Bestiarium

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

„Jak zachować się wobec krowy?” (Wstęp do bestiarium Witolda Gombrowicza) – Włodzimierz Bolecki

BESTIARIUM

„W młodości dręczyłem zwierzęta”

„Straszna samotność zwierząt”

„Przyglądają mi się stada koni, a także patrzą na mnie krowy w olbrzymich ilościach”

„Człowiek na koniu to skandal”

„Pani cierpi na brak apetytu?”

„Dlaczego jest się wydanym na łaskę i niełaskę skojarzeń?”

„Lata pies, ptak szczeka”

„Zwierzę znów się przyplątało”

„Poczułem człowieka jak pies psa”

Źródła cytatów

ANEKS

Alfabetyczny indeks nazw zwierząt w utworach Witolda Gombrowicza

Taksonomiczny indeks nazw zwierząt w utworach Witolda Gombrowicza

Opieka redakcyjna: MARIA ROLA

Indeksy: WŁODZIMIERZ BOLECKI

Korekta: IWONA GŁUSZEK, URSZULA SROKOSZ, LIDIA TIMOFIEJCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Na okładce wykorzystano zdjęcie Witolda Gombrowicza z Psiną, Vence, 1967 r., fot. Sophie Bassouls

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © 2004 Rita Gombrowicz

All rights reserved

© Copyright for selection and composition by Włodzimierz Bolecki

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004

Wydanie drugie

ISBN 978-83-08-06748-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

„Trochę się znam na przyrodzie – rzekłem – ale teoretycznie”.

(Witold Gombrowicz, Bakakaj)

Włodzimierz Bolecki

„Jak zachować się wobec krowy?”

(Wstęp do bestiarium Witolda Gombrowicza)

Kiedyś niemal każdy artykuł o Gombrowiczu zaczynał się od objaśnienia pojęcia „formy”, dziś nikt nie pominie okazji, by wspomnieć o Gombrowiczowskiej filozofii bólu. I o przytoczeniu – jako jej ilustracji – dwóch cytatów z Dziennika pisarza: jednego o żukach na plaży, drugiego – o cierpieniu much. Oraz że pod koniec życia Gombrowicz chciał napisać dramat o cierpieniu muchy, który miałby strukturę kwartetów Beethovena.

Jednak do czasu publikacji Dziennika, a właściwie do czasu jego pełnego przedruku w Polsce w latach dziewięćdziesiątych XX w., nikt nie kojarzył twórczości Gombrowicza z problematyką bólu, a tym bardziej – z cierpieniem zwierząt. Z „formą” – tak, z „kościołem międzyludzkim” – jak najbardziej, z wyzwoleniem „człowieka w Polaku” czy z krytyką polskich mitów narodowych – proszę bardzo. A także z krytyką kultury, z parodią literatury, z groteską, walką o autentyczność człowieka, z kilkoma -izmami w myśli współczesnej, z „pupą”, „gębą”, „łydką”, niedojrzałością etc. – te tematy można było zawsze odnaleźć w dowolnym omówieniu dzieł pisarza. Kanon tych tematów oraz ich interpretację – o czym zawsze warto pamiętać – ustalił zresztą sam Gombrowicz. Ale „cierpienie muchy”? – nie był to temat, od którego zaczynano by omawianie problematyki Bakakaju czy Ferdydurke, Iwony, Operetki, Pornografii, Kosmosu, Opętanych czy Ślubu. A przecież utwory te – jak żadne inne w literaturze polskiej – przeanalizowano chyba na wszystkie strony, wzięto pod lupę każdy ich element, zinterpretowano wszystko, co w nich jest do interpretacji – nawet to, czego nigdy nie było. A tu nagle okazuje się, że nie ma w dziele Gombrowicza nic bardziej intrygującego i ważniejszego nad „cierpienie much” i tragedię świata w postaci przewróconych żuków na plaży. Oczywiście przesadzam, ale tylko trochę. Gdyby uwierzyć tym interpretacjom, a są one falą, która nadal się wznosi, koncepcja Gombrowicza byłaby towarzyszką idei współczesnych ekologów, ruchów wyzwolenia zwierząt albo ukrytym franciszkanizmem. Jeśli natomiast spojrzeć na nią z perspektywy historii literatury polskiej, to ten na pozór Gombrowiczowski temat mógłby się okazać epigońskim wariantem twórczości wielu pisarzy polskich, którzy, na długo przed Gombrowiczem, cierpienie zwierząt rzeczywiście uczynili podstawowym motywem swych utworów. Jak na przykład Eugeniusz Małaczewski opisujący żywego konia obdzieranego ze skóry albo jak Zofia Nałkowska opisująca nieme cierpienie wszystkich gatunków zwierząt.

