Oleńka. Panienka z Białego DworuTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział III

Wiek miłości, wiek nienawiści

Dzień wstał zimny, szary, jak to w listopadzie. Wiatr podrywał do oberka resztę żółtych liści z drzew. Przez chwilę barwił złotem bure powietrze, nim cisnął listki na ziemię. Deszcz już ustał, lecz po długich ulewach Oleńka widziała z okien swojego pokoju, jak okiem sięgnąć, błotną maź.

Było jeszcze wcześnie, ledwo zjedli śniadanie, po którym ojciec wyruszył w interesach do Wilna i miał wrócić jutro. Mama, zmożona migreną, położyła się z kompresem w sypialni. Oleńka włożyła strój do konnej jazdy, na wierzch krótki kożuszek, ciepłą czapę z lisią kitą i poszła ku drzwiom.

– Wszystko przygotowałam, jak panienka kazała. – Pokojowa Józia, w czarnej sukience i białym czepku, podała swojej pani niewielką sakwę, którą można było przypiąć do siodła, i dygnęła z szacunkiem.

– Dziękuję, Józiu.

– Służę łaski panienki. – Służąca jeszcze raz dygnęła, nie odeszła jednak do swych obowiązków. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć.

Józka krótko służyła w Ostojanach, więc wszystkich obyczajów jeszcze dobrze nie poznała. Prócz tego, co jej po cichu powiedziały starsze służące, że pan czasem używa ich do innych posług. Nigdy pod przymusem. A jak która dobrze się sprawiła, rubelka nie pożałował.

Józia, choć niewiele od swojej pani starsza, już wiedziała, jak smakuje takie używanie. Sama chętnie dawała się obłapiać w komorze narzeczonemu Szczepanowi, gdy jeszcze żył, i zaznawała z nim uciechy.

Niestety, zmarło się niedawno biedakowi od gorączki, kiedy płuca przestudził. Miesiąc po nim matula Bogu ducha oddała, więc Józia musiała iść na służbę, żeby na chleb zarabiać i bratu z bratową nie siedzieć w chałupie.

Szczęściem dowiedziała się na targu, że miejsce się zwolniło we dworze, więc najęła się od razu.

Razem z nią przyszła Bronka, dziewczyna do kuchni. Bronkę, większą w piersiach i biodrach, pan już miał pod sobą. Chudej Józi jeszcze nie ruszał. Ale nawet gdyby ruszył i parę rubli za to dał, mogłaby panu hrabiemu usłużyć. Bronka przecież krzywdy od niego nie doznała. Nawet wyglądała na zadowoloną, gdy wieczorami liczyła ruble, więc i Józia nijakich strachów przed tym nie miała.

Tamte mówiły jej także, że jeśli która brzemienną przez te posługi zostanie, pan pieniędzy jej daje, żeby kłopotu mogła się pozbyć. Najsławniejszą w okolicy znachorką, pomagającą dziewczynom w potrzebie, była Bocianicha. Józia jeszcze ani razu jej nie potrzebowała, ale znała suchą staruchę o skrzekliwym głosie i chytrych oczach, która często przychodziła do Józinych Bielkiszek, żeby uroki odczyniać czy wyciągać ludzi z zarazy.

Dlatego też nie lękała się za bardzo, że od przyszłych posług z bękartem zostanie. Zresztą starsze dziewuchy jej powiedziały, że jak dychanie z całych sił zatrzyma i oczy zaciśnie, gdy jej jaki chłop spódnice zadrze i pod siebie weźmie, to dzieciaka z tego nie będzie. A naruszona i tak już była, więc mogła sobie kapkę dorobić do tego, co jej za służbę płacili.

Drugą rzecz, którą prędko zmiarkowała, było to, że panienka owinęła sobie hrabiego wokół palca. Niczego jej nie bronił i wszelkie prośby spełniał.

Więc odważyła się ją o wstawiennictwo poprosić, gdyż do pana nie miała śmiałości sama się odezwać. Hrabianka głowy nie zadzierała i prostym ludziom była przychylna, mając ich za równych sobie.

– Cóż tam, Józiu? – spytała Oleńka, uśmiechnąwszy się do pokojówki.

