Oleńka. Panienka z Białego DworuTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Wioletta Sawicka, 2020

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© David PAIRE/Arcangel Images;

Urte Baranauskaite/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8169-893-1

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej Mamie,

a także pamięci mojej Prababci,

będącej pierwowzorem postaci Oleńki.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział I

Oleńka

Ostojany rok 1913

Aleksandra Ostojańska była najpiękniejszą dziewczyną, jaką Joachim kiedykolwiek widział. Jej smukła figura, śliczna buzia, krucze włosy i modre oczy, śmiało patrzące na świat, sprawiły, że zakochał się po raz pierwszy w życiu.

Był młodym mężczyzną, miał więc pewne doświadczenie w obcowaniu z kobietami. Jeszcze nigdy jednak żadna tak go nie oczarowała. Równie mocno imponował mu jej charakter i swoboda, wymykająca się konwenansom, toteż zupełnie stracił głowę.

Ola, Oluchna, Oleńka, powtarzał w myślach jej imię i ogarniała go nieznana dotąd tkliwość. Dla Oleńki układał wiersze, o niej śnił i marzył. I sam przed sobą przyznawał, jak bardzo naiwne były to marzenia.

W świecie, gdzie urodzenie i pozycja stały ponad uczuciem, on, prosty nauczyciel, chłopski syn, dla wielkich państwa znaczył tyle co nic. Nawet jeśli Oleńka odwzajemniała jego uczucia, na taki mezalians jej świat łatwo się nie zgodzi. Jeśli w ogóle się zgodzi.

Ona – hrabianka z możnego rodu, on – z pruskiej chaty. Mimo że zniemczany od maleńkości, na Niemca nie dał się przerobić. Dobrze znał polską mowę i uważał ją za ojczystą. Z konieczności jednak posługiwał się też niemieckim.

Był czwarty z ośmiorga rodzeństwa. Żyli ubogo, ale nie chodził o pustym brzuchu. Mógł nawet mówić o szczęściu, gdyż właśnie jego wzięła na wychowanie daleka kuzynka Gertruda, aby ulżyć rodzicom Joachima.

Majętna, energiczna małżonka rejenta pracowała w magistracie w bogatym mieście Allenstein w Prusach Wschodnich. Bezdzietna ciotka, której grzeczny chłopiec przypadł do serca, szybko się zorientowała, że jest zdolny i pilny, łożyła więc na jego edukację, żeby wyszedł na ludzi i mógł zarabiać na chleb głową, nie rękami.

Joachim skończył szkoły, odsłużył obowiązek w pruskim wojsku i ruszył za owym chlebem aż pod Wilno, do dalekiego kuzyna ciotki. Ta była obrotna, miała koneksje, zatem uwinęła się prędko z wyrobieniem paszportu wychowankowi. Kto wie, czy nie najszybciej pomogły w tym jej marki lub ruble?

Joachim ucałował ręce rodziców, zostawił za Niemnem ciemiężoną butem cesarza Wilhelma rodzinną świętą Warmię, by po drugiej stronie rzeki trafić pod carską władzę Mikołaja II.

Za dach nad głową i znośny zarobek został guwernerem u właściciela tartaków Hermana Fishera. Bałtyckiego Niemca, który na bogatej w lasy Litwie dorobił się na handlu drewnem.

Ów postawny mężczyzna z rudą brodą z początku krzywił się na dwudziestosześcioletniego Prusaka, ni to Polaka, ni Niemca, który miał edukować jego trzech synów. Tyle że w okolicy nauczycieli niemiec­kich za wielu nie było, a Joachim Langer wyglądał na zdyscyplinowanego, po niemiecku dobrze gadał, toteż Herman po namyśle przyjął owego protegowanego Gertrudy za żarliwym wstawiennictwem jej samej.

Z początku bacznie obserwował wysokiego młodzieńca o jasnych włosach i gładkiej twarzy. Zobaczywszy jednak, że nowy nauczyciel nieźle sobie radzi z pędrakami, zajął się poważniejszymi obowiązkami, czyli robieniem pieniędzy.

Joachim zadomawiał się więc w modrzewiowym dworku, który jego pracodawca postawił nad rzeką, i nazwał go od niej Oszmianką. Każdego dnia sumiennie wykładał swoim wychowankom algebrę i geografię. Na polecenie Fishera, uważającego, że nauka najlepiej wchodzi do głowy, jak się złoi skórę, miał nie żałować chłopcom dyscyplin.

Młody nauczyciel nieraz doświadczył na sobie twardych zasad pruskiej szkoły, więc takiemu poleceniu się nie dziwił. Jednak do rzemieni jeszcze się nie uciekł. Jakoś go to mierziło.

