Nazywam się Kurdystan

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Newroz, czyli początek

Czas na wstęp

Kim są ci Kurdowie

Jadę na wojnę

Jesień 2014: na frontach w Rożawie i Baszurze

Bakur. Pod ostrzałem Turcji

Epilog

Podziękowania

Ważniejsze używane w książce skróty

Słowniczek ważniejszych pojęć

Kalendarium

Przypisy

Seria: REPORTAŻ! FAKTY TO NIE WSZYSTKO

Autor tekstu i zdjęć: WITOLD REPETOWICZ

Redakcja i korekta: KRZYSZTOF ZADROS

Projekt okładki, opracowanie map, skład i łamanie: JAROSŁAW TALACHA

Zdjęcie na okładce: NEWSHA TAVAKOLIAN/Polaris/EAST NEWS

© Copyright by Witold Repetowicz, 2016

© Copyright by Trzecia Strona, 2016

Żadna część ani całość niniejszej publikacji nie może być reprodukowana,ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny, nie może być użyta do innej publikacji oraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I

ISBN 978-83-64526-44-2

Trzecia Strona

03–978 Warszawa, ul. Ateńska 6/93

www.trzeciastrona.pl e-mail: wydawnictwo@trzeciastrona.pl

Konwersja: eLitera s.c.

NEWROZ, CZYLI POCZĄTEK

Agyr to po kurdyjsku ogień, w pradawnych czasach był bogiem i dawał oczyszczenie. Dziś potomkowie jego wyznawców, choć w większości są muzułmanami, wciąż go palą, przynajmniej raz w roku, podczas Newroz, tutejszego święta Nowego Roku.

Jestem w Chalifanie i właśnie trwa Newroz, to dobry moment, by rozpocząć pisanie książki. Święto obchodzone jest przez Kurdów, choć nie tylko przez nich. Również przez Irańczyków, z którymi Kurdów, mimo wspólnej indoeuropejskiej tożsamości, wiążą skomplikowane relacje.

Zanim zacznę pisać wstęp do tej historii, opowiem zatem o Newroz i wyjaśnię, co robię w górach południowego, czy, jak kto woli, irackiego Kurdystanu. Więc po kolei. Wczoraj był 20 marca 2016 roku, Newroz wypada 21 marca, w pierwszy dzień wiosny. Słońce wchodzi wówczas w znak Barana i zaczyna się nowe życie. Wiosenna równonoc, gdy jasność pokonuje mrok i dnie stają się dłuższe niż noc, to znacznie bardziej logiczny powód do świętowania nowego roku niż zupełnie abstrakcyjny 1 stycznia. W starych irańskich wierzeniach, wspólnych również dla Kurdów, wiosenne przesilenie wiązało się z przegraną walką władcy ciemności, złego Arymana z panującym nad jasnością dobrym Ahuramazdą.

Obchody Newrozu zaczęły się poprzedniego wieczoru. Dzień był, trzeba przyznać, paskudny, rano lało, było przeraźliwie zimno, a ja odkryłem, że zostawiłem w Irbilu kurtkę. Nie wziąłem ze sobą z Polski zbyt dużo ciepłej odzieży, bo najpierw przez dziesięć dni przebywałem w Bagdadzie i Nadżafie, gdzie pogoda była wprost idealna. W Kurdystanie na przełomie roku (tego miejscowego) pogoda jest jednak w kratkę, czasem przygrzewa słońce, a czasem jest pochmurno, zimno i deszczowo. Ponadto Chalifan leży w górach, a tam na początku wiosny po zmroku zawsze jest zimno.

Dopiero tuż przed rozpaleniem ogni deszcz ustał. Pomyślałem sobie, że oto mroczny Aryman postanowił przypuścić ostatni desperacki atak, ale został on odparty siłą Atara, mitologicznego syna Ahuramazdy, personifikacji ognia.

