Jeśli się odnajdziemy kotkuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Wioletta Sawicka, 2015

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Masterfile/East News

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8069-766-9

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

ROZDZIAŁ I

Dziecko Gośki przyszło na świat cichutko. Wyślizgnęło się z niej bezgłośnie, jakby przepraszając, że pojawiło się za wcześnie, ponad miesiąc przed planowanym terminem. A może chciało przeprosić, że w ogóle się zjawiło? Zaniepokojona Anna nie odrywała oczu od położnej, która pospiesznie zawinęła sinoczerwone, nieruchome ciałko w wielką chustę i poniosła w stronę inkubatora, sprowadzonego na porodówkę. Nikt nie położył noworodka matce na piersi. Nawet go jej nie pokazał. W kącie wykafelkowanej na niebiesko sali nad zawiniątkiem pochyliły się trzy postacie.

Krzątanina personelu, nerwowe polecenia, monotonna praca urządzeń, metaliczny szczęk narzędzi – w rozświetlonej jarzeniówkami salce słychać było wszystko, prócz tego najważniejszego, wyczekiwanego odgłosu życia. Ręce Gośki zaciskały się kurczowo na cienkim prześcieradle. Anna wbiła palce w skajowe obicie krzesła. Poczuła na skórze lepką wilgoć.

– Dlaczego nie płacze? – zapytał głuchym głosem Witek.

W jego głosie i oczach był lęk. Twarz mu stężała ze strachu. A jeszcze przed chwilą grały na niej wszystkie mięśnie, gdy nadymał policzki i wypuszczał ze świstem powietrze, oddychając razem z Gośką przy kolejnej fali skurczów. Marszczył się i napinał tak samo jak ona. Nawet bezwiednie stękał razem z nią, gdy resztką sił wypychała z siebie dziecko. Sprawiał wrażenie, że gdyby tylko mógł, urodziłby za nią. Dodawał jej otuchy, masował plecy i nie przestawał zapewniać, że jest dzielna i świetnie jej idzie. A teraz miętosił w garści swój lekarski kubrak i tkwił niczym posąg u wezgłowia fotela porodowego.

Odpowiedzi nie było.

Gośka zamknęła oczy i odwróciła głowę w stronę okna. Witek wbił spojrzenie w najważniejsze miejsce porodówki, tam, gdzie miał nastąpić cud. Patrzył przejmująco bezradnie, szepcząc coś, co Annie wydawało się modlitwą. Choć równie dobrze mogły to być przekleństwa.

Oddech Gośki przyspieszył, ręce mocniej ścisnęły zielony materiał. Jej twarz, jeszcze przed chwilą czerwona z wysiłku, teraz była kredowoblada. Tak samo jak skóra pod przygryzionymi wargami. Sekundy wlokły się jak godziny, napięcie sięgało zenitu. Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa, odliczała w myślach Anna, wpatrzona w wielki zegar na ścianie. Na przemian rzucała nerwowe spojrzenia na przesuwające się wskazówki i w stronę nadal cichego maleństwa. Znieruchomiały dotąd Witek zdołał oderwać nogę od podłogi i zrobił pół kroku w kierunku tamtych trojga, gdy nagle z fałd chusty rozległo się skrzekliwe miauknięcie. A po nim jeszcze jedno.

– Jest! Mamy ją! – zawołała lekarka.

Przez salkę przetoczyło się zbiorowe westchnienie ulgi. Gośka puściła prześcieradło i nieznacznie odetchnęła przez usta. Jej zaciśnięte powieki rozluźniły się, choć wciąż przysłaniały oczy. Tylko głowa nie drgnęła, cały czas odwrócona tyłem do maleństwa.

– Gośka, mamy córeczkę! – Witek momentalnie odtajał.

Twarz mu pojaśniała, zakwitł na niej szeroki uśmiech. Wiedziony nagłym impulsem pochylił się nad łóżkiem i pocałował w czoło spoconą kobietę. Przyjęła to obojętnie.

– Trochę strachu nam napędziła ta wasza mała. – Marek Górny, który odbierał poród, przetarł rękawem wilgotne czoło. – No, doktorze Brzeziński, to kiedy zapraszasz kumpli na pępkowe? – Zaśmiał się grubym głosem.

– Przyjdzie na to czas. Dajcie mi chociaż ją obejrzeć – odpowiedział i dwoma susami podskoczył do córeczki.

