Czas próbyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Wioletta Sawicka, 2018

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Jill Hyland/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-776-5

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Powieść tę dedykuję mojej Czytelniczce

Pani Krystynie Kwiatkowskiej.

Nie doczekała jej wydania.

Odeszła do lepszego świata

po długim cierpieniu.

LATO 2015

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ I

Stuk, stuk, stuk… piętnaście kroków naprzód. Obrót i znowu stuk, stuk, stuk, piętnaście kroków w tył. Szybkich, nerwowych, rytmicznie irytujących. Miarowy odgłos obcasów wwiercał się w mózg, ale nie mogła przestać chodzić tam i z powrotem. Nerwica gwałtownego natręctwa kazała jej liczyć w kółko te przeklęte kroki. Jeszcze chwila, a wyryje szpilkami ścieżkę pod gmachem sądu.

Czekanie w domu było jeszcze większą udręką, dlatego przyszła tu za wcześnie. Tabletki na uspokojenie od Luizy, które rano zażyła, tylko przez nią przeleciały. Po rannym rozstroju żołądka teraz miała w brzuchu panikę. Pociła się w dopasowanej czarnej garsonce. Mogła się ubrać zwyczajnie, ale głupio się uparła zakończyć z klasą ten etap życia. Jakby to miało znaczenie, czy rozwiedzie się w dresach, czy w eleganckim kostiumie.

– Aśka, zaczekaj! – Przez szum samochodów pędzących aleją Solidarności usłyszała znajomy głos. Miała powód, by przestać liczyć te nieznośne kroki. I dlaczego akurat liczyła je do piętnastu, a nie na przykład czternastu?

Odwróciła się gwałtownie.

Zbliża się do niej Luiza, trzydziestokilkuletnia wysoka prawniczka, z którą Joanna pracowała w kancelarii Karola. Tamta miała na sobie podobną garsonkę, pod pachą trzymała aktówkę, w ręku parasolkę. Dopiero teraz Joanna spostrzegła, że nad Warszawą zawisły ciężkie chmury, a duszne powietrze zdawało się stać w miejscu.

– Zaraz lunie. – Koleżanka wskazała w niebo i cmoknęła ją w policzek na powitanie. – Ale po ostatnich upałach przyda nam się porządna burza. Długo tu czekasz? Rozprawę masz dopiero o jedenastej trzydzieści. – Założyła za ucho ciemne włosy uczesane na boba.

– Nie wiem, z godzinę, pół. – Joanna sięgnęła do torebki. Grzebała chaotycznie w środku w poszukiwaniu tabletek, które mamiły iluzją spokoju. Włożyła do ust dwie i połknęła bez popijania wodą.

– Wyglądasz jak kłębek nerwów. – Luiza objęła ją ramieniem. – Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.

– Tylko kiedy? Powiedz, ale tak szczerze, czy może się to skończyć dziś? Na pierwszej rozprawie? – pytała, trąc palcami skronie, by stłumić nadchodzący ból głowy.

– Teoretycznie tak, w praktyce jednak… no cóż. – Luiza westchnęła. – Przepisywałaś tyle pozwów, więc sama wiesz, że rozwód bywa drogą przez piekło.

– No właśnie się o tym przekonuję. – Joanna poczuła nagły skurcz w żołądku. – Masz może papierosa?

Luiza wyjęła z torebki paczkę mentolowych papierosów, poczęstowała Joannę, sama też wzięła jednego.

– Podobno nie palisz – zauważyła z przekąsem, pstryknąwszy zapalniczką.

– Podobno siedem lat temu brałam ślub, który miał być na całe życie. Facet, który mi obiecywał gwiazdkę z nieba, okazał się zwykłym… – Joanna głęboko zaciągnęła się dymem.

– Skurwysynem – dopowiedziała za nią prawniczka.

– Mniej więcej.

Gęstą lepkość stojącego powietrza przecięły ciężkie krople deszczu.

– Uciekamy. – Luiza wzięła swoją koleżankę pod rękę i pociągnęła do wejścia.

Maszerujące przed momentem energicznie nogi teraz stały się nieznośnie miękkie. Joanna z trudem zmuszała się do pokonania kilku stopni, które dzieliły ją od drzwi budynku sądu.

– Masz jeszcze trochę czasu do sprawy – powiedziała Luiza, przepuściwszy ją przed bramką bezpieczeństwa.

– Gdzie Karol? Ty jesteś za niego?

Joanna jakby oprzytomniała. Rozejrzała się wokół, ale pośród ludzi przemierzających sądowy hol nigdzie nie dostrzegła znajomej sylwetki mecenasa Dębskiego.