Też przyłożyłem do tego rękę, dosłownie, w Rawanduz. To jedno z piękniejszych miejsc w Kurdystanie jest oddalone od Chalifanu o kilkanaście kilometrów. Miasteczko ma bogatą historię, ale o niej później. Rano miałem tam pojechać, bo dzień wcześniej mer Isa zaprosił mnie na, organizowany oczywiście z okazji Newrozu, festiwal folklorystyczny, ale Abubaker zadzwonił koło południa i powiedział, że pada, więc nie jedziemy. Abubaker to syn kuzyna Mam Husajna, u którego goszczę w Chalifanie i o którym później napiszę znacznie więcej. Jest też zastępcą mera Rawanduz i spędził kilka lat na Ukrainie, gdzie studiował, więc można się z nim porozumieć po rosyjsku.

Zadzwonił ponownie późnym popołudniem, gdy siedziałem i dopijałem kupioną właśnie na tutejszym bazarze Nescafe (prawdziwa kawa jest dostępna tylko w kawiarni na górze Korek i w ośrodku wypoczynkowym Szengelbana). Miałem pójść ze Szwanem na rozpalanie ogniska. Szwan to ktoś w rodzaju ordynansa, ale więcej o stosunkach społecznych panujących w tym górskim bastionie kurdyjskiego tradycjonalizmu plemiennego również opowiem później. Propozycja Abubakera, by pojechać do Rawanduz, wydała mi się bardziej kusząca. Rawanduz jest w końcu większy od Chalifanu. Jeszcze kilkadziesiąt lat Chalifan był zwykłą wioską, podczas gdy w Rawanduz już dwieście lat temu wznosiła się potężna twierdza Ślepego Paszy, który, zjednoczywszy znaczną część Kurdystanu, rzucił rękawicę sułtanowi.

Ari, jeden z licznych synów Mam Husajna, których wciąż nie mogę się doliczyć, pożyczył mi ciepłą, choć nieco na mnie przyciasną, bluzę. Bez niej bym zamarzł. Gdy dojechaliśmy do Rawanduz, zobaczyliśmy, że na głównej ulicy zgromadziło się już sporo ubranych w tradycyjne kurdyjskie stroje ludzi (precyzyjnie rzecz ujmując – mężczyzn). Część z nich, zwłaszcza młodzi, weszła na dachy okolicznych domów. W centralnym zaś miejscu uroczystości, wokół którego tłoczyli się mieszkańcy miasta, na metalowym rusztowaniu ustawiony był stos z porąbanych desek, polewany jakąś łatwopalną substancją. No i oczywiście wszędzie powiewały kurdyjskie flagi, czewono-biało-zielone, z wielkim, promienistym słońcem pośrodku.

Kulminacyjny moment uroczystości nastąpił tuż przed zmrokiem. Kilka obwiązanych szmatami kijów oblano ową substancją i podpalono. Żagwie trzymali miejscowi notable i goście, jedną z nich dzierżyłem ja, wspólnie z niemieckim konsulem. W końcu buchnął ogień i w niebo wzniósł się ogromny słup gęstego, czarnego dymu. Towarzyszył temu głośny aplauz, a im bardziej się ściemniało, tym nastrój stawał się mniej oficjalny. Ludzie wzięli się za ręce i zaczęły się tradycyjne kurdyjskie śpiewy oraz szai, czyli kurdyjski taniec, rytmiczny pląs wokół ognia.

Gdy już się mocno ściemniło i znów ochłodziło, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Szengelbany. To jeden z najbardziej znanych ośrodków wypoczynkowych w regionie Soranu, który jeszcze niedawno przyciągał licznych arabskich turystów, głównie z Iraku właściwego (czyli spoza Regionu Kurdystanu). Tam też płonęło już potężne ognisko, wokół którego ludzie tańczyli szai. O ile w Rawanduz przy rozpalaniu ognia byli tylko mężczyźni, o tyle tutaj dało się zauważyć również kobiety. O pozycji kurdyjskich kobiet napiszę później, ale tu, w pięknych górach Soranu, wiele rzeczy wygląda inaczej, bardziej konserwatywnie, co nie oznacza, że kobiety są traktowane jak osoby drugiej kategorii. Nie jest też tak, że tutejsza obyczajowość, wyrażająca się daleko idącym odseparowywaniem kobiet i mężczyzn (jeśli nie są rodziną), wynika wyłącznie z islamu.

