Dramaty. Ślub

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2013

Posłowie

Jerzy Franczak

Trzy i pół dramatu

Spis treści

Karta redakcyjna

Ślub

Aneks

Posłowie. Jerzy Franczak: Trzy i pół dramatu

Ważniejsze artykuły i studia o dramatach

Przypisy

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Projekt okładki i układ typograficzny: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Edycja

Tekst Ślubu oparto na wydaniu:

Witold Gombrowicz Dzieła, red. nauk. Jan Błoński, tom VI Dramaty, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988.

Tekst opracowała Jadwiga Grodzicka.

Copyright © by Rita Gombrowicz & Institut Littéraire

All rights reserved

ISBN 978-83-08-05129-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Ślub

Osoby:

IGNACY (Ojciec i Król)

KATARZYNA (Matka i Królowa)

HENRYK (Syn i Książę)

WŁADZIO (Przyjaciel i Dworzanin)

MANIA (Służąca i Księżniczka)

PIJAK

KANCLERZ

SZAMBELAN

SZEF POLICJI

BISKUP PANDULF

DYGNITARZ-ZDRAJCA

DYGNITARZE, PIJACY, DWORZANIE,

DAMY, ZBIRY, LOKAJE

Idea dramatu

Człowiek jest poddany temu co tworzy się „między” ludźmi i nie ma dla niego innej boskości jak tylko ta, która z ludzi się rodzi.

Taki jest właśnie ten „kościół ziemski”, który objawia się Henrykowi we śnie. Tu ludzie łączą się w jakieś kształty Bólu, Strachu, Śmieszności lub Tajemnicy, w nieprzewidziane melodie i rytmy, w absurdalne związki i sytuacje i, poddając się im, są stwarzani przez to, co stworzyli. W tym kościele ziemskim duch ludzki uwielbia ducha międzyludzkiego.

Henryk wynosi ojca swego do godności króla, a to iżby ojciec udzielił mu ślubu; po czym sam ogłasza się królem i sam sobie pragnie udzielić ślubu. W tym celu usiłuje zmusić swych poddanych, aby napełnili go boskością: pragnie on stać się własnym swoim Bogiem.

Ale to wszystko dokonywa się poprzez Formę: to znaczy, że ludzie, łącząc się między sobą, narzucają sobie nawzajem taki czy inny sposób bycia, mówienia, działania... i każdy zniekształca innych, będąc zarazem przez nich zniekształcony.

Stąd dramat ten jest przede wszystkim dramatem Formy. Tu nie idzie, jak w innych sztukach, o znalezienie najwłaściwszej formy na oddanie jakiegoś konfliktu idei lub osób, ale o odtworzenie wieczystego konfliktu naszego z samą Formą. Jeśliby w sztuce Szekspira ktoś krzyknął na ojca swego „świnio”, dramat polegałby na tym, iż syn obraża ojca; gdy jednak to zdarza się w sztuce niniejszej, dramat dzieje się między tym, kto krzyczy a własnym jego krzykiem... gdyż krzyk ten może zabrzmieć dobrze lub źle, przyczynić się do wywyższenia swego twórcy lub też, przeciwnie, wtrącić go w przepaść wstydu i hańby.

Ta deformacja, której poddany jest w pierwszym rzędzie główny bohater, Henryk, urzeczywistnia się jak następuje.

Z jednej strony – świat wewnętrzny Henryka deformuje świat zewnętrzny: jemu to wszystko śni się, on jest „sam”, a te osoby są jedynie jego marzeniem i nieraz bezpośrednio wypowiadają własne jego stany uczuciowe. Jeżeli więc ni stąd, ni zowąd, scena staje się rozpustna, patetyczna lub tajemnicza, jeżeli dana osoba nagle staje się złośliwa lub smutna, to za sprawą natężonej pracy jego ducha.

Ale, z drugiej strony, to świat zewnętrzny narzuca się Henrykowi. Czasem, jak powiedzieliśmy, zdarza się, że osoby dramatu zmieniają nagle ton i mówią coś nieoczekiwanego – ponieważ tego właśnie oczekiwał od nich Henryk. Czasem jednak Henryk zachowuje się w sposób nieprzewidziany i niezrozumiały dla niego samego, ponieważ musi przystosować się do swych partnerów; oni dyktują mu styl.

