Sto dni bez słońcaTekst

Z serii: Kontrapunkty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sto dni bez słońca

Wit Szostak


Warszawa 2014

Wit Szostak

Sto dni bez słońca

ISBN: 978-83-64384-12-7

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl COPYRIGHT © 2014 by Wit Szostak COPYRIGHT © 2014 by Powergraph COPYRIGHT © 2014 for the cover by Rafał Kosik PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Michał Cetnarowski KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

O Fin­ne­ga­nach

O trans­por­cie mor­skim

O wyspie

O przy­czy­nie przy­jazdu

O pani Magee

O prze­mia­nie ducho­wej

O pracy

O wdo­wich ple­cach

O twe­edo­wej czapce

O Jadrance

O życiu upo­rząd­ko­wa­nym

O skry­wa­nych żądzach

O ludziach

O Lwie

O Fili­pie Włócz­niku

O miło­sier­dziu sek­su­al­nym

O stu­den­tach

O prze­grzeb­kach

O zawro­tach serca

O mnie

O życiu upo­rząd­ko­wa­nym

O przy­by­ciu

O Main Street

O pierw­szym spo­tka­niu

O pani Magee

O Roku bez końca

O pierw­szej nocy

O pierw­szym prze­bu­dze­niu

O pozna­wa­niu wyspy

O ludziach archi­pe­lagu

O uni­wer­sy­te­cie

O pust­ko­wiach

O tym, co już było

O człon­kach

O sztuce kazno­dziej­skiej

O Pocho­dzie penisa

O wiel­kim inte­lek­cie

O stu­denc­kiej braci

O kary­god­nej pomyłce

O ojcu Digna­mie

O oby­cza­jach lokal­nych

O pierw­szym jubi­le­uszu

O nocy ciem­nej

O prze­bu­dze­niu

O życiu upo­rząd­ko­wa­nym

O sile śmie­chu

O ciek­ną­cej rurze

O Sied­miu nocach bez świtu

O straż­ni­kach wiel­kiego ducha

O medy­cy­nie ludo­wej

O drob­nym nie­po­ro­zu­mie­niu

O sta­rym Tobym

O nie­spo­dzie­wa­nych odwie­dzi­nach

O naj­przed­niej­szej whi­skey

O prze­kra­cza­niu gra­nic

O ojcu Digna­mie

O poku­cie

O rato­wa­niu cywi­li­za­cji Zachodu

O doświad­cze­niu pro­go­wym

O wra­sta­ją­cych paznok­ciach

O Dzie­się­ciu latach waka­cji

O oca­le­niu, które przy­nosi nauka

O wizji na szczy­cie

O Nowej Ionie

O nadzie­jach czę­ściowo zawie­dzio­nych

O twe­edo­wej mary­narce

O Dio­ni­sie z Ira­klionu

O małej, niskiej zazdro­ści

O bez­czyn­no­ści

O trze­ciej dłoni

O twe­edo­wej mary­narce

O pięk­nym geście przy­jaźni

O podróży do źró­deł mądro­ści

O Lle­wel­ly­nie z Car­diff

O uli­cach Peters­burga

O dobrym dzie­ka­nie

O her­batce i śla­dach kobiety

O wery­fi­ka­cji

O lite­rac­kich powi­no­wac­twach

O Ostat­nim mie­siącu Euze­biu­sza

O tajem­ni­czym przy­by­szu

O Mar­ci­nie Swo­bo­dzie

O sztuce faj­ko­wej

O masko­nu­rze po fin­ne­gań­sku

 

