Oberki do końca świataTekst

Z serii: Kontrapunkty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wit Szostak

Oberki do końca świata





Warszawa 2014

Wit Szostak

Oberki do końca świata


ISBN: 978-83-64384-32-5

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl COPYRIGHT © 2007-2014 by Wit Szostak COPYRIGHT © 2014 by Powergraph COPYRIGHT © 1999-2014 for the painting by Andrzej Bieńkowski COPYRIGHT © 2014 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Andrzej Bieńkowski „Pożegnanie Jana Michalskiego” 1999 r. REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Joanna Mika Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Dedykacja

Przed

1. Mazurek rokiciński „drogowy” od Józefa Wichra [wariant I]

2. Oberek rokiciński „starodawny” od Józefa Wichra [wariant I „weselny”]

3. Oberek rokiciński „starodawny” od Józefa Wichra [wariant II]

4. Oberek rokiciński „słowik” od Józefa Wichra [wariant I „Maciejowy”]

5. Polka „Niemka” od Józefa Wichra z Rokicin

6. Oberek rokiciński „kowal” od Józefa Wichra

7. Oberek rokiciński „codzienny” od Józefa Wichra [fragment I]

8. Oberek rokiciński „śpiewak” od Marii Wichrowej [wariant I]

9. Polka „Żydówka” od Józefa Wichra z Rokicin

10. Oberek rokiciński „Jakubowy” od Józefa Wichra

11. Oberek rokiciński „codzienny” od Józefa Wichra [fragment II]

Po

12. Mazurek rokiciński „drogowy” od Józefa Wichra [wariant II]

13. Oberek rokiciński „miejski” od Józefa Wichra [fragment I]

14. Oberek diabelski „po wzgardzie” od Tomasza Kobieli z Prawsi

15. Oberek rokiciński „słowik” od Józefa Wichra [wariant II „dziadowski”]

16. Oberek rokiciński „miejski” od Józefa Wichra [fragment II]

17. Mazurek „zaduszny” od Antoniego Strycharza z Kadzidła

18. Oberek rokiciński „śpiewak” od Marii Wichrowej [wariant II]

19. Oberek rokiciński „kościelny” od Józefa Wichra

20. Oberek rokiciński „szkolny” od Mikołaja Kowala

21. Oberek od Antoniego Strycharza z Kadzidła

22. Oberek rokiciński od Dziada Poskrzypa [wersja jedyna]

23. Oberek rokiciński „schyłkowy” od Józefa Wichra

24. Oberek rokiciński „starodawny” od Jana Wichra [wariant III „ostatni”]

Rodzi­com

Przed

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.
Mazu­rek roki­ciń­ski
„dro­gowy”
od Józefa Wichra
[wariant I]

Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.

Ej, bo mi się za lasem panny podo­bają. Józef Wicher nuci pod nosem tę starą melo­dię. Sie­dzi sam w izbie, żona wła­śnie wyszła do kościoła. Na piecu został czaj­nik, który pry­cha wrząt­kiem. Pokrywka pod­ska­kuje w rytm obe­rka i w tym pod­ska­ki­wa­niu Józef roz­po­znaje sta­ro­daw­nego mazurka. Ile razy go grał? Ile razy sły­szał? Teraz sie­dzi przy stole i patrzy przez pelar­go­nie na widoczny za oknem las. Za ten las cho­dzili, za tym lasem grali. Józef wstaje i szu­ra­jąc po lino­leum, idzie do kuchni, by zesta­wić czaj­nik z bla­chy. Pod sto­pami skrzypi Bóg wie jak stara, Bóg wie jak znisz­czona, wysłu­żona pod­łoga. Wra­ca­jąc, bie­rze skrzypce. Przez chwilę je ogląda, prze­jeż­dża pal­cami pod stru­nami, po zasty­głej war­stwie kala­fo­nii. Gła­dzi poobi­jane brzegi, dostraja struny i zaczyna grać.

Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.

Ej, bo mi się za lasem panny podo­bają. Tak gra, tak grali. Przed laty, gdy cho­dzili muzy­ko­wać. Józef Wicher cho­dzi ze skrzyp­cami po izbie. Gra­jąc, wspo­mina te wyprawy, te mazurki dro­gowe, nio­sące się po polach do sąsied­nich wsi. Wresz­cie odkłada skrzypce i pod­śpie­wu­jąc pod nosem, sięga po zdję­cia, sta­ran­nie poukła­dane w bla­sza­nej pusz­cze po sło­dy­czach. Prze­rzuca kolo­rowe zdję­cia dzieci i wnu­ków i dociera do sta­rych, poła­ma­nych i wybla­kłych foto­gra­fii sprzed lat. Znaj­duje jedną, zro­bioną latem roku 1938. Jest na nim razem z bra­tem Fran­cisz­kiem i z Anto­nim Stry­cha­rzem. Pamięta tę chwilę jak dziś. Bo na tym zdję­ciu muzy­kanci grają wła­śnie tego sta­ro­daw­nego mazurka.

Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.

