Oleńka. Panienka z Białego DworuTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział IV

Powroty

Hrabia wrócił tydzień później, niż zapowiedział. Umyślnego tylko z Wilna do domu pchnął, że dłużej mu zejdzie załatwianie interesów. Te zaś ubił pyszne. Znalazł dobrych kupców na zboże i okowitę. Co prawda nie bez pomocy rosyjskiego urzędnika z magistratu, więc trochę rubelków musiał tamtemu zostawić, ale o to mniejsza. Grunt, że jego „Ostojanka” pojedzie do Petersburga.

Zrobił też wstępne rozeznanie, przez kogo szukać dojścia do samego Rennenkampfa, generała kawalerii w okręgu wileńskim, żeby wydobyć Ksawerego z carskiej armii. Choćby miał za to tysiąc rubli łapówki dać, da. Tak czy siak, zasłużył sobie na odpoczynek.

O zdrowie także chciał zadbać, a i nacieszyć oczy starym Wilnem, pamiętającym jego burzliwą młodość.

W pierwszej kolejności zaczął od zdrowia i umówił dziewczynkę. Ale nie taką z Zarzecza. Od wizyt w szemranych lupanarach, prowadzonych w większości przez żydowskie burdelmamy, i usług tanich prostytutek mógł się tylko nabawić nieszczęścia. Stać go było na blankietowe dziwki, które pracowały we własnych apartamentach. Pokazywała taka poświadczone przez lekarza świadectwo, że jest zdrowa, i strachu wielkiego nie było.

Kupił więc najdroższych prezerwatyw za dziesięć rubli, żeby ryzyko syfilisu całkiem zażegnać, i udał się do takiej jednej, która przyjmowała przy Placu Katedralnym, we wcale przyjemnym mieszkanku.

Zabawił całą noc z nią i jej koleżanką, którą także zaprosiła. Machały przed nim nóżkami, pokazywały koronkowe podwiązeczki i to, co powyżej podwiązeczek, wabiły krągłościami spod przejrzystych półhaleczek, gdy siadały mu na kolanach. Bestyjki były biegłe w swej sztuce, więc odprężył się przy nich znakomicie. Dzięki kuracji odmłodniał o dziesięć lat i krew w nim żywiej popłynęła, a w sobie czuł wyjątkową lekkość. Zostawił każdej po dziesięć rubli i zadowolony poszedł wykonać resztę planów.

Po sutym śniadaniu w „Bristolu”, gdzie zatrzymał się w ulubionym pokoju, wyruszył na przechadzkę.

W pierwszej kolejności skierował się pod Ostrą Bramę, podziękować Matce Boskiej za dobrą passę i prosić o dalszą przychylność.

Pospacerował trochę po starym Wilnie, żeby nasycić się klimatem znajomych uliczek, barokowych kościołów, ulubionych piwiarni, skąd już wychodzili podchmieleni goście, mimo że dzień był jeszcze młody. Kiedy szedł Uniwersytecką, minęło go kilku konnych żandarmów. Ponieważ skręcili w pierwszą przecznicę, poszedł dalej.

Zimno dość było, chmurno i zaczęło śnieżyć, ale pośród kamienic wiatr nie dokuczał tak bardzo. Pod ich ścianami siedziały gromady biedoty i upraszały się o jałmużnę. Hrabia rzucił żebrakom parę monet. Kawałek dalej napatoczył się na grupkę młodych Litwinów, szepczących coś między sobą. Przystanął zaciekawiony, że usłyszał litewską mowę, która z rzadka rozbrzmiewała w Wilnie. Jakiś młokos spośród tamtych wcisnął mu w rękę gazetę i uciekł razem z kompanami między zaułki żydowskiej dzielnicy.

Zdumiony hrabia spojrzał na litewskie słowa, których nie rozumiał. Prócz tytułu Aušra. Ktoś kiedyś przy kartach mu powiedział, że owo litwomańskie pisemko, zwane po polsku „Jutrzenką”, drukowano gdzieś w Prusach Wschodnich i ryzykując głowę, przemycano do Wilna.

Niechybnie, gdyby teraz pojawili się żandarmi czy tajna policja, zostałby posądzony, że kolportuje nielegalne litewskie gazety! A on Bogu ducha winien! Tłumacz jednak, człowieku, ochranie, że ktoś podrzucił ci trefne pismo, w dodatku stare, stwierdził, patrząc na datę sprzed roku.

Co też mi przyszło do głowy, żeby w taką pluchę urządzać sobie spacery, zirytował się sam na siebie. Rzucił pismo na trotuar, poprawił paltot i kapelusz, a następnie energicznym krokiem poszedł wziąć dorożkę, by wrócić do hotelu. Czekało go jeszcze jedno ważne spotkanie.

