Dramaty. Operetka. Historia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2013

Posłowie

Jerzy Franczak

Trzy i pół dramatu

Spis treści

Karta redakcyjna

Operetka

Historia (Fragmenty)

Aneks

Konstanty A. Jeleński: Od bosości do nagości

Posłowie. Jerzy Franczak: Trzy i pół dramatu

Ważniejsze artykuły i studia o dramatach

Przypisy

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Projekt okładki i układ typograficzny: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Edycja

Tekst Operetki oparto na wydaniu:

Witold Gombrowicz Dzieła, red. nauk. Jan Błoński, tom VI Dramaty, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988.

Tekst opracowała Jadwiga Grodzicka.

Copyright © by Rita Gombrowicz & Institut Littéraire

All rights reserved

Essay Od bosości do nagości © Copyright by Konstanty A. Jeleński

ISBN 978-83-08-05130-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Operetka

Osoby:

MISTRZ FIOR

KSIĄŻĘ HIMALAJ

KSIĘŻNA HIMALAJ

HRABIA SZARM

BARON FIRULET

ALBERTYNKA

RODZICE ALBERTYNKI

ZŁODZIEJASZKI

PROBOSZCZ

PREZES

GENERAŁ

MARKIZA

PROFESOR

HRABIA HUFNAGIEL

LOKAJ WŁADYSŁAW

LOKAJE. GOŚCIE.

Komentarz

Tekst sztuki nowoczesnej coraz mniej nadaje się do czytania. Coraz bardziej staje się partyturą, która żyć zaczyna dopiero na scenie, w grze, w spektaklu.

A ta OPERETKA jeszcze z innego powodu jest trudna do odczytania. Mnie zawsze zachwycała forma operetkowa, jedna z najszczęśliwszych, moim zdaniem, jakie wytworzyły się w teatrze. O ile opera jest czymś niemrawym, beznadziejnie wydanym pretensjonalności, o tyle operetka w swym boskim idiotyzmie, w niebiańskiej sklerozie, we wspaniałym uskrzydlaniu się swoim za sprawą śpiewu, tańca, gestu, maski, jest dla mnie teatrem doskonałym, doskonale teatralnym. Nic dziwnego, że w końcu dałem się skusić...

Ale... jak tu nadziać marionetkową pustotę operetkową istotnym dramatem? Gdyż, jak wiadomo, robota artysty jest wiecznym łączeniem sprzeczności, przeciwieństw – i, jeśli zabierałem się do formy tak lekkomyślnej, to żeby ją opatrzyć i uzupełnić powagą i bólem. Z jednej strony przeto ta operetka winna być od początku do końca tylko operetką, nienaruszalną i suwerenną w swoich operetkowych elementach; a z drugiej ma być jednakże patetycznym ludzkości dramatem. Nikt by nie uwierzył, ile wysiłków pochłonęła organizacja dramatyczna tego głupstwa. Zamknąć w operetce pewną pasję, pewien dramat, pewien patos, nie naruszając jej świętej głupoty – oto kłopot niemały!

Monumentalny idiotyzm operetkowy idący w parze z monumentalnym patosem dziejowym – maska operetki, za którą krwawi śmiesznym bólem wykrzywione ludzkości oblicze – to byłaby chyba najlepsza inscenizacja Operetki w teatrze. Ale i w wyobraźni czytelnika.

Akcja

Akt I – Przed pierwszą wojną światową, coś tak około 1910 roku.

Zblazowany birbant i lampart, hrabia Szarm, syn księcia Himalaj, planuje uwiedzenie Albertynki, cud dziewczynki. Ale jak nawiązać znajomość z Albertynką „nie będąc jej przedstawionym”? Szarm obmyślił następującą intrygę: specjalnie sprowadzony złodziejaszek, młody urwipołeć i wisus, zakradnie się do śpiącej na ławce Albertynki i coś jej zwędzi... portmonetkę, medalion... Wtedy Szarm złapie złodziejaszka i będzie mógł bez naruszenia savoir vivre’u przedstawić się cud dziewczynce.

Ale cóż to?! Albertynka wyczuła we śnie rękę złodziejaszka i zamarzyło się jej dotknięcie nie złodziejskie, lecz miłosne... nie do medalionu dobierające się, ale do ciała... I odtąd to dziewczę, podniecone, oczarowane, marzyć będzie o nagości... i w sen zapadać, by jeszcze raz doznać dotknięcia obnażającego...

Przekleństwo! Albowiem Szarm, wyfraczony hrabia, wstydzi się nagości, strój uwielbia! I nie nagością będzie ją uwodził, ale szykiem swoich manier, garniturów! I nie rozbierać ją chce, a właśnie ubierać!... w najdroższych magazynach, u luksusowych modystek...

