Żywoty diabłów polskich. Legendy i podania

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Lidia Ryś

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-92-3

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

WSTĘP

Pełne uroku, humoru i dowcipu „Żywoty diabłów polskich” Witolda Bunikiewicza (1883-1946) przenoszą nas w tajemniczy świat ludowej demonologii i dawnych wiejskich wierzeń. Pokazują, jak mieszkańcy wsi postrzegali diabły. A widzieli je jako stworzenia niebezpieczne, złośliwe, przebiegłe, ale i takie, które dzięki chłopskiemu sprytowi można było pokonać, a niekiedy i wykorzystać do swoich celów.


„Powieści naszego ludu pokazują, że nasz diabeł w rozumie zawsze ustępuje chłopkowi. Czy tym chcieli okazać chłopski rozum, który jest jednym z najdzielniejszych przymiotów naszego narodu” – tak pisał znakomity badacz folkloru Kazimierz W. Wójcicki (1807-1879) w „Klechdach starożytnych podaniach i powieściach ludowych”, które po raz pierwszy ukazały się w 1837 r. I dodawał: „Tak chłop oszukał diabła, bo sprzedał mu duszę za pieniądze, ale pod warunkiem, aż wszystko liście zielone opadnie z drzewa. A gdy diabeł przyszedł po dusze jak po swoją, pokazał mu sosny zawsze zielone i zadrwił sobie z głupca. Tak drugi wieśniak brał złoto na miarę ćwierci bez dna, pod którą był dół głęboki, a w terminie oddał tą ćwiercią, ale dno wyprawiwszy. Tak wreszcie stracił diabeł na spółce z innym znowu chłopem”

Ale nie zawsze chłopski spryt dawał sobie radę z rozeznaniem diabelskich poczynań. Nie zawsze był w stanie im przeciwdziałać i przechytrzyć biesa. Tak jest w opowiadaniu „Diabla parafia”, gdzie zwycięską walkę ze złem przeprowadził dopiero uczony scholastyk, którego dziś nazwalibyśmy katolickim filozofem. A czarci pomysł był niezwykle udany, parafia prowadzona przez diabły doskonale trafiała w ludzkie oczekiwania. „Nic też dziwnego, że pleban bardzo się podobał wiernym, więc wędrowali do niego ludzie nie tylko z pobliża, ale nawet z dalekich okolic, bo nigdzie nie można było dostać szybciej odpuszczenia grzechów jak w Niepustowie, nigdzie łatwiej nie przebaczano wiarołomstwa, kłamstwa oszustwa i łamania postów jak w nowym kościele, a o pokucie nikt nawet nie myślał, gdyż proboszcz nie obarczał nią grzeszników i nie domagał się zadośćuczynienia za popełnione winy” – czytamy u Bunikiewicza. Zło często przyjmuje pozór dobra, aby zwodzić i to się nie zmieniło.

Nieprzypadkowo pojawia się na kartach tej książki diabelski wojewoda Boruta, którego legenda łączy z zamkiem w Łęczycy. Był to diabeł znany nie tylko w tamtych okolicach, ale w różnych ziemiach rozległej terytorialnie I Rzeczypospolitej. „Podania o Borucie, który zajęty był straszeniem ludzi nocą po groblach i lasach i płataniem psot przez sprowadzanie ich z dobrej drogi, a ukazywał się nieraz w postaci psa czarnego, krążyły w całym kraju, zarówno u ludu, jak szlachty, z tą różnicą, że lud w nie wierzył, a szlachta z nich się śmiała” – pisze Zygmunt Gloger (1845-1910) w pierwszym tomie „Encyklopedii Ilustrowanej Staropolskiej”. Etymologię polsko-słowiańskiego imienia Boruta wywodzi wybitny badacz folkloru od borów iglastych: „Że zaś w dawnych pojęciach narodu, przechowanych dotąd przez lud wiejski, istniał zły duch czyli czart borowy, leśny, borowiec, borowik, skutkiem więc podobieństwa w brzmieniu i związku z pojęciem boru, lud przeniósł nazwisko ludzkie Boruta (jak to potwierdza i Karłowicz) na diabła, zwanego także borowym, rokitą, rokickim, wierzbickim, łozińskim, jako na ducha, mieszkającego w boru, rokitach, łozach i suchych wierzbach”.