– Ja po prośbie do jaśnie panienki. – Dziewczyna znowu dygnęła.

– Słucham.

– To ja zaniosę panience worek i po drodze wszystko powiem, żeby panienka nie zgrzała się w odzieniu stać. W piecach już dobrze napalone to i gorąc się zrobił.

– Idźmy więc.

Józka narzuciła na siebie chustę, chwyciła wypchaną sakwę i ruszyła za hrabianką, otworzywszy przed nią drzwi.

Wilgotny wiatr smagał twarze i łzy z oczu wycis­kał. Stajenni akurat wypuszczali konie na pastwiska. Nawoływali przy tym głośno i pogwizdywali, by bieg­ły zwartym stadem. Oleńka przystanęła, żeby oczy nacieszyć swobodnym galopem zwierząt. Widok był naprawdę przepiękny.

Z przeciwka biegł ku niej koniuszy Jacenty, nieco młodszy od jej ojca, w długiej brązowej kapocie i wysokich butach.

– Szczęść Boże, Jacenty. Szatan już osiodłany?

– Szczęść Boże, panienko – odrzekł, uchylając kapelusza. – Co myśmy mieli nocą z tym koniem! Tak kopytami w deski bił, jakby się szaleju opił. Nie wiem, co w niego wstąpiło. Na chorego nie wygląda. Rankiem się uspokoił, jakby nigdy nic. Osiodłałem go, tylko że podkowę stracił od tego wierzgania, więc do kuźni go zawiodłem. Już pewnikiem kowal skończył robotę, wnet przyprowadzę panience Szatana.

– Nie trzeba, sama pójdę.

Kuźnia znajdowała się prawie tuż przy stajniach, ale Oleńka rzadko tam zachodziła. Nie tyle z powodu hałasu od bicia młotów, ile właśnie przez kowala.

Ów człowiek, którego imienia nawet nie znała, wielki, mocarny, ponury, spode łba patrzący, budził w niej niechęć.

Z oczu również dziwnie mu patrzyło. Nie tak jasno, przejrzyście jak Joachimowi, tylko… zastanawiała się nad właściwym określeniem, gdy chwilę później znalazła się przed kuźnią i z progu obserwowała kowala.

Czarnowłosy, młody, w rozchełstanej brudnej koszuli, obwiązany był grubym skórzanym fartuchem. Przybrudzona skóra lśniła od potu. W kuźni pachniało smołą, rozgrzanym żelazem i czymś dziwnie przejmującym. Jakby siarką?

Potężne ramię kowala bez wysiłku uderzało ciężkim młotem w kowadło, formując na nim podkowę. Obok chłopak dął w miech, żeby wzniecić większy płomień. Drugi z pomocników trzymał za uzdę Szatana.

Koń zarżał, gdy zobaczył swoją panią. Podeszła bliżej, żeby pogładzić ulubieńca.

Kowal dopiero teraz ją dostrzegł i pochylił się na znak powitania. Przez chwilę patrzył na nią jakoś tak… złowrogo.

– Pochwalony, koń już podkuty? – spytała krótko, aby czym prędzej odejść z tego miejsca.

– Pochwalony, zaraz będzie – odmruknął.

Głos miał równie ponury jak spojrzenie.

Odniosła wrażenie, że z groźnych oczu mężczyzny sypią się iskry. Prędko uzmysłowiła sobie, że lecą spod kutego żelaza. Kowal musiał mieć nie lada posłuch u pomocników, gdyż tylko na nich skinął i już złapali za gwoździe, by umocować podkowę.

Odeszła kilka kroków dalej. Niezbyt uważnie słuchała Józki i nie bardzo mogła zrozumieć, o co ją dziewczyna prosi, więc spytała:

– Możesz powtórzyć, Józiu?