Ej, bo mi się za lasem panny podo­bają. Stali na polnej dro­dze, na skraju Roki­cin. Szli na pograjkę do Prawsi, która wpraw­dzie nie leżała za lasem, lecz na jego skraju. Szli i skra­cali sobie drogę, gra­jąc. A ich muzyka nio­sła się po polach. Teraz przy­sta­nęli, by dać się sfo­to­gra­fo­wać. Stali więc i patrzyli w obiek­tyw. Józef nie pamię­tał już, kim był foto­graf. Czy to ten kulawy, z Odrzy­wołu, czy raczej ten chudy z wąsem, który miał zakład w Przy­su­sze? Za każ­dym razem zada­wał sobie to pyta­nie i za każ­dym razem kapi­tu­lo­wał.

Ej, powiedz­cież mi, chłopcy, co się z wami stało?

Czy lat prze­szło za dużo, czy może za mało? Zdję­cie jest for­matu pocz­tów­ko­wego, z wyci­na­nymi w ładny wzo­rek kra­wę­dziami. Widać na nim trzech mło­dych chłop­ców. Ten sto­jący w środku jest nieco wyż­szy i star­szy od pozo­sta­łych. Ma około dwu­dzie­stu lat i gra na skrzyp­cach. Oczy śmieją mu się do obiek­tywu, a na czole łobu­zer­sko odwija się nie­sforna fala. To Fran­ci­szek Wicher, star­szy brat Józefa. Fran­ci­szek gra na skrzyp­cach, które kupił przed kil­koma tygo­dniami od sta­rego muzy­kanta w Kamien­nej Woli. Jesz­cze nie są dobrze roze­grane, jesz­cze się ich uczy. Nie widać tego na zdję­ciu, ale na ich tyl­nej ściance Fran­ci­szek wyrył swoje ini­cjały i datę: 38. Dwaj pozo­stali mło­dzieńcy to Józef, ten z bęben­kiem po pra­wej, i Antoni Stry­charz, który pali papie­rosa, trzyma ręce w kie­sze­niach i patrzy gdzieś w bok. Józef jest w poży­czo­nej od ojca czapce macie­jówce, tro­chę za dużej i przez to opa­da­ją­cej na ucho. Sku­piony na bęb­nie­niu, prze­jęty foto­gra­fo­wa­niem, ma poważną minę. Śmieszną jak na swój wiek. Po lewej stro­nie zdję­cia widać uciętą przez foto­grafa bie­loną kapliczkę. Tę, która poświę­cona świę­temu Anto­niemu strzeże drogi do Roki­cin, by nikt i nic nie ule­gło zagu­bie­niu. Od kapliczki pro­wa­dzi wąska ścieżka, ale jej na zdję­ciu nie widać. Widać nato­miast sto­jącą przy jej końcu zagrodę, wyco­faną aż po sam las. Las jest sosnowy, choć na zdję­ciu to tylko zama­zana ciemna linia u góry. Wła­śnie na jej tle widać strze­chę domu, który nie tak dawno nale­żał do kowala Woj­cie­cha. W pra­wym gór­nym rogu ta linia drzew nagle się urywa i widać tam roz­ma­zaną, podłużną plamę. Nie­wielu wie, czym była w trzy­dzie­stym ósmym. Ale Józef dobrze pamięta, że to dom Toma­sza Kobieli, dia­bel­skiego muzy­kanta, któ­rego wszy­scy podej­rze­wali o zażyłe kon­takty ze złym. Teraz tej zagrody już nie ma i poza Józe­fem nie­wielu pamięta, gdzie stała i kto w niej miesz­kał. I to całe zdję­cie. Tylko tyle, ale dla Józefa to cały świat. Odcho­dzący świat ostat­niego poko­le­nia wiej­skich muzy­kan­tów. Ule­piony wokół ludzi, pełen łączą­cych ich nici. I jed­no­cze­śnie pokru­szony na trudne do sca­le­nia kawałki, które nie chcą paso­wać do żad­nej cało­ści. Świat pełen opo­wie­ści i cichych, doga­sa­ją­cych w samot­no­ści dra­ma­tów. To zdję­cie przy­po­mina mu stare histo­rie. Histo­rie tych trzech chło­pa­ków, ich przy­jaźni i wza­jem­nych losów. Histo­rie miejsc, któ­rych już nie ma, albo które dawno zmie­niły swój sens. Histo­rie przed­mio­tów. Pyli­sta droga, którą chłopcy mają pod sto­pami, pro­wa­dzi w stronę ich rodzin­nej wsi, Roki­cin. To na prawo. Z kolei idąc w lewo i mija­jąc kapliczkę, można dojść do Kadzi­dła, gdzie stoi para­fialny kościół i gdzie na cmen­ta­rzu leżą całe poko­le­nia rodu Wichrów. Polna ścieżka, która skryła się za ple­cami Józefa, ma zapro­wa­dzić mło­dych muzy­kan­tów do Prawsi na pograjkę. A w następ­nym roku będą do tej wsi wra­cać czę­sto i Józef, i Fran­ci­szek. To zresztą ostat­nie zdję­cie, na któ­rym Fran­ci­szek się uśmie­cha. Na kolej­nych jest poważny, sku­piony i nie patrzy w obiek­tyw.

 

Ej, powiedz­cież mi, chłopcy, co się z wami stało?