Oczywiście przesadzam, ale znów tylko trochę. Bo przecież to sam pisarz, ów „Naczelny Gombrowiczolog” – jak go nazwał Janusz Sławiński – nakazał czytelnikom identyfikację z cierpieniem żuków i much. Stało się to jednak, przypomnę raz jeszcze, dość późno, bo dopiero w Dzienniku z 1957 roku, czyli blisko ćwierć wieku po debiucie pisarza.

Ale – można by zapytać – dlaczego mamy współczuć tylko cierpieniu żuków i much? A inne zwierzęta? I skąd ten temat wziął się w twórczości, która – jakkolwiek ją określać – zawsze była radykalnie antropocentryczna? Wszak credo Gombrowicza już w 1937 roku brzmiało jednoznacznie: „Natura. Nie chcę natury, dla mnie naturą są ludzie” (Ferdydurke). W tym samym czasie Nałkowska pisała w powieści Niecierpliwi (1939): wystarczy „usłyszeć krzyk zarzynanego ptactwa lub popatrzeć w oczy zdychającemu psu, by zrozumieć, że ich strach przed śmiercią ma tę samą [co u ludzi] zawartość cierpienia. Do tej zgrozy człowiek dodaje tylko słowa, ale nie zwiększa jej wcale przez to, że jest wypowiedziana”. Natomiast Gombrowicz kilkanaście lat później w pierwszym tomie Dziennika rozwijał swoją koncepcję: „Zbliżyłem się w sztuce bardziej może od wielu innych autorów do pewnego widzenia człowieka – człowieka, którego właściwym żywiołem nie jest natura, lecz ludzie, człowieka nie tylko umieszczonego w ludziach, ale nimi naładowanego, natchnionego”.

Mogłoby się więc wydawać, że nie istnieje coś takiego jak literackie bestiarium Gombrowicza. W żadnej ze swych wielu pedantycznych interpretacji własnych utworów Gombrowicz nigdy nie wspomniał przecież o zwierzętach. Nigdy też nie wspomniał, by miał być nimi „naładowany” albo „natchniony”. Ale czy rzeczywiście nie był?

* * *

Wczytując się uważnie w utwory Gombrowicza, można zauważyć zdumiewająco dużą ilość odrębnych nazw zwierząt, jakimi pisarz posługuje się na najrozmaitszych poziomach swoich tekstów – tych nazw, zarówno indywidualnych, jak i gatunkowych, jest około stu czterdziestu (licząc w wielkim przybliżeniu). Pojawiają się na poziomie stylistycznym, w komentarzach narracyjnych, w konstrukcjach fabularnych, we frazeologizmach, przysłowiach, w zleksykalizowanych powiedzeniach i porównaniach, a wreszcie, w Dzienniku, w dyskursach filozoficznych. Jak na pisarza, który wielokrotnie manifestował swoje désintéressement wobec natury, takie nagromadzenie nazw zwierząt jako elementu poetyki tekstów musi budzić podziw dla jego wiedzy (tak, tak!), a przede wszystkim – zastanawiać.