Anna słyszała z kąta jakieś fachowe pytania Witka, strzępy rozmowy o skali Apgar, braku widocznych cech wcześniactwa i coś o małej wadze dziewczynki. Nieważne, wszystko nieważne, grunt że oddycha, żyje, mówiła do siebie pełna radości.

– Gosia, kochana, już po wszystkim, nie musisz się bać. Otwórz oczy – wyszeptała, pochylając się nad przyjaciółką.

Przetarła ręcznikiem jej mokre, krótkie włosy, pogładziła policzki. Tamta jednak pozostała nieruchoma jak kukła, niewrażliwa na wszystko, co działo się wokół.

Chwilę później kiedy poprzypinana do rurek dziewczynka leżała już w inkubatorze, starsza lekarka w okularach w złotych oprawkach, uczesana w gładki kok, podjechała z małą do Małgosi.

Anna odruchowo przyłożyła rękę do ust. Dziec­ko wyglądało jak bordowy patyczak z nienaturalnie cieniutkimi kończynami. Przez prześwitującą skórę przebijała plątanina niebieskich żyłek. Chudziutkie ciałko ginęło w ogromnym jak na nie pampersie. Główka nie była większa niż pomarańcza. A do tego wszystkiego igły, plastry, wężyki przyklejone do noska i rączek.

– Może jej pani dotknąć, coś do niej powiedzieć – zachęcała Małgosię lekarka. – Córeczka bardzo tego potrzebuje. Na razie tylko sześć punktów, ale nadrobi. Dzieciątko jest silne.

Cisza.

– Pani Małgosiu… – Lekarka spróbowała jeszcze raz.

– Zabierzcie ją. – Chłód głosu Gośki ostro kontrastował z ciepłym tonem neonatolożki.

Nawet nie zerknęła na córeczkę. O nic nie zapytała. Zapanowała niezręczna cisza. Lekarka i dwie położne popatrzyły na siebie zaskoczone, ale żadna już się nie odezwała. Zabrały inkubator i zniknęły za drzwiami. Marek zaczekał, aż Gośka urodzi łożysko. Zbadał ją jeszcze, po czym klepnął Witka w ramię wspierającym gestem i wyszedł z innymi.

– Ja też pójdę. – Anna podniosła się z krzesła. – Powinniście porozmawiać sami.

– Zostań! – Gośka złapała ją za rękę i pociągnęła do siebie.

Mocny uścisk sprawił, że Anna usiadła ponownie, choć wolałaby wyjść. Przyjechała do szpitala na wyraźną prośbę przyjaciółki, po alarmującym telefonie Witka o piątej rano, że zaczął się poród i już nie można go zatrzymać. Jednak rozmowa, do której miało teraz dojść, nie wymagała jej obecności. W powietrzu ponownie zawisło napięcie. Za ścianą rozległ się przeciągły krzyk innej rodzącej. Witek pochylił się nad Małgośką.

– Spójrz na mnie – warknął. I głos, i oczy miał teraz stalowe. Zupełnie inne niż jeszcze przed chwilą. Zupełnie inne niż zwykle. – Co ty odwalasz?

Małgosia oblizała spierzchnięte usta. Uwolniła rękę Anny i podciągnęła prześcieradło pod brodę.

– Nie chcę tego dziecka – oświadczyła. Już nie unikała spojrzenia Witka. Przeciwnie, patrzyła na niego tak samo pewnie, jak brzmiały jej słowa. – Nigdy nie twierdziłam inaczej.

– I nic cię przed chwilą nie ruszyło? Nic a nic? – spytał z niedowierzaniem. Usiadł przy niej i delikatnie ujął ją za ramiona. – Posłuchaj, nie kochamy się i nie musimy być razem. Nawet nie musimy ze sobą mieszkać, jeśli tego nie chcesz. Będę ci dawał pieniądze, dopóki sama nie staniesz na nogi. We wszystkim ci pomogę, ale razem musimy wziąć za nią odpowiedzialność. Czy tego chcesz, czy nie, mamy wspólne dziecko. Nasza córka potrzebuje teraz przede wszystkim ciebie. Jest wcześniakiem, daj jej szansę na normalne życie. Chociaż tyle. Niczego więcej od ciebie nie oczekuję, tylko bądź dla niej matką.

– Nie będę jej matką. – Gośka pokręciła głową. – Wiedziałeś o tym od początku, więc nie udawaj teraz zaskoczonego.