Dziś ostatecznie dobije pertraktacji z Woromirskim, który także w tym celu zapowiedział się do Wilna. Hrabia kupił lokalny „Kurjer”, żeby zobaczyć, co słychać w polityce, i poszedł się przygotować do pertraktacji z księciem.

Summa summarum, tydzień mu zszedł na domykaniu spraw, nim pierwszego grudnia wsiadł w pociąg do Oszmiany. Ostojańskie konie już nań czekały na stacji. Do domu dotarł przed zmierzchem.

Odświeżony po podróży, przebrany w ciemny garnitur i białą koszulę, poszedł najpierw do sypialni małżonki, by omówić z Marią poufną kwestię.

Oleńka czekała w swoim pokoju, aż rodzice skończą rozmowę, aby zasiąść do kolacji.

Układała w głowie plan, jak racjonalnie przedstawić ojcu pomysł ze szkołą. Niania szczotkowała jej włosy i mruczała niezadowolona.

– Znowu się panienka po folwarkach włóczyła, aż na włosach dym czuć. Jeszcze zarazę jaką od tamtego brudu złapie i nieszczęście gotowe. I po co tak do nich jeździć co dnia?

– Żeby dzieci uczyć – odpowiedziała z uśmiechem, słysząc gderanie dawnej opiekunki.

– Nauka akurat im potrzebna, jak umarłemu kadzidło – burknęła tamta rozeźlona. – Nie będzie nig­dy z Iwana pana.

– Cóż ty, nianiu, opowiadasz?

– Każden na tym świecie miejsce swoje ma – upierała się przy swoim staruszka, mocniej splatając Oleńce warkocz. – Chłop po to stworzony, żeby w ziemi robił. Kiedy siać i orać, od ojców się dowiedzą, jak w chałupie gospodarzyć, od matek, a pacierze od księdza poznają. Więcej nijakiej nauki im nie trzeba. Co by to było, żeby same uczone po świecie chodziły? Kto by wtedy w polu robił?

– Czytać i pisać każdy musi umieć – tłumaczyła jej łagodnie Oleńka.

– A tam, musi – fuknęła niania. – Sześćdziesiąt lat przeżyłam bez tego muszenia. Litery, ma się rozumieć, rozbiorę, by słowem bożym z książeczki do nabożeństwa zbawienie duszy zapewnić. To i dość. A panience takie rzeczy nie przystoją, żeby po świecie samopas hulać jak ten wicher w polu. Jeszcze ludzie na języki wezmą i opinię zaszargają. Że też pan hrabia na to pozwala.

– Nie wiem, jakie rzeczy masz na myśli, nianiu.

– Lepiej za dużo nie wiedzieć. Im człowiek mniej wie, tym zdrowszy. Jeszcze przyjdzie czas, że dowie się panienka, czego trzeba.

Do pokoju wsunęła głowę Józka i zakomunikowała, dygnąwszy uprzednio:

– Jaśnie pani prosiła powiedzieć, żeby panienka zeszła na kolację.

– Już idę.

Wstała od lustra, wygładziła fałdy kremowej sukni, gdy rozeźlona czegoś niania napadła na biedną pokojówkę.

– A ty, Józka, gdzieś się po nocy szlajała? – spytała, postąpiwszy ku dziewczynie. – A prawdę gadaj. Bo jak zełgasz, to ci język pieprzem wysmaruję.

Biedaczka spiekła raka po tych słowach starej Serafiny, przed którą drżała cała służba. Nawet Eustachy schodził niani z drogi, bo miała największy szacunek u państwa, którym wszystkie dzieci wypiastowała.

Jakże więc mogła się przyznać tej jędzy, że znów się wymknęła do kowala? Nigdy, przenigdy. Dopiero do siebie doszła, po tym, jak ją wyobracał nocką, że aż gwiazdy widziała i dychać ledwo mogła. Straszno było dziewczynie od tej kowalowej gwałtowności, lecz podobało się Józi, gdy ją brał tak ogniście.

Chodziła do niego kilka razy, ale na krótko. Teraz została do pierwszej zorzy. Jeszcze mrok dobrze się nie przerzedził, gdy wróciła. Chyłkiem, od kuchni, by Stefy i Bronki nie budzić. Legła cichuteńko na swoim łóżku we wspólnej służbówce.

Kto mógł ją wydać, kiedy wszystkie spali? – zastanawiała się gorączkowo, nie patrząc w zmrużone podejrzliwie oczy Serafiny. A jeszcze panienka tego słuchała.

– Do wychodka chodziłam, żeby nocnika nie zapaskudzić i innych nie pobudzić. Morzysko mnie takie chwyciło, jak nigdy. Musi się czegoś objadłam za dużo – zełgała na poczekaniu.

Dopiero wtedy podniosła oczy na Serafinę, która wyglądała, jakby nie dawała wiary jej tłumaczeniu. A i panienka przygryzała wargę, żeby śmiech powstrzymać.