– Przecież wczoraj rozmawialiśmy, że szef najpierw ma sprawę o podział majątku. Zaraz powinna się skończyć. Spotkasz się z nim przed swoją salą. Ja rozwodzę dziś Napierskich. Wiesz, gdzie masz iść?

– Pierwszy cywilny, szóste piętro – wyrecytowała jak automat.

Wszędzie słychać było szuranie wielu nóg przemierzających długie korytarze kolejnych pięter, a także mniej lub bardziej przyciszonych głosów, jakie rozlegały się za nią lub przed nią, gdy szła szerokimi schodami na górę. Mieszanina zapachów męskich i damskich perfum, kurzu, potu, płynu do czyszczenia posadzek i jeszcze czegoś nieokreślonego zemdliła Joannę.

Żołądek znów dał o sobie znać, a połknięte na sucho tabletki uwierały w gardle. Odnalazła łazienkę na końcu korytarza. Nabrała w dłonie chlorowanej kranówki i wypiła ją ze wstrętem. Przetarła wilgotną ręką czoło, kark, dekolt. W przelocie spojrzała w lustro.

Była kredowoblada, jakby cała krew odpłynęła jej z głowy. Na tle białej twarzy rude włosy sprawiały wrażenie jeszcze bardziej ognistych. Z niebieskich oczu, ledwo muśniętych tuszem do rzęs, wyzierał strach.

No i czego ja się tak boję? Przecież to jedynie sąd, nic więcej, banalna sprawa rozwodowa. I to nie ja jestem winna, tylko pokrzywdzona przez tego drania. Myśl, że za chwilę będzie musiała stanąć oko w oko ze swoim jeszcze mężem, stała się nieznośnie realna. Nic, da radę, musi dać. Nie okaże żadnej słabości. Tej satysfakcji mu nie da, co to, to nie, postanowiła.

Zrobiła kilka głębszych oddechów, znalazła swoją salę, rzuciła okiem na wokandę i usiadła na pierwszym wolnym miejscu.

Jeden, dwa… znów zaczęła liczyć, tym razem ludzi przechodzących korytarzem. Popadam w obłęd, zganiła się w myślach. „Aniele Boży, stróżu mój…”. Z przymkniętymi oczami odmawiała w myślach modlitwę, która stała się jej mantrą.

– Wysoki Sądzie, nazywam się Joanna Krzemieniecka-Pyrka, mam trzydzieści dwa lata, wyższe wykształcenie, mieszkam w Warszawie, pracuję w kancelarii adwokackiej Dębscy i Partnerzy, samotnie wychowuję sześcioletnią córeczkę i przyszłam tutaj prosić, żeby Wysoki Sąd rozwiódł mnie z tym skurwysynem. – Stojąc przed sędzią, wyrecytowała jednym tchem, wskazawszy palcem na Tomasza.

Siedział po przeciwnej stronie sali obok swojego adwokata, był wyluzowany, uśmiechnięty, na jego twarzy malował się wyraz tryumfu. Dopiero teraz Joanna uzmysłowiła sobie, jakie słowo wymknęło jej się z ust. Mężczyzna w todze, z łańcuchem na szyi, gruby, nijaki, o minie cyborga, spojrzał na nią wzrokiem pełnym nagany.

– Bardzo przepraszam Wysoki Sąd – ciągnęła zawstydzona. – Ja się tak nie wyrażam, ale przez mojego męża jestem już u kresu wytrzymałości. To oszust i hazardzista. Okradł mnie i nasze dziecko. Zostawił nas z długami i uciekł. W zeszłym roku przez przekręty mojego męża, o których nic nie wiedziałam, komornik zlicytował nasz dom w Izabelinie. I jeszcze mam do spłaty ponad trzysta tysięcy człowiekowi, który wykupił nasze długi. Mieszkam z córką w wynajętej kawalerce na Pradze. Nie miałyśmy z czego żyć, a on… on się jeszcze śmieje, niech sąd zobaczy, on się śmieje. – Jedną ręką znów wskazała na Tomasza, drugą ścierała łzy z policzków.

– Pozwany, proszę nie przeszkadzać powódce. Będzie miał pozwany swój czas na złożenie wyjaśnień. – Grubas w todze odwrócił się do Tomasza.

– Oczywiście, przepraszam. – Pyrka ukłonił się lekko, po czym szepnął coś swojemu adwokatowi.

– Proszę kontynuować. – Sędzia kiwnął głową Joannie.

