Allah akbarTekst

Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Seria LINIE FRONTU

Grzegorz Kaliciak Karbala. Raport z obrony City Hall

Michael Golembesky, John R. Bruning Marines. Bohaterowie operacji specjalnych

Grzegorz Kaliciak Afganistan. Odpowiedzieć ogniem

Dan Raviv, Yossi Melman Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Cel za horyzontem. Opowieść snajpera GROM-u (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u

Andrzej Brzeziecki Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera

Witold Repetowicz
Allah Akbar
Wojna i pokój w Iraku


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Piotr Bukowski

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce i wewnątrz tomu © by Witold Repetowicz

Copyright © by Witold Repetowicz, 2019

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Karol Francuzik

Konsultacja arabistyczna Hanna Jankowska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Mapy Wojciech Mańkowski

ISBN 978-83-8049-833-4

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp: mity o Iraku

Od upadku Saddama do powstania „kalifatu”

Szyicka krew w Tygrysie

Bagdad: miasto wojny i pokoju

Mityczna kraina Sunniland

Chcemy niepodległości!

Są dwa rodzaje ludzi…

Z szyitami na pustynnym froncie w Niniwie

Przez Mosul do zwycięstwa

Zakończenie: na rozdrożu

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Przyjaciołom Irakijczykom. Wszystkim tym, którzy okazywali mi pomoc i udzielali gościny w Iraku


Wstęp: mity o Iraku

W styczniu 2018 roku uczestniczyłem w Warszawie w międzynarodowej konferencji poświęconej bliskowschodniej polityce USA. W trakcie dyskusji głos zabrał jeden z uczestników, pochodzący z kraju arabskiego i od lat mieszkający w Polsce. Oskarżył Stany Zjednoczone o to, że gdzie się tylko pojawią – wszystko niszczą. Jako przykład podał Irak. Stwierdził, że Amerykanie najechali ten kraj (oczywiście wcześniej mlekiem i miodem płynący) i teraz pozostały same zgliszcza. Zapytałem zatem, kiedy ostatnio był w Iraku.

– Nigdy nie byłem, ale mam tam kuzyna i on mi wszystko opisał – stwierdził z rozbrajającą szczerością.

Ten incydent nie był wyjątkowy. Niemal codziennie spotykam się z opiniami na temat Iraku, które z rzeczywistością mają niewiele wspólnego. Przekonanie, z jakim są prezentowane, sugerowałoby niezwykle szeroką i dogłębną wiedzę na temat tego kraju. Jednak im większa pewność towarzysząca wygłaszaniu stereotypowych poglądów, tym większe prawdopodobieństwo, że wyrażający je nigdy nie był w Iraku.

Ta książka zapewne nie przekona wszystkich czytelników. Zgodnie z rozpowszechnionymi stereotypami Irak to państwo sztuczne i upadłe, w Bagdadzie za każdym rogiem czai się terrorysta i co chwilę wybucha bomba. Mieszkańcy, zapewne ze strachu, nie wychodzą z domu lub przemykają po opustoszałych ulicach, by zdobyć coś do zjedzenia. Od czasu do czasu przejedzie jakiś konwój, chroniony przez pancerne hummery, wzburzy powietrze i zostawi za sobą unoszące się stare gazety. Świetnie by to wyglądało na filmie, ale prawda jest inna.

Fałszywy obraz Iraku – kraju ogarniętego permanentną wojną od 2003 roku – jest jednak dostatecznie mocno utrwalony w opinii publicznej. Jedną z głównych przyczyn takiej sytuacji jest problem wiarygodności ukazujących się relacji. Po wycofaniu się Polski z Iraku w 2008 roku zainteresowanie tym krajem w mediach polskich zaczęło spadać, a gdy w 2011 roku wyjechali stamtąd Amerykanie, nikt już nie zaprzątał sobie głowy tym, co się dzieje nad Eufratem i Tygrysem. Wystarczyły jednak pojawiające się co jakiś czas doniesienia, że znów wybuchła bomba, by ponownie zapanowało powszechne przekonanie, że interwencja w 2003 roku była błędem – gdyby nadal rządził Saddam Husajn, podobno byłby porządek.