– Ja w imieniu mojej stryjny upraszam się łaski panienki… – wyrecytowała tamta i znów dygnęła. – Jędrzejowej baby, matki Wićki, znaczy. My z sąsiednich przysiółków. Ja z Bielkiszek, a ona z Piekun. Stryjenka śmiałości nie ma, żeby u panienki o Wićkę poprosić. Ciężko im w chacie, tyle gęb do wykarmienia, samego drobiazgu pięcioro, a starsze też jeszcze w chałupie siedzą. Antośka, córka, znaczy, żenić się miała, ale chłop do innej poszedł, to ona u ojca póki co została. Więc może Wicia mógłby przez zimę do dworu się nająć? On taki robotny. Zdrowy, silny. W sam raz, żeby przy koniach pomagał czy w kuźni albo w chlewach.

– To nie zależy ode mnie.

– Wiem panienko, ale gdyby panienka zechciała panu hrabiemu prośbę przedstawić.

– Dobrze, pomówię z ojcem – odparła Aleksandra, dosiadając podkutego już ogiera, którego przyprowadził jeden z pomocników. – A ojciec Witka się zgodzi?

– Jeszcze i pobłogosławi panienkę, że jednej gęby w chałupie ubędzie – odrzekła zadowolona Józka, pomagając hrabiance umocować sakwę.

– Powiedz w domu, że wrócę w obiad. Naprzód, Szatan. – Oleńka spięła kolanami konia i ruszyła kłusem do bramy.

– Dokąd pojechała? – spytał kowal, stając przy służącej. Oczami odprowadzał hrabiankę.

– Nie twoja rzecz – odrzekła obcesowo.

– Kiedy grzecznie pytam, grzecznie odpowiadaj – wysyczał jej do ucha i mocno uchwycił za ramię pod chustą.

– Puść mnie – fuknęła, szarpiąc się, dziewczyna.

– Gadaj, gdzie pojechała.

– Do Bielkiszek – wykrztusiła przez zęby, rozcierając uwolnioną rękę.

Kowal splunął w bok, zamamrotał coś pod nosem, czego Józia nie zrozumiała, po czym nachylił się nad nią i powiedział teraz innym tonem niż przed chwilą.

– Przyjdź do mnie wieczorem.

– Jeszcze czego – burknęła, ale już zawrócił do kuźni.

Nie przyjdę, za nic nie przyjdę, zarzekała się w duchu, gdy wracała do pałacu prać dywany i szorować parkiety.

Jednak im bardziej oddalała się od kuźni, tym mniej pozostawało Józinej stanowczości. Nawet uroiło jej się w głowie, że mogłaby zostać kiedyś kowalową. Szczepanowi się pomarło, matuli też, a ona samiuteńka prawie jak ten palec. Całe życie w Ostojanach służyć przecież nie będzie. Może z rok, nie dłużej. Lata już ma, czas za mąż iść, żeby ludzie jej nie dogryzali, że starą panną została.

Kowal chłop na schwał, nawet i urodziwy, tylko gwałtownik i straszny jakiś, gdy tak patrzył groźnie. Przeciwić się takiemu znaczyło z życiem igrać, więc Józia trochę się bała za niego wydać, żeby jej nie bił za mocno, ale zawsze to przecież chłop. I fach dobry ma w ręku, więc głodem by nie przymierała, kalkulowała w duchu, postanawiając, że chyba jednak pójdzie do niego.

Niech tylko z robotą się uwinie, to wymknie się cichcem z pałacu, żeby pani hrabina nie widziała, że bez pozwolenia opuszcza miejsce pracy.

W czasie gdy pokojówka obmyślała, którędy najzręczniej będzie wyślizgnąć się wieczorem, Oleńka spieszyła na spotkanie z Joachimem.

Dziś ona zaczeka na niego przy rozstajnym krzyżu, gdzie się umówili poprzedniego razu. Specjalnie wyjechała wcześniej, żeby zrobić ukochanemu niespodziankę. Pobędą trochę sam na sam, nim pojadą na folwark. Joachim miał tam chłopom listy czytać, ona wiozła dzieciom elementarz, znajdą się więc w jednym miejscu razem, nie wzbudzając podejrzeń.

 

Chciała jechać prędzej, ale droga między polami rozmokła i kopyta Szatana zapadały się w brei.