Lubił swoich uczniów, bystrych chłopaczków o rudawych włosach i niebieskich oczach. Byli pilni, posłuszni, czasem tylko zdarzało im się spłatać niegroźnego psikusa.

Po lekcjach szukał dodatkowego zajęcia. Niekiedy w tartaku Fishera przygotowywał zamówienia albo czytał okolicznym chłopom listy od ich bliskich, którzy pokutowali na dalekiej Syberii. Za przysługę płacili mu, czym mogli. Raz w kopiejkach, a raz tym, co kto miał w komorze. Najczęściej jednak pomagał biednym ludziom tylko za „Bóg zapłać”. Wieczorami zaś w pokoiku na poddaszu pisał dla Oleńki wiersze.

Tej nocy też coś ułożył. Długo nie gasił lampy, nie zważając, że gospodyni, frau Emma Fisher, nade wszystko nie tolerowała marnotrawstwa. A za takie uważała wypalanie nafty na błahostki, jak pisanie nikomu niepotrzebnych wierszy.

– Żeby je choć Joachimowi w jakiej gazecie za pieniądze wydrukowali, wtedy za naftę by mu się zwróciło, a tak to po próżnicy jego pisanie. Papieru i ołówka szkoda – mawiała zazwyczaj, gdy po północy jeszcze palił światło.

Słońce było już wysoko i dzień wstał jak malowanie. Ciepły, sierpniowy. Tylko kilka obłoczków sunęło po niebie. Przez otwarte okna z niedalekich pól niósł się echem chóralny śpiew. Odłożył „Kurjer Wileński”, w którym przeczytał o końcu wojny na Bałkanach. Przeczuwał jednak, że to tylko cisza przed wyczekiwaną burzą.

Joachimowi się marzyło, że niedługo trzy wściekłe hydry chwycą się wreszcie za łby.

A kiedy ziemia pochłonie zaborcze ścierwo, oczekiwana wojna przyniesie Polsce upragnioną wolność. Wraz z nią zrodzi się nowy porządek świata, w którym ludzie będą sobie równi.

Wtedy on, Joachim, choć biednie urodzony, ale pracowity, uczciwy i wykształcony, poślubi wreszcie Oleńkę. Największych nadziei na przyszłość upatrywał w Piłsudskim. Myślał nawet, żeby zerwać kontrakt z Fisherem, ryzykując znaczną utratę pieniędzy, pojechać do Galicji i zaciągnąć się do drużyn strzeleckich. Tylko tak bardzo mu było żal zostawić Oleńkę, że wciąż zwlekał z ostateczną decyzją.

Wyjrzał przez okno i patrzył w dal, aż po horyzont.

Za rzeką, o kilka wiorst od Oszmianki, stał pałac w Ostojanach. Okazały, piętrowy, murowany, o wysokich oknach, zdobiony kolumnami. Przez miejscowych zwany Białym Dworem. Drogę wiodącą od bramy do schodów wytyczały rosłe dęby. Po obu jej stronach rozciągał się piękny park, z fontanną, stawem, oranżerią i altanami. Tuż przy parku zaś mieściły się stajnie dla setki koni, gdyż hrabia Aleksander Ostojański, właściciel tych ziem, był uznanym hodowcą koni i puszczał swe wierzchowce na wyścigach.

Joachim Langer po raz pierwszy przybył do Białego Dworu przed rokiem. Właśnie wtedy ujrzał Oleńkę. W białej sukience i wianku na włosach bujała się na ogrodowej huśtawce. Jak zaklęty patrzył na nią z okien biblioteki. Odtąd prześliczna nimfa stała się jego muzą i zapadła mu w serce, duszę oraz myśli.

Bywał jeszcze kilka razy w Ostojanach, aby wziąć nową książkę i oddać przeczytaną. Za każdym razem szukał sposobu, żeby podzielić się swoimi wrażeniami z Oleńką. Powoli, od niewinnych rozmówek o książkach, a później wymienianych w nich dyskretnie liścików, zaczęło się między nimi rodzić uczucie. Na razie jeszcze głęboko ukrywane przed światem, tak samo jak ich sekretne spotkania.

Joachim ze swojej izdebki nie widział Białego Dworu, ale wiedział, że po obiedzie nadjedzie stamtąd Oleńka. On zaś, jak zwykle, wyjdzie jej naprzeciw. Jeszcze tylko kilka godzin lekcji, drobne zajęcie w tartaku i wreszcie ją zobaczy – uśmiechnął się tęsknie do swoich myśli.