– Liczyłem, że zmienisz zdanie. Przecież nie minął jeszcze tydzień, jak byliśmy razem w urzędzie, żebym ją uznał. Zrobię wszystko, co chcesz, ale nie podejmuj pochopnych decyzji, które zaważą na jej losie – starał się mówić spokojnie, choć był na granicy wybuchu. Mięśnie jego twarzy to napinały się, to kurczyły, błękitne oczy poszarzały.

– Potwierdziłam przed tym urzędnikiem że jesteś jej ojcem, właśnie po to, żeby miała normalne życie. Więcej nic dla twojego dziecka nie mogę zrobić. Moja rola skończona. I nie wpędzaj mnie w jeszcze większe poczucie winy. I tak je mam! – zakończyła stanowczym tonem, zrzucając z siebie ręce mężczyzny, z którym nie łączyło jej nic prócz dziecka.

– Dziewczyno, błagam, opamiętaj się! – Witek przyłożył dłonie do twarzy i na chwilę znieruchomiał.

– Powiedziałam, nie! – fuknęła.

Miała tyle zaciętości w oczach i w głosie, że Annę przeszedł dreszcz.

Witek zerwał się z łóżka jak podcięty batem.

– Kurwa mać! – zaklął i kopnął z rozmachem taboret, który potoczył się pod drzwi.

Anna podskoczyła na krześle. Nigdy nie widziała przyjaciela tak wzburzonego. Nawet kiedy przyłapał Beatę, swoją żonę, na zdradzie, nie wyglądał tak strasznie jak teraz. Zniknęła gdzieś jego łagodność i opanowanie. Takiego Witka Anna jeszcze nie znała. Miotał się po salce, wczepiwszy palce we włosy. Jego oddech stał się ciężki i świszczący. Tylko Gośka wciąż sprawiała wrażenie niewzruszonej. Udaje czy rzeczywiście nic ją nie obchodzi, pomyślała Anna, patrząc na obojętność przyjaciółki.

– Nie mogę być matką dla twojego dziecka – powtórzyła tamta.

– Szkoda, że ja nie mogę ci teraz porządnie przypierdolić, żebyś oprzytomniała, ty cholerna egoistko! – krzyknął, nie panując nad językiem. Z ust strzelały mu kropelki śliny, od szyi aż do skroni wykwitły purpurowe plamy.

– Witek! – Anna też krzyknęła. – Opamiętaj się!

– Niech cię szlag, Gośka! Niech cię szlag! – Odepchnął drewnianym chodakiem taboret sprzed progu i wyszedł, trzaskając drzwiami. Anna wybiegła za nim. Dogoniła go na końcu korytarza, tuż przed wyjściem z oddziału położniczego.

 

– Jak mogłeś tak się zachować? – Szarpnęła go za biały rękaw uniformu. – Ona dopiero co urodziła. Może jest jeszcze w szoku, a ty jak prymityw…

– W szoku to jestem ja – przerwał ze złością. – Przysięgam, nigdy nie uderzyłem kobiety, ale Gośkę mam ochotę po prostu zatłuc.

– Opanuj się, człowieku – wysyczała przez zęby.

Zerkała przez ramię na wyglądające z dyżurki pielęgniarki i jakieś zaciekawione sensacją położnice z gapiowato otwartymi ustami.

– Właśnie zamierzam. Idę na wódkę. – Odsunął ją na bok i wyszedł.

Anna chciała już wejść do Małgosi, gdy zza zamkniętych drzwi doleciał ją szloch przyjaciółki. Najpierw stłumiony, a potem głośniejszy i głośniejszy. Była świadkiem rozgrywającego się dramatu i nie chciała tego wszystkiego oglądać. Pożałowała, że w ogóle tu przyjechała. Nie w takim wydarzeniu pragnęła uczestniczyć. Ona też podświadomie liczyła, że Gośka, jak tylko zobaczy maleństwo, od razu zmieni zdanie. Że coś się w niej obudzi i pokocha córeczkę od pierwszego wejrzenia, mimo wcześniejszych deklaracji. Anna czuła, jak przygniata ją nieszczęście, które rozgrywało się na jej oczach, a przecież miała swoje własne problemy. Cudze jej niepotrzebne. Za dużo jak na raz, za dużo, pomyślała przygnębiona i potarła ręką czoło. Postała chwilę przed drzwiami, wahając się, wejść czy też zostawić Gośkę samą. W końcu zdecydowała się odejść, bo nie znalazła żadnych właściwych słów, którymi mogłaby ją wesprzeć. Może jutro czy pojutrze, ale nie dziś. Dziś musi stąd jak najszybciej uciec, zanim sama rozpłacze się na środku korytarza.