Czy lat prze­szło za dużo, czy może za mało? Józef widzi to zdję­cie jako frag­ment mapy swo­jego świata. Z pożół­kłego obrazka wybie­gają ścieżki we wszyst­kich kie­run­kach. Nie tylko w stronę Roki­cin, Kadzi­dła i Prawsi. Ale także ku prze­szłości i przy­szło­ści. Kiedy robiono to zdję­cie, wszy­scy trzej jesz­cze się przy­jaź­nili. Nie było mię­dzy nimi tego, co ich potem oddali od sie­bie. Antoni jesz­cze nie wie, że kie­dyś śmier­tel­nie obrazi jed­nego z cio­tecz­nych braci, co zakoń­czy nie tylko ich wie­lo­let­nią zna­jo­mość, ale i wspólne gra­nie. Fran­ci­szek z Józe­fem jesz­cze nie znają przy­czyny, która ich poróżni. Nie wie­dzą też, że spo­tkają ją wła­śnie w Prawsi, choć nie na tej pograjce. Na te tańce zresztą ni­gdy nie dotrą. Z połowy drogi zawróci ich pożar, który, przy­cza­jony, wybuch­nie w Roki­cinach. Bie­giem wrócą do rodzin­nej wsi, by rato­wać przed ogniem sto­dołę sąsiada. Dach wpraw­dzie spło­nie doszczęt­nie, ale zgro­ma­dzone zboże zosta­nie ura­to­wane. Będą sie­dzieć po wszyst­kim na tra­wie, osma­leni i zmę­czeni, nawet nie żału­jąc, że prze­pa­dła im zabawa. A z nią na pewno jakieś pie­nią­dze za gra­nie.

Ej, chodź­cie, muzy­kanci, chodź­cie, chłopcy, za las.

Ej, bo panny nie będą długo cze­kać na was.

Ej, chodź­cie do nas, chłopcy, chodź­cie ze skrzyp­cami.

Ej, chodź­cie do nas, chłopcy, chodź­cie z obe­rkami

Pozwo­limy wam tań­czyć z pięk­nymi pan­nami. Tak, prze­pa­dła tamta zabawa. Ale było wiele innych. Jed­nak nie o nich myślał Józef Wicher, wpa­tru­jąc się w zdję­cie sprzed lat. Patrzył na dwa roz­ma­zane domo­stwa. Wspo­mi­nał swoje do nich wyprawy. Kilka lat wcze­śniej, przed zro­bie­niem tego zdję­cia, Józef z bra­tem i z Anto­nim wypra­wili się do domu po kowalu Woj­cie­chu. Mieli po kil­ka­na­ście lat i serca waliły im jak dzwony kadzi­dlań­skiego kościoła. A było się czego bać. Szli prze­cież do domu, w któ­rym powie­sił się czło­wiek. Józef pamię­tał, jak wypy­chali do przodu Franka, bo był naj­star­szy. Jak chył­kiem prze­my­kali pod sto­dołą, bojąc się przejść przez śro­dek podwórka. Jak zaglą­dali przez okna, jakby chcąc spraw­dzić, czy duch Woj­cie­cha nie prze­cha­dza się po izbie. A potem weszli przez nie­chcące łatwo ustą­pić drzwi i zoba­czyli pod powałą odcięty sznu­rek. Zoba­czyli jego postrzę­piony, konopny koniec, który pozo­stał po tym, jak ich ojco­wie odcięli ciało Woj­cie­cha. Józef pamię­tał też, jak trwoż­li­wie mysz­ko­wali po izbie, jak zaglą­dali do szafy i kufrów. Jak zeszli do piw­niczki pod kuch­nią i jak prze­dzie­rali się przez lep­kie paję­czyny. Jak z Ant­kiem chcieli się wyco­fać na podwórko i tam, w świe­tle słońca lękli­wie cze­kać na odważ­niej­szego Franka. I jak star­szy brat powstrzy­mał ich haniebną ucieczkę. I pamię­tał, jak zna­leźli w jed­nym ze sło­ików garść car­skich monet, jak zna­leźli resztki pisa­nych cyry­licą doku­men­tów. Jakieś kwity pożycz­kowe, jakieś świa­dec­twa, jakieś akty. I były też tam pol­skie monety, dwa­dzie­ścia srebr­nych dzie­się­cio­zło­tó­wek, pew­nie odkła­da­nych przez Woj­cie­cha na czarną godzinę. I jak zabrali ten skarb, a potem w peł­nym słońcu dzie­lili go mię­dzy sie­bie, dumni ze swej odwagi. Wtedy to Antek popro­sił, by bra­cia Wichro­wie pozwo­lili mu wziąć pol­skie pie­nią­dze, jedyne, które były coś warte. Roz­pła­kał się nawet i tłu­ma­czył, że wtedy będzie mógł odło­żyć na har­mo­nię. A Wichrom har­mo­nia nie­po­trzebna, prze­cież są z rodu skrzyp­ków. I zgo­dzili się bra­cia i zatrzy­mali bez­war­to­ściowe kopiejki i papiery po kowalu. Józef przy­po­mniał sobie, że w chwili, gdy kilka lat póź­niej wędrowny foto­graf uwiecz­nił ich na dro­dze do Roki­cin, Antoni Stry­charz krzyk­nął do niego, nie wycią­ga­jąc papie­rosa z ust, przy­jedź pan za rok, dwa, a sfoto­grafujesz mnie z har­mo­nią, nowiutką!