O rapor­cie nad sta­nem pol­skiej fan­ta­styki

O prze­grzeb­kach i hoł­dzie

O nowej nadziei

O mailu, który może zmie­nić życie

O roz­dziale pierw­szym

O tajem­nicy pół­noc­nych pust­kowi

O końcu badań

O odwa­dze i miło­ści

O pew­nym podej­rze­niu

O Mar­ga­ret z Yorku

O dłu­gich spa­ce­rach

O roz­dziale dru­gim

O pierw­szych rysach

O pierw­szym dotyku

O sztuce pod­glą­da­nia

O Cia­ra­nie z Done­gal

O Shau­nie z Done­gal

O darze wyobraźni

O pocho­dze­niu skazy

O pry­wat­nym demo­nie

O wycze­ki­wa­niu

O roz­dziale trze­cim

O nocy myśli

O roz­mo­wie ostat­niej

O maści na wra­sta­jące paznok­cie

O cen­zur­kach

O wyschnię­tym źró­dle

O początku końca

O doj­rze­wa­niu boha­tera

O doj­rze­wa­niu mówcy

O ostat­nim kusze­niu

O klę­sce osta­tecz­nej

O cyni­zmie osta­tecz­nym

O poże­gna­niu

Podzię­ko­wa­nia

O Fin­ne­ga­nach

Fin­ne­gany wyra­stają samot­nie na Atlan­tyku niczym nie­chciane, porzu­cone dzieci Hebry­dów. Irland­czycy z hrab­stwa Done­gal mówią o nich „poza hory­zon­tem”. Na Fin­ne­ga­nach jest tylko jeden uni­wer­sy­tet, choć nie­któ­rzy uwa­żają, że nawet ten jest nie­po­trzebny.

Archi­pe­lag sied­miu wysp znaj­duje się ponad sto kilo­me­trów na pół­nocny zachód od wybrzeży Irlan­dii; na każ­dej leży rybacka wio­ska, cza­sem ruiny budowli mega­li­tycz­nych; tylko jedno mia­steczko z praw­dzi­wego zda­rze­nia: wybrzeża chło­stane falami, wzgó­rza poro­śnięte zie­loną trawą, owce.

O trans­por­cie mor­skim

Doje­chać tam trudno. Naj­pierw samo­lo­tem do Bel­fa­stu, potem auto­bu­sem do Derry, następ­nie auto­sto­pem do nie­wiel­kiego Mean Laragh, skąd odpły­wają promy na Tory Island. Dalej kutrem rybac­kim albo stat­kiem pasa­żer­skim, który kur­suje tylko raz na tydzień. Tego wła­śnie nie wie­dzia­łem i spę­dzi­łem w West Town kilka smut­nych dni, gdyż na doda­tek wszyst­kie kutry były w morzu. Wresz­cie przy­pły­nął sta­tek i po kilku godzi­nach zna­la­złem się u celu. Już w Bel­fa­ście zasta­na­wia­łem się, czy dobrze zro­bi­łem. Mogłem wpraw­dzie wybrać krót­szą i mniej męczącą drogę, ale zosta­łem wpro­wa­dzony w błąd przez infor­ma­cję tury­styczną.

O wyspie

St. Bren­dan Col­lege mie­ści się w daw­nym klasz­to­rze bene­dyk­tyń­skim, który w XIII stu­le­ciu wyrósł na gru­zach wcze­śniej­szego kom­pleksu irosz­koc­kiego. Uni­wer­sy­tet zało­żył w XVIII wieku nie­stru­dzony biskup Ber­ke­ley, kiedy upadł jego pro­jekt szkoły na Kara­ibach. Repu­blika Irlan­dii utrzy­muje kil­ku­na­stu uczo­nych, na wyspę wysyła się sty­pen­dy­stów i dok­to­ran­tów; lokal­nych stu­den­tów jest nie­wielu.

New­port to nie­wielka osada. W zatoce port rybacki, wokół niego domki na nabrzeżu i kilka nik­ną­cych szybko bocz­nych uli­czek. Jedna tylko, Main Street, pro­wa­dzi na wzgó­rze, gdzie wzno­szą się zabu­do­wa­nia uni­wer­sy­tec­kie. Wzdłuż niej przy­cup­nęły w dwóch sze­re­gach jed­no­pię­trowe domki, gdzie gościnne wdowy wynaj­mują wykła­dow­com pokoje. Ja tra­fi­łem na kor­pu­lentną panią Magee. Na par­te­rze mie­ścił się nie­wielki sklep z lokal­nym twe­edem, w któ­rym pra­wie ni­gdy nie widzia­łem klien­tów, w głębi pokoje pani Magee, a na pię­trze, już pod sko­sami nie­wy­so­kiego dachu, mój pokoik i mikro­sko­pijna łazienka.