Stare, spróchniałe wierzby miały być miejscem zamieszkania demona, któremu Bunikiewicz poświęca „Opowieść o nieprzyjemnym diable Rokicie”. Diabeł ten swe imię przyjął od wierzby, którą w dawnych czasach nazywano rokitą. „W wielu województwach Polski i na Rusi, lud powszechnie uważa, że najulubieńszym pomieszkaniem diabła jest stara i spróchniała wierzba. W niej przemieniwszy się w puszczyka (strix ulula), lubi śmierć ludziom przepowiadać. Stąd wieśniak wierzby stojącej, choć spróchniałej, nie ścina, aby nie obrazić diabła, co w niej przesiaduje i w rozmaitych postaciach okazuje się ludziom” – wyjaśnia Kazimierz W. Wójcicki w „Klechdach. Starożytnych podaniach i powieściach ludowych”. Rokita uchodził za niezwykle złośliwego ducha, który mścił się na chłopach, bo nie mógł od nich kupić ziemi. „Jednego wepchnie w bagno, innemu gnaty przetrąci w sprzeczce, są tacy, na których spuści taki tuman, iż błądzą po ostępach i nie mogą trafić do domu. Niejednemu upuścił krwi lub zamroził na zimnie, i tak czyniąc łajdactwa, raduje piekło i gubi dusze ludzkie” – pisze Bunikiewicz w „Opowieści o nieprzyjemnym diable Rokicie”.

Wśród diabłów polskich, podobnie jak w ówczesnym społeczeństwie I Rzeczypospolitej, występowały różnice stanowe. Wojewoda Boruta reprezentował magnaterię. Rokita, chociaż złośliwy dla chłopów, jest przedstawicielem stanu włościańskiego – bo jak pisze autor „Żywotów..” – „pańskich diabłów nie znosi, a gdy go zagadną wykręca się do nich zadem i takie brzydkie słowa mówi, iż lepiej nie słuchać”. Na kartach książki pojawiają się też paradujące w kontuszach diabły szlacheckie. Nie brak i diabłów zagranicznych, charakteryzujących się cudzoziemskim strojem, ale one nie cieszą się sympatią krajowych pobratymców. Przykładem jest niemiecki czart Mefistofeles, który został pobity i wypędzony z naszych ziem przez rodzime diabły. „(…) zdążał jak mógł najspieszniej do swego kraju, obawiając się, że w razie zwłoki może jeszcze po raz drugi wpaść w ręce polskich diabłów” – czytamy w „Pokaraniu Mefista”.

Warto również wspomnieć o autorze opowiadań, postaci współcześnie praktycznie nieznanej, o której informacji trudno szukać w słownikach pisarzy czy encyklopediach. Witold Kazimierz Bunikiewicz urodził się 21 lipca 1883 r. w Dobrkowie (Małopolska), zmarł w kwietniu 1946 r. w Proboszczewicach (Mazowsze).

Był absolwentem rzeszowskiego gimnazjum (1904), zastępcą nauczyciela w VII (1910/11-1912/13), a następnie w VIII Gimnazjum (1910/11-1911/12) oraz w VI Gimnazjum we Lwowie (1913/14). We Lwowie, Berlinie, Monachium i Paryżu studiował filozofię, historię literatury i sztuki. W 1913 r. uzyskał doktorat z filozofii. Podczas I wojny światowej jako mieszkaniec zaboru austriackiej zmobilizowany do armii austriackiej, ranny na froncie czarnogórskim. Nie wrócił już do armii, ponieważ do zakończenia wojny przebywał na rekonwalescencji w Pradze. Tam poznał miejscowy język i twórców literackich, co zaowocowało wydaniem w 1924 r. dobrze ocenianego przez krytyków tomiku przekładu pt. „Współczesna liryka czeska”. Oficer rezerwy piechoty w stopniu kapitana ze starszeństwem od dniem 1 czerwca 1919 r. Obrońca Lwowa, w 1920 r. walczył w wojnie z bolszewikami. Później pracował w dyplomacji odrodzonego państwa polskiego. W 1926 r. zajął się dziennikarstwem, był redaktorem czasopisma „Panowa” i stałym recenzentem artystycznym związanej ze Stronnictwem Chrześcijańsko-Narodowym gazety codziennej „Kurier Warszawski”. Okupację spędził w resztówce majątku ziemskiego w Proboszczewicach pod Płockiem, gdzie osiadł z żoną Marią pod koniec lat 30. Majątek został rozparcelowany w 1945 r. w wyniku reformy rolnej przeprowadzonej przez władze komunistyczne. Maria, również literatka, przeżyła męża o dwa lata. Zmarła w 1948 r. i spoczęła obok męża na cmentarzu w Proboszczowicach Starych.