Minęła szepczące po kątach pielęgniarki z porannej zmiany i ruszyła do windy. Na wprost niej znajdował się oddział noworodków. Gdzieś tam leżała córeczka Małgosi. Nagle Anna zapragnęła jeszcze raz zobaczyć to biedactwo, poprzypinane do rurek i urządzeń, witające samotnie świat pierwszego kwietnia. Kodowane wejście broniło dostępu na oddział. Nacisnęła dzwonek i po chwili zjawiła się ta sama lekarka, która reanimowała maleństwo. Wpuściła ją do środka, podała ochronne ubranie, wskazała salę wcześniaków i zniknęła w gabinecie.

Przy jednym z trzech inkubatorów w przeszklonym na wylot pomieszczeniu, pełnym aparatury medycznej, stał Witek. W tym inkubatorze nie było niebieskiego misia ani zaczepionej z boku pozytywki. Skrzyżował ręce na piersi, jakby odgradzał się od problemu, z którym przyszło mu się zmierzyć, i patrzył na dziecko, leżące w samej pieluszce. Anna podeszła bliżej.

– Nie poszedłeś jednak na wódkę – odezwała się półgłosem.

– Nie dam rady.

Wiedziała, że nie chodzi o wódkę.

– Myślałem, że Gośka się opamięta. Że jeszcze zdołam ją przekonać.

– Tooo… co zrobisz? – spytała ostrożnie, kładąc dłoń na jego plecach.

Milczał.

– Witek…

– Nie poradzę sobie sam. – Pokręcił głową. – Mała jest wcześniakiem. Nie waży nawet dwóch kilogramów. Wymaga ustawicznej opieki, a ja nie mam o tym zielonego pojęcia. Muszę przecież pracować, bo jak inaczej nas utrzymam? Kto się nią wtedy zajmie?

– Może Gośka jeszcze zmieni zdanie, jak dojdzie do siebie. Dla niej to też jest trudne. Jest taka… zagubiona – usiłowała tłumaczyć przyjaciółkę.

– Co za diabeł mnie podkusił, żeby brać ją do siebie? – jęknął z ręką uniesioną do czoła. Z całej jego postaci biło rozgoryczenie. – Niechby się zachlała na śmierć. Dla wszystkich byłoby lepiej.

– Przestań. – Anna trąciła go w ramię. – Nie wolno ci tak mówić.

– Nie umoralniaj mnie – syknął poirytowany. – Wszystkie jesteście siebie warte. Tylko wy się liczy­cie. Wasze problemy, napięcia, dylematy, sraty-taty, a nam kopa w dupę, jak przyjdzie co do czego. ­Beata, Gośka, a ty też nie jesteś lepsza! – Pochylił się nad Anną jak oskarżyciel nad podsądnym. – Sama rozpieprzasz rodzinę, więc nie mów teraz, co mi wolno, a czego nie. Patras od miesiąca chodzi przybity, aż żal dupę ściska. Bo przecież ty się musisz zastanowić, czy warto z nim być, czy nie warto. Wasza babska solidarność jajników w tym temacie jest nie do pobicia – wypluwał z siebie jadowite słowa, pogardliwie krzywiąc usta.

Wylał na jej głowę całą frustrację, bo to ona, Anna, była pod ręką. Mogła przyjąć to obojętnie, ale też była podminowana. Dlatego postąpiła krok ku niemu i odpowiedziała równie zjadliwie, może nawet bardziej.

– Roztrząsasz mi sumienie, kiedy tu leży twoja córka. Zamiast myśleć o niej, wolisz się użalać nad sobą. „Wezmę to na klatę” – ironizowała, powtarzając jego słowa sprzed kilku tygodni. – I co? Jak przyszło co do czego, to strach cię obleciał. Bo skończy się twoja wolność i przygodne panienki. Nie będzie już życia bez zobowiązań, które tak polubiłeś. Myślałam, że jesteś superfacetem, a z ciebie zwykły… tchórz. Ale wiesz co? W jednym masz rację. Nie zamierzam cię już umoralniać. Sami z Gośką pijcie piwo, którego nawarzyliście. Ja mam swoje problemy, a ją – wskazała na dziecko – oddajcie do adopcji. Im szybciej, tym lepiej. Niech znajdzie jakichś kochających rodziców, skoro jej się na nią wypięli. – Rzuciła fartuch na krzesło i wyszła w pośpiechu.