O przy­czy­nie przy­jazdu

To miał być dla mnie cały świat na dłu­gie mie­siące seme­stru zimo­wego. Byłem prze­ko­nany, że padłem ofiarą jakiejś biu­ro­kra­tycz­nej pomyłki w fun­da­cji, która przy­zna­wała sty­pen­dia w ramach pro­gramu „Teachers Mobi­lity”, umoż­li­wia­jące wykła­dow­com z kra­jów Unii Euro­pej­skiej tym­cza­sową zmianę natu­ral­nego śro­do­wi­ska aka­de­mic­kiego. We wnio­sku trzeba było zgło­sić dokładny syla­bus wykła­dów i miej­sce pla­no­wa­nego wyjazdu. Ja zazna­czy­łem Oxford, jako drugą moż­li­wość poda­jąc ewen­tu­al­nie Cam­bridge. Zapewne ktoś musiał zawie­ru­szyć gdzieś te suge­stie i otrzy­ma­łem decy­zję o skie­ro­wa­niu mnie do St. Bren­dan Col­lege w New­port.

Wyznaję, że nie wie­dzia­łem wcze­śniej o ist­nie­niu tego uni­wer­sy­tetu, mia­steczka, a nawet archi­pe­lagu Fin­ne­gan Islands. Nie ma go w moim atla­sie, mil­czy o nim Wiki­pe­dia. Ale mimo to jest. Tam wła­śnie spę­dzi­łem cały semestr, wal­cząc z melan­cho­lią, pożą­da­niem i nie­mocą twór­czą. I nawet jeśli to wszystko nie­wielu czy­tel­ni­kom wyda się inte­re­su­jące, wła­śnie o tym chcę opo­wie­dzieć.

O pani Magee

Salo­nik pani Magee wycho­dził na nie­wielki ogró­dek, oto­czony, jak wszystko w New­port, sza­rym kamien­nym mur­kiem. Pośrodku sta­ran­nie utrzy­ma­nego traw­nika rosła kar­ło­wata palma, jeden z nie­wielu na Fin­ne­ga­nach dowo­dów na łagodne dzia­ła­nie Golf­sztromu. Jak wynika z moich nota­tek – które sta­ra­łem się pro­wa­dzić codzien­nie, narzu­ca­jąc sobie miłą dla umy­słu rutynę – przez sto dwa­dzie­ścia dni mojego pobytu na wyspie tylko pięt­na­ście z nich minęło bez desz­czu. Wszystko wokół było wil­gotne, a świ­sty mor­skich wia­trów towa­rzy­szyły mi przez cały czas.

Pani Magee zapra­szała mnie popo­łu­dniami do swego salo­niku, gdzie sia­da­li­śmy przed komin­kiem i popi­ja­li­śmy her­batę. Mało mówiła, potrze­bo­wała tylko czy­jejś obec­no­ści. Wiem, że przede mną miesz­kało u niej wielu wykła­dow­ców, po jed­nym zna­la­złem nawet jakieś drobne przed­mioty w szu­fla­dzie biurka. Kiedy pani Magee odzy­wała się wresz­cie, wspo­mi­nała swego męża, który był ryba­kiem. Mówiła, że zgi­nął przed pół­wie­czem u wybrzeży Gren­lan­dii, pod­czas polo­wa­nia na wiel­kiego kasza­lota. Ponoć w grzbiet wie­lo­ryba wbite były har­puny sprzed dwu­stu lat. Tak w każ­dym razie mówili pani Magee ci, co prze­żyli.

Moja gospo­dyni miała bez mała osiem­dzie­siąt lat, choć zacho­wała spraw­ność aż do końca. Z rzadka skar­żyła się na cokol­wiek. Codzien­nie rano cho­dziła na zakupy z weł­nianą torbą prze­wie­szoną przez ramię, wspie­ra­jąc się na drew­nia­nej lasce. Z jej kuchni naj­czę­ściej docho­dził zapach ryb, podob­nie jak z więk­szo­ści kuchni New­port. Poza darami oce­anu można też było u niej dostać bara­ninę; pomię­dzy suro­wymi ska­łami na wszyst­kich Fin­ne­ga­nach wypa­sano owce.