Jest to więc deformacja wzajemna – nieustanne zmaganie się dwu sił, wewnętrznej i zewnętrznej, które nawzajem się ograniczają. Takiej podwójnej deformacji poddany jest wszelki akt artystycznego tworzenia i dlatego Henryk upodabnia się raczej do artysty w stanie natchnienia, niż do osoby, która śni. Wszystko tu bez przerwy „stwarza się”: Henryk stwarza sen, a sen – Henryka, akcja też stwarza się nieustannie sama, ludzie stwarzają się wzajemnie i całość prze naprzód ku nieznanym rozwiązaniom.

Z powyższego wynikają następujące

Wskazówki dotyczące gry i reżyserii:

1) Wszyscy ci ludzie nie wypowiadają siebie bezpośrednio; zawsze są sztuczni; zawsze grają. Dlatego sztuka jest korowodem masek, gestów, krzyków, min... Powinna ona być zagrana „sztucznie”, ale sztuczność ta nigdy nie powinna tracić związku z tym normalnym ludzkim tonem, który wyczuwa się w tekście.

Dwa są elementy, które tej sztuczności nadają cechę istotnego tragizmu: Henryk czuje, iż te fantazje nie są niewinną zabawą, ale realnym procesem duchowym, który w nim się odbywa; czuje także, iż jego słowa i akty są niejako zaklęciem tajemnych i niebezpiecznych mocy; czuje, iż forma go stwarza. Jest on reżyserem.

2) Z podwójnej deformacji wytwarza się coś, co Witkiewicz nazwałby „czystą formą”. Osoby dramatu rozkoszują się tą swoją grą, upajają się nawet własnym cierpieniem, wszystko jest tylko pretekstem dla zespolenia się w takim czy innym efekcie.

Jedno słowo wywołuje drugie... jedna sytuacja inną... nieraz jakiś szczegół pęcznieje albo, przez powtarzanie, zdania nabierają niezmiernego znaczenia... Jest więc ważne, ażeby dobrze został uwydatniony „żywioł muzyczny” tego utworu. Jego „tematy”, crescenda i decrescenda, pauzy, sforzata, tutti i sola powinny być opracowane jak tekst partytury symfonicznej. Każdy aktor powinien czuć się instrumentem w orkiestrze, a ruch powinien łączyć się ze słowem. Sceny i sytuacje niech płynnie przechodzą jedna w drugą, grupy ludzkie niech wyrażają jakiś sens tajemny.

Studiując tekst normalnej sztuki, aktor może z treści zdania wywnioskować, jak to zdanie ma być wypowiedziane. Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana: dialog jest tu bardziej sztuczny, nieraz najprostsze słowa nabrzmiewają sztucznością. Poza tym tok dialogu jest bardziej dynamiczny: np. gdy jedna osoba wypowiada coś cicho i rzewnie, druga odpowiada potężnie i tubalnie, po czym trzecia przechodzi w wiersz i recytuje jakąś rytmiczną strofę.

3) Podobnie, jak Henryk oscyluje między Mądrością i Głupotą, kapłaństwem i szaleństwem, tak też sama sztuka nieustannie jest zagrożona elementem tandety, śmieszności, idiotyzmu. Przejawia się to również w języku bohaterów, zwłaszcza gdy przemawiają wierszem. Nieraz sztuka przybiera charakter wyraźnej parodii Szekspira. Dekoracje, stroje i maski aktorów winny wyrażać ów świat wiecznej gry, wiecznego naśladownictwa, sztuczności i mistyfikacji.

Akcja

Dla ułatwienia czytania podaje się w skrócie przebieg akcji.

Akt I

We śnie ukazuje się Henrykowi – żołnierzowi we Francji podczas ostatniej wojny – jego dom w Polsce i rodzice.

Dom wydaje się przemieniony w karczmę, rodzice – w karczmarzy. Z trudnością rozpoznaje Henryk swoją narzeczoną, Manię, w karczemnej służącej. Ale oto wchodzi Pijak na czele innych Pijaków i – gdy Ojciec-karczmarz wzbrania mu dobierać się do Mani – zaczyna prześladować Ojca.

Ojciec, w strachu, krzyczy, że jest nietykalny... – Nietykalny jak król! – wołają Pijacy. Wówczas Henryk, który już od jakiegoś czasu znajdował się w stanie niezwykłego patosu, klęka przed ojcem i, oddając mu hołd, przemienia go w Króla Nietykalnego. Nietykalność ta chroni Ojca przed „dotknięciem” Pijaka i w ten sposób może on ujść jego prześladowaniu.