– Na kilka miesięcy mój jeszcze mąż położył się do Tworek. A ja głupia go odwiedzałam, codziennie. Dlaczego to robiłam...? Było mi go żal jako człowieka. Dopiero gdy przypadkiem podsłuchałam jego rozmowę z matką w szpitalu, zrozumiałam, że tylko udawał, że znów mnie okłamał. Tak, przyznaję, jestem, to znaczy byłam naiwna, że mu… ufałam. Ale czy to takie dziwne, że żona ufa mężowi? Zresztą on zawsze mnie zapewniał, że wszystko w porządku. Wysoki Sądzie, nasze małżeństwo od roku nie istnieje. Tomasz Pyrka tylko formalnie jest moim mężem, ale już go nie kocham. Nic od niego nie chcę, tylko żeby sąd mnie z nim rozwiódł. Tak zwyczajnie, bez tych wszystkich przepychanek – zakończyła zeznania.

Nie miała siły dłużej ustać, jeszcze chwila, a zemdleje, znów dopadły ją skurcze żołądka. Nie czekając na pozwolenie, usiadła obok Karola.

– Pozwany, proszę wstać – polecił cyborg.

Tomasz podniósł się posłusznie. W eleganckim szarym garniturze, schludnie ostrzyżony, w niczym nie przypominał zabiedzonego oberwańca, którego widziała ostatni raz wczesną wiosną w szpitalu psychiatrycznym.

– Co pozwany ma do powiedzenia w tej sprawie?

– Proszę Wysokiego Sądu… – Zapiął guzik marynarki. – Wszystko, co powiedziała moja żona, to wierutne bzdury…

Poczuła się jak uderzona w twarz.

– Ty, wstrętny bydl… – nie dokończyła, gdyż Karol mocniej ścisnął jej rękę.

– Nie odzywaj się – nakazał szeptem.

– Widzi sąd – teraz Tomasz wskazał ją palcem – moja żona jest niezrównoważona i ma skłonności do konfabulacji. Wiem, że ma kochanka, dlatego nie zgadzam się na rozwód bez orzekania o winie. To moja żona zniszczyła naszą miłość – oświadczył, po czym spojrzał na nią z wyrzutem. – „A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź, wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej…”. Pamiętasz nasz wiersz? Bo ja tak. Dlatego nie dam ci tak łatwo rozwodu, cha… cha… cha… Jaka ty jesteś naiwna… cha… cha… Jaka naiwna…

 

Huczało jej w głowie od tego śmiechu, coś dziwnego działo się z ciałem. Zaczęła się cała trząść jak galareta.

– Joasiu! – Ktoś mocno potrząsał ją za ramię. – Obudź się wreszcie. Słyszysz mnie?

Otworzyła oczy i popatrzyła dokoła jak błędna. Trwało to chwilę, nim wróciła jej względna przytomność umysłu. Wciąż siedziała na krześle w korytarzu. Nachylał się nad nią ponadczterdziestoletni szpakowaty mężczyzna o łagodnej, teraz wystraszonej twarzy.

– Chyba zasnęłam. – Joanna roztarła ścierpnięty kark.

– Byłem gotów wzywać pogotowie, tak mnie wystraszyłaś. – Karol Dębski, ubrany w togę, usiadł obok. – Nie mogłem cię dobudzić. Za kwadrans mamy rozprawę.

– Chyba wzięłam za dużo proszków na uspokojenie. – Przyłożyła rękę do czoła. W ustach czuła nieznośną suchość.

– Dlatego odleciałaś. Ale już dobrze się czujesz?

– Dobrze. Masz może wodę?

– Proszę. – Wyjął z opasłej teczki małą butelkę niegazowanej cisowianki. Joanna ugasiła pragnienie i poczuła się lepiej.

– Może to dziwne, ale śniła mi się rozprawa. To było tak koszmarne – mówiła, mając jeszcze w głowie niedawne majaki.

Przygładziła ręką włosy, poprawiła klapę żakietu, strząsnęła niewidzialne paproszki ze spódnicy i przewiesiła torebkę z jednej strony krzesła na drugą – kilka niepotrzebnych chaotycznych ruchów, by czymś zająć rozedrgane ręce.

– To nerwy. – Dębski pogładził ją po plecach. – Bądź spokojna, odpowiadaj tylko na pytania i nie przerywaj sędziemu.

– Yhymm.

– Zobacz, idą. – Dębski wskazał przed siebie.

Z drugiego końca korytarza zbliżały się dwie osoby.