Innym poglądem, traktowanym niemal jak dogmat, jest przekonanie, że Irak to państwo sztuczne – narodu irackiego nie ma i jedyne, co może tamtejszą ludność trzymać razem, to bat despoty, jakim był Saddam Husajn. Dlatego gdy w 2014 roku znaczna część Iraku została opanowana przez Państwo Islamskie, w światowych mediach zaczęła funkcjonować teza o rychłym i nieuchronnym podziale Iraku na trzy części, z których jedną miał być mityczny Sunniland[1]. Mityczny, bo pojęcie to funkcjonowało bardziej w świadomości zachodnich teoretyków niż lokalnej ludności. Narrację narzucały media, które nie były przychylne Irakowi, takie jak choćby Al-Dżazira, co dodatkowo przyczyniało się do fałszowania obrazu.

Tymczasem wojna Iraku z Państwem Islamskim nie spowodowała masowego powrotu zagranicznych dziennikarzy do tego kraju. Reporterów polskich, którzy w latach 2014–2017 pojechali tam, było co najwyżej kilkunastu, z czego większość ograniczyła się do pobytu na terenach kurdyjskich. Nie przeszkadzało to jednak autorom znającym Irak tylko z mapy, opowieści i relacji ukazujących się w mediach zagranicznych wyrażać zdecydowanych sądów, kreślić obrazu odwiecznej nienawiści szyicko-sunnickiej[2] i bombardować zarzutami zbrodni na sunnickiej ludności cywilnej, dokonywanych podobno masowo przez szyitów i armię. Zwłaszcza milicje szyickie, działające w Iraku pod nazwą Al-Haszd asz-Szaabi[3], doczekały się czarnej legendy opartej na krótkich filmikach zamieszczanych w mediach społecznościowych. Ich autorami nierzadko były osoby związane z Państwem Islamskim (albo innymi podmiotami zaangażowanymi w tę wojnę), a więc z natury rzeczy nieobiektywne i nierzetelne. Im bliżej było końca Państwa Islamskiego w Iraku, tym bardziej propaganda wynikająca z bezsilności i rozpaczy dżihadystów się nasilała.

W mediach polskich reprezentujących rozmaite poglądy polityczne, od „Frondy” po „Gazetę Wyborczą”, wielokrotnie spotykałem się ze stwierdzeniami, że Al-Haszd asz-Szaabi konkuruje z Państwem Islamskim w popełnianiu przerażających zbrodni czy też słynie z okrucieństwa. Autorów tych opinii łączyły dwie rzeczy. Po pierwsze uznawali oni kreślony przez siebie obraz Al-Haszd asz-Szaabi za niepodważalny i bezdyskusyjny. Po drugie żaden z autorów powielających te stereotypy nigdy na oczy nie widział nikogo z Al-Haszd asz-Szaabi. Dla kogoś, kto jak ja spędził wiele dni z żołnierzami walczącymi w tych oddziałach, był to jakiś olbrzymi dysonans poznawczy. Świat wyłaniający się z tych mediów nijak nie pasował do tego, co zobaczyłem. Nie wszyscy jednak chcieli słuchać, jak to naprawdę wygląda, gdyż ich „prawda” bardziej pasowała do ich obrazu Iraku, czyli kraju, z którego podobno pozostały tylko zgliszcza. Innym dogmatem było traktowanie toczących się walk nie jako zmagań Iraku z najeźdźcą, ale jako wojny domowej, i porównywanie do konfliktu toczącego się w Syrii. Państwo Islamskie nie miało jednak tożsamości irackiej, tworzyli je ludzie z całego świata, w tym rdzenni Europejczycy.

Książka ta nie ma charakteru naukowego, lecz jest reportażem. Oznacza to, że nie jest rozprawą, w sposób zupełny i obiektywny analizującą wszystkie problemy Iraku. Jest to autorskie spojrzenie na wydarzenia lat 2014–2017, czyli w czasie wojny z Państwem Islamskim. Opowieść oparta przede wszystkim na moich doświadczeniach, jak pobyt na froncie, podróże po niemal całym kraju, kontakty z uchodźcami, żołnierzami, dowódcami, politykami, ajatollahami, księżmi i szejkami, a także zwykłymi ludźmi napotykanymi w autobusach, meczetach czy na ulicy. Byli wśród nich zarówno szyici, jak i sunnici, chrześcijanie, jezydzi, Kurdowie, Arabowie i Turkmeni.