Póki co, dzień zakończyliśmy w knajpie, przy suto zakrapianej alkoholem kolacyjce. Niezbyt to islamskie, ale w końcu to był Newroz a nie ramadan.

Gdy dziś wstałem i spojrzałem na wznoszącą się za domem Mam Husajna górę Cia Korek, oślepiło mnie zawieszone nad jej szczytem słońce. Sama góra osnuta była lekką poranną mgłą. Widoki są tu przepiękne, nawet w toalecie. Małe okienko nad ubikacją w diwchanie (czymś w rodzaju pomieszczenia gościnnego) wychodzi wprost na Korek. Cia to po kurdyjsku po prostu góra. W zasadzie powinno się to wymawiać „czia”, ale w górskim dialekcie z Soranu trochę seplenią.

Około południa pojechałem na piknik w okolice Szanadaru. Wszędzie setki samochodów, a na trawie mrowie ludzi, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Newroz to bowiem przede wszystkim święto rodzinne. Pełny zestaw piknikowy miejscowych składa się z namiotu, dywanu (niekiedy kilku), znacznej ilości jedzenia, samowaru z górą cukru, piłki, liny z kawałkiem deski i poduszką (żeby skonstruować z nich huśtawkę dla maluchów), dżyl-u-barg kurdi (czyli tradycyjnego kurdyjskiego stroju), wreszcie samochodu i rodziny – od kilku do setki osób. No i jeszcze bębna, trąbki oraz nagłośnienia, żeby można było tańczyć szai.

Newroz trwał do końca tygodnia, czyli do piątku. Zaczął się, co prawda teoretycznie w poniedziałek, ale ponieważ piątek i sobota to w Iraku dni wolne, w praktyce świętowano dziewięć dni. W tym czasie wszystkie urzędy były zamknięte. Jak świętować, to świętować. Jedną z noworocznych osobliwości są też gigantyczne korki na wąskich, górskich drogach i to, że niektóre samochody jeżdżą w korkach w kółko, bo to taki spacer, po kurdyjsku „pijasa”. Dziś poruszanie się innym środkiem lokomocji aniżeli własnym samochodem, nie daj Boże na przykład rowerem, to wstyd, oznaka ubóstwa. A przecież tutejsi Kurdowie przesiedli się z wierzchowców na land rovery i pick-upy ledwie kilka dekad temu.

 

I jeszcze krótko o tym, co robię w Chalifanie. Wszystko zaczęło się pod wodospadem Geli Ali Beg, gdy w 2012 roku po raz pierwszy znalazłem się w Soranie, bo w Kurdystanie irackim byłem już wcześniej, w roku 2011, jeszcze turystycznie (czy raczej podróżniczo). Było to na długo przed toczącą się obecnie wojną, Kurdystan nie był pogrążony w kryzysie i bardzo łatwo łapało się stopa. Chciałem pojechać do Szaklawy, a następnie do Irbilu. Stanąłem z plecakiem przy drodze i po paru minutach zatrzymał się samochód. Jadący w nim jeden z synów Mam Husajna zaprosił mnie na obiad. Był piątek, u muzułmanów dzień świąteczny, więc było wystawnie. A potem zostałem u niego na noc. Kolejny raz odwiedziłem Chalifan w czerwcu 2014 roku, już jako dziennikarz, gdy zaczęła się wojna z Państwem Islamskim i wszyscy mówili o bliskiej perspektywie kurdyjskiej niepodległości.

CZAS NA WSTĘP

W czerwcu 2014 roku media zajęte były sprawą „dziewczynek z Chibok”, czyli porwania przez Boko Haram uczennic z nigeryjskiego miasteczka. Ktoś mnie kiedyś przekonywał, że nie można pisać jednocześnie o dwóch sprawach związanych podobnym tematem, bo czytelnik się znudzi. Skoro więc jest o terrorystach w Nigerii, ważnym skądinąd kraju afrykańskim, jest o dziewczynkach, a to przecież czytelnika chwyta za serce, to po co pisać o Iraku, o którym wiadomo, że „tam się przez cały czas biją”?