Po dwóch pró­bach korzy­sta­nia z kuchni pani Magee zaczą­łem się sto­ło­wać w poło­żo­nym nie­da­leko pubie, gdzie z rado­ścią wsze­dłem w mono­to­nię irish stew i fish and chips. Polu­bi­łem to pro­ste jedze­nie, popi­jane guin­nes­sem. Toby McGraw goto­wał dobrze, choć nie­wy­myśl­nie. Chciał­bym powie­dzieć, że Fin­ne­gany słyną ze zna­ko­mi­tej bara­niny, ale te wyspy z niczego nie słyną; choć bara­nina jest tu wyborna.

O prze­mia­nie ducho­wej

Kiedy pierw­szego dnia po przy­by­ciu obsze­dłem całą wyspę, posmut­nia­łem. Wyglą­dała jak wię­zie­nie, a ja poczu­łem się jak Napo­leon na Świę­tej Hele­nie. Za wzgó­rzem, na któ­rym stał gmach uni­wer­sy­tetu, znaj­do­wało się urwi­sko, o które roz­bi­jały się fale. Byłem odcięty od świata. Ale nie trwa­łem długo w tym przy­gnę­bie­niu. Nie należę do ludzi, któ­rzy łatwo popa­dają w depre­sję, na ogół sta­ram się dostrzec w swo­ich prze­ży­ciach pozy­tywną stronę. Nie zawsze jest to łatwe, ale drogą wytrwa­łego tre­ningu udo­sko­na­li­łem tę posia­daną od dziecka umie­jęt­ność.

Posta­no­wi­łem, że odosob­nie­nie dobrze mi zrobi, usu­nię­cie się z zawrot­nego pędu współ­cze­snego świata pozwoli prze­my­śleć wła­sne życie i zoba­czyć, co w nim jest istot­nego. Poczu­łem się jak pustel­nik, który dobro­wol­nie oddala się od ludz­kich sku­pisk, by w samot­no­ści prze­mie­rzać roz­le­głe prze­strze­nie wła­snej duszy, szu­ka­jąc spo­koju i Boga. Ja nie wie­rzy­łem w Boga, ale plany wędró­wek po licz­nych i nie­zna­nych mi zauł­kach mego boga­tego wnę­trza bar­dzo mnie eks­cy­to­wały. Liczy­łem, że wrócę z Fin­ne­ga­nów mądrzej­szy i doj­rzal­szy; nie pomy­li­łem się i tak też się stało.

Wiele spraw zro­zu­mia­łem i prze­my­śla­łem, prze­war­to­ścio­wa­łem też sporo daw­nych sądów i pozby­łem się wielu fał­szy­wych mnie­mań. Z rado­ścią zrzu­ca­łem resztki daw­nego sie­bie niczym wylinkę, otrzą­sa­jąc się z nagro­ma­dzo­nych warstw ducho­wego brudu. Przede wszyst­kim zaś poświę­ci­łem się pracy, nie mogąc już szu­kać wymó­wek w codzien­nym zago­nie­niu.

O pracy

Do moich obo­wiąz­ków nale­żało prze­pro­wa­dze­nie czte­rech godzin zajęć tygo­dniowo, przy­go­to­wa­nie ich, a także pozo­sta­wa­nie do dys­po­zy­cji stu­den­tów przez dwie godziny w tygo­dniu. Raz na tydzień dzie­kan O’Grady zwo­ły­wał zebra­nie wszyst­kich wykła­dow­ców. Pod­czas niego roz­ma­wia­li­śmy o spra­wach nauko­wych i orga­ni­za­cyj­nych. Kolejni zapro­szeni wykła­dowcy pre­zen­to­wali spo­łecz­no­ści uczo­nych swoje pro­jekty badaw­cze, po czym szli­śmy na obiad do wspa­nia­łej ryb­nej restau­ra­cji, którą pro­wa­dzono w hotelu Bren­dan’s Toe przy samym por­cie.