Obmył się w porcelanowej misie, przyczesał falujące półdługie włosy, wsunął do kieszeni szarego surduta notesik i zszedł na śniadanie.

Gospodyni już dawała znać dzwoneczkiem, że czas siadać do stołu.

*

Ostojany od pokoleń stanowiły własność rodu Ostojańskich.

Bolesław, ojciec Aleksandra, sam z powstańcami styczniowymi nie poszedł. Dzięki temu po klęsce walki o wolność uchronił rodzinny majątek przed carską konfiskatą. Rodaków jednak po kryjomu wspierał pieniędzmi, uważając, że ojczyźnie nie tylko krwią można ofiarnie służyć.

Aleksander styczniową zawieruchę znał tylko z opowiadań. Po śmierci Bolesława przejął ojcowiznę i bardziej się skupił na unowocześnieniu gospodarki niż pielęgnowaniu patriotycznego ducha wolności. Tę sferę działalności pozostawił małżonce.

Sam zaś kazał postawić w majątku dwupiętrowy młyn, dużą gorzelnię, wytwórnię terpentyny oraz drożdży. Przeprowadził też konieczne melioracje i unowocześnił lodownię wydrążoną w niewielkim pagórku w sadzie. Sprowadzony z Wilna inżynier radził omurować w niej ściany, a wejście przedłużyć zakręconym korytarzykiem, żeby wpadające bezpośrednio z zewnątrz ciepło nie stopiło za prędko składowanego tam od zimy lodu.

Hrabia polecił też podciągnąć wodę do pałacu i urządzić w nim pokój kąpielowy z wanną i klozetem. Umyślił sobie także nabyć niebawem automobil! Co prawda nieco się obawiał owego wynalazku, za który z osiem tysięcy rubli musiałby zapłacić, jednak w Wilnie już kilka takich wehikułów jeździło, chciał więc pokazać okolicznemu towarzystwu, że stać go na ten luksus. Nienachalnie hołdował zasadzie, że, „jak cię widzą, tak cię piszą”. A po nim znać było nie tylko wysokie urodzenie, ale też rzeczywistą majętność.

 

Dumny był również ze swojej biblioteki, którą urządził w gabinecie, i chętnie zapraszał do niej gości. Było tam trochę klasyków niemieckich, angielskich i francuskich, a także sporo dzieł Kraszewskiego oraz Mickiewicza, choć nie wszyscy w tych stronach za wieszczem przepadali. Zdziwiło hrabiego, że lubił go ów Prusak, niejaki Langer.

Poznawszy któregoś razu w Bibliotece Wróblewskich w Wilnie młodego nauczyciela z bliskiej Ostojanom okolicy, który, choć z twardym akcentem, jednak mówił biegle po polsku, hrabia zaprosił go do zapoznania się z pałacowymi zbiorami.

Nie spodziewał się, że tym grzecznościowym zaproszeniem wpuści za próg niemożliwą miłość.

Oleńkę także ciągnęło do Joachima. Niebawem on skończy lekcje, więc i ona powinna zaraz ruszyć w drogę, gorączkowała się w myślach, siedząc z rodzicami w jadalni. Jak na złość obiad się przeciągał, a mama nie tolerowała pośpiechu przy stole. Ojcu też dopiero co Eustachy nałożył na talerz porcję pieczystego w sosie ziołowym. Dziś kucharka przed głównym daniem przygotowała pielmieni i zupę żółwiową.

Jedli tylko we trójkę.

Przykryty białym obrusem owalny stół stał pośrodku jadalni, utrzymanej w słonecznych barwach. Poruszała się wokół niego służba, podająca państwu kolejne półmiski.

Wystrój stołowego, jak i całego pałacu był eleganc­ki, lecz bez zbędnych zbytków.

Solidne meble, jeszcze posażne prababki Tekli Ostojańskiej, na ścianach kilka portretów przodków, lustra w złotych ramach, kryształowe kandelabry, rodowe srebra i zastawa stołowa z miśnieńskiej porcelany. Na drzwiach i w oknach wisiały ciemnozielone portiery. Między oknami, które wychodziły na stajnie, stał wielki zegar z mosiężnym wahadłem.

Właśnie tam zerkała Oleńka. Ponad dwa puste krzesła, zwyczajowe miejsca jej starszego rodzeństwa.

Najstarszy był brat Ksawery. Przed trzema laty, ku rozpaczy rodziców, został wcielony do carskiej armii i służył gdzieś w Rosji w pułku dragonów. A siostra, Róża, od ponad roku mężatka, wyjechała do majątku męża aż pod Warszawę.