Gdy Henryk zaczyna słabnąć w swoim uczuciu czci synowskiej, Ojciec proponuje mu następujący układ: ty uznasz mnie królem a ja, moją władzą królewską przywrócę twojej narzeczonej-dziewce godność i czystość, utracone w karczmie, przemienię ją w „dziewicę nietykalną” i każę wam dać ślub „przyzwoity”, który uświęci i oczyści wszystko...

Akt II

Przygotowuje się „przyzwoity ślub” Henryka z Manią. Ale władza Króla jest zagrożona zdradą (spisek wśród dygnitarzy).

Henryk czuje, że wszystko zależy od tego, jak on sam odniesie się do swego snu: „mądrze” czy też „głupio”. Wygłasza „mądrą” przemowę i dzięki temu osiąga chwilową przewagę nad żywiołem Zdrajców.

 

Ale, w chwili gdy ślub już ma być udzielony, wdziera się Pijak (który zdołał wymknąć się z więzienia) i, przy poparciu Zdrajców, ponownie uderza na Króla, usiłując „dotknąć” go swoim spotężniałym Palcem.

Henryk biegnie na pomoc Ojcu i narzeczonej. Rzeczywistość zatacza się między „głupotą” a „mądrością”. Pijak, zwyciężony „mądrością” Henryka, na pozór ustępuje... ale jednocześnie proponuje mu rozmowę na stronie, aby w inny sposób, podstępem, osiągnąć cel zamierzony.

Scena przetwarza się w five o’clock. – Pomóż nam obalić tego Króla słabego i bezbronnego – kusi Pijak Henryka – a uczynimy cię królem i będziesz mógł sam sobie udzielić ślubu własną twoją mocą.

Henryk, rozbawiony, upojony nie tyle winem, ile grą... coraz bardziej wciąga się w grę... i wreszcie jakby ulegał podszeptom Pijaka: zdradzi Ojca, siebie ogłosi Królem! Jednakże w ostatniej chwili cofa się: nie zdradzi...

Ale Król-Ojciec nie może już opanować swego strachu, spotężniałego, „królewskiego”... Zaczyna bać się własnego syna i ten strach przetwarza Henryka w prawdziwego zdrajcę: zwraca się przeciw ojcu, zrzuca go z tronu i ogłasza się Królem. Teraz, na koniec, opanował sytuację! Teraz sam sobie, jako Król, udzieli ślubu!

Lecz Pijak, łącząc w sposób sztuczny wobec całego dworu Manię z Władziem, przyjacielem Henryka, wtrąca nowego Króla w piekło zazdrości.

Akt III

Rządy Henryka są rządami tyrana. Przygotowuje swój ślub. Rozumiejąc, iż to inni ludzie przetwarzają człowieka w istotę wyższą, obdarzoną władzą, a nawet w Boga, postanawia zmusić swych poddanych, aby oznakami czci i posłuszeństwa „napompowali” go boskością. Wówczas zdoła udzielić sobie ślubu „naprawdę świętego”, ślubu, który przywróci czystość i dziewiczość narzeczonej-dziewce.

Ale zazdrość go osłabia. Rodzice, mszcząc się za prześladowanie i tortury, rozniecają jeszcze bardziej ogień jego podejrzeń.

Tylko śmierć Władzia mogłaby przywrócić mu spokój i siłę. Ale na to, aby śmierć ta stała się ostateczną afirmacją władzy królewskiej, potrzeba, by Władzio sam się zabił z rozkazu Henryka. Henryk poddaje mu tę myśl, choć zdaje sobie sprawę, że to „właściwie nie jest na serio”.

W momencie decydującym, gdy już ma udzielić sobie ślubu, Król, dręczony wyrzutami sumienia i zazdrością, zaczyna słabnąć pod ciosami Pijaka, który znów wystąpił do walki. Wówczas ukazuje się trup Władzia: przyjaciel zabił się, aby spełnić wolę Henryka.

Henryk nie wie, czy to wszystko „jest prawdą, czy nie jest prawdą”. Widzi się wobec świata fikcji, snu, kłamstwa, świata formy. A jednak ten świat odpowiada jakiejś rzeczywistości, coś wyraża.

Przygnieciony czynem (śmiercią Władzia), który popełnił, a którego jednak nie popełnił, czynem, który pochodzi z niego, a który jednak jest różny od niego, Henryk ogłasza się niewinnym. Ale jednocześnie, poddając się formalnej logice sytuacji, temu naciskowi Formy, która wyznaczyła mu rolę mordercy, rozkazuje siebie uwięzić.

Akt I

(Krajobraz przygniatający, beznadziejny. W mrokach fragmenty zniekształconego kościoła)

HENRYK

Zasłona wzniosła się... Niejasny kościół...