Zadebiutował w 1909 r. tomikiem wierszy „Komedia olimpijska”. Autor m.in. tomików poetyckich: „Wiosna” (1910), „Ballady” (1920), „Rapsod mazowiecki”, „Rycerz śmierci” (1930); komedii poetyckich i legend dramatycznych pisanych w formie balladowej: „Ostatni husarz Króla Jegomości”, „Zet” (1910),„Złote czasy” (1912), „Piosenki ułańskie” (1917), „Sowizdrzały” (1918), „Wazon i róża” (1922), „Cud miłości” (1928); misterium bożonarodzeniowego „Wesoła nowina (1934) oraz zbioru opowiastek anegdotyczno-fantastycznych „Magia drogich kamieni” (1932). Spod jego pióra wyszły powieści: „Żywoty polskich diabłów” (1930), „Życie w kolorach” (1936, przedstawiające szkołę galicyjską na przełomie stuleci) i „Czarny karnawał” (1938). Był również autorem kilku studiów z historii sztuki. Jego utwory były wystawiane na warszawskich scenach teatralnych.

W krótkim biogramie Bunikiewicza, który zamyka wydanie „Żywoty diabłów polskich” z 1960 r. anonimowy autor podkreślił, że jego twórczość poetycka i dramaturgiczna to „epigońskie kontynuowanie poetyki Młodej Polski”, a największy wpływ literacki na nią mieli czołowi pisarze epoki: Artur Górski (1870-1959), Antoni Lange (1862-1929) i Stanisław Przybyszewski (1868-1927). Wierność trendom epoki, zdaniem cytowanego autora sprawiła, że większość dzieł, które wyszły spod pióra Bunikiewicza zostały po jego śmierci zapomniane. „Pozostała po nim jedynie zaczęta w późniejszych latach życia twórczość prozatorska, z czego najoryginalniejszym i pełnym swoistego uroku jest właśnie nasz tomik humorystycznych opowiadań, napisanych na podstawie rozproszonych podań i klechd ludowych oraz literackiej tradycji, cykl jednolitej w rubasznym tonie i dowcipnej demonologii polskiej” – wskazano w pierwszym powojennym wydaniu książki, którą dziś Państwo trzymacie w rękach.

 

Tomasz Plaskota

GDZIE NALEŻY SZUKAĆ WEJŚCIA DO PIEKIEŁ

Zastanawiali się nieraz ludzie i pytali mędrców obznajomionych ze sprawami wielkiej wagi, gdzie leży piekło i którędy do niego wchodzą grzeszne dusze, a wychodzą diabły na ziemię. Na ten temat wiele już rozprawiano, a poglądy bardzo różniły się od siebie. Proboszcz z Rypina był zdania, że piekło znajduje się pod naszymi nogami, w głębokiej czeluści, natomiast dziekan z Rozdołu, mąż bardzo światły i z księgami obznajomiony, twierdził z całą pewnością, że piekło znajduje się na jednej z gwiazd. Gwiazda ta jest czarnego koloru, nigdy nie świeci, obraca się na opak i zieje straszliwymi parami, które często dochodzą nie tylko do ziemi, ale nawet zakażają słońce.

Wyjdziesz czasem letnią porą przed dom, a do nozdrzy twoich doleci zapach tak szpetny, iż mało nie omdlejesz; to dymy unoszą się z diabelskiej gwiazdy i trują powietrze, przypominając wszelkiemu stworzeniu piekło.

Do poglądów dziekana rozdolskiego skłaniał się scholastyk płocki, Idzi, ale skutkiem tego wpadł w zatarg z kanonikiem Mateuszem, który utrzymywał z całą pewnością, że na czarnej gwieździe znajduje się czyściec.

Jeśliby bowiem znajdowało się tam piekło, strułaby się ziemia, a na świecie nie byłoby ani jednej rośliny, ani też żadnego stworzenia, gdyż wolno puszczone dymy piekielne zabiłyby każde życie.

Piekło więc znajdować się musi koniecznie pod ziemią, i to w znacznej głębokości, przyciśnięte srogimi bryłami i głazami.