– A cóżeś ty, Oleńko, taka niespokojna, że na zegar wciąż patrzysz? – spytał Aleksander, bacznie przyglądając się córce.

Najmłodsza latorośl była jego ukochanym dziec­kiem. Hrabia nie brał do głowy słów małżonki, że nadmierną swobodą psuje Oleńkę, i patrzył przez palce na niegroźne ekstrawagancje ulubienicy oraz śmiałość większą niż u innych panien w jej wieku.

Nawet podobało mu się, że dziewczyna jest odważna i nie ma w sobie niepewności. Dumny był z najmłodszej pociechy i postanowił, że byle komu jej nie odda. Nie dopuści, aby trafił jej się taki nicpoń, na jakiego popadła Róża, którą także szczerze kochał.

Wszystko przez to, że pozwolił kuzynom i małżonce powziąć ostateczną decyzję w sprawie tego mariażu. Musieli czymś Marynię otumanić, że oddała starszą córkę takiemu ladaco.

Niby urodzony, niby majętny, a jak się okazało po ślubie, majątek Stanisława Rozbickiego stał na glinianych nogach. Więcej długów na nim było niż dymów i dusz, jakie pozostały w zrujnowanych zaściankach. Do tego karciarz, kobieciarz i hulaka, który od wypitki i innych rozrywek nie stronił.

Hrabia także wypić lubił, w karty przy niedzieli też grywał, a i czasem z chętną dziewką służebną przyjemności zażył. To przecież zwyczajna rzecz. Najznamienitszy lekarz z samej Warszawy zabronił mu ograniczać się ze spółkowaniem, bo nawet krótka wstrzemięźliwość mogła źle się odbić na zdrowiu mężczyzny. Doprowadzić do niebezpiecznego stanu nerwowego, melancholii albo i śmierci!

A któż by taki majątek w należytym stanie zdołał utrzymać, gdyby jego, Aleksandra, zabrakło?! Samej ziemi do obsiania ponad tysiąc dziesięcin! Nie mógł przecież pozwolić, by wszystko poszło na zatracenie! Zatem stosował się pilnie do otrzymanych zaleceń i o zdrowie dbał regularnie.

A że z małżonką, która w wiek już weszła, sprawy alkowiane mieli za sobą, nawet oddzielne sypialnie Marynia zarządziła, to hrabia dziewki brał.

Mężczyzna był z niego, że ho, ho. Postawny, nie za bardzo stary – wszak dopiero w piątym krzyżyku – szpakowaty, prosty w plecach, szeroki w barkach, sprężysty w chodzie. Siłę w mięśniach i lędźwiach czuł, więc chętnie używał sobie z niejedną młódką.

Stałej utrzymanki nie miał, bo to i wymagania za duże i fochów zanadto. Wolał spółkować z różnymi, byle były zdrowe i dorodne.

Zwykle zamawiał jakąś do hotelu w Wilnie, gdzie często bywał, lub w Warszawie, kiedy jeździł w interesach do Kongresówki.

Nie inaczej robili jego kompani.

Zwykła męska rzecz soków z ciała popuścić, żeby się nie zsiadły i krwi nie zatruły, a kobiecą powinnością jest o mężczyznę dbać i zdrowie mu zapewnić. Skoro ślubna małżonka podołać temu już nie mogła, w zastępstwie służyły mu ladacznice, co nie miały wstydu ani cnotliwości za grosz. Nawet niejaki wstręt czuł do onych kobiet sprzedajnych i publicznych, z których usług zmuszony był korzystać, żeby zdrowia nie zrujnować.

Ale przecież nikogo tym nie krzywdził!

O rodzinę się troszczył, małżonkę szanował i szczęście jej w macierzyństwie zapewnił. Majątek pomnożył, na tacę dawał, figurę Matki Boskiej do ołtarza w Żupranach ufundował, nikomu nic dłużny nie był, o dusze w swoich włościach też dbał i wieczorki polskie potajemnie urządzał w pałacu. Zatem nikt nie miał prawa robić Aleksandrowi Ostojańskiemu żadnych wyrzutów, jako mężczyźnie, mężowi, ojcu, katolikowi, arystokracie i wreszcie Polakowi.

Co innego ów łajdak, jego zięć!

Gdy tylko hrabia się dowiedział, jak sprawy stoją, kazał Róży zostawić tego łobuza i natychmiast wracać do Ostojanów. Starsza córka jednak nie usłuchała, więc hrabia czasem słał jej pieniądze, mimo że wniosła mężowi znaczny posag, żeby składała po cichu własny kapitalik.

Drugiej córki nie pozwoli tak zmarnować.