I niedorzeczny strop... Dziwne sklepienie...

A pieczęć tonie otchłań w otchłań czarnej

Zastygłej sfery sfer i kamień kamień...

Tu wrota niemożliwe co wciąż przemyśliwam

Tam ołtarz zniekształcony obcego psałterza

Zamknięty klamrą bezsensu kielicha

Co w bezruch grążąc drąży się pasterza...

Pustka. Pustynia. Nic. Ja sam tu jestem

Ja sam

Ja sam

A może nie jestem sam, kto wie co jest za mną, może na przykład, może coś... ktoś tu z boku, na uboczu, na uboczu, jakiś idio... idiota, nieokiełznany, nieopanowany, idiotowaty, idiodotykalny, który dotyka... i... (ze strachem) lepiej nie ruszać się... i nie ruszajmy się... bo jeśli ruszymy się... to on gotów ruszyć się... i dotknąć się... (niepokój wzrasta) o, żeby coś, albo ktoś tu skądś gdzieś na przykład żeby... aha, tam coś... (wyłania się WŁADZIO) Władzio! To Władzio!

WŁADZIO

Henryś!

HENRYK

Wyobraź sobie, jaki sen okropny miałem

Śnił mi się jakiś stwór nieludzki, a ja

Chciałem uciekać i nie mogłem!

WŁADZIO

Ten gulasz, co nam dają na noc, dosyć

Niestrawny jest i ciężki. Mnie także

Czasem się śni...

HENRYK

Ale ty przynajmniej jesteś z krwi i kości. A może i ty także... śnisz mi się... Skąd się wziąłeś?

WŁADZIO

Bo ja wiem.

HENRYK

Władzio, Władzio, Władzio, dlaczego jesteś taki przeokropnie smutny?

WŁADZIO

A ty dlaczego jesteś smutny?

HENRYK

Nic takiego.

WŁADZIO

Nic takiego.

HENRYK

Coś dziwnego stało się z nami. Gdzie się znajdujemy? Obawiam się, że ta okolica jest przeklęta... a my też jesteśmy przeklęci... Przepraszam cię, jakoś sztucznie mi się mówi... nie mogę mówić w sposób naturalny...

I stokrotny smutek

O, żałość bezgraniczna i bezbrzeżna

I jakieś przygnębienie straszne, głuche, ciemne,

Opanowały duszę moją. Boże!

Boże i Boże!

WŁADZIO (młodzieńczo)

Na co ci Bóg, jeżeli masz mnie tutaj?

Przecież widzisz, że jestem taki jak ty!

Po diabła przejmować się majakami

Jeżeli ty i ja jesteśmy z krwi i kości

I jeśli ty jesteś taki jak ja, a ja taki jak ty!

HENRYK (z radością)

I jeśli ty jesteś taki jak ja, a ja taki jak ty! Ha! Wszystko jedno! Niech tam! Jak to dobrze, żeś tu się urodził, Władzio! Z tobą to zupełnie co innego. Ale... gdzie my jesteśmy? Wydaje mi się, że jednak... gdzieś znajdujemy się... Tam... stamtąd coś... (wyłania się część ściany, kilka mebli... strzęp pokoju)

HENRYK

Ja to już gdzieś widziałem.

WŁADZIO

Ja także...

HENRYK (dramatycznie)

My gdzieś jesteśmy

My gdzieś się znajdujemy. Gdzie właściwie?

Co to jest?

(Wyłania się pokój; pokój jadalny wiejskiego dworu w Polsce, ale jakby przerobiony na szynk)

WŁADZIO (z pewną trudnością)

Słowo daję, ten pokój coś mi przypomina... Trochę podobny do jadalnego pokoju w Małoszycach... Podobny i niepodobny... Zegar. Szafa. Tam był mój pokój, jak przyjeżdżałem do was na wakacje...

HENRYK

Tak, ale my nie znajdujemy się przecież w Małoszycach, tylko w północnej Francji na linii frontu – w północnej Francji na linii frontu – w północnej Francji na linii frontu. A jeśli tu się znajdujemy, to nie możemy tam się znajdować!

WŁADZIO

Podobny i niepodobny... Niby to ten sam jadalny, ale jakby restauracja albo szynk... zajazd... gospoda... karczma...

HENRYK

Ten pokój jest zamaskowany i to wszystko jest anormalne.

WŁADZIO

Nie bądź głupi, nie rób trudności

Co cię obchodzi, że coś jest anormalne

Jeżeli my jesteśmy normalni

I te krzesła są prawdziwe, z drzewa, a w bufecie

pewnie coś się znajdzie...