– No, pamiętaj. – Starucha pogroziła jej palcem. – Jak się dowiem, że z fornalami się ciągasz i bezeceństwa pod uczciwym dachem wyprawiasz, za kudły wytargam i długo tu miejsca nie zagrzejesz.

Rezolutna Józia już miała na końcu języka, że nie tylko ona owymi bezeceństwami grzeszy, bo inne takoż to robią. Może nie z fornalami, a z kimś znacznie wyżej urodzonym. Zmitygowała się jednak i nie pisnęła słówka.

Serafina nakazała jej, co ma jeszcze dziś zrobić, i wyszła z pokoju panienki. Był tak śliczny, że Józia najchętniej tam właśnie sprzątała. Firaneczki, koroneczki, łoże z baldachimem i białe mebelki cudności, że chyba tylko w bajkach królewny takie mają.

– O wybaczenie jaśnie panienki proszę – odezwała się i dygnęła, gdy hrabianka stała już w drzwiach. – Ale chciałam spytać w sprawie Wićki, czy miejsce jakie byłoby dla niego.

– Dziś pomówię o tym z ojcem.

Rodzice już siedzieli przy stole, kiedy weszła. W kominku buzował ogień, ojciec miał zadowoloną minę, mama wyglądała na przejętą.

Zasiedli do smacznej kolacji. Kołduny w rosole były wyjątkowo delikatne, gęsina z borówkami także smakowała wybornie. Z początku rodzice rozmawiali między sobą o jakichś sprawach w majątku i interesach, które w Wilnie załatwił ojciec.

– Sprzedałem dobrze zboże. A i z gorzelni wyjdzie więcej zarobku niż pierwotnie szacowałem, gdyż znalazłem poważnego odbiorcę na naszą „Ostojankę” – oznajmił hrabia między kolejnymi kęsami.

– Cieszę się, Aleksandrze, że interesy dobrze idą. No, a co tam w Wilnie?

– Wojskowych dużo w mieście, a jakiś Litwin gazetę mi wcisnął. Bibułę ichniejszą. Wyrzuciłem szmatławca. Ponoć litewskiego państwa się w nim domagają. A przecież tyle tych Litwinów, co brudu za paznokciem. Więc jakie państwo z nich być może? Istne brewerie, nic więcej. – Zaśmiał się jak z dobrego żartu. – Zaraz może i Białorusini swoje mieć zachcą?! Albo Żydzi Jerozolimy będą się u nas domagać?

– Żyjemy tutaj jak w wieży Babel. – Maria otarła usta serwetką. – Tyle języków i narodów, a każdy dla siebie kęs ziemi tej chce zagarnąć. Ale przecież najwięcej polskiej krwi w nią wsiąkło. Najwięcej łez polskie matki wylały… – Głos jej zadrżał.

 

– Maryniu, dajmy temu pokój – zaooponował hrabia. Miał dobry nastrój i nie chciał go psuć ciężkimi tematami. – Masz niewątpliwą słuszność, lecz niepotrzebnie źle się nastroisz przed snem. Ale, ale, coś sobie właśnie przypomniałem. Eustachy, przynieś mi z gabinetu „Kurjera”.

– Służę, wielmożny panie. – Lokaj w ciemnej liberii i białych rękawiczkach skłonił się elegancko. Nie upłynęło chwil kilka, gdy wrócił z żądanym pismem, które podał panu na tacy.

– Pamiętasz, Maryniu – zaczął ojciec, szeleszcząc płachtami gazety – tego nauczyciela od Fisherów, który był u nas kilka razy?

Oleńka drgnęła.

Serce zaczęło jej prędzej bić, poczuła ciepło na policzkach. Dlaczego ojciec o Joachimie mówi? I ma tę samą gazetę, którą on mi dał, myślała w popłochu.

– Pamiętam, grzeczny, miły młody człowiek.

– Otóż to. Nie wiedziałem, że z niego poeta, całkiem zgrabny wiersz ułożył – powiedział Aleksander, podając małżonce gazetę.

Hrabina przybliżyła się ku lampie i przeczytała wydrukowane strofy.

– Istotnie, udany.

– Powinnaś któregoś razu zaprosić tego poetę na nasz wieczorek – zaproponował, a Oleńka mocniej zacisnęła dłonie na sztućcach, aby uspokoić drżenie rąk.

– Chętnie, lecz nie planuję następnej wieczornicy wcześniej niż w karnawale. Może i Róża przyjedzie? Jej ostatni list trochę mnie uspokoił. Tylko od Ksawerego wciąż wieści brak.

– Bóg jeden wie, gdzie on teraz. A cóż ty, jak na igłach siedzisz? – Hrabia uważnie przyjrzał się córce. – Że po folwarkach jak zwykle jeździłaś, to wiem, ale wygląda mi na to, że coś jeszcze chowasz w zanadrzu?