Lubi­łem te popo­łu­dniowe godziny, kiedy sie­dzie­li­śmy po posiłku w fote­lach obszer­nego lobby, pali­li­śmy fajki i roz­ma­wia­li­śmy o wyso­kiej kul­tu­rze. Czu­łem, że tu, na zapo­mnia­nych nawet przez mete­oro­lo­gów rubie­żach, bije serce świata Zachodu. I gdyby ktoś zaj­rzał przez zapa­ro­wane okna hotelu do jego wnę­trza, z pew­no­ścią potwier­dziłby moje słowa. Męż­czyźni ubrani w twe­edowe mary­narki, poważne dys­ku­sje i ta nie­skrę­po­wana post­mo­der­ni­zmem szczera miłość do lite­ra­tury i sztuki. Może byli­śmy naiwni, może byli­śmy ana­chro­niczni. Ale w tamte popo­łu­dnia to nie miało żad­nego zna­cze­nia. Czu­li­śmy się straż­ni­kami upa­da­ją­cego impe­rium, spad­ko­bier­cami wciąż żywej tra­dy­cji.

Jak widać, wszyst­kie moje zaję­cia prze­wi­dziane kon­trak­tem mogły mi wypeł­nić co naj­wy­żej jeden dzień. Resztę czasu mia­łem dla sie­bie i posta­no­wi­łem usiąść do mono­gra­fii, któ­rej pro­jekt koła­tał się po mojej gło­wie od kilku lat. Zgła­sza­jąc się do pro­gramu wymiany mię­dzy­uczel­nia­nej, zapro­po­no­wa­łem cykl wykła­dów poświę­cony Fili­powi Włócz­ni­kowi, wybit­nemu pol­skiemu pisa­rzowi fan­ta­stycz­nemu. Twór­czość tego feto­wa­nego w kraju i nie­stety nie­zna­nego poza jego gra­ni­cami pro­za­ika zasłu­gi­wała na rze­telne opra­co­wa­nie. Jego zma­ga­nia z demo­nami wyobraźni doma­gały się dogłęb­nego zba­da­nia. Roz­pi­sana na kil­ka­na­ście wykła­dów pro­ble­ma­tyka zaczęła mi się z cza­sem roz­ra­stać i kolejne puste dni na Fin­ne­ga­nach zaowo­co­wały wykry­sta­li­zo­wa­niem się goto­wego planu mono­gra­fii. Zabra­łem ze sobą oczy­wi­ście wszyst­kie dzieła Włócz­nika, w kom­pu­te­rze mia­łem recen­zje jego powie­ści i nie­liczne poświę­cone mu w Pol­sce szer­sze omó­wie­nia (z czego więk­szość sta­no­wiły moje wła­sne arty­kuły).

 

I tak, zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie, pomysł – który miał być tylko pre­tek­stem do wyrwa­nia się na kilka mie­sięcy z dusz­nego śro­do­wi­ska macie­rzy­stego wydziału – stał się przy­godą, która wypeł­niła mi krót­kie dni i dłu­gie noce w New­port. Do późna sie­dzia­łem przy biurku i stu­ka­jąc w kla­wia­turę lap­topa, wni­ka­łem coraz głę­biej w wymy­ślone światy Filipa Włócz­nika. Nie muszę doda­wać, że kil­ka­krot­nie zmie­nia­łem swój pogląd na jego twór­czość, a pogłę­biony namysł nad tek­stami źró­dło­wymi wywró­cił nie tylko moje wcze­śniej­sze inter­pre­ta­cje, ale też całą kra­jową recep­cję pisa­rza. Cie­szy­łem się jak każdy huma­ni­sta na tę małą i nie­winną rewo­lu­cję, którą roz­pę­tam publi­ka­cją mojej skrom­nej mono­gra­fii. Dni mijały szybko, a macki melan­cho­lii trzy­mały się z dala od mej izdebki na pod­da­szu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