Ale któż to przybywa w odwiedziny z Paryża na zamek Himalaj? Sam słynny Fior, światowy mistrz i dyktator mody męsko-damskiej! Więc wielki bal ma się odbyć na zamku w połączeniu z rewią mód, na której to rewii mistrz ma lansować nowe swoje kreacje. I gdy Albertynka o nagości marzy, Strój, Moda, Szyk poczynają wszechwładnie się panoszyć pod Fiora przewodem!

Mistrz wszakże niepewny jest i trwożny: jakąż modę ustanowić, jaką sylwetkę lansować, gdy Czasy niejasne, schyłkowe, złowrogie, i nie wiadomo, ku czemu prze Historia?...

Hufnagiel, hrabia i koniarz, rad mu swoich udziela. Zaprośmy, mówi, gości do współpracy. Niechże to będzie maskarada, a ci, co zechcą uczestniczyć w turnieju mody, niech na strój przyszłości, przez siebie zaprojektowany, nałożą worek. Na dany znak worki opadną, jury rozda nagrody za najlepsze pomysły, a mistrz Fior, wzbogacony tymi ideami, ogłosi modę obowiązującą na najbliższe lata.

Przekleństwo! Albowiem Hufnagiel nie jest ani Hufnaglem, ani hrabią, ani koniarzem! Nie, to Józef, były kamerdyner księcia, zwolniony ongiś ze służby, teraz agitator i działacz rewolucyjny. Ha, ha, ha! Wprowadzony na zamek pod przybranym nazwiskiem przez Profesora-marksistę, ten zamaskowany terrorysta pragnie pod maską Balu Maskowego przemycić na zamek Modę bardziej krwawą, Strój bardziej okropny... chce zbuntować pucujące i glansujące obuwie Lokajstwo... on chce Rewolucji!...

Akt II – Bal na zamku Himalaj.

Przybywają w workach goście, mający uczestniczyć w konkursie na Nową Modę.

Szarm przyprowadza Albertynkę. Obładowana garderobą (bo Szarm, zamiast rozbierać, ubiera ją), a oczarowana jeszcze dotknięciem złodziejskim, wciąż zasypia... i o nagości śni... nagości sennie przyzywa...

A to do szału doprowadza Szarma i jego rywala, Firuleta. Szarm przybył na bal ze złodziejaszkiem na smyczy... czy dlatego, że chce mieć go na oku?... żeby złodziejaszek czego nie nabroił?... a może i zazdrosny o to dotknięcie złodziejskie, swobodne, może korci go i ekscytuje, że złodziejaszek do wszystkiego może się dobrać złodziejskimi palcami?... Firulet, rywal, też złodziejaszka swego ma na smyczy.

Niezdolni sprostać sennemu wezwaniu Albertynki, Szarm i Firulet wyszydzają się wzajemnie i tragiczna żądza samounicestwienia doprowadza ich do pojedynku. Aż wreszcie, gdy Bal roztacza się w całym splendorze toalet i masek, zrozpaczeni rywale-impotenci spuszczają ze smyczy złodziejaszków: niech robią, co chcą, niech kradną, niech się dobierają!...

Zamęt. Panika. Złodziejaszki kradną, co wlezie, goście zaś nie wiedząc, kto ich łechce i dotyka, piszczą, szaleją! W powszechnym wyuzdaniu manier i rozprzężeniu strojów Hufnagiel-koniarz-terrorysta rusza do galopu na czele Lokajstwa... Rewolucja.

Akt III – Ruiny zamku Himalaj.

Rewolucja.

Wiatr Historii... Sporo czasu upłynęło. To już po obu wojnach światowych i po rewolucji.

Strój ludzki oszalał... Na wietrze, w blaskach błyskawic ukazują się najdziwniejsze przebrania: książę-lampa, proboszcz-kobieta, mundur hitlerowski, maska przeciwgazowa... Wszyscy się ukrywają i nie wie się, kim się jest...

Hufnagiel-Jeździec na czele Hufca Lokai galopuje w pogoni za faszystami i burżujami.

A mistrz Fior w przerażeniu i osłupieniu usiłuje wyznać się jakoś w tej nowej Rewii Mód.

Następuje sąd nad schwytanymi faszystami. Na próżno Fior domaga się normalnej procedury sądowej. Burza! Burza! Wicher dławi, porywa...

Lecz co to?! Ach, co to?! Szarm i Firulet wchodzą łowiąc motyle, za nimi trumna, niesiona przez dwóch grabarzy. I opowiadają smutne swoje dzieje: wtedy, na balu, Albertynka zniknęła, odnaleźli tylko obfite resztki jej garderoby! A złodziejaszki też zniknęły. Więc, w przekonaniu że Albertynka została obnażona i zgwałcona, i zabita, wybrali się w świat z tą trumną, by pogrzebać nagie ciało Albertynki.