Gombrowicz nie był przecież „naturalistą”! Inaczej niż tacy pisarze, jak Adolf Dygasiński, Józef Weyssenhoff, Eugeniusz Małaczewski, Ewa Szelburg-Zarembina, Jan Lemański, Witkacy, Józef Mackiewicz, Zofia Nałkowska czy Czesław Miłosz, a dziś Wisława Szymborska, nie fascynował się przyrodą. W życiu zwierząt nie poszukiwał – w odróżnieniu od pierwszego pokolenia modernistów – inteligencji i symbolicznych podobieństw do organizacji świata społecznego (jak mrówki czy pszczoły w utworach Maeterlincka). Nie dopatrywał się też w poszczególnych zwierzętach alegorii czy analogii dla typów ludzkich. Chętnie nawiązywał do oświeceniowej powiastki filozoficznej, ale już nie do oświeceniowej bajki zwierzęcej. A jednak jego ulubionym chwytem stylistycznym (najpełniej zrealizowanym już w pierwszych opowiadaniach i w Ferdydurke) było przedstawianie „natury” człowieka i „natury” relacji międzyludzkich jako natury rzeczywistej: realny świat ludzkich postaw i przekonań Gombrowicz przedstawia jako najbardziej fantastyczną „florę i faunę”. Oto przykład pierwszy z brzegu. Bohater Zdarzeń na brygu Banbury komentuje swoją sytuację na statku: „Ktoś tu się mądrzy i ktoś wygłupia [...]. Jestem jak w ciemnym lesie, gdzie cudaczne kształty drzew, upierzenie i jazgot ptaków wabią i śmieszą dziwną maskaradą, lecz z głębi dochodzi daleki ryk lwa, kłus bawołu i skradający się krok jaguara”.

 

Nie jest to jednak ani animalizacja, ani personifikacja. Zwierzęta nie są bowiem w twórczości Gombrowicza ani przykładem krwiożerczości, ani demokratyzmu, ani też moralnej neutralności. Gombrowiczowska natura nie jest więc ani racjonalna, ani absurdalna, ani nie zachwyca, ani nie koi starganych nerwów. Po prostu jest. Człowiek w tym świecie nie jest ani „myślącym zwierzęciem”, ani „bezmyślną bestią”, ani nawet „bestią społeczną”, choć to, co społeczne („międzyludzkie”), przybiera w oczach Gombrowicza najbardziej zdziczałe kształty. O czym to świadczy? Otóż różne pokolenia pisarzy modernistów – takich jak Witkacy i Miłosz, Nałkowska, Iwaszkiewicz, Wat i Herling, Szymborska – osadzały swoje koncepcje człowieka w obrębie szeroko rozumianej filozofii natury – to znaczy natury jako fenomenu życia w ogóle. Tymczasem twórczość Gombrowicza jest od samego początku świadectwem radykalnego zanegowania i odejścia od przyrodniczego rdzenia tego światopoglądu. Na partnerstwo z przyrodą nie ma w nim miejsca.

Ale w dziele Gombrowicza nie ma też romantycznej estetyzacji przyrody jako dzieła sztuki (à la Schelling), ani secesyjnej „naturalizacji” sztuki – zwierzęta nie pełnią więc w jego prozie funkcji animalistycznych ornamentów, jakich było bez liku w twórczości pierwszych pokoleń modernistów (np. Przybyszewskiego, Berenta, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Schulza) czy ornamentach Art Nouveau. Zwierzęta w jego utworach nie są ani uczestnikami groteskowych metamorfoz, ani rekwizytami symboliki erotycznej. Brak w ich przywołaniach jakiejkolwiek waloryzacji estetycznej, a przede wszystkim – jakichkolwiek wizualizacji (realistycznej, fantastycznej czy symbolicznej). O Gombrowiczowskim bestiarium nie można bowiem powiedzieć tego, co ksiądz Chmielowski napisał w haśle „Koń” w swej sławnej encyklopedii z roku 1756. Stawiając pytanie „Koń jaki jest?”, odpowiedział krótko i precyzyjnie: „każdy widzi”. Rzecz w tym, że zwierząt w utworach Gombrowicza w ogóle nie widać.