Ruszyła energicznie przez szpitalny hol, wyjątkowo rozdrażniona. Poły jasnego płaszcza trzepotały jak skrzydła ptaka. Rozpuszczone włosy kołysały się na plecach w rytm jej kroków. Nie zważała, że po drodze potrąca innych ludzi. Mamrotała pod nosem ostre słowa, żeby poczuć się choć trochę lepiej, ale nie pomogło. I nawet nie chodziło o to, że obrzucili się z Witkiem prawdą jak błotem, ale właśnie o tę prawdę. Bolesną, trudną do przyjęcia, ale prawdę.

Nie trzeba za nią przepraszać ani jej potępiać, przypomniała sobie słowa teścia, ale czuła, jak w niej samej narasta potępienie. Wobec decyzji Gośki i tchórzostwa Witka. A także tego, co jej wygarnął.

Ja rozpieprzam rodzinę? Ja? – powtarzała w myś­lach, przystając przed automatem z napojami. To mnie zatruwano życie podejrzeniami, zazdrością, podłą intrygą! To ja jestem ofiarą! To ja wypłakiwałam oczy! To ja zostałam oszukana!

Wyłuskała z opakowania tabletkę na uspokojenie, popiła wodą mineralną z dystrybutora i wyszła w chłodną szarość dnia.

Mgła trochę się przerzedziła. Już było widać kontury wieżowców i samochody na parkingu. Powietrze pachniało zgnilizną resztek ubiegłorocznych liści, błotem i spalinami. Schodziła z wysokich stopni, kiedy ktoś za nią pchnął energicznie ciężkie szpitalne drzwi i zbiegł ze schodów.

– Cześć, kotku, już myślałem, że cię nie dogonię. – Zadyszany Patryk, chciał ją pocałować, ale odchyliła głowę. Był tylko w lekarskim ubraniu z krótkim rękawem, na szyi miał zawieszone słuchawki. Jego ramiona pokrywała gęsia skórka. – Nie mogłem wcześniej zejść z oddziału, bo kończyłem zabieg, a za chwilę mamy odprawę. Marek mówił, że Gośka już urodziła.

– Dziewczynkę, której nie chce ani matka, ani ojciec. – Anna odsunęła się od niego o kilka kroków.

Patrzył na nią tęsknym wzrokiem. Wyraźnie zmizerniał. Kąciki ust mu opadały, cienie pod oczami się wyostrzyły. Ciemny zarost nie był już tak starannie przystrzyżony jak wcześniej, teraz sam torował sobie ścieżki na policzkach.

– Jakoś będą musieli z tym się uporać. – Patryk chwycił ją za nadgarstek i przycisnął do ust jej zaciśniętą w pięść dłoń. – My też musimy w końcu z czymś się uporać. Wróć do mnie, kotku. Tak bardzo cię potrzebuję. Teraz wszystko będzie inaczej, zobaczysz. Nie musisz już niczego się obawiać. Wiele zrozumiałem. Zaufaj mi, kochanie – przekonywał Annę enty raz. Robił to od miesiąca, za każdym razem kiedy się spotykali.

Nie mogła tego dłużej słuchać. Już kiedyś zapewniał ją w podobny sposób i naiwnie mu uwierzyła. Jego słowa były jak czek bez pokrycia. Teraz nie popełni tego samego błędu. Nie przyjmie suchych obietnic. Choćby kosztem potępienia, kosztem samotności i bezsennych nocy. A także mniej lub bardziej wyartykułowanych pretensji ze strony bliskich, oskarżających ją o egoizm i rozbicie rodziny. Zwłaszcza ze strony teściowej, ale to obchodziło Annę najmniej.

To wszystko wciąż jeszcze było zbyt świeże. Wciąż pamiętała swój strach przed mężem. Pamiętała jego obcość, chłód, a nawet wrogość, gdy zaślepiony podejrzeniami przemienił ich życie w koszmar, pozostając głuchym na wszystko, co usiłowała mu wytłumaczyć. Wiedziała, że jeśli teraz mu ulegnie, to prędzej czy później sprawa się powtórzy. Dlatego wyrwała rękę i pobiegła do samochodu. Silnik zawył głośno, kiedy wrzucając wyższy bieg, odjechała pospiesznie spod szpitala, właściwie uciekła.