Wówczas wszyscy składają do trumny swe klęski i swoje cierpienia. Lecz co to?! Ach, co to?! Gdy na koniec mistrz Fior przeklinając Strój ludzki i Modę, i Maski, gestem najwyższej rozpaczy składa do trumny świętą, zwykłą, na zawsze nieosiągalną Nagość ludzką... z trumny powstaje naga Albertynka!...

 

Skąd się wzięła w trumnie? Kto ją tam ukrył?

Obaj grabarze zrzucają maski: to złodziejaszki! Oni to wykradli Albertynkę na balu, rozebrali, w trumnie ukryli...

Nagości wiecznie młoda – młodości wieczna naga – nagości wieczna młoda – młodości wiecznie naga...

Uwagi o grze i reżyserii

Muzyka, kuplety, tańce, dekoracje, kostiumy, w klasycznym stylu dawnej wiedeńskiej operetki. Melodie łatwe, stare.

Ale stopniowo Operetka dostaje się w wir Historii i wzbiera szaleństwem.

Efekty burzy, wichry, gromy, z początku raczej retoryczne, w drugim, a zwłaszcza w trzecim akcie, przechodzą w prawdziwą burzę. Sceny szekspirowskie trzeciego aktu niech będą patetyczne i tragiczne.

Przeciwstawienie strój – nagość, to zasadniczy wątek Operetki. Sen o nagości człowieka, uwięzionego w strojach najdziwaczniejszych i najokropniejszych...

Akt I

Plac przed kościołem. Drzewa, ławki, miejsce przechadzek. Na pierwszym planie, z boku GRUPA PAŃSKA: BANKIER, GENERAŁ, PROFESOR, MARKIZA. Stroje sprzed 1914 roku, obfite: mundur, tużurki, szapoklaki, bokobrody, kołnierzyki, laski, galony, etc. Dystyngowane maniery: ukłony, uśmiechy, grzeczności etc.

W głębi z lewej strony GRUPA LOKAJSKA. Czterech, w liberii, gęby lokajskie.

Zza kościoła wychodzi hrabia SZARM HIMALAJ, złoty młodzieniec, lat 35, birbant i lampart blasé: frak, szapoklak, rękawiczki, laseczka, monokl. Za nim jego lokaj, WŁADYSŁAW.

GRUPA PAŃSKA (śpiew, piano)

Och, hrabia, hrabia, hrabia Szarm

Och, hrabia Szarm!

SZARM

Och, hrabia, hrabia, hrabia Szarm

Och, hrabia Szarm!

(zastyga w pozie dystyngowanej; do Władysława)

Władysław, pophaw mi lewą nogawkę i podhap mnie w phawą łopatkę. Czy prędko wyjdzie?

WŁADYSŁAW (lat 50, bokobrody, liberia)

Do usług pana hrabiego (drapie go i poprawia nogawkę). Nie, proszę łaski pana, jeszcze nie zara, msza święta jeszcze się nie skuńczyła, ale zara sie skuńczy, panie hrabio, to wyjdzie una, panie hrabio...

SZARM

A ten złodziejaszek?

WŁADYSŁAW

Mam go tu za krzakiem, proszę łaski pana...

SZARM

Pokaż, niech go zobaczę.

(Władysław wyprowadza zza krzaka Złodziejaszka, lat 18, bosy, szczupły, ulicznik, wisus, drań)

Hm, niczego sobie złodziejaszek, zna swoją hobotę, wyobhażam sobie...

WŁADYSŁAW

Ii, sądownie karany, proszę łaski... Fachowiec.

SZARM

Ukhyj go w krzakach, niech czeka. Bez niego nic nie wskóham. (Władysław ukrywa Złodziejaszka). Ile mam kobiet na hozkładzie?

WŁADYSŁAW

JW. Hrabia ma na rozkładzie z dniem dzisiejszym 257, a pan baron Firulet ma 256.

GRUPA PAŃSKA (budzi się)

Och, hrabia, hrabia, hrabia Szarm!

Och, och, baron Firulet!

SZARM

Ten ghoteskowy bahon! Daj mi cukiehka na oddech. Mam zgagę. Wczohajsze osthygi, szampan, pularda, ha, ha, Leoncja, cette enchantehesse, mimozy i ohchidee, biżutehie i kakadu, tylko że potem dewena, parole d’honneur, ten bakahat w klubie, 13.575 plus 12.830, hazem coś koło 26 tysięcy, ha, ha, zghałem się, co za nocka... Cyganie... zdhrzemnąłbym się (ziewa). Ach, ach! (ożywia się) Przeklęty bahon! Jak gdyby mnie doganiał. 257 i 256. Heu, heu. Podhap mnie w bucik, tam gdzie mam dhugi palec u lewej nogi. (Władysław drapie) Heu, heu! Bahon! Zghałem się. A tej dziewczynce trzeba będzie coś sphawić z gahdehoby. Ba!

(ziewa)

Wszak wszystkie

Trzeba ubiehać!