Jeśli więc pisarz sięgał w swej twórczości po motyw zwierząt, to z pełną świadomością zakwestionowania dotychczasowych tradycji światopoglądowych i ich literackich konsekwencji. Nie ma bowiem w utworach Gombrowicza żadnego z charakterystycznych elementów tych tradycji: zwierząt jako symbolu natury dzikiej i tajemniczej, arkadyjskiej, pięknej czy sentymentalnej. Między naturą a człowiekiem w twórczości Gombrowicza nie ma bowiem żadnej wspólnoty, człowiek nie jest częścią przyrody, nie podlega jej nieubłaganym prawom, nie oswaja jej i nawet nie obserwuje – a kiedy pisarz posługuje się nazwami ptaków czy owadów, to nie robi tego jak amator ornitologii czy entomologii. Ale też i natura nie jest w dziele Gombrowicza „obserwatorką” czy partnerką istnienia człowieka. Nie ma więc u Gombrowicza mowy o żadnej natura naturans – jak w twórczości Leśmiana i Schulza. Nie ma też mowy o ponietzscheańskim doszukiwaniu się w żywiole natury prawzoru istnienia. Gombrowicz – choć znał dobrze filozofię Nietzschego – akurat w tym wymiarze w ogóle się nią nie zainteresował. Także z koncepcji innego mistrza jego młodości, Schopenhauera, po przyrodzie jako woli rządzącej światem nie ma śladu w jego utworach. Co prawda zapisany w Dzienniku motyw pancierpienia jest niewątpliwie schopenhauerowski, ale trudno się go doszukać w opowiadaniach, powieściach czy dramatach Gombrowicza. Wystarczy tu przypomnieć, że w Ferdydurke Józio (czyli Witold) muszce „nogi i skrzydełka wyrywa”, w Bakakaju Stefcio Czarniecki jaskółce łamie skrzydło, „żeby nie mogła pofrunąć”, w Pornografii Witold asystuje rozdeptywaniu glisty, a w Kosmosie ten sam Witold nad powieszonym wróbelkiem łzy nie roni, a co więcej, kotka nie tylko nie przytula i nie głaszcze, ale po prostu wiesza.

Mówiąc w skrócie – w literackich przedstawieniach Gombrowiczowskich zwierząt nie ma najbardziej znanych inspiracji, które kształtowały zainteresowania naturą pisarzy jego generacji: nie ma ani nietzscheanizmu, ani schopenhaueryzmu, ani darwinizmu (który fascynował jeszcze Miłosza), ani bergsonizmu. Jest natomiast zadziwiające bogactwo użyć motywu zwierząt w poetyce poszczególnych utworów. Gombrowiczowskie bestiarium odnaleźć bowiem można w różnych odcieniach parodii w pierwszych opowiadaniach z tomu Pamiętnik z okresu dojrzewania i w Ferdydurke, w symbolice Iwony i Ślubu, realistycznych opisach Opętanych, w grotesce Trans-Atlantyku, aż po epistemologiczny i ontologiczny dramat w Kosmosie. Językowa i literacka niezwykłość realizacji tego motywu nie jest, podobnie jak każdy element w dziele Gombrowicza, przypadkowa i neutralna, lecz służy do wyrażania własnej problematyki pisarza – przede wszystkim antropologicznej i filozoficznej.