Młody kędzierzawy mężczyzna miał na sobie prawniczy strój, obok szła chuda, około sześćdziesięcioletnia kobieta w szarych spodniach i różowym żakiecie. Zacięta twarz, zacięte usta, zamaszyste ruchy, spiczasty nos i natapirowane mysie włosy – czyli Krystyna Pyrka, matka Tomasza.

– Nie widzę go. – Joanna w maksymalnym napięciu wypatrywała niewysokiej sylwetki męża ponad głowami tych dwojga. – Karol, gdzie jest Tomek?

Nie upłynął kwadrans, a zadała inne pytanie, tuż po tym, gdy zrobili tylko niepotrzebny przeciąg w sali rozpraw. Tomasz nie pojawił się w sądzie. Joanna pierwsza wyszła na korytarz.

– Ponad dwa miesiące! – Z bezsilności oparła się o ścianę. – To niemożliwe, to po prostu niemożliwe. Mam czekać ponad dwa miesiące do następnej rozprawy?

– Takie są terminy. – Mecenas Dębski bezradnie rozłożył ręce. – Pełnomocnik przedstawił zaświadczenie z Tworek o hospitalizacji Tomasza, więc nic nie poradzimy. Musimy czekać do dwudziestego szóstego października. To i tak niedługo jak na nasze realia.

– A jeśli znów się nie pojawi?! Przecież on zwyczajnie gra na czas! – Joanna podniosła głos.

– Myślisz, że o tym nie wiem? – Karol wzruszył ramionami. – Zaczekamy te dwa miesiące. Jeżeli znów nie przyjdzie, postępowanie może się toczyć i bez niego. Wyrok też może zapaść zaoczny. Nie damy się wodzić za nos, to mogę ci obiecać.

Skrzypnęły drzwi sali rozpraw i ukazała się w nich Krystyna Pyrka, a za nią adwokat.

– I co? Zadowolona jesteś? – Teściowa stanęła na wprost Joanny, patrząc na nią złowrogo. – Przez ciebie mój syn do wariatkowa trafił, lafiryndo jedna!

– Pani Krystyno, spokojnie. – Młody adwokat próbował mitygować swoją klientkę. Karol zareagował ostrzej.

– Proszę uważać na słowa, inaczej oskarżymy panią o zniewagę – ostrzegł.

– A co mnie tu, człowieku, będziesz straszył?! – Pyrkowa ujęła się pod boki i piskliwym głosem zaatakowała Dębskiego, głucha na uspokajające słowa młodszego z prawników. – Ja swoje prawa znam! Przez tę rudą sukę mój syn zdrowie stracił! W nałóg popadł! Harował na nią jak wół, a ta cwaniara, pasożyt jeden, ostatnie soki z niego wyssała! A teraz nowego frajera sobie znalazła! Myślisz, że nie wiem, że dajesz dupy temu bandycie z poharataną gębą?! – Ostatnie zdanie wykrzyczała do synowej.

To był impuls, który poza kontrolą mózgu poderwał rękę Joanny. Zamachnęła się, ale Karol był szybszy i w ułamkach sekund złapał ją za nadgarstek, nim dłoń zdążyła opaść na policzek teściowej.

– No, uderz mnie, uderz, ty ruda wywłoko! – Pyrkowa podskoczyła do Joanny, ale młody prawnik zagrodził jej drogę.

– Pani Pyrka, niech pani natychmiast się uspokoi, bo wezwę ochronę i wypowiem swoje usługi – zagroził poirytowany nieprzyjemnym widowiskiem, na które patrzyli ludzie. – To sąd okręgowy, a nie targ w Mławie.

Po tych słowach kobieta oprzytomniała. Zrobiła w tył zwrot, uszła może ze dwa kroki, gdy nagle się odwróciła.

– Dziwka! – Splunęła Joannie w twarz.

A ją dosłownie zamurowało. Stała jak głaz i patrzyła oszołomiona za oddalającą się korytarzem szaro-różową plamą.

– Przepraszam panią – odezwał się adwokat Tomasza. – Takich klientów też, niestety, mamy.

– Pecunia non olet, prawda, kolego? – Dębski podał jej chusteczkę. – Chodźmy, Joasiu.

– Muszę do łazienki – wyszeptała zawstydzona tym, co zaszło. Nie mogła znieść doznanego upokorzenia.