Ale dlaczego nikogo nie ma? Hola!

HENRYK (w strachu)

Nie krzycz! Czekaj! Lepiej nie krzyczeć!

WŁADZIO

Dlaczego nie miałbym krzyczeć?

Hola! Jest tu kto? Wymarli wszyscy? Hola!

HENRYK

Głupiś! Zamknij gębę!

Ucisz się! Ucisz się, mówię! Hola!

Dlaczego nikt nie wychodzi? Ciszej. Hola!

Hola i hola!

WŁADZIO

Hola!

HENRYK

Hola!

WŁADZIO

Hola!

(Wchodzi OJCIEC, stary, sztywny, sklerotyczny, podejrzliwy...)

HENRYK

Na koniec ktoś... Przepraszam, tu, zdaje się, restauracja... (milczenie) Restauracja?

OJCIEC

A bo co?

HENRYK (styl podróżnego)

Czy można

Dostać coś do jedzenia?

OJCIEC (styl karczmarza)

Dostać można

Ale lepi bez krzyków.

HENRYK (do Władzia)

Głos ten wydaje mi się znajomy.

WŁADZIO

On jest bardzo podobny do twojego ojca... słowo daję, to on, chociaż czy ja wiem... nie jest podobny... Bo ja wiem... I dobrze nie widać.

HENRYK

Głupiś. Gdyby to był mój ojciec, to by poznał nas przecież. Nie, zostawmy to. To nie jest mój ojciec. Siądźmy.

(do Ojca)

A, to zajazd tutaj? Można przenocować?

OJCIEC (niechętnie)

Przenocować można, bo to, panie, wynajmuje się nocleg. Ale trzeba z delikatnością.

HENRYK

A, z delikatnością...

OJCIEC (crescendo)

Z szacunkiem... z poważaniem.

HENRYK

A, z poważaniem...

OJCIEC (krzyczy)

Z poszanowaniem... z grzecznością!

(Wchodzi MATKA, starsza kobieta, obdarta, wymęczona, i jej krzyk łączy się z krzykiem Ojca)

MATKA

Z dobrym wychowaniem i żeby nie było awantur, bo my nie od tego... nam nic do tego!...

WŁADZIO (do Henryka)

To twoja matka.

HENRYK (głośno)

Tak by się zdawało

Ale nie jest to zupełnie pewne.

To wszystko jakieś niejasne, ale ja to

Wyjaśnię!

(do Władzia)

Wybacz, że mówię tak sztucznie, ale jestem w bardzo sztucznym położeniu.

(podnosi lampę)

Chodźcie tutaj bliżej

Zbliżcie się... Zbliżcie się, mówię

Bliżej, tu, bliżej... Słowo daję, mam takie wrażenie jakbym kury... kury wabił...

Bliżej, jeszcze bliżej... Niechętnie

Zbliżają się. Bliżej, bo jeśli nie, to ja się zbliżę

Ja się przybliżę, a gdy ja się zbliżę

Ty się przybliżysz... Ach, ach, zupełnie jakbym ryby... ryby łowił na wędkę. Ale dlaczego tu tak cicho?

Ojciec wynurza się z cieniów

Ale zmieniony do niepoznaki, tak iż

Trudno rozpoznać.

A poza tym milczący jakiś, tak iż właściwie

Ja muszę mówić cały czas. Sam muszę mówić

A wskutek tego przeobrażam się w coś w rodzaju

Kapłana ojca mojego!

A tu matka nadpływa jak okręt,

Ale właściwie niezbyt podobna do matki mojej.

Lepiej może

Zostawić to. Dziwnie

Rozlega się mój głos. Zostawmy to, gdyż oni

Proszą, żeby ich zostawić.

WŁADZIO

A może to wcale nie są oni?

HENRYK

To oni są i ja wiem doskonale, że to są oni,

Ale coś się stało z nimi i z jakiejś przyczyny

Oni udają, że nie są...

A może zwariowali...

WŁADZIO

Pomów z nimi po prostu, Henryś.

HENRYK

...I nie mogę mówić po prostu, gdyż w tym

wszystkim

Jest coś uroczystego i tajemniczego

Tak właśnie, jakby msza się odprawiała!

Śmiać mi się chce: jakże uroczysty jestem!