Na rozległych polach kilka wieśniaczek, poowijanych w grube chusty, szukało kartofli w redlinach. Tych, których nie zebrano w wykopki i pozostawały gdzieś między zagonami. Oleńka wiedziała, że kobiety biorą je dla siebie, żeby zrobić jakieś zapasy na zimę. Westchnęła, patrząc na ludzką nędzę, która każe podkradać resztki z pańskiego pola. Żeby nie płoszyć biedaczek, pojechała dalej, udając, że ich nie widzi.

Ledwo minęła ostatni wzgórek, zobaczyła przy krzyżu jednokonną bryczkę z postawioną budą. Na koźle siedział Joachim w ciemnej szubie i futrzanej czapie.

Gdy tylko ją ujrzał, rzucił lejce, zdjął czapkę, zeskoczył z kozła i uśmiechnął się tak, że wszystko wokół pojaśniało. Patrzył na nią, jak tylko on potrafił.

– Czy kiedyś zdołam być prędzej od ciebie? – spytała uradowana, zsiadając z konia wprost w wyciągnięte ramiona Joachima. Prawie się w nich schowała.

– Nigdy. Oleńka… – powiedział tkliwie, ująwszy w dłonie jej twarz. Patrzył z czułością w oczy, całował w usta, szeptał miękko. – Moja śliczna, Oleńka…

– Twoja. Na zawsze. – Topniała w środku od tych powitań.

– Gdybyż mogło się to ziścić. Za choćby jeden rok, co ja mówię, za jeden dzień z tobą, życie bym oddał – przekonywał, trzymając ją mocno przy sobie.

– Egoista z pana. – Zaśmiała się. – Pan życie odda, a cóż ja wtedy pocznę? Umrę z rozpaczy za panem.

– O tym nie pomyślałem. – Udał, że się zasępił, choć wypełniała go przeogromna radość, że ta cudowna istota odwzajemnia jego uczucia. – Trzeba będzie co innego wymyślić. Wejdźmy do bryczki. Znów zaczyna mżyć, jeszcze przemokniesz i zachorujesz. Z Oszmiany wracam, mam coś dla ciebie.

– Właśnie widzę, że skądś wracasz. Nie miałeś dziś lekcji? – spytała, wsiadając do środka.

– Dziś nie, pochorowali się moi uczniowie, z gorączką leżą – wyjaśnił, sadowiąc się obok. Przykrył jej nogi baranią skórą, przytulił do siebie.

Osłonięci budą zyskali namiastkę intymności, więc pozwolili sobie na gorętsze pocałunki, śmielsze czułości. Oleńka dawała się wieść intuicji, ufnie poddając się pieszczotom Joachima. I wciąż więcej, i więcej było w niej tego zakazanego pragnienia, które coraz trudniej dawało się ujarzmić.

– Czy to grzech? – spytała szeptem, odchylając głowę.

– Miłość nie jest grzechem – odszeptał, wodząc ustami po jej szyi.

– A co nim jest?

– Nienawiść.

Znów dopadło go niepojęte proroctwo. Trzymając w rękach dłonie dziewczyny, patrząc na jej usta jeszcze lśniące od pocałunków, wymówił na głos to, co w duszy słyszał:

– „Nienawiść nasz wiek naznaczy. Miłości będzie deptać po piętach. Zepchnie ją w kąt, jak kulawą tancerkę i sama ze światem kadryla zatańczy. Skarlała miłość z kąta zapłacze nad losem swym marnym. Aż wiatr jej łzy osuszy, czas chromość uleczy, a wtedy wiosenne suknie włoży, kwiatami włosy przystroi i ruszy pląsem po zgliszczach z nienawiści powstałych…”.

Zadrżała, słysząc te przejmujące słowa i przytuliła się do Joachima.

– Boję się, kiedy tak mówisz.

– Wybacz. – Pogładził ją po plecach. – Sam nie wiem, co plotę, gdy jesteś blisko. Ale teraz ja zaczynam się lękać, co powiesz, gdy to obaczysz.

Wyjął zza pazuchy złożony na pół numer „Kurjera Wileńskiego”.

– Mówiłaś, że powinni wydrukować mój wiersz, więc wydrukowali – rzekł, podawszy jej gazetę.

To, że musiał długo o to prosić i zapłacić sporo, zachował dla siebie.