O wdo­wich ple­cach

Mam świa­do­mość, że powyż­sze aka­pity pozwo­liły uważ­nemu czy­tel­ni­kowi zorien­to­wać się, z kim ma do czy­nie­nia. Ten lapi­darny wstęp nie­na­chal­nie szki­cuje syl­wetkę mło­dego i uta­len­to­wa­nego huma­ni­sty, obda­rzo­nego żywą inte­li­gen­cją, tak­tem i poczu­ciem este­tyki; roz­ko­cha­nego w tra­dy­cji i wie­rzą­cego w dawne war­to­ści; skrom­nego, choć prze­cież świa­do­mego swej war­to­ści i kieł­ku­ją­cej wiel­ko­ści. Jeśli czy­tel­nik zaczął wyobra­żać sobie taką wła­śnie postać, to śpie­szę zapew­nić go, że to wszystko prawda.

Dla­tego też z nie­ja­kimi opo­rami muszę wpro­wa­dzić w tę opo­wieść obcą nutę, mając świa­do­mość, że może ona zafał­szo­wać wio­dący temat muzyczny. Otóż już w pierw­szych dniach mego pobytu na Fin­ne­ga­nach gospo­dyni, dobra pani Magee, zwró­ciła się do mnie z nie­winną na pozór pro­po­zy­cją. Kiedy, korzy­sta­jąc z jej uprzej­mo­ści, parzy­łem sobie her­batę w kuchni, bez­sze­lest­nie zaszła mnie od tyłu i zagad­nęła o zdro­wie. Wpraw­nie popro­wa­dzi­łem kon­wer­sa­cję, nawią­zu­jąc do bie­żą­cych warun­ków pogo­do­wych, lokal­nego kli­matu i wpływu tych czyn­ni­ków na kon­dy­cję psy­cho­fi­zyczną czło­wieka. Słu­chała mnie z uwagą, przy­zwy­cza­jona do prze­by­wa­nia w towa­rzy­stwie osób grun­tow­nie wykształ­co­nych i potra­fiąca czer­pać z ich wie­dzy. Ja mówi­łem, ona słu­chała, wpa­trzona. Zato­czy­łem reto­ryczne koło i powró­ci­łem bły­sko­tli­wie do jej pyta­nia:

— A jak tam zdro­wie?

Wtedy pani Magee wes­tchnęła i zaczęła uskar­żać się na chro­niczne bóle ple­ców. Jak wszy­scy pro­ści ludzie, nie­przy­zwy­cza­jeni do traf­nego nazy­wa­nia wła­snych prze­żyć, ta wdowa po wie­lo­ryb­niku poma­gała sobie gestami i mimiką, wska­zu­jąc bolące miej­sca i pró­bu­jąc gry­ma­sami oddać cha­rak­ter bólu. Kiwa­łem głową ze zro­zu­mie­niem, oczy­wi­ście powstrzy­mu­jąc zło­śliwe komen­ta­rze pod adre­sem jej środ­ków wyrazu.

— Czy mogę mieć do pana nie­wielką prośbę? — zapy­tała na koniec.

— Zro­bię wszystko co w mojej mocy — odpar­łem odru­chowo, kie­ro­wany wła­snym dobrym wycho­wa­niem.

— Mógłby mi pan nasma­ro­wać plecy? To przy­nosi ulgę.

Po chwili sie­dzie­li­śmy na sofie, a pani Magee zachwa­lała sku­tecz­ność lokal­nego spe­cy­fiku, pach­ną­cej wodo­ro­stami maści. I wtedy nie­ocze­ki­wa­nie miało miej­sce pewne zda­rze­nie, które bez odpo­wied­niego komen­ta­rza mogłoby zostać przez czy­tel­nika nie­wła­ści­wie zro­zu­miane. Otóż moja gospo­dyni bez uprze­dze­nia jed­nym ruchem ścią­gnęła swe­ter i bluzkę, obna­ża­jąc się do pasa.

— Przed panem jak przed dok­to­rem, nie ma się czego wsty­dzić — powie­działa, przy­su­wa­jąc się do mnie.