* * *

Bestiarium Gombrowicza jest nie tylko bogate i zróżnicowane, ale nade wszystko skomplikowane i wieloznaczne. Można w nim wyodrębnić kilka różnych obszarów, z których każdy jest przykładem innej perspektywy wpisanej w Gombrowiczowski motyw zwierząt. Gombrowicz, zupełnie inaczej niż wymienieni wcześniej pisarze, nie tyle opowiada o zwierzętach, co przede wszystkim posługuje się ich nazwami. Używa zatem nazw zwierząt do wyrażenia własnej problematyki – najdalszej jednak od problematyki natury! Podobnie zresztą postępuje z pozostałymi elementami poetyki w swoich utworach: z cytatami, z konwencjami czy konstrukcjami fabularnymi. Tu jednak trzeba pamiętać o zasadniczej różnicy pomiędzy Dziennikiem (w którym Gombrowicz sięga po chwyty retoryczne i figury myślowe istniejące od dawna w tradycji filozoficznej) a utworami literackimi, w których nazwy zwierząt wplecione są w skomplikowane gry narracyjne – nie wyłączając nawet niewidocznych na pierwszy rzut oka zestawień paronomastycznych.

Niewidoczny jest też mitologiczny rodowód niektórych motywów w utworach Gombrowicza. Pornografia miała mieć pierwotnie tytuł Akteon. Ten grecki myśliwy, na polecenie bogini Artemidy (Diany), którą zobaczył nagą w kąpieli, został rozszarpany przez własne psy. Jak ważny był ten motyw dla wyobraźni Gombrowicza, może świadczyć fakt, że po raz pierwszy posłużył się nim w Ferdydurke, gdzie chłopi, przemienieni w psy, szczekają na właścicieli folwarku w Bolimowie. Przekształcony, motyw ten pojawi się jeszcze w Operetce. Jednak jego mitologicznych aluzji nie mogłem pokazać w tym Bestiarium.

Jakie więc są najważniejsze wątki myślowe, których ujawnieniu służy tekstowe bestiarium Gombrowicza?

Pierwszy wątek – jak niemal wszystko w twórczości autora Ferdydurke – odsyła do ukrytego kodu wspomnień z dzieciństwa. Odsłonił go Gombrowicz tylko raz, w Dzienniku, w formie wyznania: „w młodości dręczyłem zwierzęta”. Bez tego wyznania trudno zrozumieć okrucieństwo Józia wobec muchy w Ferdydurke, a Witolda wobec kota w Kosmosie. Ale jedynym utworem, w którym Gombrowicz odsłonił się w sposób niewidoczny, bo zamaskowany także pseudonimem, była powieść Opętani. To w tej powieści, na wiele, wiele lat przed sławnymi fragmentami Dziennika, Gombrowicz opowiada, jak jego bohater, Leszczuk, w ataku furii sadystycznie rozgniata muchy, co powoduje, że chcą go pobić chłopi, którzy obserwują to zachowanie. Jeden z bohaterów powieści tak usprawiedliwia zachowanie Leszczuka: „Przecież on z początku rozgniatał te muchy z litości, bo nie mógł znieść ich cierpień, a dopiero w trakcie zabijania nawiedził go szał. Zabicie ostatniej muchy było już czynem diabelskim”. Dwadzieścia lat później Gombrowicz niemal dosłownie powtórzy tę argumentację w Dzienniku – tym razem w odniesieniu do samego siebie. Ale w Opętanych jest jeszcze inna przerażająca scena, której odpowiednika nie odnajdziemy w żadnym utworze podpisanym przez pisarza własnym nazwiskiem. Bohaterka powieści, Maja, pyta Leszczuka, czy zabiłby dla niej wiewiórkę. „Zaśmiał się i... bez namysłu z całej siły rzucił wiewiórką o drzewo. Pisnęła i boleśnie zwinęła się w kłębek. [...] Ślepki wiewiórki zamgliły się. Zdychała”.