Doniośle brzmią moje słowa! Wprost mnie śmieszy

Że taki ważny i doniosły jestem

Ale zarazem drżę, a drżąc oświadczam

Że drżę – i wskutek tego oświadczenia

Drżę jeszcze silniej, a drżąc jeszcze silniej,

Znowu oświadczam, że drżę jeszcze silniej... Ale komu? Komu oświadczam? Ktoś mnie słyszy...

Lecz nie wiem kto – i właściwie

Ja jestem tutaj sam, zupełnie sam, bo was tu nie ma.

Nie! Tu nikogo nie ma! Ja sam tylko

I sam, zupełnie sam... O, płacz, płakać

Tak, łzy, bo to ja sam, ja sam!

WŁADZIO

Nie mów tego... Dlaczego mówisz takie rzeczy?...

HENRYK

Jeżeli jednak to są moi rodzice, to muszę przecież jakoś nawiązać z nimi i powiedzieć coś...

Ojcze, mamo!

Tatusiu i mamusiu! To ja, Henryk!

Wróciłem z wojny!

OJCIEC (niechętnie)

Stara... to przecież Henryk!

MATKA

Henryś! Chryste Panie!

HENRYK (gwałtownie)

A, przemówili!

MATKA

A to kto mógł świętym przeczuciem tknięty przeczuć, że coś takiego, złotko moje, słonko moje, szczęście moje, o, że to ja stara, głupia, nie zmiarkowała, ale gdzie to ja oczy podziała, a ja oczy wypłakała, a ja myślała, że już cię nie zobaczą oczy moje, słonko moje, a to tu jest przede mną robaczek mój, ptaszyna moja, skarbek mój, a jak to wyrósł, jaki to mężczyzna, alleluja, alleluja, pójdź, niech cię uściskam, skarbek, ptaszyna, słonko, złotko moje ty moje, moje, moje...

 

HENRYK

Pójdź, niech cię uściskam.

MATKA

Tak, tak, uściskajmy się.

OJCIEC

Ano, to uściskajmy się.

MATKA

Pójdź, niech cię uściskam.

OJCIEC

Zara... Zara... Nie można tak.

HENRYK (naiwnie)

Przecie to mama!

OJCIEC

Mama nie mama, a lepi z daleka.

HENRYK

Przecież ja... syn jestem.

OJCIEC

Syn nie syn, a lepi z daleka... Pewnie że syn, ale kto to może wiedzieć, co się z syna przez te lata zrobiło. Zaraz by tylko się ściskał. (ostro) A mnie nikt nie będzie ściskał, bo ja nie tłomok żaden, żeby każden mnie po kątach ściskał, jak mu się żywnie podoba!

HENRYK (do Władzia)

Zwariowali.

WŁADZIO (do Henryka)

Zwariowali.

OJCIEC

I ja na żadne takie podufałości nie pozwolę, bo z tego tylko potem takie draństwo świńskie ostatnie, że po morrr... albo i co innego, żadnego poszanowania, żadny względności, tylko się drań jeden z drugiem napcha (ciężko, sklerotycznie) i dopiro po pysku dręczy, męczy, ach, okropnie prześladuje bez litości, bez miłosierdzia żadnego, ani względu na wiek, żonę, z tom złościom bezmiłosiernom, piekielnom...

HENRYK

Zwariowali.

WŁADZIO

Zwariowali.

HENRYK (swobodnie, głośno, teatralnie)

Najwidoczniej nie wytrzymali i zwariowali

W ciągu tych długich i okropnych lat.

Ano, to trudno. Ten świat

Roi się od wariatów.

WŁADZIO (idem)

Roi się od wariatów. Co najmniej połowa

Ojców i matek powariowała, nie mogąc

Wytrzymać cierpień, dolegliwości i chorób

Ja sam wiele znam takich wypadków.

HENRYK

Ja również znam!

(milknie zawstydzony) Ale przecież muszę jakoś dogadać się z nimi. (głośno, konwencjonalnie) Doprawdy, nie poznałem was w pierwszej chwili.

MATKA

My także.

HENRYK

Nie poznałem was, bo... bo... nie spodziewałem się... Ale wszystko jedno. Nie o to chodzi. No, a jak wam się powodziło?

OJCIEC

Jako tako. A ty?

HENRYK

Owszem.

OJCIEC

Ano to...

HENRYK

Tak, tak...

(milczenie)

HENRYK

Cóż więc zrobimy? Bo przecież niepodobna tak stać i nic...

OJCIEC

Nic.

MATKA

Nic.

HENRYK

Nic.

WŁADZIO (nieoczekiwanie)

A ja bym co zjadł.