W podobny sposób zeznawała, wzięta na męki w Wyszogrodzie, czarownica, Marta Ślendzianka, ale nie domówiła reszty, bo silniej pociśnięta przez mistrza wyzionęła ducha i nie mogła wskazać miejsca, którędy wchodziła na nikczemne harce z diabłami.

Przedwcześnie dobiły ją czarty, aby nie zdradziła wielkiej tajemnicy. Słusznie bowiem obawiają się, że wydanie tego sekretu mogłoby spowodować ogromne nieszczęścia.

Cóż by się bowiem stało, gdyby jakiś odważny egzorcysta, a takich jest niemało, uzbroiwszy się w wodę święconą i relikwie, wszedł do piekieł? Mógłby wypędzić stamtąd wszystkie czarty, zagasić ogień piekielny i samego Lucyfera poprowadzić jak brytana na łańcuchu za swą nogą.

A mogłoby się zdarzyć jeszcze inaczej.

Niechby ludzie wypatrzyli, gdzie znajduje się piekielna brama, zaraz by zabili ją deskami, wymalowali krzyż, a pod nim zawiesili obraz Najświętszej Panienki.

Żaden diabeł nie mógłby się wtedy dostać do piekieł, a grzesznicy mnożyliby się na ziemi jak muchy w lipcu i nie lękaliby się pokarania, wiedząc, że czarty nie zedrą świętych znaków i nie poprowadzą łotrów na wieczne zatracenie.

Bardzo źle byłoby wtedy na świecie, gdyż ustałaby miara między sprawiedliwymi a bezbożnymi.

Są ślady w pismach, że pewien dominikański braciszek natrafił przypadkiem w Warszawie na wejście do piekieł. Widział bowiem, jak wynurzył się straszliwy demon, zawalił otwór skałą, a na niej posadził stuletnią topolę. Braciszek był okrutnie mocny, nie zwierzył się więc nikomu, powalił drzewo, rozrąbał skałę i wszedł do jaskini.

Zaledwie jednak postąpił kilka kroków, upadł z odurzenia i znaleziono go po kilku dniach, leżącego bez zmysłów.

Dopiero później zrozumiał braciszek, dlaczego nie dokonał ważnego dzieła. Chciał iść do piekieł, nie opowiedziawszy się przeorowi, dlatego jęły się go straszliwe dymy piekielne i zmąciły mu głowę. Gdyby miał czyste sumienie, byłby na pewno dokonał wiekopomnego odkrycia.

Co nie udało się dominikańskiemu mnichowi, powiodło się panu Dymzie.

Działo się to akuratnie w Tłusty Czwartek przy ulicy Brackiej w Krakowie opodal franciszkańskiego kościoła, w winiarni Sulimierczyka „Pod Złotym Kogutem”. Pan Dymza, wychodząc z piwnicy, stracił nagle kierunek i zamiast zwrócić się na prawo, poszedł na lewo. Stąpając ostro przed siebie, zawadził nogą o belkę i runął w przepaść. Zaraz zmiarkował, że wpadł w jakowąś nieczystą pułapkę, więc wyciągnął szablę z pochwy i oparł się przezornie o ścianę, aby mieć tyły osłonione. Nagle poczuł straszliwy żar w plecach, jakby uraził się o piec napalony do czerwoności. Przysunął się do drugiej ściany, a tam znów mroził go lód, gorszy po stokroć niż w czasie najsroższej zimy. Dopiero przy trzeciej ścianie zrobiło mu się błogo i przyjemnie, a patrząc naprzeciwko, dostrzegł wyraźnie szparę, przez którą migotało światełko.

Kopnął drzwi i wszedł do wnętrza. Od razu rozpoznał, gdzie jest, lecz nie uląkł się ani przez chwilę, tylko mocno ścisnął poświęcaną szablę i przyspieszył kroku. Szedł z pół godziny po dobrze oświetlonym korytarzu, pokichując czasami, bo srodze kręciło go w nosie. Nagle spotkał nieforemnego człowieczka, który zagadnął:

— Glejt jest?

Pan Dymza wskazał na sygnet ze znakiem Ossorii, który, jak wiadomo, wywodzi się od diabelskiego pazura, więc plugastwo skłoniło się nisko i zeszło z drogi.

Dymza, minąwszy szkaradę, szedł dalej zapamiętale, oglądając się na wszystkie strony, spodziewał się bowiem zasadzki czartowskiej.