Dlatego gdy 9 czerwca napisałem na Facebooku, że iracka Al-Kaida, działająca już wówczas jako Islamskie Państwo Iraku i Lewantu, wkroczyła do Mosulu, z którego armia iracka w panice uciekała, w polskich mediach panowała na ten temat cisza. Dwa dni później umieściłem na moim dawnym blogu wpis o następującej treści: Polskie media ledwo zauważyły informację o wkroczeniu ISIL (Islamskie Państwo Iraku i Lewantu) do Mosulu, nie mając pojęcia, jak potężne może mieć to skutki.[...] Padło niemal dwumilionowe miasto, drugie co do wielkości w Iraku, ale nie tylko dlatego informacja ta ma ogromne znaczenie. Upadek Mosulu może stanowić bowiem gwóźdź do trumny państwa, którego sens istnienia jest coraz mniejszy – Iraku.

Od tego czasu minęły dwa lata i wprawdzie Irak istnieje, ale jeszcze w czerwcu 2014 roku sprawa niepodległości Kurdystanu przebiła się na pierwsze strony gazet. Z kilkudniowym opóźnieniem media światowe, a potem również, choć niemrawo, polskie, zrozumiały powagę sytuacji. Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Terroryści ogłosili kalifat, zrywając z Al-Kaidą i ogłaszając swego lidera, Abu Bakra al-Baghdadiego, kalifem Ibrahimem, władcą wszystkich muzułmanów. Jednocześnie hordy ISIL-u, czy też już teraz Państwa Islamskiego, Daulata Islamija, ruszyły wzdłuż Tygrysu na południe, w kierunku Bagdadu. W tym samym czasie kurdyjscy bojownicy, czyli Peszmerga, zajęli Kirkuk wraz z częścią prowincji o tej samej nazwie, Szengal i Równinę Niniwy w prowincji Mosul, podchodząc aż do wschodniego Mosulu (lewobrzeżnej części miasta), a także zajmując fragment prowincji Dijala z Chanakinem i Dżalulą. To tereny na których miało się odbyć referendum dotyczące ich ewentualnej przynależności do irackiego Regionu Kurdystanu. Przed irackimi wyborami parlamentarnymi, które odbyły się 30 kwietnia 2014 roku, mnożyły się prowokacje, panowało napięcie. Premier Iraku Nuri al-Maliki groził, że wyśle wojsko do Kurdystanu, choć iracka konstytucja tego zakazuje. W odpowiedzi, kurdyjski prezydent Masud Barzani zapowiedział, że jeśli Maliki po wyborach pozostanie premierem, Region Kurdystanu ogłosi niepodległość. Maliki wygrał wybory, jego partia zdobyła ponad jedną czwartą miejsc w parlamencie, i choć nawet konkurencyjne partie szyickie dążyły do zmiany premiera, to według nigdy niepotwierdzonych oficjalnie informacji Iran postanowił utrzymać go przy władzy. Kurdowie uzyskali jedną piątą miejsc w parlamencie. I wtedy w Mosulu pojawił się ISIL.

Decyzję o wyjeździe do Irbilu podjąłem błyskawicznie. 8 lipca 2014 roku wsiadłem w autobus jadący do Wiednia, dalej samolotem przemieściłem się do Stambułu, nazajutrz poleciałem do Diyarbakır, następnie do stolicy irackiego Kurdystanu, stamtąd zaś już autobusem do Irbilu. Granicę turecko-iracką przekroczyłem 13 lipca, równo dwa tygodnie po ustanowieniu w Mosulu kalifatu. Świat wchodził w nową erę, a ja – w nowy etap mojego życia. Pozostał tylko jeden problem – napiszę artykuł i kto mi go opublikuje? Zainteresowanie polskich mediów Irakiem zakończyło się wraz z wycofaniem stamtąd polskich wojsk w 2008 roku, natomiast rola Kurdów na Bliskim Wschodzie była ledwo dostrzegana. Ich udział w wojnie w Syrii był z zadziwiającą konsekwencją ignorowany, w przekonaniu, że jeśli się zacznie mówić, iż w wojnie w Syrii jest więcej stron niż dwie, odbiorca nic z tego nie zrozumie. Mnie również, już później, wielokrotnie proszono o „uproszczenie” przedstawianego w moich artykułach obrazu. Jak można uprościć coś, co ze swej natury jest skomplikowane i czego upraszczanie prowadzi do wypisywania kompletnych bzdur? Nie będę jednak opisywał moich perypetii z medialnymi decydentami, bo nie to jest tematem tej książki. Uprzedzam jednak, że wiele z omawianych w niej zagadnień będzie skomplikowanych i że jest ona przeznaczona dla odbiorcy lubiącego i umiejącego myśleć. Traktowanie czytelników czy widzów jak ćwierćinteligentów zostawiam innym.