Za jakie grzechy, Boże święty, za jakie grzechy to wszystko mnie spotkało? Siarczysty policzek bolałby mniej niż to, czego przed chwilą doświadczyła. Ochlapała twarz zimną wodą, by ostudzić emocje, które czerwonymi plamami wystąpiły na szyi i policzkach. Witamy w przedsionku rozwodowego piekła; Joanna obrzuciła okiem własne odbicie w lustrze.

– Czasem wygląda to jeszcze gorzej – odezwał się Karol, gdy po dłuższej chwili, jako tako oporządzona, wyszła wreszcie przed budynek sądu.

Zaczerpnęła głęboki haust wilgotnego powietrza. Deszcz już nie padał, ale ulicami płynęły strumienie wody i ponura szarość spowiła miasto.

– Sala sądowa potrafi obnażyć najpodlejsze instynkty. Miałaś tego namiastkę.

– Jeszcze nie mogę dojść do siebie. – Joanna zacisnęła powieki, czując, jak pieką ją oczy.

– Zajmę się tą furiatką – stanowczo oświadczył Dębski. – Jak tu stoję, nie puszczę jej tego płazem. Wiele widziałem, ale takie zachowanie nie mieści się w głowie. Jest na to odpowiedni paragraf.

– Nie, daj spokój – zaooponowała. – Na samą myśl, że będę musiała się z nią spotkać dodatkowo w sądzie, robi mi się niedobrze.

– Jesteś pewna? – Zajrzał jej w oczy.

W odpowiedzi kiwnęła głową.

– Jak chcesz, to twoja decyzja, ale ja bym jej nie darował.

Joannie było to w tej chwili obojętne. Teraz niczego tak nie pragnęła jak tego, by stąd zniknąć i nie myśleć o przeżytym koszmarze. Znaleźć się w innym miejscu, spokojnym i bezpiecznym. Wtem wyczuła za sobą czyjąś obecność. Nie musiała się nawet odwracać, aby wiedzieć, kto za nią stoi.

Wiktor.

Nic nie mówił, o nic nie pytał, tylko objął ją mocno. I właśnie te jego silne ramiona w tym momencie stały się dla niej owym odizolowanym miejscem, w którym świat przestał istnieć.

– Odpocznij, Joasiu, widzimy się jutro w pracy. – Karol machnął im ręką na pożegnanie i przeskakując kałuże, poszedł w stronę alei Jana Pawła, gdzie mieściła się kancelaria.

Joanna wciąż stała w bezruchu. Jeszcze bardziej się wtuliła w Wiktora, a on jeszcze ciaśniej ją objął i wciąż nic nie mówił. Właśnie tego potrzebowała, milczącej czułości. Zawsze wiedział, czego w danym momencie najbardziej pragnęła.

– Jak dobrze, że jesteś. – Dopiero teraz zdołała się odezwać.

– Płakałaś. – Przesunął delikatnie kciukiem po jej policzku i pocałował ją w czoło.

Ten ciepły, czuły gest był wymowniejszy niż tysiące namiętnych pocałunków. Wiktor nie mówił jej zbyt często, że ją kocha. Ale czy musiał mówić? Wyrażał to bez słów.

Od pierwszego spojrzenia, gdy się spotkali zimą, coś w niej zaiskrzyło. I choć rozsądek nakazywał ostrożność, by znów się nie sparzyła, jak na małżeństwie z Tomaszem, na przekór wszystkiemu odważyła się na nowy związek. Nie wiedzieć kiedy ten wysoki mężczyzna o czarnych włosach i ciemnych oczach, mrukliwy, oszpecony blizną, stał się dla niej ważny.

Nie chciała, żeby poszedł z nią do sądu. Pokłócili się o to wczoraj. Wolała sama rozliczyć się z przeszłością. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby widział scenę, jaką urządziła jej teściowa. Jednak teraz cieszyła się, że jej nie posłuchał.

– Wiesz już? – spytała.

– Wiem, Karol do mnie zadzwonił. Byłem w pobliżu, więc przyszedłem od razu.

– Specjalnie byłeś w tym pobliżu. Dziękuję. – Wspięła się na palce i pocałowała nierówną bliznę na jego policzku.

Wiktor wstydził się tej pamiątki z przeszłości, która ciągnęła się zygzakiem przez całą długość twarzy od skroni aż po brodę. Próbował maskować szramę zarostem, ale i tak była mocno widoczna, dlatego zaczął się golić. Jednak za każdym razem na wspólnych zdjęciach pokazywał tylko drugi policzek.

– Dokąd jedziemy? – zapytała, gdy chwilę później wsiadła do zadbanego land rovera.