(wściekły) Bahon! (kłania się Grupie Pańskiej, która odwzajemnia się szarmanckimi ukłonami)

(śpiewa)

Och, co mi bahon!

Ha, ha, ha, bahon!

Jam hhabia Szahm

Zdobywca dam!

Jam bihbant Szahm

I lampaht Szahm

Enfant gâté salonów, heu, heu, wąsik, monokl,

laseczka ma, szapoklak mój, maniehy me (ziewa)

A dogahessy

I phincessy

Kontessy, mieszczki, szwaczki i Murzynki

Och, och, dhogi, ach, nieodpahty, ach, sznytowy, ach, czahujący, ah, quel chic, quel chahme et quelles manièhes!

(Wchodzi Baron FIRULET, lat 35, strój myśliwski, dubeltówka, monokl, pejcz, kapelusik z piórkiem. Maniery impertynenckie. Za nim Strzelec STANISŁAW z torbą myśliwską)

FIRULET (śpiewa)

Ha, ha, ha, Szarm doprawdy Szarm, ach kogo

widzę, wszak

to Szarm!

To śmieszy mnie!

To bawi mnie!

Fiu, fiu, fiu, Szarm, tiu, tiu, tiu, Szarm!

Jam baron jest Firulet!

Myśliwiec jam, co w tropy dam, pum, pum i już, i już jest ma, ha, ha, ha, w ramiona me, ja kocham się, ah, ah, l’amour!

(mówi) Stanisław, ile mam na rozkładzie?

STANISŁAW

JW. baron ma 256, a pan hrabia Szarm 257.

FIRULET

Fiu, fiu, fiu, Szarm, tiu, tiu, tiu, Szarm

Jam baron jest Firulet!

Po nosie daję ja, gdy kto zadziera nosa!

GRUPA PAŃSKA (piano)

Och, och, och, och, och, hrabia Szarm!

Och, och, baron Firulet!

SZARM

Kochany bahonie Fihulet, spostrzegam, jeśli mnie wzhok nie myli, że bahon porzuciłeś upajające gąszcze ohchidej naszej oszałamiającej kakadu kokoko la Thès Belle, aby pophobówać myśliwskiego szczęścia na tehenach bahdziej... hm, hm... dziewiczych... ha, ha, ha! Trzy bez atu!

(przechadza się przed baronem impertynencko)

FIRULET

Ten drogi Szarm! Jeślibyś hrabia żywił jakąś nostalgię odnośnie do upojnych perfum naszej kakadu kokoko la Très Belle, to proszęż powąchaj mnie pan, jestem nimi przesycony do rozpuku. Ha, ha, ha! Koronka w kiery!

(przechadza się przed Szarmem)

SZARM

Dama pikowa!

FIRULET

Cztery trefle i walet!

SZARM

Pas!

FIRULET

Pas!

SZARM

Dubluję!

FIRULET

Dubelt w dubelt!

SZARM

Pas!

FIRULET

Pas!

GRUPA PAŃSKA (piano)

Och, och, och, och, och, hrabia Szarm!

Och, och, baron Firulet!

SZARM

Hohs d’oeuvhes et sauce Belmontó! Pozwól bahon, jeśli wzhok mnie nie myli, bahon wybhałeś się z tą strzelbą, żeby zapolować na sahenkę, saphisti! Sahenek się nie strzela! A kłusownictwa na cudzych tehenach też nie dohadzałbym, saphisti. Cambhidge, thain de luxe, koniak Mahtel, Hitz i Cahlton!

FIRULET

Tiu, tiu, odkądże to wyleniałe lamparty biorą w obronę niewinne sarenki?! Wagons lits! Moulin Rouge! Cóż to, nosa hrabia zadzierasz? Siedem bachantek!

SZARM

Cztehy huhyski!

FIRULET

Dwie odaliski i jedna stenotypistka!

SZARM

Jedna Murzynka, trzy telefonistki!

FIRULET

Dubluję!

SZARM

Dubelt w dubelt!

FIRULET

Nos!

SZARM

Nos!

FIRULET

Pas!

SZARM

Pas!

GRUPA PAŃSKA (piano)

Och, och, och, och, och hrabia Szarm!

Och, och, baron Firulet!

SZARM (obojętnie)

Nuda.

FIRULET (obojętnie)

Zgaga.

SZARM

Dewena.

FIRULET

Migrena.

SZARM

Nos.

FIRULET

Nos.

SZARM

Pas.

FIRULET

Pas.

(Firulet wychodzi z lokajem)

SZARM

Bażanty i kwiczoły. Phowokacja. Impehtynent. Osłabłem. Władysław, zastrzyk! (Władysław daje mu zastrzyk) Albehtynka cud dziewczynka. 257. 256. Diabli, znowu się zghałem. Cohso Colombo. Fhykasy i delikatesy. Nuda phuuuuuuu...