Gdy w czerwcu 2014 roku Kurdowie zajęli terytoria sporne, a Państwo Islamskie podchodziło pod Bagdad, wydawało się, że los Iraku jest przesądzony. Kurdystan przygotowywał się do ogłoszenia niepodległości na gruzach tego, jak się wówczas wydawało, chylącego się ku upadkowi państwa. Historia potoczyła się jednak inaczej w wyniku jednego z najbardziej zagadkowych wydarzeń ostatnich lat – ataku Państwa Islamskiego na Kurdystan w sierpniu 2014 roku.

Kurdowie znów nie mieścili się w schemacie. Mediom najprościej było wszystko wyjaśnić przez przedstawianie tych wydarzeń jako kierowanego przez dżihadystów spod znaku Al-Kaidy buntu sunnitów przeciwko szyickiej władzy. Podobnie jak w przypadku Syrii, delikatnie mówiąc, nie odpowiadało to prawdzie. O ile jednak syryjska Rożawa (Kurdystan syryjski) wciąż dopiero raczkowała i ignorowanie jej oparte było na, oczywiście błędnym, założeniu, że jest to efemeryda, która wkrótce zniknie, o tyle w przypadku irackiego Regionu Kurdystanu rzecz przedstawiała się inaczej. Faktycznie istniał on już ponad dwadzieścia lat, a formalnie – jedenaście, miał swoją administrację, prezydenta, parlament i liczne media, a także swoich przedstawicieli za granicą oraz konsulaty około trzydziestu państw u siebie. W tym czasie dynamicznie rozwijał się gospodarczo, ze średnio ośmioprocentowym wzrostem PKB rocznie, na jego terytorium było wiele inwestycji, budowano nowe osiedla, domy, centra handlowe i hotele. Trudno go było zupełnie ignorować, tak jak robiono to z Rożawą.

W polskich mediach pojawiło się wtedy kilka artykułów o irackich Kurdach, lecz żadna krajowa stacja telewizyjna ani gazeta nie zdecydowała się na wysłanie do Iraku korespondenta. Redakcja jednego z tygodników poinformowała mnie jednak, że jest wstępnie zainteresowana reportażem z irackiego Kurdystanu. Już po moim powrocie, 1 sierpnia, dostałem wiadomość, że rezygnują z publikacji materiału, bo na ten temat pisali dwa miesiące wcześniej i nie jest on już na topie. Pięć dni później Państwo Islamskie rozpoczęło ofensywę na Irbil, co doprowadziło do amerykańskiej interwencji w postaci nalotów na pozycje Państwa Islamskiego. Tylko pogratulować wyczucia. Pewna stacja telewizyjna proponowała mi założenie wideobloga i umieszczenie tam filmu z linii frontu pod Mosulem, obok relacji z jakiejś wsi o dachu zerwanym w wyniku burzy. Nie skorzystałem.

Choć od tamtych wydarzeń minęły ponad dwa lata, dzięki zamiłowaniu polskich mediów do uproszczeń przeciętny Polak wciąż niewiele wie o Kurdach, odgrywających kluczową rolę w walce z Państwem Islamskim. Ono zaś coraz silniej zagraża Europie.