 

Nie jest moim celem dawanie łatwych odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące problemów współczesnego Iraku. To skomplikowana rzeczywistość, do której pragnę zabrać czytelników książki. Chciałbym pokazać ludzi i ich racje, często sprzeczne. Przedstawić rozmaite spojrzenia na podstawowe problemy i na sposoby ich rozwiązania.

Warto pamiętać o jednym: to Irakijczycy są gospodarzami w swoim domu i to oni powinni dokonywać ostatecznych wyborów determinujących, jak będą żyć. Wyrażanie zbyt zdecydowanych sądów na temat tego, kto ma rację w jakimś z ich sporów, może czasem zakończyć się komicznie, gdy nagle skłócone strony zasiądą przy herbatce do stołu i ucałowawszy się w policzki, dojdą do wniosku, że znów są braćmi. Zbytnio zaangażowany dziennikarz, powtarzający bezkrytycznie propagandę jednej ze stron, pozostanie wówczas na lodzie, całkowicie ośmieszony. Tamten świat tak czasem działa, więc lepiej w nim nie być bardziej papieskim niż sam papież.

Moja opowieść zaczyna się właściwie w czerwcu 2014 roku, choć w pierwszym rozdziale przedstawię niektóre wydarzenia z dekady oddzielającej upadek Saddama Husajna od pojawienia się Państwa Islamskiego. Nie będzie to analiza inwazji i późniejszej okupacji oraz tego, co zrobiono źle, a co dobrze, raczej wybiórcze ukazanie pewnych zdarzeń i osób w celu ułatwienia zrozumienia tego, o czym będę pisał w dalszej kolejności.

Opowiem więc o roli dwóch wielkich rodów Al-Hakim i As-Sadr, o As-Sahwie, czyli sunnickim przebudzeniu Anbaru, o wyborach z 2010 roku, które utrwaliły na kolejne cztery lata władzę Nuriego al-Malikiego w Iraku, wreszcie o protestach z 2013 roku, będących preludium do dramatu, który zaczął się w 2014. Wtedy to zdemoralizowana armia iracka stała się pośmiewiskiem świata, uciekając w popłochu przed znacznie mniej licznymi oddziałami terrorystów, którzy przejęli arsenały najnowocześniejszej broni, jaką Irakijczycy dostali od Amerykanów. Na okładce magazynu „Time” ogłoszono koniec Iraku i nie był to głos odosobniony. W mediach i internecie zaczęły krążyć nowe mapy Bliskiego Wschodu, a nazwiska Sykes i Picot odmieniane były przez wszystkie przypadki. Ci dwaj panowie, którzy w 1916 roku wzięli do ręki ołówki i linijki i zaczęli kreślić nowe granice, obarczani są obecnie odpowiedzialnością za stworzenie „sztucznych państw” takich jak Irak. Oskarżenia pod ich adresem kierowała zarówno propaganda Państwa Islamskiego, jak i domorośli następcy Sykesa i Picota, którym krytyka tych dwóch dyplomatów nie przeszkadzała w naśladowaniu ich. To nowe dzielenie Bliskiego Wschodu okazuje się już jednak tylko i wyłącznie groteską. Podróż, w jaką wezmę czytelników, kończy się w kwietniu 2018 roku, gdy jest to już jasne. Armia iracka nie jest już tą samą co trzy–cztery lata wcześniej, Państwo Islamskie w Iraku pokonano militarnie, choć nie wszyscy jeszcze chcą to przyjąć do wiadomości, a państwo, które miało się rozpaść – szykuje się do wyborów parlamentarnych. Trawestując tytuł słynnego dzieła Francisa Fukuyamy: historia jednak się nie zakończyła.

Książka jest zatem z jednej strony opowieścią o drodze, jaką Irak i Irakijczycy przeszli przez te cztery lata, z drugiej zaś próbą skonfrontowania z rzeczywistością stereotypów, półprawd i mitów. To też opowieść o współczesnej tożsamości irackiej, nie tylko tej arabskiej i nie tylko muzułmańskiej. W mojej opowieści jest miejsce zarówno na wojnę, jak i pokój, niedostrzegany w ostatnich latach przez wielu nieuważnych obserwatorów. Podróż, w jaką zabiorę czytelnika, obejmować będzie zarówno obszary walk w Mosulu i prowincji Niniwa, mityczny Sunniland, dążący do niepodległości Kurdystan, jak i spokojne szyickie południe, gdzie znajdują się wspaniałe mauzolea w Karbali i Nadżafie i bije duchowe serce tego kraju. Pojawi się też Bagdad – miasto, które niesłusznie kojarzy się wielu wyłącznie z wybuchami bomb. Liczne dygresje historyczne mają z kolei służyć zrozumieniu irackiej duszy. Nie rozmawiamy bowiem o kraju zamieszkanym przez kosmitów, lecz przez ludzi z krwi i kości.