Nie muszę doda­wać, jak nie­zręcz­nie się poczu­łem. Oto sie­dzia­łem sam na sam z pół­nagą fin­ne­gań­ską sta­ruszką, wdową po wie­lo­ryb­niku, wokół pach­niało wodo­ro­stami, a ja, zakło­po­tany, patrzy­łem na jej pomarsz­czone ciało. Z natury jestem opa­no­wany i nie­wiele rze­czy potrafi wypro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi, wtedy jed­nak – nieco skon­fun­do­wany – zaczą­łem wyja­śniać róż­nicę pomię­dzy dok­to­rem medy­cyny (MD) a dok­to­rem filo­zo­fii (PhD), któ­rym w isto­cie byłem.

— Pro­szę wcie­rać — zaor­dy­no­wała moja gospo­dyni i usia­dła tyłem do mnie.

Drżą­cymi dłońmi zaczą­łem nakła­dać tłu­stą maść na jej plecy, a pani Magee mru­czała z zado­wo­le­nia i wygi­nała grzbiet, z rado­ścią pod­da­jąc się temu wymu­szo­nemu pod­stę­pem masa­żowi. Nie muszę wyja­śniać, że ta dwu­znaczna sytu­acja nie miała dla mnie ero­tycz­nego cha­rak­teru, sta­ra­łem się jed­nak wywią­zać ze swej roli sumien­nie. Płyn­nymi ruchami wcie­ra­łem tajem­ni­czą sub­stan­cję w pomarsz­czoną skórę, nie omi­ja­jąc regio­nów, które napa­wały mnie pew­nym nie­po­ko­jem. Zaci­sną­łem zęby i nio­słem pomoc sta­rej kobie­cie.

Nie wiem, ile to wszystko trwało, ale nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że za długo. Po pew­nym cza­sie, kiedy moje palce zmę­czyły się na tyle, że musia­łem prze­stać, pani Magee odwró­ciła się do mnie, nakryła twe­edo­wym ple­dem i wylew­nie podzię­ko­wała.

— Nawet pan nie wie, jaka jestem wdzięczna, tak trudno jest sta­rej, samot­nej kobie­cie. Nie­wielu jest goto­wych przy­nieść jej ulgę w cier­pie­niu, te chwile wiele dla mnie zna­czą.

Sie­działa przede mną, owi­nięta kocem, ale na­dal pół­naga, swo­bodna, uśmiech­nięta, roz­luź­niona. Wcho­dząc jej w słowo, zwięźle wytłu­ma­czy­łem, jak ważne bada­nia pro­wa­dzę nad twór­czo­ścią Filipa Włócz­nika, jak bli­sko jestem epo­ko­wego odkry­cia, jak bar­dzo potrze­buję sku­pie­nia i jak cenię sobie spo­kój, który zapew­nia mi jako gospo­dyni. Mówiąc to, wsta­łem i zaczą­łem się wyco­fy­wać w stronę scho­dów. Wresz­cie, bez­pieczny już, poże­gna­łem się i czmych­ną­łem.

Liczy­łem wów­czas, że podobna sytu­acja ni­gdy się nie powtó­rzy. Muszę jed­nak teraz przy­znać, że gdyby rze­czy­wi­ście tak się stało, a zda­rze­nie owo prze­szło do histo­rii mego pobytu na Fin­ne­ga­nach na pra­wach epi­zodu, uznał­bym wów­czas za wska­zane w ogóle pomi­nąć je mil­cze­niem. By­naj­mniej nie dla­tego, że to wspo­mnie­nie zawsty­dza mnie w jakim­kol­wiek stop­niu lub sta­wia w nie­ko­rzyst­nym świe­tle, lecz z powodu jego nie­waż­no­ści dla całej opo­wie­ści. Wytrawny gawę­dziarz musi umieć rezy­gno­wać ze szcze­gó­łów, które nic nie wno­szą, aby nie nudzić i umie­jęt­nie budo­wać napię­cie. I nie wąt­pię, że uważny czy­tel­nik zdą­żył już zauwa­żyć te cechy w mojej histo­rii. Dzielę się tu tylko spra­wami istot­nymi i zapew­niam, że zwię­dłe piersi pani Magee do nich nie należą.

Liczy­łem więc na epi­zo­dyczny cha­rak­ter tego zda­rze­nia, jed­nak sprawy przy­brały nieco inny obrót.