Chciał sprawić przyjemność ukochanej. I chyba mu się udało, gdyż Oleńka aż się rozjaśniła pochylona nad gazetą.

– Naprawdę to twój wiersz i twoje nazwisko! Joachim Langer, poeta! – Przeczytała na głos podpis i objęła ukochanego za szyję. – Jestem z ciebie taka dumna.

– To tylko wiersz – odparł skromnie.

– Ty w nim jesteś. Wytnę go i zawsze będę przy sobie nosić – powiedziała, wydobywając spod kożuszka złoty medalion z otwieranym wieczkiem. Dostała go od rodziców na zakończenie szkoły. – Tutaj go schowam. Chciałabym też mieć w nim twoją miniaturkę, żebym zawsze mogła na ciebie patrzeć.

– Więc będziesz mieć – rzekł, zdejmując z jej szyi wisiorek. – Na dniach pojadę do fotografa, ale o twoją też poproszę.

– Z radością ci ją dam – ucieszyła się. – Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.

– Co tylko chcesz.

– Pomyślałam, że dzieciom z folwarków trzeba prawdziwego nauczyciela, chociaż przez zimę, kiedy nie muszą w polu pomagać. Najbliższa wiejska szkółka jest przy cerkwi w Borunach. Za daleko dla nich, nawet butów nie mają, a i z pomocy w gospodarstwie nikt ich nie zwolni, żeby mogły iść do szkoły. Ludzie oszczędzają każdy grosz, więc na książki też nikt kopiejki nie wyda. Dlatego, może zechciałbyś, gdy skończysz lekcje u Fisherów, co parę dni uczyć te wiejskie dzieci? Tak po cichu, bez żadnych pozwoleń z ministerstwa. Czytać, pisać, liczyć. Tego, co najważniejsze. Salkę można by urządzić w domu rządcy z Piekun. Pomówię o tym z ojcem, żeby ustalił z nim warunki oraz przemyślał sprawę twojego wynagrodzenia. Ja też będę pomagała, ile zdołam. A jeśli przez zimę ta szkoła się sprawdzi, może zostać na cały rok. Przekonam jakoś ludzi, że dzieci prócz pracy muszą się też uczyć. Wiem, że jedną szkółką świata nie zmienimy, ale choć dla tej garstki dostępniejszy on będzie, jeśli nauczą się czytać i pisać – mówiła z pasją, prawie jednym tchem.

Joachim nie mógł dłużej taić swoich zamiarów, które stały w sprzeczności z jej planami. Tak pięknie jaśnieje, gdy o nich opowiada, zachwycał się w duchu, nie mogąc oderwać oczu od dziewczyny.

Nabrał głębiej powietrza, by uporządkować myśli.

– W czerwcu kończę kontrakt u Fisherów. Do tego czasu mogę przychodzić i uczyć dzieci z folwarków. Bez żadnej zapłaty. Obym tylko ciebie mógł widzieć. Lepszej nagrody mi nie trzeba. Jednak później będę musiał wyjechać.

– W rodzinne strony? Coś z matką, ojcem? – dopytywała się zaniepokojona.

– Nie. – Pokręcił głową. – Do Galicji, żeby zaciągnąć się do drużyn strzeleckich. Jeśli przyjdzie wojna, moim obowiązkiem będzie walczyć. Chcę, żebyś wiedziała już teraz, co postanowiłem.

Gdy usłyszała te słowa, jakby niewidzialna obręcz zacisnęła jej gardło. Jakże inaczej traktowała tę wyczekiwaną wojnę, gdy jej zbliżające się widmo nagle zagroziło komuś najdroższemu. Nawet świadomość, że jej brat także będzie walczył, nie wydawała się Oleńce tak straszna, jak to, co właśnie powiedział Joachim.

W pierwszej chwili chciała mu zabronić, wyperswadować, prosić, by zrezygnował, ale w jego łagodnych oczach i całej twarzy malowała się nieugiętość.

Więc kiwnęła głową na znak, że rozumie. Joachim otarł kciukiem łzy z jej oczu.

– Nie płacz.

– Nie płaczę, tylko trochę mi smutno. Zaraz przejdzie.