Współczesny Irak powstał w wyniku umowy zwycięskich mocarstw po I wojnie światowej, ale obecna mapa Bliskiego Wschodu różni się znacząco od tego, co sobie rysowali panowie Sykes i Picot. Jest ona rezultatem ustaleń pokoju w Lozannie z 1923 roku, kończącego tzw. wojnę o niepodległość Turcji i anulującego wcześniejszy traktat z Sèvres z 1920 roku. Dla współczesnego Iraku miało to przede wszystkim znaczenie z tego względu, że traktat z Sèvres przewidywał stworzenie niezależnego państwa kurdyjskiego, złożonego z dzisiejszego Kurdystanu irackiego oraz części Kurdystanu tureckiego. W Lozannie przekreślono więc marzenia Kurdów o niepodległości, czego oni sami do dziś nie zaakceptowali. W granicach Iraku znalazł się również Mosul, czego z kolei nigdy nie zaakceptowali Turcy. Z ustaleń Sykesa i Picota wynikało, że miał być częścią francuskiego protektoratu Syrii, ale w 1917 roku znalazł się on pod okupacją brytyjską. Ponieważ Anglicy odkryli w jego okolicach ropę, podstępnie skłonili Francuzów do korekty planu rozbiorowego. Nie był to jednak koniec tak zwanej kwestii mosulskiej, bo dopiero w 1926 roku, po korzystnej dla Iraku i Brytyjczyków decyzji Ligi Narodów, Turcja podpisała traktat graniczny z Irakiem, zgodnie z którym Mosul pozostał w granicach Iraku, znajdującego się wówczas pod brytyjskim protektoratem. W 2016 roku Turcja jednak znów zaczęła zgłaszać pretensje terytorialne do Mosulu i irackiej prowincji Niniwy i nielegalnie wprowadziła na te tereny swoje wojska.

Podnoszone w latach dwudziestych XX wieku roszczenia tureckie oparte były na argumencie, że większość mieszkańców dawnego wilajetu[4] Mosulu to Turcy i Kurdowie. Tylko że według szacunków Ligi Narodów z 1924 roku Kurdowie stanowili 65 procent mieszkańców tego terytorium, podczas gdy Turkmeni – niespełna 5 procent. Więcej niż Turkmenów było zarówno Arabów (21 procent), jak i nawet chrześcijańskich Asyryjczyków (7,5 procent)[5]. Argument o „Turkach i Kurdach” był osobliwy także dlatego, że po 1923 roku nowa Turcja zakwestionowała istnienie narodu kurdyjskiego i zaczęła tępić wszelką etniczną odmienność Kurdów w Turcji, nie wahając się nawet posunąć do ludobójstwa[6].

W nowym państwie irackim szybko doszło do dwóch rebelii, których przyczyny i cele były zresztą zupełnie różne. Na północy już w 1919 roku zbuntowali się Kurdowie, pragnący niepodległości. Natomiast rok później wybuchło powstanie na szyickim południu Iraku, które szybko rozlało się również na środkową część kraju. Wezwali do niego szyiccy przywódcy religijni (mudżtahidowie), którzy kierowali się względami religijnymi, czyli sprzeciwem wobec okupacji terytoriów muzułmańskich przez „niewiernych”. Szyiccy duchowni robili to, mimo że w imperium osmańskim cierpieli prześladowania. Sułtan i jego namiestnicy w Iraku byli bowiem sunnitami, podczas gdy szyitów podejrzewano o bycie piątą kolumną Persji, z którą imperium osmańskie nie żyło w przyjaźni. A już w 1914 roku, gdy Brytyjczycy rozpoczęli ofensywę w Iraku, niektórzy mudżtahidowie wydawali fatwy (religijne edykty) wzywające do dżihadu, czyli świętej wojny. W 1920 roku, mimo szyicko-sunnickiej niechęci, sunnickie plemiona odpowiedziały na te wezwania, przyłączając się do walki z „niewiernymi” najeźdźcami, a liderzy powstania gotowi byli do współpracy nawet z Turkami przeciwko Brytyjczykom. Powstanie zostało po kilku miesiącach krwawo stłumione, ale skłoniło Brytyjczyków do zmiany planów wobec Iraku i stworzenia tam zależnego od siebie królestwa. Wcześniej bowiem Brytyjczycy chcieli krajem tym rządzić bezpośrednio. Królem został książę Fajsal z rodu Haszymidów, który w odróżnieniu od Irakijczyków w czasie I wojny światowej wsparł Brytyjczyków przeciw sułtanowi, wywołując tak zwaną arabską rewolucję. Książę spodziewał się, że dzięki sojuszowi z Brytyjczykami zapewni sobie tron zjednoczonego królestwa Arabów, obejmującego Jordanię, Syrię, Palestynę, Liban oraz tereny dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Skończyło się jednak na tym, że na pocieszenie dostał koronę Iraku.