Nie będziemy zacho­dzić za las ze skrzyp­cami.

Nie będziemy zacho­dzić do was z obe­rkami.

Wy tań­co­wać będzie­cie, my grać pod ścia­nami.

Wy bawić się będzie­cie, my stać pod ścia­nami. I nie dotarli tego dnia na zabawę do Prawsi. A skoro nie dotarli, to zabawy pew­nie nie było, bo trudno się bawić bez muzyki. Ale Józef pamię­tał, że pra­wie do Prawsi doszli. Że już zbli­żali się do zagrody Toma­sza Kobieli, dia­bel­skiego skrzypka, któ­rego się w oko­licy bano. Bano się go na wesela pro­sić i bano ura­zić, nie pro­sząc. I Józef uśmie­chał się nad foto­gra­fią, wspo­mi­na­jąc lanie, jakie dostał od ojca, kiedy, zamiast uczyć się Wichro­wych obe­rków, zacho­dził do Kobieli po dia­bel­skie. Tomasz poka­zał mu jeden czy dwa, Józef w lot zła­pał, miał prze­cież dzie­dziczne, muzy­kanc­kie ucho. A potem ćwi­czył za sto­dołą, u sie­bie, w Roki­ci­nach. Pod­czas obiadu ojciec nic nie mówił, a prze­cież zawsze był wesoły i dużo opo­wia­dał. A potem tylko powie­dział synowi, albo będziesz grał po Bożemu, nasze stare obe­rki, albo idź sobie do tego dia­bła. Ale żebyś potem nie wra­cał. I Józef wie­dział, że z dia­bel­stwem żar­tów nie ma. Do Kobieli już nie poszedł, nauczony świeżo obe­rek zarzu­cił i wró­cił do Wichro­wego gra­nia. I tak już miało zostać. Józef patrzył na zdję­cie i uśmie­chał się do wła­snych wspo­mnień. A te wesołe prze­pla­tały się ze smut­nymi. I wszyst­kie one pocho­dziły ze sta­rej foto­gra­fii.

Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.

Ej, bo mi się za lasem panny podo­bają.

2.
Obe­rek roki­ciń­ski
„sta­ro­dawny”
od Józefa Wichra
[wariant I „weselny”]

Józiu, cze­muś smutny, zamiast się rado­wać?

Za to szczę­ście winie­neś Bogu podzię­ko­wać. To było jego pierw­sze wesele, pierw­sze, na któ­rym grał na skrzyp­cach. Zawsze albo bęb­nił bratu, albo zastę­po­wał ojca, kiedy ten odpo­czy­wał. Nale­żał Józef do muzy­kanc­kiego rodu Wichrów, do rodu, gdzie skrzyp­ko­wie od poko­leń przy­gry­wali w oko­li­cach Roki­cin. I był naj­młod­szym z trzech synów Jakuba Wichra. Ostat­nim w kolejce, takim, co na gra­nie miał małe szanse. A teraz była oka­zja, by się poka­zać, oka­zja, by zagrać przed całą wsią. Marzył o niej, zawsze chciał poka­zać ojcu i bra­ciom, że też potrafi, że nie na darmo się uczył, że godziny ćwi­czeń prze­kuły się na umie­jęt­no­ści, że ma w pal­cach dzie­siątki sta­ro­daw­nych obe­rków i ogrywa je nie gorzej niż któ­ry­kol­wiek z pozo­sta­łych Wichrów. A teraz ani bra­cia, ani ojciec grać nie mogli. Ale Józef się nie rado­wał. Bo dzień, który miał się stać jego naj­więk­szym szczę­ściem, stał się dniem jego naj­więk­szej tra­ge­dii. I z każdą chwilą nie­uchron­ność tej tra­ge­dii potęż­niała, i młody Józef nie miał już w sobie nadziei. Patrzył na pannę młodą, patrzył, jak wiruje, prze­ka­zy­wana od chło­paka do chło­paka. Patrzył, jak kręci się w rytm jego muzyki, jak obra­cają się wokoło jej jasne war­ko­cze, jak drżą płatki w jej kwiet­nym wianku. Widział jej nie­obecne, sku­pione na rytu­ale oczy. Panna młoda była prze­ka­zy­wana kolej­nym tan­ce­rzom, z każ­dym prze­ka­za­niem zbli­żała się do cze­ka­ją­cego przy drzwiach pana mło­dego. Już opu­ściła swoją rodzinę, już tań­czyła z krew­nymi mło­dego, już była bli­sko niego. Józef widział, jak jej pierś faluje od przy­śpie­szo­nego tań­cem odde­chu, widział jej oczy, nie­obecne i bez­wied­nie omia­ta­jące izbę. I grał pięk­nie młody Józef Wicher, i z każ­dym pocią­gnię­ciem smyczka zaci­skał zęby, by się nie roz­pła­kać. A każde pocią­gnię­cie smyka, każdy dźwięk rzu­cony pod stopy tań­czą­cych, każde brzmie­nie przy­dep­ty­wane butami panny mło­dej przy­bli­żało jego nieszczę­ście.

Józiu, cze­muś smutny, zamiast się rado­wać?