MATKA

Ano, bo tyż to, bo to my tu gadu, gadu, a gdzie to ja głowę podziała, a naturalnie trzeba coś zagryźć, owszem, zaraz... w ten mig naszykuję, zapewne, takie święto, Henryś przyjechał, przecie to piechotą nie chodzi, już tam coś się znajdzie do przekąszenia, zaraz, zaraz, tu jest stół, tu są stołki, czym chata bogata, tym rada, chociaż pewnie zbytków nie ma, nie przelewa się, alleluja, alleluja...

OJCIEC

Ano, naszykuj matka coś do zagryzienia, ale żeby przyzwoicie, z poszanowaniem... jak się należy... Ano, w imię Ojca i Syna, Matki i Syna, synu mój pozwól do stołu naszego... Ale nie żeby do stołu byle jak dostąpić... Tam stół, a tu my jezdeśmy... no to podaj mnie ramię, synu, a ciebie, stara, niech poprowadzi ten młodzieńczyk, bo tak bywało od wieku wieków, amen, w naszy rodzinie. A teraz naprzód i jazda!

HENRYK

Bardzo dobrze.

(idą parami)

MATKA

Pamiętam, jak to dawniej mnie prowadził

Ksiądz Dziekan podczas wielkanocnych świąt...

A tam stół zastawiony, goście chórem

Przyjemne wiodą rozmowy!

OJCIEC (tubalnie)

Dawnymi czasy, panie, człek do stołu zasiadał

Przy czysto białym obrusie – i dopiroż

Zupę grochową wcinał, ale to wcinał

Jakby we dzwony bił, albo na trąbie grał!

WŁADZIO

Przyjemny to jest spacer i przyjemnie

Przed siebie słowa wykrzykiwać w głos

Lecz jeśli długo tak będziemy się wiedli

To kiedy będziemy jedli?

HENRYK

Ten pochód trochę jest niejasny. Nie wiem

Czy to ja wiodę ojca, czy też ojciec prowadzi mnie

I to spotkanie w dziwnej się odbywa formie

Lecz trzeba się dostroić do ogólnej atmosfery...

WSZYSCY

Tak, trzeba się dostroić do ogólnej atmosfery!

Niech każdy do każdego się dostraja! Wówczas

Wybuchnie koncert!

HENRYK

Dziwne!

(siadają do stołu)

MATKA

Wybacz, Henryś, a i ty, Władyś, skromność przyjęcia... Radziemy sobie jak możemy. To zupa z koński kiszki i koci szczyny.

OJCIEC

Milcz, kobito, milcz, bo nie rozchodzi się o to. Pewnie, uważasz, Henryk, zastajesz nas w nieco przymusowym położeniu w ty tu przydrożny karczemno karczemny karczmie – bo to, uważasz, burza wybuchła, śnieżyca, drogi zawiało, pustka, rozdoły i gromby... Wstrzymaj się synu z łyżką swoją, bo Ojciec twój jeszcze nie podniósł do ust łyżki swoi.

HENRYK

Ta karczma... coś mi przypomina.

OJCIEC

Wyrzuć, zostaw.

MATKA

Nie ma.

WŁADZIO

Nie.

HENRYK

Nic.

OJCIEC

Przeinaczone.

MATKA

Wykręcone.

WŁADZIO

Zrujnowane.

HENRYK

Wypaczone.

Dobrze, dobrze, dobrze, powariowali. Ale oni nie mogli zwariować, bo ich nie ma, a ja śnię... i najlepszy dowód, że ich nie ma, to iż mówię przy nich, że ich nie ma – i oni są tylko w mojej głowie – o, moja głowo! Ja cały czas mówię do siebie!

WŁADZIO

Jak to? Ty cały czas mówisz do siebie?

HENRYK

Wszystko jedno! (zaczyna jeść)

OJCIEC

Wstrzymaj się z łyżką, bo ja jeszcze nie podniosłem do ust moich łyżki moji.

HENRYK

Matka, ojciec – jakież to męczące takie sny – matka, ojciec – nie dość mam własnych utrapień – matka, ojciec – a ja myślałem, że już dawno zdechli – a tu nie tylko nie zdechli, ale ukazują mi się...

OJCIEC

Ty przywiązanym i zacnym jezdeś młodzieńcem, a zatem nie będziesz wyprzedzał w jedzeniu rodzica swojego, który cię spłodził...

HENRYK

I nie będę wracał do rodziny. Ja już nie mam rodziny. Ja już nie jestem synem.