Ciemna karoseria terenowego auta aż lśniła. Wiktor mniej uwagi poświęcał własnemu wyglądowi, potrafił przez miesiąc na przemian nosić dwie zmiany ubrań, dżinsową koszulę albo czarną bluzę, ale samochód miał wymuskany.

– Do domu.

Tylko gdzie jest ten nasz wspólny dom, dumała z głową opartą o szybę. Twoje mieszkanie na Ochocie czy moja nora na Pradze? O jakim miejscu na tym świecie możemy powiedzieć, że jest naszym domem? Ostoją, schronieniem, twierdzą, do której nie ma dostępu żadna zawierucha, choćby wszystko wokół zatrzęsło się w posadach.

Jeden dom już miała.

Piękny, słoneczny, z czerwonym dachem i białymi ścianami. Pachniał pieczonym chlebem, ciastem drożdżowym, rozbrzmiewał tupotem dziecięcych nóżek, dźwiękami pianina. Miał tylko jedną wadę: powstał na piasku, dlatego runął. Teraz trzeba posprzątać po nim gruzy i wreszcie będzie mogła odetchnąć.

Joanna przymknęła oczy. Słyszała pracę silnika, szum ulicy, jakieś głosy, może teściowej, chyba trzaśnięcie drzwi, ale nie mogła podnieść ciężkich powiek, które zrobiły się jak z ołowiu. Gdy je wreszcie otworzyła, wokoło panował półmrok. Leżała w wygodnym łóżku przykryta kołdrą. Nie miała na sobie garsonki, tylko bieliznę. Pokój też wydawał się inny niż ten, w którym mieszkała na Pradze. Większy, mniej zagracony, nie miał różowych ścian, tylko chyba szarawe. Spod okna dochodził dźwięk klawiatury komputera, klikanie myszki i szum maszyn. Z lampki na biurku, na którym widać było plątaninę kabli, monitory i jeszcze jakiś sprzęt, sączyło się delikatne światło. Pracował tam Wiktor.

Więc jestem na Ochocie, stwierdziła w przebudzonych ledwo myślach.

Zaraz, a gdzie Tosia? Joanna wytężyła otępiałą pamięć. Prawda, przecież w zeszłym tygodniu zawiozłam ją do Małszewa na końcówkę wakacji. Nie chciała, aby dziecko widziało, jak zżerają ją nerwy przed rozprawą. Dlatego uległa namowom bliskich i powierzyła małą opiece Teresy i pułkownika. Wiedziała, że w mazurskim domu Marty córeczka czuła się wyśmienicie.

– Jak się tu znalazłam?

– Przyniosłem cię z samochodu, rozebrałem i położyłem do łóżka. – Wiktor odwrócił się do niej. – Co za prochy dała ci wczoraj Luiza, że tak cię ścięło?

– Nie wiem, nie pamiętam. Takie różowe. Dlaczego jest tak ciemno? – Podciągnęła się wyżej na łóżku. Przez zaciągnięte rolety okien przebijał mrok z podwórka.

– Zaraz będzie północ. Spałaś dziesięć godzin. – Wiktor oderwał się od pracy i usiadł obok Joanny. – Jak się czujesz?

– Dobrze, tylko mam trochę ciężką głowę. Dziesięć godzin?

– Yhymm. – Pocałował ją w nagie ramię. – Co zjesz? Masz do wyboru kanapki, kanapki i kanapki.

– Dzięki, ale jakoś nie mogę – odpowiedziała, choć od wczoraj oprócz tabletek, kawy, wody i papierosa nie miała nic w ustach.

– To zjedz przez rozum, jak mówiła moja babcia – zażartował. – Idź pod prysznic, poczujesz się lepiej, a ja zrobię kolację. Herbata, mleko, kawa, wódka? – Mrugnął do niej.

– Wódka.

Jednak gdy kwadrans później weszła do kuchni, po odświeżającym prysznicu, z mokrymi włosami, otulona szlafrokiem Wiktora, czekała na nią herbata.

Jego kuchnia była większa niż jej na Pradze. Ustawna, czarno-szara, z szafkami Ikea, minimalistyczna. Wręcz rzucał się w oczy ascetyzm pomieszczenia. Na długim kamiennym blacie prócz ekspresu do kawy, chlebaka i elektrycznego czajnika nie stało prawie nic więcej. I wciąż pachniała nowością, tak jak reszta trzypokojowego mieszkania, które Wiktor wyremontował w czerwcu, gdy wyprowadzili się studenci.