– Prośbę mam wielką do papy, a właściwie dwie – powiedziała, ledwo nad sobą panując, by czymś się nie zdradzić. Jeszcze było za wcześnie.

– Mówże więc.

Zaczęła od sprawy łatwiejszej, przedstawiając pokrótce sytuację Witka. Ojciec zgodził się od razu.

– Przyda się pomocnik w gospodarstwie. Niech się chłopak uczy. We młynie albo w stajniach. Zarządca tym się zajmie. A ta druga prośba?

– Również poniekąd dotyczy nauki… – zaczęła.

Oleńka wyłuszczyła swój pomysł z uczeniem chłopskich dzieci. Wyjaśniała przekonywająco, jak bardzo szkoła jest potrzebna. Rodzice słuchali, nie przerywając pytaniami. Dopiero gdy skończyła, ojciec odezwał się tonem dalekim od akceptacji jej zamiarów.

– Kwestię szkoły musimy odłożyć – zakomunikował bez dalszych wyjaśnień.

– Chodzi o wojnę? – spytała zawiedziona. – Że czas niesposobny? Przecież jeszcze jej nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. Warto wykorzystać każdy miesiąc, żeby dzieci uczyć.

– Nie chodzi o wojnę – włączyła się mama. – Chodzi o ciebie.

– O mnie? – powtórzyła zdumiona Oleńka.

– Zamiar masz bardzo szlachetny. I cieszę się, że moje starania, aby wychować cię w polskim duchu i szacunku dla ubogich tak piękny dały efekt. – Mama pogładziła ją po głowie. – Dużo zrobiłaś, żeby ulżyć doli tych dzieci. Przyznaję, że szkoła jest im potrzebna. Sama o tym myślałam swego czasu. Jednak nawet jeśli ojciec twój zechce takową utworzyć, inny nauczyciel będzie w niej nauczał. Nie ty.

– Dlaczego?

– Postanowiliśmy z twoim ojcem, że więcej nie będziesz spędzać tyle czasu na folwarkach i w przysiółkach.

Takiego obrotu sprawy się nie spodziewała.

– Nie rozumiem. Czy zrobiłam coś złego? – spytała zaskoczona.

– Nie zrobiłaś nic złego. – Mama uśmiechnęła się wyrozumiale. – Jednak nie jesteś już dzieckiem. Masz prawie dziewiętnaście lat. Przyszedł czas, żebyś się ustatkowała i zaczęła przygotowywać do roli, jaka pisana jest w życiu kobiecie.

– Co mama chce przez to powiedzieć? – Usłyszała niepokój we własnym głosie.

– To, co powiedziałam. Dość już nieskrępowanej beztroski. I tak miałaś jej w nadmiarze. Od jutra będziesz więcej przy mnie, aby…

Matka nie skończyła, gdyż do stołowego wpadł wystraszony Jacenty, a za nim równie przejęte, Stefa i Józka.

– Wielmożny panie – rzucił pośpiesznie od progu – wojsko do dworu jedzie! Chyba żandarmi.

Wiadomość zrobiła piorunujące wrażenie.

– Jezus Maria! – wyszeptała pobladła hrabina. – Chroń nas Boże ode złego.

Hrabiemu krew uderzyła do głowy.

Czyż to po mnie? Może śledzili mnie szpicle wtedy z tą litewską bibułą i teraz przyjechali mnie aresztować, przemknęło mu przez myśl. Wnet odezwał się w nim bojowy duch. Musi bronić rodowego gniazda, swoich kobiet i ludzi, więc zerwał się od stołu, wydając dyspozycje.

– Eustachy moją strzelbę, prędko! – Machnął ręką na lokaja. – Jacenty, leć do fornali, niech każdy, kto żyw, przed dwór idzie! Sztucery, pistolety, co tam jest, z rusznikarni bierzcie, a migiem! W gotowości być, ale nie strzelać bez rozkazu! Ile tego wojska idzie?

– Ciężko powiedzieć. Bramę otwierać?

– Czyś ty się szaleju opił!? – zagrzmiał Ostojański. – Na dziedziniec, wszyscy. Maryniu, bierz Oleńkę, zamknijcie się w dolnym salonie. Józka, Stefa i kto tam na kuchni, okiennice prędko zamykać, drzwi ryglować!

Zrobił się rwetes, rozległy pokrzykiwania. Oleńka nie miała czasu się bać.

– Mamo, czy to już wojna? – zapytała tylko, gdy matka złapała ją za rękę, by poprowadzić ku bezpiecznemu schronieniu.

– Nie wiem, dziecino.

Boże, chroń Joachima. Strwożona Oleńka ledwo zdążyła się przeżegnać, gdy w holu dało się słyszeć zamieszanie, pośpieszny stukot butów i w drzwiach pojawiła się osobliwa para.