Dla dodania sobie odwagi wyciągnął na wierzch poświęcany szkaplerzyk, wiedząc, iż ochroni go od podstępów diabelskich, lecz rozważywszy sprawę, schował świętość pod kapotę, nie chciał bowiem, aby oczy Najświętszej Panienki padały na diabelskie bezeceństwa.

I dobrze zrobił.

Niedługo potem, przy pierwszym skręcie korytarza, wyskoczył obrzydliwy potwór, cały porosły szczecią. Merdał okrutnie ogonem, pazurami wydrapywał iskry z kamienia i sapał jak sto szkap dychawicznych. Potwór zatamował przejście widłami, ale pan Dymza nie stropił się tą groźbą, lecz huknął na całe gardło:

— Precz, hultaju, z szablą do mnie stawaj, a nie ze stajennym narzędziem! Donośny głos i pewna postawa podziałały widocznie na czartowskiego sługę.

Zmiarkował, że jeśli pan Dymza łaje, ma ku temu prawo i lepiej nie stawiać mu przeszkód.

Szedł więc szlachcic dalej spokojnie, pragnąc dotrzeć do samego Lucyfera i łeb skręcić sobace lub co najmniej na nim wymóc, że nigdy nie będzie wodził na pokuszenie.

Inaczej się jednak stało. Zaledwie przelazł pan Dymza przez wąziutką kładkę, rozciągającą się nad ogromną rzeką smoły, obskoczyło go kilka tuzinów diablic. Nie można powiedzieć, aby były szkaradne. I owszem, udały się zupełnie. Jedne miały włos czarny jak heban, inne złoty niby dojrzały snop pszenicy, były płowe i szare, a niektóre nawet rude, wszystkim zaś błyszczały oczy jak wilkom po nocy.

Pan Dymza strzepnął ręką, chcąc odgonić diablice, ale nie pomogło. Opadły go gromadą, chichocąc i szczerząc zęby tak jakoś dziwnie, że aż ciarki przeszły wędrowca od głowy do pięty. A jedna wołała przez drugą:

— Będę twoją, bądź moim, nie bierz tamtej, tylko mnie, mnie-e-e! — i stał się taki krzyk i harmider, że aż głuchły uszy.

Choć pan Dymza nie był na płeć piękną łasy i wolał zawsze szklaneczkę niż dzieweczkę, jednak wspomniał, że przeżył w kawalerstwie czterdzieści pięć wiosen i nie wadziłoby mieć w domu żonkę. Lecz jakżeż taką poślubić? Tfy, grzech, nijako i niebezpiecznie.

A oważ jedna, przedarłszy się przez ciżbę, pochwyciła Dymzę za szyję i uwiesiwszy się na niej niby gruszka na gałęzi, zawołała:

— Już cię nie puszczę!

Mówiąc to, przywarła cała do szlachcica, obsypując go pocałunkami.

Takiej przyjemności nie zaznał Dymza, póki żyw. To czerwieniał, to bladł, trząsł się jak w febrze, potem zalewał go upał okrutny i nie zwracał nawet uwagi, że diablice rozsierdziły się nad miarę i skaczą sobie do oczu, wyklinając jedna drugą, iż przeszkodziła jej dorwać się do udatnego chłopa. I stał się taki zamęt i ogólna nieprzyjaźń, że z głębin czeluści poczęły nadlatywać czarty, aby rozdzielić powaśnione piekielnice, które wodziły się już za czuby, wyrywały sobie z łbów kudły i rozdzierały do krwi zębami i pazurami.

Pan Dymza nie wie, co się stało, lecz ocknął się dopiero na świeżym powietrzu, a gdy pozbierał zmysły, ujrzał wedle siebie nieszpetną niewiastę, która uśmiechając się wesoło, kładła mu na głowę mokre chusty, poiła pachnącą driakwią i szeptała do ucha:

— Nic to, nic, za chwilę będzie już dobrze. Zmylił waszmość trochę drogę i znalazłam go w rynsztoku przed moim domem. Wydrzyna jestem, wdowa po trybunalskim asesorze! Pijaczyną był nieboszczyk i zmarł przed rokiem, dając mi zaledwie zakosztować rozkoszy szczęścia małżeńskiego.