– Posłuchaj. Nie mam nic, ani pozycji, ani majątku, żeby być ciebie godnym. Lecz jeśli ojczyźnie się zasłużę, wtedy na kolanach będę prosił twoich rodziców o ciebie.

– Masz dużo więcej niż pozycja i majątek. – Przyłożyła dłoń do jego policzka. – Dobre serce i mądrą głowę. Innych skarbów mi nie trzeba. Ty jesteś moim skarbem. Zawsze i wszędzie tylko ty.

Widziała czasem, jak matka albo Róża płakały. Ciotka Wylezińska także. Nigdy jednak nie widziała, jak płacze mężczyzna. Może kiedyś, gdy Ksawery był mały, ale to się przecież nie liczy.

– Kocham cię – wyznał Joachim, opanowawszy wzruszenie. – I póki życia kochał będę. Zawsze i wszędzie tylko ty.

Trwało jeszcze chwilę, nim zdołali się rozstać i pojechali osobno do wioski.

Oleńka, wciąż oszołomiona jego wyznaniami i ciepłem pocałunków, ale też zdjęta lękiem, który się w niej zagnieździł na myśl, co ich czeka, jeśli Joachim wyjedzie, straciła normalną ostrożność.

Nie widziała złych oczu, które śledziły ją z oddali. Nie czuła na plecach oddechu nienawiści. Nie słyszała gorzkich słów rzucanych pod wiatr z rozchwierutanego wozu. Ledwo się kolebał po błocie, skrzypiąc rozeschniętymi deskami. Poganiana batem stara kobyła z wysiłkiem ciągnęła nogę za nogą.

Kowal był zły, że nie wziął konia pod wierzch, choćby na oklep przyszło mu jechać i przed Jacentym się tłumaczyć. Akurat fornale wrócili z Krewa, zabrał więc im od razu furmankę i ruszył, by z ukrycia wypatrywać Szury.

Wypatrzył więcej, niż chciał, gdy z daleka zobaczył Szatana przy cudzej bryczce. Żółć w nim się zebrała okrutna. Zęby zaciskał, mamrotał pod nosem najgorsze przekleństwa, obserwując tamtych.

Suka. Goniąca się suka, którą ten psi syn obłapia jak swoją. Jednym ruchem ręki zabiłby kundla, tylko nieśpieszno mu było gnić w ruskim więzieniu. A ją powrozem chłostałby do krwi za cierpienie, które na niego spadło. Za to, że tamten jej dotykał, nie on. Tamtemu gęby dawała i prawo do siebie, nie jemu, choć skręcał się z żądzy, żeby być na jego miejscu. Dłużej nie zdzierży tej męki. Musi coś wreszcie na to zaradzić.

Wieczorem chuciom z tym wycieruchem, Józką, dogodzi, kiedy dziewczyna do niego przyjdzie. A że przyjdzie, tego był pewien. Zamknie oczy i będzie sobie roił, że to Szura. Weźmie ją bez zmiłowania, za każdy dzień, każdą noc udręki, jakiej przez nią zaznał.

Kusiło go, żeby dogonić psiego syna w bryczce, którą Prusak za Szurą niedługo ruszył. Batem by go przeżegnał w pysk raz i drugi, ale zaniechał tego zamiaru.

Zawrócił wóz do kuźni, z myślą, że przyjdzie stosowniejszy czas, żeby się z obcym paniczykiem rozprawić.

W tym samym czasie Oleńka dojeżdżała do Bielkiszek.

Na tle burych drzew, w burym powietrzu, kryte strzechą chatynki wydały się jej jeszcze bardziej ubogie. Stały szeregiem obok siebie po obu stronach drogi. Wszystkie podobne, prawie jedna w jedną. Nie było ich więcej niż kilkanaście, ale dzieci co niemiara.

Ledwo podjechała do pierwszej zagrody, już wyskoczyła ku niej mała gromadka.

– Panienka, panienka z Bielaho Dwora pryjechała! – wołały jedno przez drugie.

Bose, w barchanowych kapotach, ze skołtunionymi włosami, wyglądały równie ubogo jak wszystko wokół. Tylko buzie teraz im się śmiały.