Wysoki młody mężczyzna w długim szynelu, wojskowej czapce nisko wciśniętej na czoło, w czarnym mundurze i z szablą u boku, trzymał za rękę młodą kobietę.

Ta zaś wyglądała niczym najbardziej postępowa sufrażystka! Tweedowy komplecik podróżny, wąska spódnica, odsłaniająca nogę aż do łydki, krótkie włosy, męski kapelusz i umalowana twarz!

– Widzisz, jak nas w domu witają? – odezwał się wojak, a mama od razu opadła na krzesło. Ojciec też wyglądał, jakby ujrzał dwie zjawy.

– Nawet się nie poruszą – dodała znajomym głosem kobieta. – Chyba zawrócimy do Warszawy.

– Ksawery? Róża? – zawołała wreszcie Maria, choć nadal tkwiła w oszołomieniu. – Co wy tu robicie, na Boga?

– Stęskniliśmy się za wami, więc pomyśleliśmy, że zrobimy niespodziankę – wyjaśniła Róża, idąc witać rodziców. Mama już doszła do siebie. Ruszyła naprzeciw przybyłym, wyciągając przed siebie ramiona.

– Ksawery, Róża, dzieci moje kochane! Rok was nie widziałam! – Rozczuliła się na dobre, tuląc do siebie starszą dwójkę.

– Ty gałganie, aleś nas wystraszył – dodał równie wzruszony hrabia, porywając w objęcia pierworodnego i starszą córkę. – Już ludzi gotowałem do obrony! Mogliście uprzedzić, że przyjeżdżacie!

– Wtedy nie byłoby niespodzianki – odrzekł rozradowany Ksawery.

Podskoczył do Oleńki, objął ją w pasie i zakręcił z nią kółko. Aż zapiszczała z radości, że widzi rodzeństwo.

– Oluchna, aleś ty piękna! – zachwycił się brat, trzymając ją na odległość ramion.

– Braciszku, tak się cieszę, że przyjechałeś! Jakżeś zmężniał! Róży na ulicy bym nie poznała, taka odmieniona! Witajcie, kochani moi – mówiła chaotycznie, ściskając oboje, nie mogąc nacieszyć się widokiem brata i siostry.

– Jak się tutaj znaleźliście? W dodatku oboje! Gadajcie mi w tej chwili, bo z siebie wyjdę i stanę obok. – Ojciec domagał się wyjaśnień.

– Zrobili przerzut naszego pułku do Odessy przez Kowno – zaczął tłumaczyć Ksawery, zdejmując płaszcz i podając go Eustachemu. – Dziś tam zajechaliśmy na krótki postój. Dostałem przepustkę do jutra, żeby dom odwiedzić. Razem ze mną przyjechało trzech moich najbliższych kolegów, też Polacy. Ojciec pozwoli im w pawilonie przy stajniach przenocować czy do koszar mają wracać?

– Mowy nie ma, nie będziemy rodaków w pawilonie przyjmować! W domu spać będą. Gdzież oni są? Prosić ich do stołu trzeba.

– Konie rozkulbaczają na dziedzińcu. Od Warszawy jedziemy, więc któryś dzień jesteśmy w drodze. Pójdę po nich. – Młody Ostojański ruszył do drzwi.

– Ty też, Różo, przyjechałaś konno z Warszawy razem z Ksawerym? – zwrócił się do córki zdumiony hrabia. – Takaś odmieniona, że nic mnie już nie zaskoczy. W pierwszej chwili cię nie poznałem. A i teraz ledwo poznaję.

– Przyjechałam koleją, tak się umówiliśmy z Ksawerym, jak był u mnie. On wyjechał wcześniej, a ja wczoraj. Zaczekałam na niego w Kownie, najęłam powóz, no i jesteśmy w domu.

Hrabia chciał jeszcze o coś spytać, ale małżonka go uprzedziła.

– Później, Oleś, wszystkie wyjaśnienia, później – rzekła, tuląc do siebie córki. – Eustachy, podaj przedniego wina i wszystko, co najlepsze, z kuchni! Nasze dzieci wróciły do domu. Znów mamy całą trójkę przy sobie. Bogu niech będą dzięki.

Z początku, gdy przy stole siedzieli towarzysze Ksawerego, sami młodzi mężczyźni, rozmowa toczyła się wokół kwestii wojskowych, politycznych i innych, mniej osobistych tematów. Dopiero gdy strudzeni długą drogą goście udali się na spoczynek i rodzina została sama, hrabia odezwał się do syna:

– Ksawery, czynię starania, żeby wyciągnąć cię z armii. Sprawa jest natury delikatnej, lecz nie niemożliwej. Pieniądze to najlepszy klucz nawet do zaszyfrowanych zamków, więc nie trać ducha, synu, i nie lękaj się, że w razie wojny do rodaków każą ci strzelać. Wyjedziesz do Paryża. Mam układy. Książę Woromirski także nie odmówi pomocy – poinformował, przechyliwszy się ku synowi. – Jesteśmy z nim w dobrych stosunkach, a będą jeszcze lepsze.