Fajsal przyznał pod koniec swojego życia, że nie był w stanie zrozumieć Iraku. Pod jego rządami cała elita rządząca, zarówno polityczna, jak i militarna, pochodziła z sunnickiej mniejszości, a sam Fajsal uznawał Kurdów i szyitów za „ignorantów”[7], „niezdolnych do uczestnictwa we władzy” i myślących ciągle o buncie. W bezprecedensowym memorandum z 1932 roku przyznawał wprawdzie, że szyici byli zawsze prześladowani i że: „Ich przeznaczeniem są podatki i śmierć, a sunnitów przywilej urzędów. Cóż zatem należy do szyitów? Nawet nie uznajemy ich religijnych świąt”, nie wyciągał z tego jednak żadnych wniosków.

Mudżtahidowie szyiccy i mardżowie[8] po stłumieniu powstania w 1920 roku zostali uznani przez Brytyjczyków za wrogów, których władzę nad duszami trzeba wytępić. Reakcją szyickiego duchowieństwa było odrzucenie państwa irackiego jako wrogiego tworu, a Fajsal w swym memorandum przyznał, że „ignoranckie i prymitywne umysłowo masy” pozostają pod wpływem swych szyickich liderów.

„W moim głębokim przekonaniu nie ma irackiego narodu w Iraku, są tylko rozmaite grupy bez poczucia przynależności narodowej” – napisał również Fajsal w swoim memorandum. Ale Irak nie jest bardziej sztucznym krajem, a Irakijczycy bardziej sztucznym narodem aniżeli jakikolwiek inny naród i państwo powstałe na gruzach imperium osmańskiego, łącznie z Turcją. Imperium osmańskie nie było bowiem tureckim państwem narodowym, a nowa koncepcja narodu tureckiego, narzucona w 1923 roku przez Atatürka, zakładała siłowe włączenie do niego różnych innych grup etnicznych, posługujących się wcześniej rozmaitymi językami. Tymczasem Irak został stworzony w oparciu o trzy wilajety osmańskie: Bagdadu, Basry i Mosulu, które łączyła wspólna historia, ten sam język, a w zasadzie także (mniej więcej) dialekt, jak również relacje gospodarcze i nawet plemienne. To, co było tu sztuczne, to z jednej strony przyłączenie Kurdystanu, a z drugiej – podział Dżaziry (Górnej Mezopotamii). Jednym ze skutków tego podziału było to, że tereny należące do potężnego plemienia Szammarów, do dziś dominującego w irackiej Niniwie i syryjskiej prowincji Hasaka, zostały podzielone między dwa państwa.

Przez Fajsala, gdy pisał on swoje memorandum, przemawiała gorycz porażki jego panowania. Miał być królem zjednoczonej Arabii, a skończył jako brytyjska marionetka. Tymczasem iraccy szyici i sunnici pokazali już w 1920 roku, że potrafią się zjednoczyć. Nic w tym zresztą dziwnego, bo wiele plemion irackich ma zarówno swoje odnogi sunnickie, jak i szyickie. Wynika to stąd, że niektóre z nich migrowały na południe z dzisiejszego Iraku północnego i środkowego, a w połowie XIX wieku, pod wpływem kontaktów z miejską ludnością szyicką Karbali, Nadżafu czy Basry, zaczęły masowo przechodzić na szyizm.