Dymza byłby przysiągł, że widział tę niewiastę w piekle, ale nie śmiał zadawać jej kłamu, aby nie wydać się gburem; milczał więc i myślał: „Poznałbym ją po całowaniu, ale nie wypada postępować obcesowo, przywabię kobietę jeszcze do tego i wtedy dopiero wyda się prawda”.

Więc niby od rzeczy, niby do rzeczy, kołowaniem tędy i owędy próbował znęcić gospodynię. I niedługo zastawiał sieci, bo ani się opatrzył, gdy wdowa zsunęła mu się w objęcia, a wpadłszy w ramiona, przywarła jak ogień do żywicy.

Wzdrygnął się Dymza, bo poczuł ten sam smak pocałunków co w piekle.

Nie było jednak gadania, a w trzy tygodnie Wydrzyna zwała się już Dymzową. A ludzie, którzy ją znali, mówili, iż zasłynęła jako dobra małżonka. Sama krupnik warzyła i zaprawiała nalewki, a gdy mąż usnął, siadała wedle łoża i gałązką odganiała muchy, aby miał sen słodki i niezmącony.

Tylko wobec innych kobiet wychodziła na jaw jej szatańska natura. Jeśli zbliżyła się niektóra z przyśmieszkiem lub przyjazną intencją, jako że małżonek był chłop urodny i w języku wielce przymilny, stroszyła się niby opadnięta wilczyca, parskała i cięła złością, gotując się rozpłatać napastnicę pazurami, akuratnie tak samo jak wtedy, gdy zobaczyła w piekle pana Dymzę.

Małżonek zaś milczał, bo nie śmiał wyjawić nikomu pochodzenia swej żony.

Trzecie wejście do piekieł znajduje się pod Krzywym Mostem, niedaleko Mławy, a jest tak zarośnięte łoziną i chwastem, iż niepodobna go wypatrzeć.

A przecież dostrzegł piekielne wrota głupi Kondziołek. Mówiono, że miał rozum pomieszany, ale mało w tym prawdy. To pewne, że Kondziołek był próżniakiem i latawcem, nigdzie nie zagrzał kąta, a gdy pytano, kto go żywi, odpowiadał bez namysłu:

— Wróble i stara pliszka.

Niemądrzy ludzie myśleli, że nicpoń bredzi, a tymczasem mówił tak, jak było. U Antoniego Wróbla pasał Kondziołek bydło, a dla starej Pliszkowej, która zamawiała choroby, zbierał zioła po polach i łąkach, nic więc dziwnego, iż żywili go, a czasem nawet przyodziali.

Wyciął tedy Kondziołek sękaty kij w lesie, usiadł pod mostem i czeka. Czeka od południa do wieczora — nic. Dopiero dobrze po zmierzchu zaszuściło w łozinie, a spod mchów wysunął się z wolna rogaty łeb czarta.

Wybałuszył na próżniaka ślepie, a widząc wzniesioną nad sobą pałę, zawołał:

— Nie bij!

Kondziołek spuścił kij z całej siły, lecz sękacz zsunął się po rogach czartowskich, nie naruszając czaszki.

Diabeł zawył żałośnie i śmignął pod nosem pastucha. I byłby drapnął szczęśliwie, gdyby nie długi ogon, który wlókł za sobą. Pochwycił Kondziołek koniec kity i ciągnie do siebie, a diabeł do siebie. Stękają obaj z wytężenia, lecz czart mocniejszy, szarpnął raz i drugi, dał susa, a chłop jak długi wywalił się na ziemię. Patrzy — pół ogona trzyma w garści, a z dali dolatuje go płacz i narzekanie: to diabeł tak skomli po utracie swej ozdoby. Boli go i wstyd nim miota, że dał się tak oszpecić. Skoro inaczej być nie może, zaczyna czart po dobremu:

— Panie Kondziołek, oddaj ogon, kupię ci nowe buty!

A głuptas nie odpowiada, tylko kitę wsunął za wstęgę od kapelusza i pogwizduje radośnie.

— Dam ci dukata — wołał diabeł, lecz dryblas ani nawet słucha.

— Dziesięć dukatów zapłacę, sto dam, jeśli mało — skomli czart pokrzywdzony.

— Kup sobie nowy u Żyda — odrzeknie niecnota i kieruje się prosto ku wsi, aby pokazać zdobycz.

A diabeł w bek.

— Kondziołku, Kondziołeczku, miej litość, nie gub na zawsze czarta, który ci nic nie zawinił ani nigdy nie zawini. Co każesz, to zrobię, oddaj tylko połowę ogona, bo spalę się z hańby.