(siada w głębi sceny na parasolu, który jest też krzesłem)

GRUPA PAŃSKA (stopniowo ożywia się konwersacja)

Krzesełka lorda Blotton... krzesełka lorda Blotton... krzesełka lorda Blotton... krzesełka lorda Blotton (ze wzrastającym ożywieniem) krzesełka lorda Blotton...

GENERAŁ

Kamizelka lorda Blotton.

PREZES

Kamizelka lorda Blotton?

MARKIZA

Ależ tak, właśnie, kamizelka lorda Blotton!

GENERAŁ

W podwójnym odcieniu...

PROFESOR

Z zagiętym różkiem.

PREZES

Co państwo mówią? Z zagiętym różkiem kamizelka?!...

(Akord organów. Z kościoła wychodzą KSIĘSTWO HIMALAJ w towarzystwie Mistrza FIORA)

KSIĄŻĘ

Co za kazanie wygłosił nasz dhogi ksiądz phoboszcz ku czci naszego dhogiego Pana Boga, jak to dobrze, że nasz dhogi Bóg został uczczony przez naszego dhogiego księdza phoboszcza. Hosanna!

KSIĘŻNA

Alleluja na wysokościach! Enchanté!

(witają się z Grupą Pańską)

KSIĘŻNA

A oto, phoszęż, nasz dhogi gość przybyły wphost z avenue des Champs Elysées; mistrz Fioh we własnej osobie, dophawdy, czujemy się z mężem zaszczyceni na wysokościach...

KSIĄŻĘ

Jesteśmy, dophawdy, oboje z żoną uhadowani na wysokościach tym przemiłym przybyciem naszego dhogiego mistrza Fioha...

KSIĘŻNA

Mistrz jest phawdziwym dyktatohem sthoju w Euhopie.

KSIĄŻĘ

Mody tyleż męskiej, co damskiej. On to lansuje cohocznie obowiązującą sylwetkę...

KSIĘŻNA

Mistrz Fioh, phoszęż państwa, zechciał przyjąć zaphoszenie mego męża i przybył do zamku Himalaj, by urządzić na wysokościach swoją cohoczną hewelacyjną hewię mody zahówno męskiej, jak damskiej. Hosanna! Alleluja na wysokościach!

KSIĄŻĘ

Zdarzenie niezwykle symptomatyczne, tym hazem z naszej hezydencji Himalaj hozlegnie się głos dyktatoha mody euhopejskiej.

GRUPA PAŃSKA

Ach, ach, ach, ach, ach, to mistrz Fior!

Ach, ach, ach, ach, ach, rewia mód!

O, co za cud! O, co za cud!

FIOR (śpiewa)

Bo jam jest Fior!

Jam mistrz jest męsko-damskich mód!

Jam stroju mistrz!

Ach, ach, ach, ach, élégance, ach, ach, ach,

distinction, ach, ach, ach fashion!

I co za stylu sznyt...

(sarkastycznie) Rembrandt i Michał Anioł, ha, ha, ha!

Dante i Goethe, ha, ha, ha!

Beethoven i Bach, ha, ha, ha!

Bo jam jest mistrz!

Jam ten co stwarza silhouette

Co zmienia gust

Messieurs, mesdames

Co rozkazuje, by zakwitły bokobrody, zaokrągliły się dekolty, zaróżowiły pończoszki i zabłysnęły lakierki!

Bo jam jest mistrz!

Bo jam jest Fior!

SZARM (podchodząc)

Bo jam jest Szahm!

Bo jam jest Szahm!

Ach, hhabia Szahm!

Jedyny, wymarzony, wypieszczony...

Bo jam jest Szahm

Szapoklak mój

Laseczka ma

Bo jam Szahm jest

I to mój gest!

FIOR i SZARM

Bo jam jest Fior (Szarm)

Bo jam jest męsko-damski mistrz!

FIOR

Kochany hrabio Szarm, w rzeczy samej doszły mnie wieści w Paryżu, że nikt lepiej od pana nie nosi siedmiobłyskowego szapoklaka.

SZARM

A phoszę, zobacz pan moją kamizelkę.

GRUPA

Krzesełka lorda Blotton

Krzesełka lorda Blotton...

KSIĄŻĘ

Nie wątpię, że z pomocą Szahma dokona mistrz wielkich rzeczy. W czasach dzisiejszych, w czasach, jak dzisiejsze, socjalistyczno-demokhatycznych i ateistyczno-socjalistycznych, sthój stał się najsilniejszym bastionem klasy wyższej. Cóż by się działo, gdyby nie te wszystkie niuanse, rzekłbym, subtelności, odcienie, ten szyfh mistyczny, niezhozumiały dla niewtajemniczonych, któhym wyższa sfeha izoluje się od sfehy niższej. Sthój i maniehy, oto bastion nasz na wysokościach! Hosanna! Klasa niższa, rzecz phosta, hobi co może żeby przyswoić sobie zahówno naszą modę, jak nasze maniehy, ale też dlatego ciągle trzeba wphowadzać innowacje, mylące thop...