 

Zrezygnował z zaplanowanego wyjazdu w góry i zamiast tatrzańskich szczytów penetrował markety budowlane na Bartyckiej. Położył panele na podłogach, wymalował ściany, odnowił łazienkę, meble też częściowo wymienił.

W dużym pokoju stanęła wygodna kanapa, przy oknie stół, a w kącie pokoju urządził sobie miejsce do pracy. W średnim stanęło podwójne łóżko z wygodnym materacem, a do najmniejszego kupił białe meble i pomalował ściany na różowo. Uwinął się ze wszystkim w miesiąc i praktycznie sam uwił dla nich gniazdko pomimo tego, co Joanna starała mu się wielokrotnie wytłumaczyć.

– Zjemy w pokoju. – Wiktor postawił na tacy kubki z herbatą, talerz kanapek z szynką i pomidorem, po czym spytał: – Naprawdę chcesz strzelić lufę?

– Co się tak dziwisz? – Wzruszyła ramionami. – Po dzisiejszym dniu należy mi się.

– Mówisz i masz – stwierdził, a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie.

Wyjął z szafki kieliszek, napełnił go wyjętym z lodówki absolutem i podał Joannie. Wypiła od razu. Zimna wódka torowała palącą ścieżkę od przełyku aż do żołądka, Joanna nie mogła się powstrzymać przed wzdrygnięciem. Wiktor tylko się uśmiechnął pod nosem, gdy na nią patrzył.

– Chcesz jeszcze? Jest prawie cała butelka.

– Już wystarczy. – Powstrzymała go ruchem ręki.

– Jak spałaś, kilka razy dzwoniła twoja komórka, ale ją wyłączyłem, żeby ci nie przeszkadzała.

– Pewnie mój brat był ciekaw, jak poszło, albo ciotka Eleonora. – Joanna sięgnęła po aparat leżący na szafce przy wejściu i wcisnęła startowy przycisk telefonu. Zaczął pikać dźwiękami powiadomień.

– Później sprawdzisz, najpierw zjedz, bo znowu cię zetnie. – Wiktor zagarnął ją do dużego pokoju.

Joanna umościła się w rogu kanapy i włączyła stojącą lampę o maleńkich szklanych kloszach. Wyglądały jak kwiat z rozchylonymi płatkami. Delikatne światło zabarwiło pokój ciepłą bursztynową barwą. Wiktor położył nogi Joanny na swoje uda i gładził jej bose stopy. Przez jakiś czas milczał zapatrzony gdzieś na wprost. Przed chwilą jeszcze żartował, a teraz dziwnie posmutniał.

– Miałaś ciężki dzień – ni spytał, ni stwierdził.

– Trochę.

– Wiem, że to nie jest najlepszy moment, skoro jednak nie śpimy, to możemy pogadać.

– No więc… – wciągnęła głębiej powietrze – następną sprawę mam w październiku, teściowa urządziła mi…

– Nie o tym chciałem mówić – wszedł jej w słowo. – Od Karola mniej więcej wiem, co się wydarzyło. Miałem na myśli nas.

A więc o to chodzi. Joanna podwinęła pod siebie nogi.

– Znowu do tego wracasz – jęknęła. – Naprawdę musimy to teraz przerabiać?

– Nie musimy, ale chciałbym zrozumieć twoje argumenty.

Strzepnął okruchy z czarnej koszulki, przesunął ręką po krótko ostrzyżonych włosach i popatrzył wyczekująco. Przed każdą kolejną rozmową na ten temat wyglądał podobnie.

– Więc wytłumaczę ci to jeszcze raz. – Joanna upiła łyk letniej już herbaty i spokojnym, acz stanowczym tonem powtórzyła to samo, co wiele razy wcześniej: – Nie przeprowadzę się do ciebie, dopóki nie dostanę rozwodu z Tomaszem.

– Bo?

– Bo nie chcę mu przysparzać żadnych argumentów, które mógłby wykorzystać przeciwko mnie.

– I ja jestem tym argumentem – burknął.

– Zrozum – tłumaczyła zniecierpliwiona. – Jeśli Tomasz nawymyśla w sądzie głupot, że przeze mnie jest chory psychicznie, powie, że go zdradzam, i całą winę zrzuci na mnie, to będę musiała mu płacić alimenty albo w ogóle nie dostanę rozwodu. Karol uprzedzał, że w tej sytuacji wszystko może się zdarzyć, Tomasz i jego matka są nieobliczalni.

– No właśnie. – Wiktor pstryknął palcami. – Rozwód może ciągnąć się latami. Jak w tym czasie będzie wyglądać nasze życie?

– Tak jak teraz.