Sam wybierze dla ukochanej dziewuszki idealnego małżonka, któremu ją odda pod opiekę. Urodę dziewczyna wzięła po matce, a po nim charakter i rozum. Najlepsze połączenie z możliwych, rozważał, przyglądając się zaróżowionym policzkom ślicznej córuchny.

– Papa pozwoli osiodłać Szatana.

Oleńka, nieświadoma planów ojca, poprosiła o ulubionego wierzchowca, karego ogiera o smukłych pęcinach i pięknej rzeźbie. Był narowisty, szybki, czasem podgryzał, nie każdemu dawał nad sobą panować, ale kochała tego konia najbardziej ze wszystkich. Podobnie jak jej ojciec.

– Szatana się panience zachciało! – Hrabia udał zdziwienie.

Znał słabość swojej córki do koni. Pod tym względem też wrodziła się w niego, oboje mieli miłość do nich we krwi. Róża więcej poszła w matkę. Bardziej zajmowały ją robótki niż stajnie. Ale Oleńka to co innego.

Od dziecka sam ją uczył koło wierzchowców chodzić i jeździć w męskim siodle. Nieco wbrew małżonce, która uważała za nieprzyzwoite, żeby panienka z dobrego domu siedziała na koniu okrakiem.

Aleksandra zaś trzymała się w siodle nie gorzej od kawalerzysty. Prawie tak dobrze jak Ksawery, jego jedyny syn, duma i nadzieja rodu.

Jemu też, gdy wreszcie skończy służbę w carskiej kawalerii, wyszuka odpowiednią kandydatkę na przyszłą hrabinę Ostojańską.

– Przecież papa wie, że to mój ulubieniec – odparła teraz Oleńka.

– Dokąd się wybierasz? – spytała matka, nabrawszy na widelec odrobinę mięsa.

Każdy ruch hrabiny, zwanej przez małżonka Marynią, był pełen wrodzonej subtelności i dystynkcji.

Nosiła się skromnie, lecz z klasą.

Ciemne suknie na podkreślonej gorsetem figurze miały bufiaste rękawy i wysokie kołnierze, ale bez zbędnego przepychu w zdobieniach. Ciemne włosy, przyprószone siwizną, upinała w kok. Prócz obrączki prawie nie nosiła biżuterii.

Skromność w stroju przejęła od swojej matki, Jadwigi Kochanowskiej, która od upadku powstania styczniowego aż do śmierci, mimo prześladowań i zakazów, ubierała się na czarno.

Hrabina, chociaż od klęski powstania minęło pół wieku i nie było jej wtedy na świecie, w podobny sposób demonstrowała strojem żałobę po ojczyźnie.

Na szyi zawsze nosiła spory krzyżyk z poczerniałego srebra zawieszony na czarnej aksamitce. Po jednej stronie był na nim wyryty orzeł zakuty w kajdany. Po drugiej zaś wezwanie: „Boże zbaw Polskę”. Krzyżyk stanowił najcenniejszą pamiątkę po matce i stał się dla Marii z Kochanowskich Ostojańskiej relikwią.

– Do Piekun, zawieźć dzieciom nowe koszule. Stefcia wczoraj skończyła szyć. Chcę też nauczyć dzieci ładnego wierszyka. – Oleńka podała oficjalny powód eskapady. Resztę, czyli spotkanie z Joachimem, zachowała w sekrecie. Lepiej, żeby rodzice wszystkiego nie wiedzieli.

– A jakiegoż to wierszyka? – zaciekawiła się matka, spoglądając na nią czule.

Jedyne pisklę, które jeszcze z gniazda nie wyfrunęło. Poczuła lekkie ukłucie żalu, że tak prędko upłynęły te lata, gdy miała przy sobie całą trójkę.

– „Katechizmu polskiego dziecka”, proszę mamy.

– Och, to wyjątkowo piękny wiersz pana Bełzy. – Hrabina się rozjaśniła. – Wspaniale, że chcesz wśród folwarcznej dziatwy krzewić polskiego ducha.

– Maryniu, zawstydzasz mnie, że w tobie wciąż gorąca idea, a ja tylko koło gospodarki chodzę. – Hrabia złożył pocałunek na dłoni małżonki.

– Bo swojemu krajowi trzeba coś z siebie dać, coś dla niego zrobić, żeby ludzie czuli z niego dumę, choćby poznając dziecięcy wierszyk – odrzekła w uniesieniu. – A patriotyzm zaczyna się od szacunku do drugiego człowieka, który mówi tym samym językiem. Jedź więc, Oleńko, tylko bądź ostrożna. Zawieź im jakichś łakoci, zaraz każę w kuchni coś przygotować.