Przed niespełna miesiącem też tak uciekła. O to również miała do męża żal. Dlaczego nie mogła odejść w cywilizowany sposób, tylko musiała umykać ukradkiem pod jego chwilową nieobecność? Patryk wyszedł wtedy do sklepu. Na moment osłabła jego wyostrzona czujność, co Anna bezwzględnie wykorzystała. Majka była wówczas w szkole. Anna pospiesznie spakowała rzeczy swoje oraz synka i pognała do samochodu.

Od rozmowy przy pomniku Kopernika, kiedy oświadczyła, że odchodzi, mąż nie opuszczał domu. Wziął zwolnienie na symulowaną chorobę i śledził każdy krok Anny. Zrywał się rankiem razem z nią, kiedy szła do pracy, i kładł spać, dopiero kiedy już spała. Budził się natychmiast, gdy wstawała w nocy do łazienki. Zawsze miał twardy sen, ale w tym czasie spał czujniej niż dziecko. Nie w bokserkach jak zwykle, tylko w dresach, na sofie w salonie. Gotów w każdej chwili stanąć w drzwiach, jeśli przyszłoby jej do głowy wyprowadzać się nocą. Nawet na spacery z synkiem nie wychodziła sama, bo zawsze był z nimi. Wiedział, że bez dziecka nie odejdzie.

Cała ta sytuacja zakrawałaby na żałosną groteskę, gdyby nie krył się pod tym dramat kobiety chcącej odejść i mężczyzny, który nie chciał do tego dopuścić. Trwało to przez tydzień, nim zdołała się uwolnić. Nigdy nie doświadczyła podobnego upokorzenia, jak tego dnia, kiedy zmuszona była uciekać właśnie w taki sposób. Patryk przyjechał na Narutowicza, ledwo Anna zdążyła postawić torbę w korytarzu. Odbyli kolejną trudną rozmowę. Jeszcze trudniejszą niż wszystkie minione. Jednak tym razem Patryk się poddał. Czy chciał, czy nie, musiał w końcu pogodzić się z sytuacją.

Powiedział z rezygnacją w głosie owo „dobrze”, dając tym samym przyzwolenie na decyzję Anny. Od tego dnia nie minął jeszcze miesiąc. Choć mieszkali osobno, Patryk wciąż był obecny w jej życiu. Przychodził na Narutowicza, kiedy tylko miał wolne. Im bardziej bombardował ją wizytami, czułymi esemesami i kwiatami, tym bardziej czuła się osaczona. Bezwiednie wysuwała obronne kolce przed jego natarczywością. Spokój, którego potrzebowała, by się zastanowić, czy mimo wszystko mają jeszcze przed sobą jakąś wspólną przyszłość, na razie wydawał się bardzo odległy. Anna zastępowała go farmakologiczną namiastką, żeby móc jako tako funkcjonować.

Klepnęła ze złością w kierownicę, gdyż utkwiła w korku na światłach w centrum miasta. Miasta, gdzie więcej było samochodów niż ulic, po których mogły jeździć. Irytowali ją ślamazarni kierowcy. Drażniły głupie primaaprilisowe dowcipy opowiadane w jej radiu.

Dochodziło wpół do ósmej. Za pół godziny powinna być w pracy. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że pod płaszczem ma na sobie stare spodnie i wymiętą koszulkę. Nie mogła tak się pokazać w firmie. Skręciła na Narutowicza, aby wraz ze służbowym strojem włożyć na siebie maskę profesjonalizmu. Wjechała w wąską dziurawą uliczkę przy wieżowcu matki i znowu ich zobaczyła.

Najpierw wielkiego psa, a potem jego właściciela, Andrzeja Bendorfa. Zasadzili się na nią pod klatką jak myśliwi na ofiarę. Pies siedział spokojnie, jego pan spacerował przy wejściu.

O nie! Tylko nie to! Nie dziś, powtarzała, dysząc z wściekłości. Wolała pojechać do radia w samych majtkach, niż choćby przejść obok człowieka, który mienił się jej ojcem. Człowieka, którym gardziła i którego nie chciała znać. Wrzuciła wsteczny bieg i odjechała z piskiem opon.