Drugi wątek Gombrowiczowskiego bestiarium to doświadczenie semantycznego szaleństwa ukrytego w języku – w jego etymologii i składni. Nazwał je Gombrowicz „rozpustą języka”. Tym kodem pisarz posłużył się już w Pamiętniku z okresu dojrzewania, m.in. w groteskowym opowiadaniu Zdarzenia na brygu Banbury. Jednak intelektualną puentę sformułował w Dzienniku: „Ptak leci. Jednocześnie zaszczekał pies. Zamiast powiedzieć: «Ptak lata, pies szczeka» powiedziałem naumyślnie: «Lata pies, ptak szczeka». Co jest w tych zdaniach mocniejsze – podmiot czy orzeczenie? Czy w [wyrażeniu] «lata pies» raczej «lata» jest nie na miejscu, czy «pies»? A także: czy można by napisać coś opartego na takim perwersyjnym kojarzeniu pojęć, na rozpuście języka?” (Dziennik, I, 101). Ta „rozpusta języka” ma w dziele Gombrowicza wiele odcieni: od parodystycznych, niekiedy absurdalnych zestawień słów po koszmarną logikę znaczeń i zachowań w powieści Kosmos, w której wieszanie wróbla, kota czy człowieka okazuje się jedynie kwestią kolejności. W Kosmosie patronuje jej pytanie bez odpowiedzi: „Dlaczego jest się wydanym na łaskę i niełaskę skojarzeń?” Pytanie to jest lejtmotywem wszystkich utworów Gombrowicza.

Trzeci wątek nazwałem formułą z Dziennika pisarza: „przyglądają mi się stada koni, a także patrzą na mnie krowy w olbrzymich ilościach”. Sensem tego wątku jest dookreślanie ontologicznej odrębności pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. W Dzienniku temat ten reprezentuje najczęściej jednak nie koń, lecz krowa. „Jak zachować się wobec krowy?” – pyta Gombrowicz. Ale choć w opisach Gombrowicza jest to najczęściej jedna krowa, to jednak zwierzęta zawsze traktuje on zbiorowo. Zwierzęta w jego utworach nie mają bowiem indywidualności – nie są jednostkami. Są albo reprezentantami gatunku, albo częścią stada. Mają więc tylko nazwy gatunkowe.

Charakterystyczne jednak, że zwierzęta – najczęściej krowy i konie – patrzą na Gombrowicza jedynie na kartach Dziennika. W powieściach i opowiadaniach są jedynie przedmiotem opisu, są statycznymi elementami pejzażu – jakby rzeczami w scenografii natury. Nie można nawet powiedzieć, że są przez narratora czy bohaterów obserwowane. Są bowiem odizolowane nie tylko od świata ludzkiego, ale też od siebie samych. W stadzie, które patrzy na Gombrowicza, nie ma ani zwierzęcych indywiduów, ani wzajemnych relacji pomiędzy nimi. Toteż dopełnieniem tego wątku jest teza Gombrowicza o – jak napisał – „strasznej samotności zwierząt, które zaledwie się porozumiewają”.

Skoro między człowiekiem a zwierzęciem, a także pomiędzy zwierzętami nie ma żadnej komunikacji, to logiczną konsekwencją radykalnego przeciwstawienia „zwierzęcości” i „człowieczości” jest kolejna – czwarta – formuła Gombrowicza: „Człowiek na koniu jest równie dziwaczny, jak szczur na kogucie, kura na wielbłądzie, małpa na krowie, pies na bawole. Człowiek na koniu to skandal, zakłócenie naturalnego porządku, gwałcąca sztuczność, dysonans, brzydota”.

Wątek piąty nazywam lingwistycznym – tworzą go nie dające się policzyć sformułowania, w których nazwy zwierząt są podstawą ukrytych kalamburów, paronomazji i rozmaitych gier znaczeniowych. Wiele z nich ma charakter pojęciowy i obrazowy, i można je ocalić w tłumaczeniu. Jednak pozostałe są tak wirtuozowską grą Gombrowicza z polszczyzną, że nie dają się przetłumaczyć na żaden język – jak bowiem przetłumaczyć takie wyrażenie jak „osowiała mucha”? Rzecz w tym, że Gombrowicz tworzy tu w polszczyźnie swój własny idiom, który wymagałby najpierw rekonstrukcji w ramach polszczyzny. Wątku tego nie mogę jednak tu rozwijać.