Za to szczę­ście winie­neś Bogu podzię­ko­wać.

Grał na jej weselu, choć ją chciał poślu­bić.

A odtąd swą bra­tową może tylko lubić. Józef Wicher grał i patrzył, jak dziew­czyna, którą kocha, wycho­dzi za innego. Widział ją w tańcu i nic nie mógł zro­bić, mógł tylko grać, mógł grać naj­le­piej. I widział, jak Maria zbliża się do jego brata, Fran­ciszka, widział, jak Fran­ci­szek czeka. I widział, że Fran­ci­szek też oczy ma lekko zamglone, jakby nie cie­szył się swym szczę­ściem. I wie­dział Józef, że pozo­stali wesel­nicy nie zauważą tego, co doko­nuje się teraz pomię­dzy Fran­cisz­kiem, Józe­fem a piękną Marią. Wie­dział, że ten dra­mat muszą prze­żyć sami, każde po swo­jemu. Józef grał, bo tylko on mógł. Fran­ci­szek wła­śnie się żenił, Jakub był ojcem pana mło­dego i nie wypa­dało, by przy­gry­wał. A Jan, pier­wo­rodny syn Jakuba Wichra, od kilku lat nie żył. Wichro­wie nie chcieli na swo­ich wese­lach obcych muzy­kan­tów, nie chcieli, by ktoś wkra­dał się do ich rodziny i kale­czył odwieczne rytu­ały nie­udol­nymi, bo nie Wichro­wymi obe­rkami. I tak padło na Józefa. I grał, bo musiał grać, i grał, choć to on chciał tań­czyć i cze­kać na roz­tań­czoną Marię, cze­kać pod drzwiami na miej­scu Fran­ciszka. Ale los ina­czej się poto­czył, wyrzu­cił Józefa ze swych torów. I w samot­no­ści wesel­nego obe­rka Józef prze­ży­wał swoją naj­więk­szą tra­ge­dię.

Grał na jej weselu, choć ją chciał poślu­bić.

A teraz swą bra­tową może tylko lubić. Już kolejny z gości wesel­nych tań­czył z Marią. Już coraz bli­żej było chwili, gdy Maria trafi w ramiona Fran­ciszka. Józef grał i jedyne, co mógł zro­bić, to grać naj­pięk­niej. Już było po wszyst­kim. Maria spo­tkała się z Fran­cisz­kiem, wymie­nili spoj­rze­nia. Fran­ci­szek wycią­gnął ku niej ręce i sple­tli się w rytu­al­nym tańcu. Tańcu, który moż­liwy był dzięki grze Józefa. Ale nie tań­czyli jak młode pary na wese­lach. Tań­czyli sztywno, jak kukły. Nie uśmie­chali się do sie­bie, nie patrzyli sobie w oczy. On, z pereł­kami potu na czole, toczył wzro­kiem po ścia­nach. Ona, w prze­krzy­wio­nym wianku, z któ­rego wypa­dły poje­dyn­cze gałązki ruty i roz­ma­rynu, wzrok miała utkwiony w ramie­niu pana mło­dego. Okrą­żali salę, pod­ry­wani do następ­nego obrotu kolej­nym zacię­ciem smyka. Obe­rek nie chciał się skoń­czyć, Józef grał kolejne kolana, jakby miał nadzieję, że mło­dzi jed­nak się rozejdą, że roz­luź­nią uścisk i każde pój­dzie swoją drogą. Jakby miał nadzieję, że prze­dłu­ża­jąc grę, pod­syca swoje szanse. Ale te szanse top­niały z każdą chwilą. Wresz­cie taniec dobiegł końca i nie dało się go dłu­żej prze­cią­gać. Józef wziął ostatni akord, bęb­ni­sta hała­śli­wie zakoń­czył bęb­nie­nie, dając mło­dej parze czas na zwol­nie­nie tempa. Maria i Fran­ci­szek usie­dli na wspól­nym miej­scu, cze­ka­ją­cym na nich od początku wesela. Kolejna brama została prze­kro­czona.

Grał na jej weselu, choć ją chciał poślu­bić.