– Dobrze, proszę mamy. – Spojrzała na matkę, później na ojca. – Więc jak? Pozwoli papa wziąć Szatana pod wierzch?

– Myślę, dziecino, że będzie lepiej, jeśli Kacper bryczką cię zawiezie do folwarku. I weź ze sobą Józkę – powiedziała matka, nim odezwał się ojciec.

Od razu dostrzegł zawód, jaki odmalował się na twarzy córki po tych słowach. To, że opacznie go pojął, nie przyszło mu do głowy.

– Ależ, Maryniu, nasza córka jest świetną amazonką, więc zróbmy jej tę przyjemność i niech już weźmie Szatana, skoro tak się o niego uprasza. Do Piekun nawet czterech wiorst nie ma. Konno prędzej obróci, nim bryczka dojedzie do folwarku.

– No cóż… – Matka westchnęła. – Tylko uważaj, Olusiu.

– Będę.

W niespełna pół godziny później, mocno już spóźniona, przebierała się pospiesznie w pokoju panieńskim. Zrzuciła białą suknię, włożyła spodnie do konnej jazdy i oficerki z mięciutkiej skórki. Warkocz puściła luźno, żeby nie wadził pod toczkiem, i tak przygotowana pobiegła do wyjścia.

– Jezusie Nazareński, panienko!

Ledwo znalazła się w przestronnym holu, dobiegł ją głos starej niani. Przez środek korytarza wiodły szerokie, wykładane dywanami schody na wyższą kondygnację. Wchodziło się z niego do kilku pokojów w amfiladzie i największego salonu, który w czasie karnawału służył za salę balową.

– Cóż takiego, nianiu?

– Panienka w portkach i sapogach, jak chłopaczysko! Toż to nie przystoi hrabiance! Co na to powie pani dziedziczka?! – Biadoliła pełna w sobie, niska kobiecina w białym czepku i fartuchu na czarnej sukni, patrząc na swą najmłodszą wychowankę pełnym nagany, ale też i czułości wzrokiem.

– Nic nie powie, nianiu, jeśli mnie nie zdradzisz przed mamą, a papa i tak wie – powiedziała Oleńka szeptem wprost do ucha piastunki, a potem spytała głośniej: – Stefcia przygotowała wszystko?

– No, a jakżeby nie. Jaśnie pani sama słodkich bułek do worka nakładła i różności innych. Już fornale troczą pakunki do konia.

– Pysznie! Dziękuję, nianiu! – Oleńka klasnęła w dłonie, zakręciła się w pół osi i pognała ku stajniom.

Pogładziła delikatne chrapy ogiera, przytuliła doń głowę i wypowiedziała kilka czułości. Jednak nie czas był na pieszczoty. Joachim pewnie dawno już jej wygląda. Wskoczyła więc zgrabnie na siodło i ruszyła kłusem przez dziedziniec.

– Otwierać bramę panience! – zawołał hrabia, który właśnie wyszedł na ganek.

A ją ogarnęła wręcz kawalerska fantazja. Nie mogła się powstrzymać przed nagłym szaleństwem. Ścisnęła kolanami boki konia, wzięła rozpęd, brawurowo przeskoczyła przez parkan, nie czekając na otwarcie bramy, i puściła się galopem dębową aleją.

– Moja krew! – Hrabia zacmokał z podziwem, odprowadzając wzrokiem oddalającą się córkę.

 

Ale nie tylko ojciec za nią patrzył.

Z progu dworskiej kuźni też pożerały dziewczynę czyjeś oczy. Półdzikie, czarne jak węgle, spoglądały spod nasrożonych brwi. Czyjaś ręka, mocna i twarda, odłożyła ciężki młot, otarła pot z czoła i rozgrzanej od ognia twarzy. Niewidziany przez nikogo, zwłaszcza przez tę, za którą patrzył, zaciskał zęby ze złości, że ta pańska dziewka rzuciła na niego zły urok.

Zalazła mu za skórę aż do krwi. Prawie się nie znali, ledwo słowo jakie mu rzekła, gdy konie podkuwał, a nie mógł przepędzić jej z głowy. Zwłaszcza nocą męki go takie nachodziły, że rzucał się w posłaniu jak wściekły pies.

Mieć ją, brać jak swoją, kiedy tylko chęć przyjdzie, zgniatać w rękach, jej warkocze na swojej pięści oplatać, z nią jeść, legać i żyć. Nawet gdy głowę po północku do wiadra wkładał, szukając w zimnej wodzie ratunku przed szaleństwem, na nic to wszystko się zdało.

