarpią mu jego nazwisko; chodzi mu o to, że się musi wstydzić za mnie… chodzi mu o to, że chciałby mnie widzieć złamaną i żebrzącą u nóg swoich, żeby módz zadowolić swój instynkt nienawiści do mnie żeby mnie mógł, jak dawniej, męczyć i torturować. O to mu chodzi!

– Nie zna go pani!… Takie serca…

Przerwała mu prędko:

– Nie mówmy o sercach tam, gdzie one z jednej strony wcale nie wchodzą w grę, gdzie ich niema zupełnie, tylko waryactwo…

– Więc?… – zapytał wstając, bo go dusił spazm jakiegoś gniewu.

Dzwonek w przedpokoju zadźwięczał ostro, szarpnięty snać gwałtownie.

– Nie wrócę nigdy.

– Panno Janino!… niech-że się pani zlituje…

– Nie rozumiem tego słowa – odpowiedziała z naciskiem – i mówię: nigdy! chyba… po śmierci.

– Niech pani tak nie mówi, bo są chwile takie…

Nie dokończył, gdyż nagle drzwi otworzyły się szeroko i wpadła przez nie Mimi z Wawrzeckim.

– No, jazda! Niech się pani zabiera, bo zaraz jedziemy! a, przepraszam! nie zauważyłam… – zawołała Mimi, ciekawie przypatrując się Grzesikiewiczowi, który wziął kapelusz, skłonił się automatycznie i nie patrząc na nikogo, szepnął pogardliwym tonem:

– Żegnam panią!

I wyszedł.

Janka porwała się, jakby chcąc go zatrzymać, ale Kotlicki z Topolskim wchodzili do pokoju i witali ją wesoło. Ktoś trzeci szedł za nimi.

– Cóż to za szeroki pan?… Niech zdechnę, ale pierwszy raz widzę taką masę mięsa w surducie! – wołał ten trzeci.

– Głogowski! Za tydzień gramy jego sztukę, a za miesiąc… sława europejska! – przedstawiał Wawrzecki.

– A za trzy… będę głośny na Marsie z przyległościami!… Jak blaga, to niechże już będzie tęga.

Janka witała się i odpowiadała półgłosem Mimi, ciekawie wypytującej się o Grzesikiewicza:

– Dawny znajomy, sąsiad nasz, bardzo uczciwy człowiek…

– Kopiejczasty być musi ten młodzian… wygląda na takiego! – wołał Głogowski.

– Nawet bardzo bogaty. Mają największą owczarnię w Królestwie…

– Owczarz!… a wygląda, jakby miał do czynienia ze słoniami!… – błaznował Wawrzecki.

Kotlicki uśmiechał się tylko i dyskretnie obserwował Jankę.

– Coś tu było… wzruszona i mocno w wyrazie… – myślał… – Może to jej dawny kochanek?…

– Chodźmy prędzej, bo Mela czeka na nas w dorożce.

Janka ubrała się szybko i wyszli zaraz wszyscy.

Pojechali nad Wisłę i stamtąd łodzią ruszyli na Bielany.

Wszyscy mieli humory wiosenne, tylko Janka nie zwracała uwagi na to, co się działo koło niej. Siedziała posępna i zamyślona.

Kotlicki rozmawiał wesoło, Wawrzecki błaznował z Głogowskim; wtórowały im kobiety rozbawione, ale Janka nic prawie nie słyszała z tego. Przeżuwała jeszcze rozmowę niedawną i to znękanie, jakie jej pozostało w sercu po niej.

– Pani coś jest?… – zapytał Kotlicki z troskliwością w głosie.

– Mnie?… nic!… ot, zamyśliłam się o ludzkiej niedoli… – odparła, spoglądając na falę, co ich niosła cicho.

– Nie warto myśleć o niczem, co nie jest rozkoszą, pełną życia i młodości…

– Nie kończ pan głupstwa. Zjadać tylko masło z chleba, a potem marzyć przy suchym chlebie, że się było jednak dosyć naiwnym! – podchwycił Głogowski.

– Pan, widzę, nie lubisz jeść, tylko oblizywać.

– Panie…

– Kotlicki! – rzucił drwiąco.

– Mam honor wiedzieć o tem od drugiej klasy. Nie o to idzie; idzie o to, że pan zaleca rzeczy wprost naiwne, bo używanie, a mogłeś już na sobie sprawdzić smutne skutki tej wesołej teoryi.

– Pan jesteś w życiu i w literaturze zawsze paradoksalnym.

– Niech zdechnę, jeżeli pan nie masz słabych płuc, artretyzmu, małego „tabes”, neurastenii i…

– Licz aż do dwudziestu.

Zaczęli się gwałtownie sprzeczać, a potem wprost kłócić.

Przejechali za most kolejowy i cisza ich wielka ogarnęła. Słońce świeciło jasno, ale chłód podnosił się z mętnych wód rzeki. Drobne fale, przesycone światłem, niby węże o grzbietach lśniących, pluskały się dokoła w słońcu. Długie ławice piasku podobne były do jakichś olbrzymów wodnych, wygrzewających się na słońcu żółtawymi brzuchami. Sznur tratew płynął przed nimi: retman na małem, niby łupina czółenku, lawirował przodem i coraz to rzucał okrzyk jakiś, który się rozchodził krótko i dolatywał do nich jakby splątanym tylko kłębem dźwięków… Kilkunastu flisaków poruszało automatycznie wiosłami; jakaś piosenka smutna leciała od nich i rozwiewała się ponad głowami. Cisza potem rozpościerała się jeszcze większa.