A teraz swą bra­tową może tylko lubić. Kolejne nadzieje legły w gru­zach. Upadł i Józef, osu­wa­jąc się ciężko na sto­jącą pod oknem ławę. Obok niego dyszał Ste­fan Konopka. Zmę­czony odsta­wił bęben w kąt. Cyka­cze zadrżały lekko. Goście weselni pochy­lili się nad tale­rzami. Józef tra­cił kolejne nadzieje. Wpierw myślał, że któ­reś z mło­dych nie przy­je­dzie do kościoła, z biją­cym ser­cem cze­kał pod dzwon­nicą, licząc, że panna Maria w ostat­niej chwili zre­zy­gnuje. Zda­rzało się tak kilka razy i kościół w Kadzi­dle pamię­tał takie przy­padki. Ale doje­chali. I Maria, i Fran­ci­szek. Potem Józef miał nadzieję, że Maria się nie zgo­dzi albo że Fran­ci­szek nie powie „tak” przy ołta­rzu. I na takie dra­maty napa­trzył się stary kadzi­dlań­ski kośció­łek. Ale wszystko odbyło się zgod­nie z odwiecz­nym porząd­kiem. Może Maria przy­ta­ki­wała tro­chę cicho, ale jed­nak przy­ta­ki­wała. Wyszli z kościoła jako mąż i żona. Ale Józef wie­dział, że przej­ście od panień­stwa i kawa­ler­stwa do mał­żeń­stwa nie koń­czy się w kościele. Że jest wesele i pod­czas niego obie rodziny prze­pro­wa­dzą mło­dych na drugą stronę. I mijali kolejne bramy weselne, przy­brane kwia­tami. I pan młody dawał sto­ją­cym przy bra­mach sto­sowny wykup. I weszli do domu wesel­nego i roz­po­czął się taniec. Dwie rodziny sie­działy przy oddziel­nych sto­łach. Uda­wały, że się nie znają, że poznają się dopiero wtedy, kiedy mło­dzi połą­czą się do końca. Trwały przy­śpiewki i prze­ko­ma­rza­nia. Jakub Wicher prze­śpie­wy­wał do matki Marii, ojciec Marii odpo­wia­dał Wichrom. I zaczął się taniec. Sied­miu kawa­le­rów prze­ka­zy­wało Marię Fran­cisz­kowi. Przy każ­dej zmia­nie była krok bli­żej, coraz bli­żej Fran­ciszka. Józef, gra­jąc, widział, jak ucieka z niej Maria Kądziela i jak wstę­puje w nią Maria Wichrowa. I grał, bo grać musiał, bo wie­dział, że sami muszą się roz­my­ślić, że sami muszą pod­jąć decy­zję. Gdyby nawet prze­rwał gra­nie, i tak to by nic nie zmie­niło. A z każ­dym tan­ce­rzem Maria coraz bar­dziej była Fran­cisz­kową Wichrową. I coraz mniej Józe­fową Wichrową, coraz mniej i mniej. I prze­szli przez kolejną bramę. Już zasie­dli na przy­stro­jo­nych krze­słach w gło­wie stołu. Już odpo­wia­dali na toa­sty rodziny. Już jedli razem i jako para wysłu­chi­wali przy­śpie­wek. A Józef sie­dział z boku i cze­kał na cud.

 

Grał na jej weselu, choć ją chciał poślu­bić.