Oleńka zsiadła z konia i witała się z każdym dziec­kiem, poprawiając ich mieszane słownictwo. Zauważyła już wcześniej, że w Bielkiszkach używano więcej białoruskiego niż gdzie indziej.

– Z „Białego Dworu” i „przyjechała”, a nie prijechala. Zdrowy już jesteś, Antoś?

– Zdrowy. – Blady ośmiolatek zakaszlał i wytarł rękawem cieknący nos. – Matula mi dali pozawczora malaka z casnykom!

– Mama dała mi przedwczoraj mleka z czosnkiem – poprawiła chłopca Oleńka. – Tak powinno się powiedzieć poprawnie po polsku. Uczyłam was.

– A nam dwie gusi w karzince wczora kuma pryniosła – pochwaliła się Tereska, trochę starsza od Antka, jakby nie słysząc słów hrabianki. – A panienka też nam co pryniosła?

– Głupiaś – szturchnął ją Stefanek. – Bat’ka mówili, że tak wstydno pytać, żeby panienki nie pogniewać, bo boliszi nie pryjedzie.

– Przyjedzie, przyjedzie – odrzekła Oleńka, zdejmując sakwę z siodła.

Gdy tak słuchała tych dzieciaków, przyszło jej na myśli, że i roku szkoły nie wystarczy, aby nauczyły się mówić czysto, nie mieszając słów ojczystych z białoruskimi. Kto wie, czy i stu lat nie byłoby mało?

Joachim powiedział, że nasz wiek będzie miłości i nienawiści, dumała, patrząc na zbliżającą się do osady bryczkę. Tylko czego przyniesie nam więcej? Czego zaznamy mocniej, miłości czy nienawiści?

– A panienka nie ma spadnic? – zapytała Tereska, pukając paluszkiem w nogę Oleńki.

– Mam spódnice, ale wolę jeździć konno w spodniach. Przywiozłam wam elementarz, z którego będziemy się uczyć polskiego, żebyście już nie mówiły na koszyk karzinka, na gęsi gusi, a bat’ka na ojca. Zobaczcie, kto przyjechał – dodała, wskazując bryczkę, która zatrzymała się w pobliżu.

– Heta pan piśmiennik, będzie czytać listy – powiedział Antek, gdy reszta pobiegła witać nowego gościa.

– Nie heta, tylko „to”, Antosiu i nie piśmiennik, ale pisarz albo nauczyciel – sprostowała, patrząc, jak dzieci oblegają Joachima, mówiąc jedno przez drugie, a on się do nich uśmiecha, gładzi po główkach. Z niektórych chat zaczęli wychodzić ludzie i kłaniali się im obojgu.

Poszli wszyscy do tej, w której mieszkali rodzice Antka, najbogatsi chłopi w Bielkiszkach. Od dymu z pieca gryzły oczy. W sieni stały żarna do mielenia zboża. Oleńka spróbowała poruszyć drągiem, żeby zakręcić ciężkim kamieniem, ale ani drgnął.

– Nie na panienki ruczki ciażka rabota. Prosim, kali łaska, wchadite – mówiła gospodyni, zapraszając do większej izby. – A sio, sio, paszli at siuda – przepędzała drepczące po klepisku kury do kuchni po drugiej stronie sieni.

 

Stały tam proste meble zbite z kilku desek. Łóżko, stół, ławy. Z powały zwisał kosz, w którym spało niemowlę, sztywno zawinięte w pieluszki. Drugie leżało w kołysce przy łóżku. Na zapiecku, pośród wytartych kapot, siedział staruszek w futrzanej czapce i kurzył fajkę. Z izby, która służyła za kuchnię i zbiorową sypialnię, wydobywał się mocny zapach gotowanych kości. Chyba na mydło, zdążyła pomyśleć Oleńka, nim usłyszała potwierdzenie od matki Antka.

– Myło robim.

Weszły do drugiej izby. Ta była jaśniejsza i czystsza, choć także skromna. Święte obrazy na ścianach, jedno łóżko z nietkniętą poduszką. W rogu krosna, kołowrotek, kredens przy ścianie i skrzynia na ubrania.