Każda z tych perspektyw służy wypowiedzeniu podstawowej dla Gombrowicza tezy filozoficznej – najprecyzyjniej sformułowanej w Dzienniku – o nieusuwalnej różnicy egzystencjalnej pomiędzy światem ludzi a światem zwierząt. Tą różnicą pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem, pomiędzy światem ludzkim a światem przyrody jest w utworach Gombrowicza świadomość, będąca fundamentem podmiotowości człowieka. Dlatego – co analizował czterdzieści lat temu Zdzisław Łapiński – interakcyjność w Gombrowiczowskiej koncepcji świadomości ma wyłącznie międzyludzki charakter. Nie ma w niej żadnej interakcji pomiędzy człowiekiem a naturą. Zwierzę w tekstach Gombrowicza to nie żaden „inny” – jeśli posłużyć się tu ulubioną kategorią współczesnej filozofii dialogu – to byt pozaludzki, z którym nie ma w ogóle dialogu. Ze zwierzętami łączy nas odczuwanie bólu, ale nie świadomość – taki jest, jak się zdaje, najogólniejszy sens tej tezy (podobnie myślał Max Scheler, który tę różnicę widział w „duchu” człowieka). Warto jednak pamiętać, że w świetle ustaleń dzisiejszych nauk przyrodniczych wszystkie – dosłownie potraktowane – tezy Gombrowicza są całkowicie fałszywe, ponieważ, jak się dziś twierdzi, zwierzęta mają świadomość, choć odmienną od naszej, stada mają swoją hierarchię i „społeczną” organizację poszczególnych zwierząt, a nawet rośliny porozumiewają się między sobą. Ale fałszywość tych tez nie ma znaczenia, odsłania natomiast historyczną – literacką i filozoficzną – niezwykłość i oryginalność myśli Gombrowicza. Gombrowicz bowiem podjął podstawowy problem antropologii wczesnego modernizmu, to znaczy takie pytania, jak: „kim jest człowiek?”, „co to jest człowieczość?” i „czym różnimy się od natury?” Szukając na nie odpowiedzi, dokonał – niczym Husserl – swoistej redukcji ejdetycznej: odrzucił z pojęcia „człowieczeństwa” cały świat pozaludzki, w pierwszym rzędzie naturę, a w niej – zwierzęta. „Mnie ku tym dołom, ku konfrontacji z koniem, żukiem, rośliną, pcha moje dążenie do «nawiązania z niższością». Jeśli usiłuję uzależnić wyższą świadomość od niższej w świecie ludzkim – jeśli chciałbym związać dojrzałość z niedojrzałością – czyż nie powinienem zstąpić niżej jeszcze po drabinie gatunków? Objąć całą skalę wiodącą w dół? Ale – jakaś niechęć... Przyznam się – to mnie nudzi. Nie chce mi się o tym myśleć. I nie lubię, prawie nie znoszę – wybierać się myślą poza królestwo ludzkie. Czy dlatego że zbyt olbrzymie są owe królestwa, okrążające nas? Niechęć do wydalania się z własnego domu? Rozumieć naturę, oglądać ją, badać – to jedna sprawa. Ale gdy usiłuję podejść do niej, jak do czegoś zrównanego ze mną wspólnością życia, które nas obejmuje, gdy chcę być ze zwierzętami, z roślinami «na ty» – ogarnia mnie niechętna ospałość, tracę animusz, co prędzej wracam do mego ludzkiego domu i zamykam drzwi na klucz. Zapiszmy to, ponieważ kto wie czy to nie jedna z najistotniejszych właściwości mego człowieczeństwa: pojawia się we mnie jakiś opór, przybierający postać znudzenia, znużenia, gdy chcę ogarnąć i uznać tamto niższe życie”.