A teraz swą bra­tową może tylko lubić. Mógł Marię tylko lubić i tylko jako bra­tową. A prze­cież ją kochał. Wszystko zaczęło się wcze­sną wio­sną. W Roki­ci­nach szybko zro­biło się cie­pło, szybko odta­jały drogi. I szybko nade­szła miłość. Ugo­dziła dwóch kawa­le­rów naraz. Fran­ciszka i Józefa. Na pierw­szym weselu po Wiel­ka­nocy poja­wiła się Maria z Prawsi. Spo­tkali się na tym weselu, zapro­szeni we troje przez zło­śliwy los. I Józef tań­czył z Marią, i Fran­ci­szek. A potem znów Józef, i znów Fran­ci­szek. A Maria do jed­nego się śmiała i do dru­giego. Dla jed­nego była miła, dla dru­giego życz­liwa. Żad­nego nie wyróż­niała, ale żad­nego nie odtrą­cała. A potem we dwóch, jak to bra­cia, odpro­wa­dzali ją do Prawsi. A kiedy doszli pod dom jej ojców, to ona chciała ich odpro­wa­dzić. I znów mię­dzy polami szli gęsiego do Roki­cin. Była peł­nia, rzu­cali dłu­gie cie­nie. Józef szedł z tyłu i patrzył na koły­szący chód Marii. Na ścią­ga­jący ją w talii gor­set, na war­ko­cze, które co chwila odrzu­cała. Na długą szyję, na któ­rej kła­dły się nocne cie­nie. A Fran­ci­szek szedł przo­dem. I czuł na ple­cach oddech Marii, sły­szał bicie jej serca, sły­szał to wszystko i się zachwy­cał. I doszli do Roki­cin i posta­no­wili Marię odpro­wa­dzić. I znów szli gęsiego, znów przez pola. I tym razem Fran­ci­szek patrzył, a Józef słu­chał. A Maria stą­pała lekko mię­dzy nimi. I wtedy serca w nich trze­po­tały, roz­bi­jały się mię­dzy żebrami. I nie wie­dzieli, czy to chłód wio­sen­nej nocy, czy coś innego. I nie wie­dzieli, że za to trze­po­ta­nie przyj­dzie im wszyst­kim, przyj­dzie całej trójce drogo zapła­cić. A potem nad­cho­dziły kolejne dnie. I Józef w tajem­nicy przed Fran­cisz­kiem wymy­kał się do Prawsi i wywo­ły­wał Marię z domu. Gwiz­dał pra­daw­nego obe­rka, obe­rka Macie­jo­wego. I gwiz­dał go jak sło­wik, że nikt poza Marią nie wie­dział, że jest to umó­wiony sygnał. I wycho­dziła Maria na pola, na pola, gdzie nie można się było przed nikim ukryć. I szła, pogwiz­du­jąc, do lasu, a tam mię­dzy jasnymi pniami sosen cze­kał Józef. I wszystko pach­niało żywicą. I mieli pod sto­pami dłu­gie, zru­działe igli­wie. I roz­ma­wiali długo, prze­ma­wiali się do sie­bie. Józef przy nikim nie potra­fił się tak śmiać, przy nikim nie potra­fił patrzeć na świat z taką rado­ścią. A potem wysu­wali się z lasu osobno i wra­cali w różne strony, by nie budzić podej­rzeń. A następ­nego dnia w tajem­nicy przed Józe­fem wymy­kał się z rodzin­nego domu Fran­ci­szek. I tym samym, sta­ro­daw­nym Wichro­wym obe­rkiem wywo­ły­wał Marię. I serca ich biły mocno i biły w tym samym ryt­mie. A Maria była piękna. Była kilka lat star­sza od Fran­ciszka, była doj­rzałą kobietą. Miała jasne włosy, grube, lśniące war­ko­cze. Cho­dziła tak lekko, jakby cały czas tań­czyła. Dum­nie wywi­jała dolną wargę i uśmie­chała się samymi kąci­kami ust. Pięk­nie śpie­wała i nawet gdyby to wszystko potra­ciła, to i tak by ją kochali. Jakub śmiał się, że muzy­kanci mogą sobie pozwo­lić na piękne żony. Że nie muszą się oglą­dać na ich majątki, na pola, na schedy. I tak ni­gdy ziemi nie mieli, i tak nie mieli czasu jej upra­wiać. Więc mogli brać sobie żony ładne. I taka była Maria. Miała dwa­dzie­ścia pięć lat i jej rówie­śniczki już dawno zdą­żyły zna­leźć mężów. Ale nie za nią oglą­dali się gospo­dar­scy syno­wie, a nawet jak się oglą­dali, to ojco­wie odwo­dzili ich wzrok w kie­runku mórg ziemi i żyznych zago­nów. Bo Maria Kądziela nic nie miała, poza lnianą pościelą, którą hafto­wała zimo­wymi wie­czo­rami. Kądziele nie mieli wiele ziemi, nie mieli ziemi żyznej. Biedni byli jak Wichro­wie, tylko nie grali po wese­lach. I tro­chę minęły Marii lata i śmiano się w Prawsi z jej sta­ro­pa­nień­stwa. Aż do roki­ciń­skiego wesela, gdzie obtań­co­wali ją bez chwili wytchnie­nia dwaj mło­dzi Wichro­wie. Przy Marii Józef cho­dził na dłu­gie spa­cery, zaszli razem w miej­sca, gdzie ni­gdy osobno nie docho­dzili. Długo szli polami na połu­dnie, dro­żyną, z któ­rej wiele dzie­siąt­ków lat wcze­śniej wynu­rzył się Maciej Wicher. Cho­dzili przez sosnowe lasy i odle­głe od Roki­cin brze­ziny. Doszli wresz­cie do rzeki i w cie­niu zwie­sza­ją­cych się olch patrzyli na ciemny, powolny nurt. Moczyli nogi w chłod­nej, leni­wej wodzie i wygrze­wali się na słońcu zanu­rzeni w wyso­kiej, soczy­stej tra­wie. I w tych chwi­lach szczę­ścia Józef nie myślał o tym, że po jego śla­dach cho­dzi Fran­ci­szek, a jego stopy wędrują po śla­dach Fran­ciszka. Kie­dyś zapy­tał Marię o brata, a ta zamil­kła i nie potra­fiła mu nic powie­dzieć, więc nie pytał, tylko cie­szył się daro­wa­nymi przez los chwi­lami. Czuł, że po takich pyta­niach Maria mu się wymyka, oddala. Chciał się do niej zbli­żyć, a ona sta­wała się obca. Więc nie pytał, tylko pro­sił Boga, żeby nie zabie­rał mu szczę­ścia, żeby nie zabie­rał mu Marii.

Po raz pierw­szy w życiu Józef się zako­chał.

Po raz pierw­szy w życiu Józef chciał się żenić.

Choć bał się, że na brata Maria go wymieni. I kiedy myślał o tym wie­czo­rami, prze­wra­ca­jąc się na sien­niku, to odsu­wał od sie­bie ponure myśli. Bał się prze­wi­dy­wać przy­szłość, bał się myśleć o następ­nych dniach i tygo­dniach. Leżał, zwi­nięty w kłę­bek i prze­ra­żony ulot­no­ścią wła­snego szczę­ścia. Bał się roz­mowy z Fran­kiem, bo czuł, że ona może zbu­rzyć cały jego świat. Bał się wie­dzieć. Chciał, jak dziecko, zamknąć oczy i uwie­rzyć, że wszystko będzie dobrze. I leżeli tak w bez­senne noce Józef z Fran­cisz­kiem. I leżeli nie­da­leko sie­bie i sły­szeli wła­sne nie­spo­kojne odde­chy. I patrzyli na ten sam sufit i mieli te same myśli i na usta cisnęły im się te same słowa. Ale te słowa wię­zły w noc­nej ciszy, cza­sem tylko bez­gło­śnie poru­sza­jąc spie­czone wargi.

Po raz pierw­szy Józef myślał o mał­żeń­stwie.