– Niech ojciec niczego nie czyni – odezwał się syn.

– Nie rozumiem. – Hrabia zamrugał ze zdziwienia.

– Proszę, aby ojciec zaniechał wszelkich kroków w mojej sprawie, gdyż może mi tym zaszkodzić. Jest lepsze wyjście.

– Jakie? – zaciekawił się Aleksander.

– Ojciec wybaczy, jestem zobowiązany do zachowania tajemnicy.

– Spisek? – Głos hrabiego przeszedł w szept. – Spisek czy bunt? A może planujecie zbiorową ucieczkę lub zamach? Ci twoi kompani też mi wyglądali na spiskowców. Małomówni, dyskretni. Szczególnie ten Konstanty Czerkański. To nawet nie byłoby złe, gdyby wszyscy jak jeden mąż wypowiedzieli Moskalom posłuszeństwo.

– Aleksandrze, bój się Boga! – Jego małżonka aż się przeżegnała. – Do czego ty namawiasz naszego syna? Do buntu przeciw carowi?

– Tylko dociekam, Maryniu.

– Jeszcze raz proszę, żeby ojciec nie dociekał i niczego nie robił w mojej sprawie – powtórzył z nacis­kiem Ksawery, bębniąc palcami w blat. – To bardzo ważne. Uchodzę za wzorowego podoficera i na razie tak musi pozostać. Więcej nie mogę zdradzić.

– Skoro tak… – Hrabia westchnął zrezygnowany, po czym skierował uwagę na drugie dziecko. – No, a teraz ty, córeczko, mów, co u ciebie? Nie odzywałaś się tak długo, że zamierzałem już do Warszawy jechać. Szczęściem list przed tygodniem od ciebie przyszedł. Wcześniej jednak nie dawałaś znaku życia. Nieładnie trzymać rodziców w takiej niepewności.

– Trochę chorowałam, ojcze – odrzekła wymijająco. – Nie pisałam, gdyż nie chciałam was martwić, ale już wszystko dobrze.

– Chorowałaś, kochanie? – Mama pogładziła ją po dłoni. – Na tyfus? Stąd te krótkie włosy? Nie martw się i z takimi jesteś śliczna, a włosy odrosną.

– Obcięłam je celowo i nie chorowałam na tyfus. Miałam inną przypadłość. Dajmy temu pokój. Najważniejsze, że wyzdrowiałam. Bardzo smaczna gęsina – pochwaliła, aby odwrócić uwagę od siebie.

Róża niedawno skończyła dwadzieścia trzy lata, lecz wyglądała na dojrzalszą. I chyba przygnębioną, dumała Oleńka, przyglądając się siostrze.

– Bogu dzięki, że już jesteś zdrowa – rzekła hrabina.

Przed jej wzrokiem znacznie mniej się ukryło, niż miała nadzieję zataić Róża. Matka nawet pod warstwą pudru i szminek, które ją zaszokowały, zobaczyła coś, czego wolałaby nie widzieć.

– A co tam słychać u mojego zięcia? – Sarkastyczne pytanie małżonka wytrąciło hrabinę z chwilowego zamyślenia. – Znowu wpakował się w jakąś kabałę? Skoro przyjechałaś sama, widocznie się nie mylę.

– Zapewne i tak się dowiecie, więc nie będę niczego ukrywać. – Róża uniosła wyżej głowę, popatrzyła na swoich bliskich i oznajmiła bez ogródek: – Mój mąż opuścił mnie z końcem września. Uciekł za granicę przed wierzycielami.

Harbina zacisnęła powieki. A jednak, westchnęła w duchu.

– O… opuścił? – Hrabia aż się zająknął. Poczerwieniał gwałtownie i wybuchnął: – Dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduję?! A to szelma! Gałgan! Nicpoń, splunięcia nie wart! No i dobrze! Niech go diabli wezmą! A ty już nie masz nic do roboty w Warszawie. Zostaniesz w Ostojanach.

 

– Nie zostanę – odparła stanowczo. – Przyznaję, długo taiłam tę przykrą dla mnie sprawę, ale chciałam powiedzieć o niej osobiście. Przyjechałam do domu w odwiedziny w drodze do Lwowa. Jurto wieczorem mam pociąg. Później wracam do Warszawy.

– Mowy nie ma! – Hrabia przeciął palcem powietrze. – Zostajesz tutaj! Tak postanowiłem. Już dawno powinnaś wrócić do domu.