Z folwarcznymi dziewkami po stogach siana i na zagonach sobie dogadzał, ale wciąż myślał o tej jednej, która nie chciała pójść precz z jego myśli.

Szura, tak ją dla siebie z ruska nazywał. I sam nie wiedział, czemu wlazło mu owo imię do głowy, tak samo jak ta hrabiowska panna.

To musiał być zły urok albo ktoś mu czegoś zadał, że takie cierpienie nań spadło. Więc albo niech on zginie, albo ona. Niech stanie się cokolwiek, żeby skończyło się to piekło, które paliło go od środka żywym ogniem i żyć już nie dawało.

Oleńka zaś gnała ku Piekunom, nieświadoma myśli mocarnego mężczyzny w rozchełstanej koszuli i kowalskim fartuchu, który stał na progu kuźni i patrzył, jak mknęła na Szatanie. Byle zdążyć, nim Joachim uzna, że ona nie przyjedzie.

Już widziała na wzgórku dach modrzewiowego dworku. Jeszcze tylko wiorsta i dojedzie ku zagajnikowi, gdzie choć przez chwilę pobędą sam na sam.

Przeskoczyła przez strumień i już była na polnej dróżce. Kłaniali jej się chłopi pracujący przy żniwach, pozdrawiali, a ona mówiła: „Szczęść Boże”. Słyszała jak dzieci wołają:

– Panienka, panienka z Bielaho Dwora jedzie!

Biegły za nią co tchu, więc osadziła konia, sięgnęła po cukierki i kładła je w wyciągnięte rączki bosonogiej dziatwy. Małe łasuchy nie chciały jej puścić, więc trwało to chwilę, nim mogła ruszyć dalej.

Jeszcze tylko jedno wzniesienie, ostatni zakręt i wreszcie go zobaczyła.

Był pieszo, zatem ledwo ją dostrzegł, ruszył naprzeciw, wzniecając pył pod nogami. W ręku miał bukiecik polnych kwiatów.

– Dzień dobry, panie Joachimie. – Oleńka uśmiechnęła się uradowana, gdy wreszcie się spo­tkali.

Na jego twarzy też pojawił się uśmiech. I oczy mu zabłysły, i twarz pojaśniała. Jeszcze piękniejszy jej się wydał.

– Mój dzień nie może być lepszy, skoro panią ujrza­łem.

To powiedziawszy, ujął ją w talii i zestawił na ziemię.

Mogłaby bez trudu zejść sama, ale chciała, żeby ją objął. Znów jakieś ciepło się w niej rozlało, gdy poczuła bliskość Joachima.

Skłonił się i ucałował jej rękę. Dłużej niż wymagał tego powitalny obyczaj.

– Przepraszam za spóźnienie. Bałam się, że pan nie zaczeka – powiedziała, rumieniąc się pod wpływem jego spojrzenia.

Stali tak bliziutko, że czuła ciepły oddech mężczyzny na swoim czole.

– Na panią, panno Oleńko, czekałbym w nieskończoność i tylko śmierć mogłaby sprawić, że odszedł­bym z miejsca, gdzie pani jest blisko – odrzekł, wyciągając ku niej bukiecik.

Przeklinał podły los, że uczynił go tak marnym.

Im częściej się spotykali, choć nic zdrożnego nie robili, nawet smaku jej ust jeszcze nie znał, narastał w nim strach. Nie o siebie. O siebie nie dbał. O nią się bał, że naraża jej reputację tymi spotkaniami, jeśli sprawa wyszłaby na jaw.

Mimo to nie umiał jej się wyprzeć, więc skazany był, aby kraść chwile szczęścia, zamiast z podniesioną przyłbicą objawić wszem wobec uczucie, które na nich spadło.

– Joachimie, panu coś jest – odezwała się, patrząc z niepokojem na wyraźnie zatroskanego mężczyznę.

– Ależ nie – zapewnił ją niezwłocznie. – W tej chwili jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Co tam na świecie, w całym wszechświecie.

– To tak jak ja – szepnęła.

Pierś jej zafalowała w szybszym oddechu po owym wyznaniu. Wiedziona przedziwnym impulsem sama chwyciła rękę Joachima i mocniej ją uścisnęła.

– Narażam panią – rzekł półgłosem i znów przycisnął jej dłoń do ust. – Wybuchnie skandal, kiedy ludzie się dowiedzą o naszych spotkaniach.

– Nikt się nie dowie. I nie naraża mnie pan. Ja sama… sama…

Zabrakło jej słów, poczuła się niemal odurzona pieszczotą i wyznaniem, które po raz pierwszy tak jawnie między nimi padło, choć widywali się od wczesnej wiosny.