 

Jednak logiczna operacja utożsamienia „człowieczości” ze świadomością nie rozwiązała Gombrowiczowi innego problemu – sumienia człowieka i jego zdolności odróżniania dobra od zła. Wprost nazwał to Gombrowicz w Opętanych, ale problem ten rozrzucony jest w postaci mikroskopijnych drobin po wszystkich jego utworach. Bez rozpoznania tego idiomu nie potrafimy bowiem określić ani sensu, ani modalności tych wszystkich sformułowań Gombrowicza, których rdzeniem są puste na pozór nazwy zwierząt. Z jednej strony – czytamy w Dzienniku – „lodowata nuda, senność nieomal mnie zdejmuje, gdy chcę zrównać się z tymi stworzeniami w egzystencji i próbuję przyznać im pełne prawo do istnienia. To myśl nużąca i ospała”. A z drugiej – pozbawiona nóg i skrzydeł mucha jest w narracji Gombrowicza: „cierpiącą, bolesną, przerażającą i metafizyczną kulką”.

To jedna z wielu sprzeczności Gombrowiczowskiej filozofii życia, sprzeczności, których wyrażanie uważał za siłę literatury, w przeciwieństwie do filozofii uprawianej przez filozofów. W scenografii jego utworów natura jest pusta, niema, anonimowa. Jednak, jak wspomniałem, to za pomocą nazw fauny i flory Gombrowicz opisuje egzotykę międzyludzkich form. Rzecz charakterystyczna, w utworach literackich Gombrowicza opisom śmierci ludzi nie towarzyszą żadne emocje. Umierają lub zostają zamordowani Syfon, Iwona, Władzio, Amelia, Siemian, Ludwik, ale nie żegna ich żadne słowo współczucia czy uczucia. Tylko w jednym wypadku Gombrowicz pisze wprost o bólu, rozpaczy, o przerażeniu cierpieniem, śmiercią, konaniem – tylko wtedy, gdy pisze o zwierzętach...

W komentarzu narratora w Opętanych czytamy: „Na papierze pokrytym klejem dziesiątki much walczyły ze śmiercią, wydobywając ostatkiem sił jedną łapkę, aby pozostałe tym głębiej zanurzyć – papier pełen był okropnych wysiłków małych, konających z wyczerpania istot”. Ten papier to lep na muchy. Jednak to zdanie z powieści Gombrowicza można uogólnić. Papier pokryty „klejem” to także synonim literatury.

* * *

Celem tej książeczki jest pokazanie, jak bogate, zróżnicowane, a zarazem skomplikowane i wieloznaczne jest bestiarium Gombrowicza. Podzieliłem je na dziewięć rozdziałów, z których każdy przedstawia nieco inny obszar tego zwierzyńca. Ich tytuły, a wszystkie pełnią funkcję Gombrowiczowskiego autokomentarza, różnicują wybrane przykłady. Rzecz jasna, podział na rozdziały, jak i dobór przykładów ma charakter umowny i zawsze niepełny – tym bardziej że Gombrowicz, jak wspomniałem, nie tyle zwierzęta opisuje, ile posługuje się ich nazwami.

Zebrane tu utwory Gombrowicza nie są zbiorem luźnych cytatów (poza kilkoma wyjątkami), lecz tworzą większe całości narracyjne i myślowe, respektujące fabularne i dyskursywne konteksty, z których zostały wyjęte. Bestiarium Gombrowicza to nie katalog, lecz wybór tekstów do czytania.

Nie jest zadaniem tej książeczki analizowanie Gombrowiczowskiego „zwierzyńca”. Jednak miłośnikom bestiariuszy, czytelnikom Gombrowicza, zarówno początkującym, jak i zaawansowanym, książeczka ta wskazuje istnienie w jego dziełach mało znanego obszaru o nazwie „ja i zwierzęta”.