KSIĘŻNA

Ghoteskowe, nie ma chwili spokoju, co za pościg, zaledwie sphawiłam sobie kołnierz peniuahowy à la hevehbehe, a już widzę taki sam kołnierz u mojej fhyzjehki. A najgorzej ze służbą, phoszę sobie wyobhazić, wczoraj przyłapałam moją gahdehobianą jak przymierzała moją toaletę...

 

KSIĄŻĘ

Ależ phoszęż, Fehnando... phoszęż (wskazuje dyskretnie lokai w głębi) phoszęż... służba!

KSIĘŻNA

Służba!... (milknie)

BANKIER

Tsss... (ciszej) A mój kamerdyner, proszę ja kogo, naśladuje mój sposób wiązania krawata!

GENERAŁ

Tsss... Mój ordynans używa mojej pomady do butów.

KSIĄŻĘ I KSIĘŻNA

Tssss... Służba!

WSZYSCY

Tsssss... Służba!

KSIĄŻĘ

Chyba nic nie słyszeli... Tsss...

GRUPA

Chyba nie słyszeli... Tsss...

KSIĄŻĘ

A choćby i słyszeli!... A choćby i słyszeli!... (woła) Konstanty! (lokaj przybiega) Phoszę wyczyścić buciki!

GENERAŁ

Dobra myśl, słowo daję, bo to i kurz! Lutek! (ordynans Lutek przybiega) Wyglansuj mi noski, jak się patrzy!

KSIĄŻĘ

Lubię, żeby każdy był na swoim miejscu!

PREZES

Dziś parno, to i kurz się przyczepia do obuwia. Walek! Weź no się tyż do szczotki, głównie z boków (lokaj zabiera się do czyszczenia). Po Paryżu nasza okolica pewnie mistrzowi nieco monotonna się wyda.

FIOR

Cóż znowu!

KSIĘŻNA

Mistrz łaskaw na nas! Fhanciszek! Phoszęż i mnie... (do Markizy) Eulalio, widzę że i twoje pantofelki zakurzone... Fhanciszek, naprzód pani mahghabinie.

MARKIZA

Piti, piti.

SZARM

Władysław! Naprzód mistrzowi, potem panu phofesohowi i mnie! (lokaje czyszczą w dole, państwo rozmawiają w górze).

PROFESOR (do Szarma)

Niezmiernie będę zobowiązany (jakby wymiotował na Fiora)

FIOR

Pardon!?

PROFESOR

Pardon!

KSIĘŻNA (do Fiora)

Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot. Wymiot obsesjonalnie chhoniczny phofesoha leczony był bezskutecznie przez największe międzynahodowe powagi. Phofesoh, dophawdy, wymiotował na największych specjalistów, ale też na hozmaitych pomocników, infihmiehki, que sais-je, także na mojego męża i na mnie, thudno w ogóle byłoby znaleźć sprzęt jaki, czy osobę, nie obwymiotowane przez naszego dhogiego phofesoha. W lecie wymiotuje nasz dhogi phofesoh na klomby, kwiatki, ziołka, hobaczki lub pieski, a też na przykład na insekty lub drzewa, lub taczki w oghodzie warzywnym.

KSIĄŻĘ

Wymiot naszego dhogiego phofesoha ma chahakteh spazmatyczny, konwulsyjny i, niewątpliwie, chhoniczny (Profesor jakby wymiotował na Markizę) O, phoszę!

MARKIZA

Piti, piti!

KSIĄŻĘ

Ale oto i nasz dhogi ksiądz Phoboszcz.

(Proboszcz wyszedł z kościoła, podchodzi)

PROBOSZCZ

Z Panem Bogiem!

KSIĘŻNA

Jakież kazanie wygłosił nasz dhogi ksiądz phoboszcz ku czci naszego dhogiego Pana Boga! Phoszęż, księże phoboszczu, oto Mistrz Fioh!

PROBOSZCZ

Pochwalony!

FIOR

Enchanté absolument!

MARKIZA

Piti, piti.

KSIĄŻĘ

Co to ja?... Aha, nasz dhogi Phofesoh wymiotuje też na listki, thawki, kanapy, talerze i talerzyki, płoty, oghodzenia, guwehnantki lub kapelusze. Jest to, jak twiehdzą lekarze stan chhonicznie mdlący, nudzący, wymiotujący, powiedziałbym, ohganicznie hepulsywny. A phopos! A gdzież, phofesorze, przyjaciel phofesoha, ten słynny koniarz i spohtsman, hhabia Hufnagiel, któhego obiecał phofesoh nam przedstawić?