– Niech ojciec wybaczy, ale mimo że Stanisław mnie porzucił, nadal jestem mężatką. I dojrzałą kobietą. Jako taka winna ojcu jestem szacunek, lecz nie posłuszeństwo. Sama będę o sobie stanowić. Dlatego załatwię, co mam pilnego, we Lwowie i wrócę do Warszawy. Zajmę się własnym życiem oraz uregulowaniem w nim zaległych spraw. Być może później udam się do Londynu.

Takiej siostry Oleńka do tej pory nie znała. Pokorna dotąd Róża po raz pierwszy ukazała się w innym wydaniu. Nie tylko z wyglądu. Było to imponujące.

Hrabia osłupiał.

Może i chciał ostrzej zareagować na krnąbrność, do jakiej nie nawykł ze strony dzieci, ale coś w zachowaniu córki, jej wyglądzie, sprawiło, że poniechał swego zamiaru.

– Mogę choć wiedzieć, cóż cię tak pilnie pcha do Lwowa? – zapytał niepocieszony.

– Podobnie jak Ksawery jestem zobowiązana do dochowania tajemnicy.

– W imię Ojca i Syna! – Teraz naprawdę się zdenerwował. – W jakie awantury pakujecie się oboje? Nieszczęście chcecie na siebie ściągnąć? Pełno żandarmów, wszędzie szpicle, czasy takie niebezpieczne. Co to za tajemnice, konszachty? Róża, Ksawery, mówcie natychmiast, co knujecie!? – Ze zdenerwowania uderzył dłonią w stół.

– Ochłoń, ojcze – odezwał się po wojskowemu Ksawery. – Zaufaj nam i nie pytaj o nic więcej. Tak trzeba.

– Ksawery ma rację. – Róża położyła dłoń na ręce ojca. – Niech ojciec nam zaufa i nie okazuje gniewu, że idziemy swoją drogą. Mamy cel, któremu postanowiliśmy się poświęcić.

– Jakiż to cel? – zapytał hrabia, zawieszając strapione spojrzenie na starszych dzieciach. Dopiero teraz uzmysłowił sobie, jak niewielki ma już wpływ na ich życie. Bogu dzięki, że choć najmłodsza jeszcze podlega jego woli i zamiarom.

– Dla Ksawerego walka. Dla mnie partia. Jestem w PPS – oświadczyła Róża, co wywołało następne zdumienie rodziców. – Właśnie w tej sprawie jadę do Lwowa, a później do Londynu. Tyle mogę wyjawić. Studiuję też na Uniwersytecie Latającym. A teraz proszę mi wybaczyć, pójdę się położyć. Jestem zmęczona po podróży. – To powiedziawszy, wstała od stołu.

– Odprowadzę cię. Twój pokój już przygotowany. – Maria też się podniosła. Ujęła Różę pod rękę i poszły do wyjścia.

W kąciku przy drzwiach stała cichutko Józia, czekając na dyspozycje.

– Pokój panicza gotów, Józiu? – spytała hrabina, przechodząc obok służącej.

– Tak, proszę jaśnie pani – odpowiedziała, uginając kolana.

– Piec rozpalcie w kąpielowym – poleciła, opuszczając z córką jadalnię.

– Eustachy, przynieś nam, przyjacielu, butelczynę „Ostojanki”– zwrócił się hrabia do lokaja, który także czuwał pod ścianą.

– Liczyłem, że pokosztujemy tego przysmaku – rzekł do ojca Ksawery. – Mocna wyszła?

– Mocna, synu. W sam raz, żeby ukoić frasunek.

Józia skłoniła się i wyszła za Eustachym, by wykonać otrzymane polecenie. Ukradkiem zezowała na panicza.

Tak urodziwego kawalera w życiu nie widziała, więc napatrzeć mu się chciała na zaś. Czarnowłosy jak panienka Oleńka, niebieskooki, barczysty, w tym mundurze wyglądał tak, że aż dech zapierało. Dlatego rada była, że pozwolili jej tkwić w kąciku jak myszce, aż do teraz. Wychodząc, znów zerknęła przez ramię na panicza Ksawerego. Wtem on głowę odwrócił i… mrugnął porozumiewawczo.

Zwidy jakie? Dumała, spiesząc do pokoju kąpielowego. Nie, przecież wyraźnie do niej mrugnął. Tak jej się błogo na tę myśl zrobiło. Postanowiła sobie, że jak panicz zechce, żeby mu usłużyła w inny sposób, zrobi to bez wahania.

Północy jeszcze nie było, gdy Józia leżała pod młodym panem, który chędożył ją nie gorzej od kowala. Z pewną różnicą.

Panicz pachniał, mimo że gorzałkę też było czuć od niego. Jednak to zupełnie co innego.