W 1958 roku szyici i sunnici iraccy znów się zjednoczyli i obalili monarchię. Nowym liderem Iraku został pułkownik Abd al-Karim Kasim, który próbował promować nowy rodzaj nacjonalizmu – opartego nie na tożsamości etnicznej, ale państwowym, wieloetnicznym narodzie irackim. Nastała nowa era, która początkowo zapowiadała się całkiem nieźle, a jej symbolem miał być pomnik, który stanął na centralnym placu irackiej stolicy, noszącym od tego czasu nazwę At-Tahrir, czyli plac Wolności. Pomnik ten przedstawia drogę Irakijczyków do wolności i pełen jest przejmującej symboliki. Jego autor Dżawad Salim zmarł w 1961 roku, więc nie dowiedział się, że w chwili gdy jego dzieło stanęło w sercu irackiej stolicy, ta droga dopiero się zaczynała. Miała być długa i niezwykle kręta. To, czy doprowadziła już Irakijczyków do celu, czy też wyprowadziła ich na manowce, pozostaje wciąż pytaniem otwartym.

Od upadku Saddama do powstania „kalifatu”
Szahid al-Mihrab i rodzina Al-Hakim: nieudany plan stworzenia Islamskiej Republiki Iraku

10 maja 2003 roku na granicę iracką w pobliżu Basry nadjechał potężny konwój złożony z setek pojazdów wojskowych. Irak był w tym czasie już od dwóch miesięcy pod amerykańsko-sojuszniczą okupacją, a uzbrojeni po zęby przybysze nadciągali z Iranu, czyli kraju znajdującego się od niemal ćwierćwiecza w stanie wrogości z USA. Po przekroczeniu granicy konwój skierował się do Basry, trzeciego najważniejszego miasta Iraku, a zarazem kluczowego portu. Tu oczekiwało już dziesięć tysięcy osób pragnących usłyszeć przesłanie wracającego po dwudziestu czterech latach wygnania ajatollaha Muhammada Bakira al-Hakima. Potem sześćdziesięcioczteroletni duchowny wraz ze swoją armią ruszył do Nadżafu, religijnej stolicy Iraku, by tworzyć Islamską Republikę Iraku, na wzór sąsiedniego Iranu. On sam miał zostać rahbarem, czyli Najwyższym Przywódcą, irackim odpowiednikiem Ruhollaha Chomeiniego i Alego Chameneia.

 

Muhammad Bakir al-Hakim, znany obecnie również pod honorowym imieniem Szahid al-Mihrab (Męczennik Ołtarza[9]), pochodził z jednego z najważniejszych szyickich rodów irackich, który do dziś odgrywa kluczową rolę zarówno w wymiarze religijnym, jak i politycznym, a także poniekąd ekonomicznym. Jego ojcem był Muhsin al-Hakim, w latach sześćdziesiątych wyłączny mardża w Iraku, a obecnie jednym z czterech irackich mardżów jest syn jego kuzyna Muhammad Sa’id al-Hakim.

Obecna struktura hierarchiczna szyickiego duchowieństwa z mardżami na czele powstała na przełomie XVIII i XIX wieku. Wtedy to wśród szyitów przeważyła grupa zwana al-usulijja (nazwa pochodzi od pojęcia usul al-fikh, czyli reguły prawoznawstwa), która promowała idżtihad – formułowanie praw religijnych przez autorytety w oparciu o interpretację Koranu i innych źródeł pisanych. Jednostki uprawnione do dokonywania takiej interpretacji nazwano mudżtahidami, a na wierzchołku całej struktury duchowieństwa stały osoby obdarzone tytułem mardża at-taklid, czyli „źródło, za którym należy podążać”.