PROFESOR (jakby wymiotował)

Pardon! Hrabia Hufnagiel jeszcze w kościele, oddaje się modlitwie, zaraz się zjawi.

PROBOSZCZ

Walentowa! A to i mnie trochę sandały odkurzyć!

(Walentowa, księża gospodyni, zabiera się do czyszczenia)

GRUPA PAŃSKA

Krzesełka lorda Blotton... Krzesełka lorda Blotton... Krzesełka lorda Blotton... (pianissimo) Krzesełka lorda Blotton... (zamierają)

I LOKAJ

Cie, odstaw sie, gdzie sie pchasz?

II LOKAJ

To moja noga!

III LOKAJ

Tera takie noski od bucików som śpiczaste...

ORDYNANS

Won, hołota, nie widzisz, że pana generała pucuję?

III LOKAJ

Tera szkarpetki z prążkiem.

WŁADYSŁAW

Nie pchaj sie, bucu!

KSIĘŻA GOSPODYNI

Skaranie boże z tom hołotom!

II LOKAJ

Zabrakło mnie pucu. Językiem wyliżę.

III LOKAJ

Ja tyż glancu ni mom, ale mom ozor.

GOSPODYNI

Skaranie boże z temy chamamy.

III LOKAJ

Walek, tu wyliż, spod obcasa.

LOKAJE (liżąc)

Oj, pucem go do glancu!

I glancem go do pucu!

Ozorem!

Ozorem!

Hej ha, hej ha, hej ha!

GRUPA PAŃSKA (budzi się)

Krzesełka lorda Blotton...

KSIĘŻNA

Mam nadzieję, że wszyscy państwo otrzymali już zaphoszenia na bal, któhy, nie wątpię, uświetni na wysokościach tę tak niezwykłą hewię mody mistrza na wysokościach, hosanna, hosanna, alleluja, alleluja!

KSIĄŻĘ

Jest phagnieniem naszym, żeby bal godny był mistrza, a mistrz balu na wysokościach, hosanna, hosanna!

PAŃSTWO

Krzesełka lorda Blotton!

PROBOSZCZ

Nie ma to, jak godziwe rozrywki.

GENERAŁ (do ordynansa)

Wyliż tu, podeszwę.

PROBOSZCZ

A oto i pan hrabia Hufnagiel! Godne pochwały chrześcijańskiej, proszę ja kolatorów moich, ostatni z Domu Bożego wychodzi, chwali się, chwali...

KSIĄŻĘ

Koniarze zawsze są pobożni, ciekawa rzecz, niehaz w życiu zdarzyło mi się spotkać koniarza, zawsze był pobożny.

PROFESOR

Rzyg!

Rzyg!

Pozwolą księstwo

Pozwolą państwo

Hufnagiel hrabia

Przyjaciel mój i kompan, rzyg, rzyg, rzyg!

LOKAJ (liżąc bucik księżnej)

Jakie to tera jaśnie damy halki noszom z falbusem, muszę Kaśce powiedzieć.

LOKAJ II

Liż, pod spodnice nie zaglądaj, chamie.

KSIĘŻNA (śpiewa)

O, hhabia, szampion niezhównany!

KSIĄŻĘ (śpiewa)

O, Dehby, Longchamps, Phix Ghand Phix!

HUFNAGIEL (śpiewa)

O bo to galop, galop, galop!

O tylko galop w głowie mej...

Hej, galop, galop, co tam kłus!

Galopem tedy zawsze mknę

Pejczem go raz, pejczem go dwa

I do galopu, raz, dwa, trzy

Hej, galop, galop, to mi sen!

Hej, galop to mój zwykły gest!

PAŃSTWO (śpiewają)

Hej, galop, galop, do galopu, hej do galopu, galop, galop, galopem więc pomknijmy w cwał!

(Zastygają)

SZARM (odchodzi powoli w głąb, Władysław za nim)

Nuda. Zgaga. Dewena. Władysław, niech Władysław mi wstrzyknie (Władysław wstrzykuje). Cóż ona tak długo nie wychodzi?

WŁADYSŁAW

Już tylko patrzyć!

SZARM

I zawsze siada na tej ławce?

WŁADYSŁAW

Zawsze a zawsze.

SZARM

Daj no tego złodziejaszka (Władysław wyprowadza Złodziejaszka na smyczy zza krzaka). Cóż ty go tak na smyczy?

WŁADYSŁAW

A bo sądownie karany. Dla pewności.

SZARM

No, dobrze. Czy wsadziłeś mu w głowę, co ma hobić? Jeszcze haz powtórzę. Ona siądzie, jak zwykle, na tej ławce, żeby czekać na przyjaciółkę. Na dany znak ten złodziejaszek zakhada się z tyłu i chaps... coś jej tam ghypśnie, tohebkę albo chusteczkę... Wtedy ja łapię złodzieja i przedstawiam się... ba, ba, oczywiście, rzecz jasna, w tej sytuacji nie tylko mam phawo, ale jestem wphost obowiązany przedstawić się... A potem zaphaszam na kolację i zobaczymy, ha, ha, ha, minę Fihuleta! Kupię jej mufkę.