Pachniała także jego pościel, taka gładka, w jakiej Józia jeszcze nie legała. Po starym sienniku kowala, stogu siana czy trawie, gdzie dogadzali sobie ze Szczepanem, teraz czuła się, jakby trafiła żywcem do nieba. Za nic nie chciała stamtąd wracać.

– Moja krew – zachichotał lekko podchmielony hrabia, gdy po północy, przechodząc obok pokoju syna, usłyszał znajome trzeszczenie łóżka.

Na drugim końcu korytarza, gdzie sąsiadowały ze sobą sypialnie sióstr, także nie spano do późna.

W ścianie między pokojami znajdowała się niewielka dziura po odkruszonym tynku. Kiedyś, gdy obie siostry były małe, rozmawiały sobie przez ten otwór. Od strony sypialni Oleńki zasłonięto go później obrazem z panoramą Warszawy, po drugiej stronie zawisł portret Róży. Z czasem o dziurze zapomniano.

Teraz mama z Różą zamknęły się we dwie, aby odbyć poufną rozmowę. Początkowo Oleńka tylko z dawnego sentymentu zdjęła obraz i przysunęła ucho do ściany. Później wręcz do niej przyrosła, tak szokujące było to wszystko, co usłyszała.

– Dlaczego mi mama nie powiedziała, jak straszne jest małżeństwo? Jak wstrętna jest ta kobieca powinność? Czy naprawdę tamto jedno zdanie, wypowiedziane godzinę przed ślubem: „W trakcie nocy zamknij oczy i myśl o swoim powołaniu”, miało mnie wystarczająco przygotować do tej gehenny? Uczyła mnie mama tylu nieistotnych rzeczy, a pominęła najważniejszą.

– Mnie też nikt nie przygotował do niełatwego powołania kobiety i krzyża, jaki dźwigać musi.

– Powołania? Jaki sens jest w takim powołaniu, gdzie gwałt zadawany jest najczulszej materii? Gdzie nie ja mam prawo do swojego ciała, godności, tylko mój mąż. Moją rolą ma być pokorne rozkładanie nóg i poddawanie się wszystkiemu?

– Cicho, córeczko, na Boga, jeszcze ktoś nas usłyszy. Taka wulgarność w twoich ustach! Przerażasz mnie, Różo.

– Dlatego, że mam odwagę mówić prawdę? Że mam odwagę sprzeciwiać się traktowaniu nas jak własność zależną wyłącznie od woli małżonka?

– Powinnością kobiety jest posłuszeństwo mężowi, który zapewnia jej szczęście w macierzyństwie. Temu służy małżeństwo. Przyznaję, niełatwa to droga, czasem niesie gorycz i ból, lecz zostałyśmy stworzone, aby wypełniać wolę boską.

– Naprawdę mama w to wierzy czy też powtarza wyuczoną kwestię?

– Nie poznaję cię, dziecko.

– Ja także poznałam, na czym polega prawdziwe życie, dopiero gdy wyszłam za mąż. Moje wyobrażenia boleśnie zderzyły się z rzeczywistością. Żeby mnie choć szanował, jak ojciec ciebie, zacisnęłabym zęby i milczała, lecz on ożenił się ze mną tylko po to, by zdobyć majątek, do którego nie dawał mi dostępu. Szczęściem, że ojciec potajemnie przysyłał mi pieniądze. Miałam dzięki temu namiastkę bezpieczeństwa.

– Dlaczego nie powiedziałaś, że małżonek cię nie szanuje?

– A co by to zmieniło? Przecież sama mówiła mama i teraz powtarza, że winnam posłuszeństwo mężowi, bo jego wola jest święta. A on miał wolę traktować mnie jak przedmiot i używać, kiedy chciał, moja wola nie miała znaczenia. Powiem ci więcej. Brał też kochanki, na które tracił pieniądze. Wie mama, co czułam, gdy od nich wracał i kładł się przy mnie?

Za ścianą zapadła cisza, po chwili zaś odezwała się mama:

– Wiem. Nie ty jedna, Różo, tego doświadczyłaś.

Znów umilkły obie, a potem rozległ się głos siostry. W jego brzmieniu znać było zaskoczenie.

– Czyżby i oj….

– Ciii… – Mama weszła jej w słowo. – Pewnych rzeczy nie mówi się głośno ani się ich nie dostrzega. Kochanki mężów są jak powietrze. Oni bez nich żyć nie mogą, my udajemy, że ich nie widzimy. Taki jest świat. Nam zaś pozostaje się z tym pogodzić.

– Nie. Nigdy się z tym nie pogodzę. Świat trzeba zmieniać. I mam zamiar to robić. Nikt za nas nie wywalczy należnych nam praw. Posłuszny może być pies, nie kobieta. Nigdy więcej nikomu nie dam do siebie prawa. Za bardzo mnie bolało, gdy raz to zrobiłam. Jeszcze boli…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?