Oleńka usiadła pod oknem. Kilkoro dzieci przycupnęło na klepisku u jej nóg. Żadne bez pozwolenia nawet nie pisnęło słówka w obecności dorosłych.

Do kuchennej izby wszedł Joachim z gospodarzem i kilkoro ludzi z sąsiedztwa. W rękach mieli listy. Przez uchylne drzwi słyszała, jak zaczął czytać pierwszy.

„W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. W pierwszych słowach mojego listu dopytuję o Wasze zdrowie, najukochańsza mateńko…”.

Jakaś kobieta załkała żałośnie.

– To Michałowej syn. W Wilnus pajechał za rabotoj dwa hoda nazad. A teraz w Irkucku on. Na piat’ hadow eho asudili – wyjaśniła Oleńce po cichu gospodyni. – Chlieba z miodam panienka zje?

– Bardzo chętnie – odrzekła, gdyż odmówić gościny znaczyłoby obrazić tych ludzi.

Gospodyni, niewielka tęga kobiecina, miała na głowie czepiec, jaki nosiły Białorusinki. Jakże można wymagać, żeby dzieci czysto mówiły, gdy przykładu w domu brak; Oleńka westchnęła w duchu nad swoją walką z wiatrakami.

– A za co go zesłali na pięć lat?

– Jaki i wsiech. – Gospodyni obojętnie wzruszyła ramionami. – Na cara bluźnił, durak. Antek, tariełku panience i łożku dawaj – pogoniła syna, który zerwał się od razu i położył na stole talerzyk wraz z drewnianą łyżką.

Reszta dzieci nie drgnęła, tylko patrzyła na wciąż zamkniętą sakwę.

Dłużej wystawiać na próbę ich cierpliwość byłoby okrucieństwem, a i do domu powinna już niedługo wracać, zaczęła więc wyjmować z torby słodkie różności i każdemu coś dała. Na końcu wyjęła elementarz. Pokazywała dzieciom obrazki, literki i tłumaczyła:

– To jest elementarz. Pierwsza książeczka do nauki literek, żebyście same mogły kiedyś czytać listy i na nie odpisywać. A teraz chcę usłyszeć, czy już umiecie na pamięć nasz wierszyk. Ja będę pytać, a wy odpowiadać. Kto ty jesteś?

– Polak mały – rozległ się dziecięcy chórek.

– Jaki znak w twój?

– Orzeł biały.

– Gdzie ty mieszkasz?

– Między swemi.

– W jakim kraju?

Spojrzały wszystkie po sobie i już mniej pewnie powiedziały:

– W Bielkiszkach…

– W polskiej ziemi, dzieci. – Westchnęła. – Bielkiszki, Piekuny, Drogiszki, Nowosiółki, wszystko wokół to polska ziemia.

– A mówią, że ruska – odezwał się zdziwiony Antek.

– Polska, Antosiu. Nawet, jeśli ktoś mówi co innego. I nawet jeśli rosyjskie teraz w niej rządy, ta ziemia jest polska, a my Polacy. Pamiętajcie o tym.

– Nasza chata z kraja, panienko – odpowiedziała jej matka chłopca. – My siuda w Bielkiszkach od dzieduszki żywiom. Czy ona tam polska, ta ziemlia, czy jaka, grunt, żeby chlieba z niej wsiem chwatiło. Ot, co.

Oleńka milczała. No bo cóż można było odrzec na to proste i jakże trafne stwierdzenie. Skosztowała żytniego chleba z miodem i niebawem pożegnała gospodarzy. Joachim jeszcze został. Wyszedł tylko, by pomóc jej dosiąść konia i zamienić kilka słów na osobności.

Dzień zachmurzył się jeszcze bardziej i powoli zaczęło zmierzchać, gdy jechała ku Ostojanom.

Jakiż cud musi się wydarzyć, żeby te dzieci wreszcie naprawdę pojęły, czymże jest ojczyzna i kim są one same? Jakich szkół trzeba, żeby raz na zawsze oświecić te rozumki, dla których świat kończy się na Bielkiszkach?

Musi czym prędzej powiedzieć rodzicom o swoich planach i wyjednać u ojca zgodę na zorganizowanie szkoły.