WŁADYSŁAW

Już się zrobi, już się zrobi, proszę łaski...

SZARM (jakby zawstydzony)

Wie Władysław, niech Władysław zhozumie, niech Władysław pojmie, niech Władysław mi nie ma za złe, natuhalnie wolałbym nie uciekać się do pomocy takiego łapsehdaka, ale nie widzę, rzeczywiście nie widzę, wie Władysław, jak mógłbym ja, osoba o moich maniehach, z towarzystwa, o moim wyglądzie, jak mógłbym zaczepiać wphost jakąś kózkę na ławeczce pod kościołem... Bo gdyby to była une cocotte albo comtesse, albo duchesse, albo z baletu, czy też mężatka, albo aktohka, to co innego. Ale przecie nie będę zaczepiał takiej kozy! Na ławeczce! Na skwehku! Nawet nie widzę, jak mógłbym ukłonić się jej na dystans dziesięciu khoków! Ce n’est pas mon genre, uważa Władysław! A taki złoczyńca i wagabunda może, jemu wszystko jedno, może nie tylko podejść nie będąc przedstawionym, ale może nawet dobhać się do gahdehoby albo i do pohtmonetki! Phoszę! Ja nie mogę! On może. Dziwne jakieś, dophawdy, urządzenie w naturze: ja nie mogę, on może. Otóż, hozumie Władysław, jak on napocznie, to już ja będę miał phetekst do zawahcia znajomości. A potem kupię jej mufkę i kolię. Hozumie Władysław?

WŁADYSŁAW

Już się zrobi! Już się zrobi. Oho, idzie!

(chowa się ze Złodziejaszkiem za krzak)

(Akord organów)

(Z kościoła wychodzi Albertynka z Rodzicami)

MATKA

Kazanie księdza proboszcza, jakie to kazanie księdza proboszcza, oj tyż to kazanie, kazanie... (do Albertynki) Trzymaj się prosto!

OJCIEC

Deszczu nie będzie, ale słońce tyż tak jakoś tego ten...

MATKA

W tym roku loczki troszkę spadające na czoło, z hufajką nad uszkiem. Widziałaś, Tynka?

OJCIEC

Słońce tego ten, bo i deszczu nieeee...

MATKA (do Albertynki)

Co tyż ty się tak boczysz nogami, co ty się tymi nogami tak boczysz i boczysz... Tynka! Skaranie boże! Ludzie patrzą!

OJCIEC

E! Popatrz matka! Widzisz tego tam?...

MATKA

We fraku?

OJCIEC

Niech mnie zatrzaśnie! To Szarm!

MATKA

Szarm? Szarm? Szarmuś? Szarmek? Popatrz Tynka, nie, nie patrz, co ci do tego, patrz przed siebie, skaranie boże!

OJCIEC

We fraku! Widać prosto z bakarata, ale chyba nie do kościoła, chy, chy!

MATKA

Co ty, Tynka? Zostajesz?

ALBERTYNKA

Muszę poczekać na Jadzię.

MATKA

Skaranie boże. Żebyś się na obiad nie spóźniła. A gdzie nie potrzeba, nie zerkaj. Popraw sobie za uszkiem. Gdzie masz robótkę? Weź robótkę, nie rozglądaj się...

OJCIEC

Chodź, matka, chodź, spóźnimy się...

(Rodzice wychodzą)

(Albertynka siada na ławce z robótką)

ALBERTYNKA

Muchy. O, mucha. Jadzia. Drzewo. Gorąco. Gorąco (ziewa).

(Szarm przechodzi przed nią szarmancko w szapoklaku)

(Albertynka patrzy, ziewa ukradkiem)

(Szarm wraca, przechodzi)

(Albertynka patrzy)

(Szarm znów przechodzi)

(Albertynka patrzy)

(Szarm jeszcze raz)

(Albertynka patrzy)

(Szarm jeszcze raz)

ALBERTYNKA

Ojej!... Czego on?... Spać mi się chce...

(zasypia)

(Szarm daje znak Władysławowi, który wychodzi zza krzaka ze Złodziejaszkiem. Nowe znaki Szarma. Władysław spuszcza Złodziejaszka ze smyczy, który, po kilku piruetach na swobodzie, podkrada się do Albertynki i dość długo ją obmacuje)

SZARM

Co on tak długo!

ALBERTYNKA (przez sen)

Ooo...

(Złodziejaszek porywa jej medalion z szyi i ucieka w stronę Szarma, który go powala)

(Grom)

(Wiatr. Burza, natychmiast ustaje)

SZARM

Łajdaku!

WŁADYSŁAW

A huncfot, huncfot!