Pod pretekstem wizyt na folwarkach czy w kościele, Oleńka zawsze znalazła wiarygodny powód, żeby wyjechać z pałacu, nie wzbudzając podejrzeń. Było jej niezręcznie zwodzić rodziców, jednak skłonność do Joachima okazała się silniejsza od czegokolwiek.

– Może pójdźmy tam – powiedziała, wskazawszy na pobliski zagajnik, gdzie rosła młoda brzezina. – Odpoczniemy chwilkę w cieniu, nim pojadę na folwark.

Szli obok siebie, muskając się czasem dłońmi. Joachim prowadził konia, Oleńka zdjęła toczek. Brzozy dawały przyjemny chłód. Pośród zarośli leżało powalone wiatrem drzewo. Usiedli na nim oboje.

Trochę rozmawiali o tym i owym, patrząc to na siebie, to na krajobraz. Trochę milczeli upojeni wzajemną bliskością i czasem, który był im teraz dany. Oleńka splatała z kwiatów bukietu wianuszek.

– Ułożył pan nowy wiersz? – spytała, wiążąc długim źdźbłem ukończone dzieło.

Joachim włożył jej na głowę kwiecistą koronę.

Patrzył przez chwilę, gdy tak siedziała obok niego, po czym odezwał się głosem, jakby z głębi duszy wydobytym:

– „Dziewczyna z wiankiem we włosach serce me biedne skradła. Jakże bez serca żyć teraz będę? Spytałem wiatru, który w polu spał. Będziesz, powiedział, ze snu budząc się powoli. Niedługo siły zbiorę i wywieję kwiaty z włosów dziewcząt. Zdmuchnę z ich szyj paciorki szklane. Z oczu matek krwawe łzy popłyną i rzeki czerwienią zabarwią. Ziemia purpurą się pokryje i ogniem spłonie. Z popiołów świat nowy odrodzę. Twoje serce do tego mi potrzebne i twoja krew, która koralami na piersiach dziewcząt zakwitnie…”.

Oleńka zadrżała.

Czy to od słów zasłyszanych, ciężkich, przejmujących, czy od ust Joachima, które się ku jej wargom zbliżały. Jeszcze tylko chwila dzieliła oboje od pierwszego pocałunku.

Był tuż-tuż, gdy wtem zza krzaków leszczyny dał się słyszeć tłumiony chichot. Oleńka podskoczyła spłoszona. Joachim też oprzytomniał.

Zaczerwieniony z gniewu i zakłopotania rzucił się w krzaki. Wyciągnął stamtąd za kołnierze Georga i Heinza, dwóch starszych braci Fisherów. Zezłościł się na ancymonów strasznie, że wszystko zepsuli. Toteż, nie patyczkując się wcale, ułamał rózgę i siekł nią drapichrustów, gdzie popadło.

Uciekali z krzykiem, aż się za nimi kurzyło. Biegł za chłopakami chwilę, żeby nakazać gałganom przeprosić panienkę, ale pędzili jak ów wicher, który nie wiedzieć czemu, w głowie mu się dziwnie kłębił.

O to też był zły, że zamiast ładnych strof, jakie wcześniej był dla niej ułożył, tak ciężkie proroctwo wypłynęło mu z ust. Gryzł się bardzo i tym wątpliwym natchnieniem, i cudowną chwilą spłoszoną przez diablęta, których gołe nogi migały w oddali.

– Panie Joachimie! – doleciał doń z tyłu głos Oleńki.

Zawrócił ku dziewczynie tak samo rozsrożony, co zawstydzony. Przykląkł przed nią i zaczął się kajać.

– Przepraszam – mówił, zwiesiwszy głowę. – Naraziłem panią na nieprzyjemności.

– Nie naraził pan – odrzekła swobodnie.– To tylko małe głuptasy. Niech pan wstanie.

– Policzę się z nimi, jak wrócę do domu – zagroził, wstając z kolan. Wciąż patrzył w oczy ukochanej, piękniejsze niż niebo nad głową. Nie było widać w nich zagniewania, tylko wesołość.

– A jeśli poproszę, żeby im pan darował? – spytała ciszej, postąpiwszy krok ku niemu.

On też się przybliżył.

– Wtedy im daruję.

– To był bardzo piękny wiersz…

Widząc przyzwolenie w oczach i całej postawie Oleńki, nachylił się i po raz pierwszy ją pocałował, z początku nieśmiało, ale nie odsunęli się od siebie. Przeciwnie, jeszcze więcej im się tego zakazanego owocu chciało. Więc zasypał pocałunkami jej usta, oczy, szyję, upajając się swoim szczęściem.