— Zgoda — odrzeknie pastuch — oddam kitę, ale zaprowadzisz mnie do piekła i pokażesz twego księcia.

Czart wymawiał się, że uczynić tego nie może, że żaden żywy człowiek nie wszedł jeszcze do piekieł, że boi się Lucyfera, ale Kondziołek obstawał przy swoim i niepodobna mu było wybić z głowy tej szalonej zachcianki.

 

Ponieważ nie przyszło do innej ugody, diabeł podważył pazurami murawę i szustnął w dziurę, wciągając za sobą upartego nicponia.

I jak tu było wierzyć ludziom, gdy opowiadali, że Kondziołek jest głupi i rozum ma pomieszany.

Przez rok i sześć niedziel zwiedzał pastuch piekło, kamracił się z czartami, usługiwał nawet Belzebubowi, a z Lucyferem rozmawiał jakby z wójtem lub proboszczem: z respektem, ale bez bojaźni. Nasiąkł tylko okropnie siarką, a gdy wrócił na ziemię zdrów i nienaruszony, opowiadał, co widział, wszystkim dla przestrogi.

Z łatwością może się każdy przekonać, że Kondziołek nie skłamał, gdyż błąka się dotychczas po świecie czart nazwiskiem Belzun, który ma zeszyty ogon, a szwy znać jeszcze na skórze. Diabeł ten omija z dala ludzi i psów się boi okropnie, dla wszelkiej zaś pewności nie włóczy za sobą ogona, lecz przerzuca go przez ramię, bo gdyby mu jeszcze raz naderwano kitę, na wieki już pozostałby oszpecony. Jeśli jednak zagadnąć diabła dobrym słowem i okazać mu łagodność, opowie, jak wszystko było, żaląc się serdecznie na Kondziołka.

Czwarte zaś wejście do piekieł znajduje się na bagnie w Brzozdowcach. Temu nikt nie zaprzeczy, bo może złożyć świadectwo co najmniej ze stu żydów i tyluż chrześcijan.

W mieście tym żył wielki bogacz, Szmul. Bardzo był nieużyty i chociaż co dzień jadał rybę lub kurę, nie wspomógł nigdy biednego. Skrzywdził starą Grzegorzową, puścił na dziady Piotrowicza, niszczył procesem Myszkowskiego, a nawet z rabinem nie mógł się zgodzić. Nie darował nikomu, swój czy cudzy, bo wszystkiego miał za mało, taki był nienasycony.

Nadszedł Sądny Dzień. Szmul-bogacz poszedł do bóżnicy i zagłębił się w święte księgi. Modlitwa nie szła widocznie do Boga, bo przed świątynią zjawił się czart i stanął na czatach. A gdy Szmul około północy wychodził z bóżnicy, diabeł łap go za kark, przerzucił jak worek przez plecy i puścił się cwałem za miasto.

Wszczął się straszny wrzask i zamęt. Kto żyw wypadał z domu, chwytał pałę, kół lub ożóg i pędził za diabłem, który rwał z kopyta, przeskakując jak fryga doły i wyboje. Ludzie nie mogli mu nadążyć, lecz widzieli dokładnie, jak skoczył w bagno i pogrążył się w nim wraz ze Szmulem.

Miejsce to pokazują jeszcze do dzisiaj i jest ono postrachem dla wszystkich wyzyskiwaczy i lichwiarzy.

Piąte wejście do piekieł znajdowało się długi czas pod Lublinem, wedle trzech krzyżujących się dróg, u wielkiego kamienia. Zasypali je jednak pobożni ludziska i wybudowali w tym miejscu kapliczkę z Męką Pańską.

Jest jeszcze w Polsce kilka, a może i kilkadziesiąt wrót piekielnych, ale bardzo trudno dowiedzieć się, gdzie i w którym miejscu. To pewna, że diabły nie próżnują, lecz ryją ciągle w ziemi nowe chodniki, aby mieć łatwiejszy dostęp do ludzi i coraz liczniejsze porywać ofiary.

Świadomi spraw twierdzą, że ze wszystkich miast na świecie najbardziej podkopany jest Rzym, czemu się dziwić nie można, bo diabły strasznie są zawzięte na stolicę Piotrową, chcieliby ją połknąć jak najprędzej lub rozgotować w smole.

Cóż, kiedy nie mogą dać rady…