Książkę tę rozpocznę od wyjaśnienia, kim są właściwie Kurdowie, a następnie przejdę do opowieści o moim pierwszym wojennym wyjeździe do irackiego Regionu Kurdystanu. Wcześniej byłem tam już dwa razy. W ogóle pierwszy raz w Kurdystanie znalazłem się w grudniu 2007 roku, w Kamiszlo. Szczerze mówiąc, moja ówczesna wiedza na temat Kurdystanu utrzymywała się na poziomie przeciętnym, który z perspektywy czasu wydaje mi się bliski zeru. Wiedziałem coś niecoś o PKK (kurd. Partiya Karkerên Kurdistanê, Partia Pracujących Kurdystanu) i o Abdullahu Öcalanie (czyt. Odżalanie, liderze Partii Pracujących Kurdystanu, czyli kurdyjskiej partyzantki w Turcji), pamiętam nawet, jak w 1999 roku, gdy Öcalan został porwany w Kenii, a następnie skazany na śmierć w Turcji (wyrok później zamieniono na dożywocie), całkiem przypadkowo w Brukseli trafiłem na głodówkę Kurdów. Wiedziałem o istnieniu kurdyjskiej autonomii w Iraku i że Kurdowie żyją w czterech państwach: Iranie, Iraku, Turcji i Syrii. Lecz dopiero mój pierwszy pobyt w Diyarbakır w 2007 roku uzmysłowił mi, jak mało wiem o tym wielkim narodzie bez własnego państwa.

Cztery części Kurdystanu są jak cztery zabory i jak cztery strony świata. Baszur to po kurdyjsku południe i tak też nazywa się Kurdystan iracki. Bakur to północ i zarazem nazwa Kurdystanu tureckiego. Rożawa to wschód, czyli część syryjska, a Rożhelat to zachód, czyli Kurdystan irański. Te nazwy będę od czasu do czasu stosował. Jest w nich czytelny przekaz Kurdów: Kurdystan jest jeden, choć podzielony. Ten podział został dokonany dwukrotnie i to wbrew samym Kurdom. Po raz pierwszy po bitwie na równinie Czałdyran w 1514 roku, drugi raz w wyniku tak zwanego układu Sykes-Picot z 1916 roku.

Celem tej książki nie jest jednak przedstawienie wyidealizowanego obrazu Kurdów. Są oni również mocno podzieleni wewnętrznie jak zewnętrznie, pojęcie wojny domowej nie jest im obce, ich historia ma swoje czarne karty, na przykład udział w ludobójstwie Ormian. Wszystko to trzeba jednak widzieć w kontekście historycznym, nie zapominając, że państwa zaborcze i ościenne zawsze podsycały wewnątrzkurdyjskie waśnie. Ten kontekst również zostanie w mojej książce omówiony.

Istnieje zresztą silne podobieństwo między Kurdami a Polakami. My też byliśmy podzieleni przez państwa zaborcze. Różnica jest tylko taka, że nas rozdzierały trzy mocarstwa, a nie cztery, jak w przypadku Kurdów. Warto też pamiętać, że w czasie I wojny światowej endecja popierała Rosję, podczas gdy Piłsudski tworzył Legiony u boku walczącej z Rosjanami armii austriackiej. Dziś z Kurdami jest podobnie. Jedni spoglądają na Turcję, licząc na to, że dzięki współpracy z nią otworzy się droga do kurdyjskiego Piemontu: niepodległości Baszuru. Inni walczą z tą samą Turcją, jeszcze inni wolą orientować się na współpracę z Iranem. Stare kurdyjskie powiedzenie głosi, że Kurdowie nie mają przyjaciół poza górami. Tylko że w Rożawie góry są wyłącznie w kantonie Efrîn.