OJCIEC (jakby kazanie mówi)

...Bo nima ty czci, ty miłości, której by syn ojcu swojemu nie był powinien, a bo Ojciec od wieku wieków amen nietykalnie świentem i uświenconem, ogromnem przedmiotem synowskiego nabożeństwa jezd pod grozą kary wieczystej...

HENRYK

Ja jestem syn wojny!

OJCIEC

A kto by na Ojca swojego rękę świętokradczą, ten zbrodnię tak okropną, tak niewymowną, tak ach piekielną, diabelską, nieludzką, że z pokolenia w pokolenie w krzyku strasznem, w jęku, we wstydzie, w udręczeniu od Boga i Natury wyklenty, przeklenty, wyrzucony, pozostawiony, opuszczony...

HENRYK

Ten stary boi się, żebym go nie nabił...

OJCIEC

Dobra zupa.

HENRYK (do Władzia)

Mógłbyś pobić tego ojca?

WŁADZIO

Jeżeli ty możesz, to i ja mogę.

OJCIEC

Daj mi trochę soli.

HENRYK

I nie czułbyś z tego powodu wyrzutów sumienia?

WŁADZIO

Jakbym sam był, tobym czuł, ale jak we dwóch co się robi, to nie, bo jeden drugiego naśladuje.

OJCIEC

Ja lubiałem flaków się najeść.

HENRYK (do Władzia)

Ha, ha, ha, dobrześ powiedział. To mi trafia do przekonania – to mi odpowiada – ha, ha, ha, to coś powiedział odpowiada mi. Ale nie o to chodzi. (z wzrastającym niepokojem) Nie, wcale nie o to idzie. Tu idzie o coś zupełnie innego. Do diabła, nie wiem, o co tu chodzi, ale to wszystko jest okropnie męczące, bo jest wykręcone – rozumiesz – zaszpuntowane i zakneblowane, tak, zakneblowane... i zamaskowane... ale zdaje się, że tu jeszcze jest ktoś oprócz nas i ja zobaczę i wyjaśnię i odgadnę... (kieruje światło lampy w głąb pokoju; ukazuje się MAŃKA, śpiąca na krześle)

HENRYK

Co to za dziewczyna?

MATKA

A... To dziewczyna do posługi.

HENRYK

Do posługi?

MATKA

Służąca... służy... Mańka, przynieś ogryzki i ty wendliny koci co na oknie... (Ojciec drapie się) Znowuż cię swędzi?

HENRYK

A propos, mówiąc tak po trosze o wszystkim... Znajomi żyją?

OJCIEC

Niektórzy.

HENRYK

Ale powiedzcież mi, ciekaw byłbym... co się też stało z Manią, no chyba wiecie, z Manią? Z Manią, z którą zaręczyłem się, która tu była... tu na wakacje przyjeżdżała... i ja z nią tu byłem...

OJCIEC

Tam nima ty wendliny.

MATKA

A może ją zwędził kto?

MAŃKA (przybliża się)

Na oknie nima.

MATKA

A to idź do salki, ale żebyś długo nie siedziała, bo... Wpierw sprzątnij naczynie.

HENRYK

Jak się nazywasz?

MAŃKA

Mańka.

OJCIEC (dwuznacznie)

Mańka.

MATKA (idem)

Mańka.

OJCIEC

To dziewczyna do posługi, Henryk.

MATKA

Zgodziliśmy ją... do wszystkiego...

OJCIEC

To dziwka do służenia zwyczajnego.

MATKA

Ona służy. Gościom.

OJCIEC

Służy do posługi... Mańka...

MATKA

Mańka...

OJCIEC

Mańka...

HENRYK (do Władzia, cicho i smutno)

Co myślisz o tym?

WŁADZIO (cicho i bezradnie)

Bo ja wiem... Bo ja wiem...

HENRYK (do Władzia)

A ja na pewno wiem!

WŁADZIO (do Henryka)

Jeżeli to ona, to dlaczego się nie odzywa... Przecież nie zapomniała nas... Odezwij się do niej.

HENRYK

Nie.

Jakże mam do niej się odezwać, jeżeli

Ona już już nie jest

Ona była...

O, to świństwo!

Jam ojca miał zacnego i matkę

A także narzeczoną miałem, a teraz

Ojciec w dziwacznej wieży, matka wątpliwa

A narzeczona utopiona w dziewce

Zaszpuntowana i zabita dziewką, i na zawsze

Zamknięta w dziewce... O, to świństwo!

To łajdactwo! To nikczemne! To podłe! Ale co

najlepsze

Że mnie to wszystko jedno... Posłuchaj

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?