Gdy w 1979 roku Saddam w ramach walki z szyicką hierarchią rozpoczął krwawe prześladowania rodu Al-Hakim, Muhammad Bakir wraz z częścią swoich krewnych uciekł do Iranu. Założył tam organizację o nazwie Najwyższa Rada Rewolucji Islamskiej w Iraku, której celem było zorganizowanie rewolucji islamskiej na wzór irański. W 1982 roku irański Pasdaran, czyli Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (alternatywna armia irańska stworzona przez Chomeiniego z powodu braku zaufania do wojska, podległa bezpośrednio irańskiemu Najwyższemu Przywódcy), pomógł Bakirowi al-Hakimowi w stworzeniu Organizacji Badr, czyli szyickiego korpusu zbrojnego złożonego z uchodźców z Iraku oraz jeńców wziętych do niewoli w czasie wojny irańsko-irackiej. Badr walczyła w wojnie iracko-irańskiej po stronie Iranu, co miało swoje dalekosiężne skutki, zwłaszcza że struktura ta nadal istnieje i jest obecnie najsilniejszą szyicką milicją w Iraku. Jednym z tych rezultatów było to, że Badr przesiąkła wpływami irańskimi, a w szczególności pozostała w ścisłym sojuszu z Pasdaranem. Co więcej, żołnierze Badr częściej wieszali portrety irańskich ajatollahów, a konkretnie Chomeiniego i Chameneia, niż religijnych przywódców irackich. Ta irańska karta wojenna Badr przysporzyła też liderowi Najwyższej Rady Rewolucji Islamskiej (NRRI) wielu wrogów w Iraku i to nie tylko wśród sunnitów, ale i szyitów, na przykład sadrystów, czyli stronników Muktady as-Sadra, dziedzica innego potężnego rodu.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy Amerykanie postanowili aktywniej wspierać opozycję iracką, ajatollah Bakir al-Hakim zaczął przejawiać oznaki emancypacji spod ścisłych wpływów irańskich, nie dystansując się całkowicie od tworzonej pod parasolem USA i Wielkiej Brytanii platformy zjednoczonej opozycji irackiej na uchodźstwie, która miała w planie przejąć władzę po upadku reżimu Saddama. Gdy to nastąpiło, ajatollah Al-Hakim triumfalnie powrócił do Iraku. Realizację jego planów uniemożliwiła jednak gigantyczna eksplozja, która miała miejsce niespełna cztery miesiące później, przy południowej bramie do mauzoleum imama Alego w Nadżafie. Muhammad Bakir al-Hakim zginął, a przywództwo w NRRI odziedziczył jego młodszy i mniej charyzmatyczny brat Abd al-Aziz, który wszedł do tymczasowych władz Iraku. Nowy lider NRRI spotkał się w Waszyngtonie z ówczesnym prezydentem George’em Bushem, a kierowana przez niego organizacja zmieniła nazwę na Najwyższą Radę Islamską, wyrzucając słowo „rewolucja” i de facto przekształcając się w jedną z wielu partii irackich. Nie dążyła już do wprowadzenia irańskiego modelu ustrojowego w Iraku. Gdy Abd al-Aziz zmarł na raka, schedę po nim odziedziczył jego syn Ammar, a polityczne wpływy rodziny zaczęły maleć. Nie na tyle jednak, by NRRI zupełnie przestała się liczyć. Ale nie to było dla niej najgorsze. W międzyczasie lojalność Al-Hakimom wypowiedziała Organizacja Badr, która pod przywództwem Hadiego al-Ameriego zbliżyła się do posiadającego władzę i lepsze relacje z Iranem Nuriego al-Malikiego, premiera rządzącego Irakiem w latach 2006–2014.

– Iran lubi dywersyfikować swoje poparcie – usłyszałem kiedyś od jednego z najbliższych doradców kurdyjskiego prezydenta Masuda Barzaniego. – Dlatego w latach osiemdziesiątych wbił nóż w plecy libańskiemu Ruchowi Amal, założonemu przez ajatollaha Musę as-Sadra i stworzył konkurencyjną organizację, czyli Hezbollah. Amal był związany ze zbyt potężną rodziną As-Sadrów i przez to był za bardzo niezależny. I to samo Iran zrobił w Iraku zarówno Sadrowi, jak i Hakimom. Rozbił ich struktury, tworząc organizacje ściśle związane z Pasdaranem, ale jednocześnie dalej popierał również Sadra i Hakimów, by utrzymać równowagę.

Piętnaście lat po swojej śmierci Muhammad Bakir al-Hakim doczekał się potężnego mauzoleum, budowanego przez dekadę w Nadżafie, do którego przeniesiono jego zwłoki. W tym czasie rosła natomiast siła Muktady as-Sadra, dla którego ani Muhammad Bakir al-Hakim, ani władze okupacyjne Iraku nie przewidywały żadnej roli w nowym, postsaddamowym Iraku.