Lecz gdzie dwa Wichry grają, tam będzie nie­szczę­ście. Tak powta­rzano w jego rodzie od poko­leń. Ponoć przed wielu laty byli w rodzie dwaj bra­cia, co się poza­bi­jali swą grą, co się mie­rzyli na obe­rki i potra­cili życie. Nikt nie pamię­tał ich imion, ale lękano się, by się sytu­acja nie powtó­rzyła. I nie gry­wano razem, nie kon­ku­ro­wano ze sobą. Jak rodzili się bra­cia, każdy miał swoją kapelę, dzie­lili się wio­skami i w drogę sobie nie wcho­dzili. A tu nie o wio­skę szło, nie o gra­nie, nie o wesele. Szło o Marię, a przez nią jed­nak o wspólne wesele. A takiego być nie mogło. Józef czuł, że Fran­ci­szek ma do Marii więk­sze prawo. Bo jest star­szy, bo bar­dziej do żeniaczki gotowy, bo od roku Jakub mu przy­ga­dy­wał, że powi­nien zna­leźć sobie dziew­czynę. Józef miał czas, miał przed sobą piękne lata kawa­lerki. Ale chciał Marii. Aż pew­nego dnia, na skraju wio­sny i lata, wziął go do karczmy Fran­ci­szek. Ni­gdy go do karczmy nie brał, bo nie było na karczmę pie­nię­dzy, bo nie było w zwy­czaju, by bra­cia do karczmy spe­cjal­nie cho­dzili. I czuł Józef przez skórę, że o Marii będą roz­ma­wiać. Że Fran­ci­szek chce to zro­bić poza domem, że chce to zała­twić po męsku. I szli drogą wysa­dzaną wierz­bami i liczył Józef wierzby, bo mil­czeli cały czas. Fran­ci­szek wbił dło­nie w kie­sze­nie i pogwiz­dy­wał stare obe­rki. Ale Józef sły­szał, że fał­szuje i czę­sto gubi melo­dię. I nie pozna­wał w tym brata, który uro­dził się muzy­kan­tem i ni­gdy nie mylił dźwię­ków. I czuł, że wisi nad nimi ta odkła­dana przez tygo­dnie roz­mowa, że pęcz­nieje mię­dzy nimi ta burzowa chmura. Zada­wał sobie w myśli pyta­nia, prze­wi­dy­wał słowa Fran­ciszka i ukła­dał sobie odpo­wie­dzi. Wygry­wał w myślach te słowne poje­dynki, ale po chwili tra­cił wiarę w sens jakich­kol­wiek słów. Bo cóż można pora­dzić na taką sprawę.

Gdzie dwa Wichry grają, tam będzie nie­szczę­ście.

Gdzie dwa Wichry grają, tam się śmierć zakrada.

Lecz kiedy dwa kochają, tam się czai zdrada. W końcu weszli do zakop­co­nej karczmy, oczy ich zapie­kły i po policz­kach, od dymu, pocie­kły łzy. I sie­dli w kącie, w tym samym, gdzie przed laty siadł przed burzą Woj­ciech Kowal. I zamó­wili flaszkę wódki i dwie szklanki. Starsi patrzyli na nich z ukosa, ale nie prze­szka­dzali. Bo każdy ma prawo choć raz w swoim życiu upić się w karcz­mie na wła­sny rachu­nek. Zro­biło się wkoło nich luźno, bywalcy karczmy usza­no­wali to nie­zby­walne, ludz­kie prawo. Musiało być widać po bra­ciach, że mają powód, by samot­nie pić. I pili w mil­cze­niu, wpierw nie krzy­żu­jąc spoj­rzeń. Ucie­kali od sie­bie, oddzie­leni sto­łem, oddzie­leni flaszką wódki. Żło­bili spoj­rze­niami rysy w bla­cie, szu­kali okien, pal­cami ryso­wali na stole nie­wi­dzialne litery. A potem kiedy tru­nek ich ośmie­lił, hardo spo­glą­dali sobie w siwe oczy, hardo prze­pi­jali do sie­bie. Józef widział, jak bratu drżą dło­nie, jak zaci­ska palce do bia­ło­ści. I czuł, jak szklanka dzwoni mu o zęby, jak zęby dzwo­nią o zęby, jak serce łomo­cze o żebra. Aż wresz­cie wypili ostat­nie hau­sty, flaszka się skoń­czyła i Fran­ci­szek głu­chym, papie­ro­wym gło­sem powie­dział, żenię się z Marią. Józef ledwo usły­szał jego słowa. Patrzył, jak brat powoli wstaje, jak zamro­czony patrzył, jak brat lekko się zata­cza­jąc, wycho­dzi z karczmy. A potem sie­dział tępo w kącie, ogłu­szony sło­wami Fran­ciszka. I przez lata kąt w kadzi­dlań­skiej karcz­mie koja­rzył mu się z tymi sło­wami, żenię się Marią. Nie Józef, a brat. Ale tam­tego wie­czoru, na skraju wio­sny i lata, dla Józefa skoń­czył się świat. Nie pamię­tał, jak wyszedł z karczmy, nie pamię­tał, jak doszedł do Roki­cin. Obu­dziło go słońce, przez szpary w ścia­nach omia­ta­jące wnę­trze Wichro­wej sto­doły. Świat trwał, ale Józef nie widział w nim miej­sca dla sie­bie. Nie pamię­tał, jak minęły kolejne dni. A jed­nak mijały.