Nie wiadomo do końca, ilu jest Kurdów. Szacunkowe liczby oscylują między trzydziestoma pięcioma a czterdziestoma milionami. Przyczyną tej rozbieżności jest fakt, iż w spisach ludności przeprowadzanych w krajach, między które Kurdystan został podzielony, albo w ogóle nie uwzględniano mniejszości narodowych, albo też wykluczano z nich Kurdów. Perfekcję w zakłamywaniu istnienia tego narodu osiągnęła Turcja, która utrzymywała, że są to „tureccy górale”. W ramach „turkifikacji” dokonano też masowych przesiedleń Kurdów. Dlatego w siedemnastu kurdyjskich prowincjach Turcji (Şanlıurfa, Adıyaman, Mardin, Diyarbakır, Batman, Bitlis, Siirt, Şırnak, Hakkâri, Wan, Muş, Bingöl, Tunceli, Kars, Iğdır, Ağrı, Ardahan) mieszka dziś tylko około połowy wszystkich Kurdów żyjących w tym kraju. Łącznie w Turcji jest ich co najmniej szesnaście milionów, choć niektórzy twierdzą, że aż dwadzieścia pięć, co by oznaczało, że stanowią oni dwadzieścia–trzydzieści procent całej ludności tego kraju. Jednak Kurdowie mają znacznie wyższy przyrost naturalny aniżeli Turcy i dlatego, według niektórych szacunków, już za parę dekad mogą oni stać się większością w kraju. Ta wizja przeraża Turków i wpływa na politykę obecnych władz. Zanim jednak ktoś pomyśli, że Turcy mają prawo być, delikatnie rzecz ujmując, niezadowoleni z tego, iż będą mniejszością, warto przypomnieć, że Kurdowie mieszkają tu od zawsze, a Turcy zaledwie od pięciuset lat.

W Iraku Kurdów jest około 7,5 miliona (20 procent ludności kraju), w Syrii – około 2,5 miliona (mniej więcej 15 procent), natomiast w Iranie około 8 milionów (10 procent), ale na tym problemy z określeniem ich liczby się nie kończą, bo w odniesieniu do niektórych grup istnieją wątpliwości, czy ich członkowie są Kurdami, czy nie. Chodzi między innymi o jazydów, mniejszość religijną, z której ludzie na siłę próbują zrobić również mniejszość etniczną. Znacznie bardziej skomplikowana jest natomiast kwestia związku między Kurdami a mieszkającymi w Iranie Lorami. Są jeszcze inne mniejszości. Tereny te roją się od mniej lub bardziej nieznanych – ogółowi – grup etnicznych i religijnych: zamieszkują je Asyryjczycy, chaldejczycy, kakai, Szabakowie czy Fejli. Napiszę o nich w dalszej części tej książki. Zacznę jednak od przybliżenia historii Kurdystanu, ta bowiem jest albo zupełnie nieznana, albo totalnie zakłamana. Jak powiedział mi w Irbilu dr Musa Mamadarasz, wykładowca na tamtejszym Uniwersytecie Salahaddin:

 

– Większość książek o naszej historii napisali nasi wrogowie, a to historia determinuje tożsamość, określa, kim jesteśmy.

Jeszcze dwie uwagi. Książka ta opowiada przede wszystkim o Baszurze oraz Rożawie. Kurdystan irański, czyli Rożhelat, będzie w niej tylko wzmiankowany. Przyczyną jest zarówno jego specyfika, fakt, że nie odgrywa on takiej roli w obecnych wydarzeniach, jak trzy pozostałe części krainy Kurdów, jak i to, że książka znacznie by się rozrosła. Bakur, czyli zamieszkana przez Kurdów część Turcji, to również temat rzeka, ale z uwagi na znacznie większy związek tego, co dzieje się w tym regionie, z sytuacją zarówno w Baszurze, jak i w Rożawie trudno go pominąć. Nie jest on jednak omówiony wyczerpująco, choć mam nadzieję, że nadrobię to w kolejnej książce.

I jeszcze słowo na temat pisowni i trudniejszych terminów: nazwy, które są zapisywane alfabetem arabskim (czy też jego kurdyjską wersją), będę pisał według zasad transkrypcji fonetycznej, chyba że istnieją ich standardowe wersje polskie. Uważam bowiem, że stosowanie standardowych nazw angielskich jest nieuzasadnione. Natomiast nazwy, które nie mają polskich wersji standardowych, a są zapisywane turecką wersją alfabetu łacińskiego, będę pisał tak, jak się je zapisuje oryginalnie. Dla ułatwienia w książce są mapy, a na końcu znajduje się słowniczek niektórych pojęć.


Autor wśród arabskich bojowników YPG w okolicach Tall Marouf w syryjskiej Rożawie, grudzień 2014 roku