– Mamy więc nadal składać sobie wizyty? Przecież wszystko tu urządziłem – zatoczył ręką półkole – z myślą o was, żebyście wprowadziły się do mnie.

– Naprawdę to doceniam, ale od samego początku mówiłam ci, że na razie nie wchodzi to w grę, a ty się jak zwykle uparłeś, żeby postawić na swoim.

– Bo chcę, żebyśmy żyli normalnie. – Lekko potrząsnął złożonymi dłońmi Joanny. – Pomyśl też o Tosi. Śpicie we dwie na jednej wersalce. Tosia zaraz idzie do zerówki. Gdzie w tej klitce na Pradze wstawisz jej choćby biurko, nie mówiąc już o osobnym łóżku?

– Wiem, nie musisz mi tego uświadamiać – rzuciła rozdrażniona poczuciem winy, w jakie nieświadomie ją wpędzał.

Z pensji, którą płacił jej Karol, Joanna utrzymywała siebie i dziecko, ale oszczędzała każdy grosz, żeby choć niewielkimi ratami spłacać Danielowi swój niebotyczny dług. Jeszcze się nie upomniał o zwrot, ale że się upomni, tego była pewna. Dlatego nawet nie rozważała wynajęcia czegoś lepszego. Sama nie mogła patrzeć na kartony poupychane w ciasnej kawalerce, od jesieni nierozpakowane. Zajmowały prawie całą długość ściany w wąskim przedpokoju, piętrzyły się w kuchni między rozlatującymi się szafkami a lodówką, ale nigdzie nie było skrawka wolnego miejsca, by mogła poustawiać schowane w nich książki, pościel i rodzinne pamiątki, których nie sprzedał komornik. Sytuację ratowałby drugi pokój, gdzie właścicielka mieszkania trzymała pod kluczem swoje rupiecie.

– Już rozmawiałam z Kotkowską – wysunęła kontrargument – może odnajmie mi drugi pokój, jak wróci z sanatorium.

– Odnajmie drugi pokój! – powtórzył z ironią Wiktor. – Tośka tutaj ma gotowy pokój. A ty w kółko mówisz, „nie”, bo Tomasz. Dlaczego facet, który wpuścił cię na taką minę, nadal ma sterować twoim, a właściwie już naszym życiem? To po prostu nielogiczne – nakręcał się coraz bardziej.

Blizna na jego policzku to napinała się, to kurczyła. Wstał, wsunął końcówki palców w kieszenie dżinsów i bez celu przemierzył pokój tam i z powrotem. Wyglądał podobnie jak ona sama rankiem, gdy wydeptywała ścieżkę przed sądem.

– Bo czy tego chcesz, czy nie, formalnie on jeszcze jest częścią mojego życia i nie zrobię niczego, żeby tę sytuację przedłużyć! – Podniosła głos niepomna, że jest noc i za ścianami z betonu śpią sąsiedzi.

– Wobec tego na którym miejscu w twoim życiu jestem ja? – spytał zwrócony twarzą do okna. – Na pierwszym, jak widać, nadal jest twój mąż i to jemu podporządkowujesz wszystko. Mam być tylko dodatkiem?

Złośliwość zawarta w tym pytaniu zapiekła Joannę. I ta poza Wiktora, gdy zwrócony do niej tyłem, z rękoma w kieszeniach to wznosił się, to opadał na bosych stopach.

Jak on mógł coś takiego powiedzieć? Właśnie teraz, gdy ledwo doszła do siebie po tak koszmarnym dniu. Jak w ogóle mógł coś takiego powiedzieć? Po tych miesiącach, gdy byli razem. Po tym, gdy kochali się z nienasyconą namiętnością. Bez skrępowania, zahamowań, po uszy zanurzeni we wzajemnej chemii, on jeszcze ma wątpliwości, kim dla mnie jest? Nie mieściło jej się to w głowie.

– Wiesz co? – Wstała, wyjęła z kieszeni szlafroka komórkę i wybrała ze spisu poszukiwany numer. – Dziękuję ci za kolację, za to, że się mną zająłeś, ale na dziś mam dość.

Przeszła z pokoju do korytarza. Wiktor w mgnieniu oka zjawił się przy niej.

– Aśka, nie wygłupiaj się. – Zastąpił jej drogę. – Gdzie dzwonisz?

– Po taksówkę. Wracam do siebie.

– Przestań. – Wyjął telefon z jej ręki i schował do kieszeni. – Nie chciałem, żeby tak wyszło. Zachowałem się jak głupek. Miałaś fatalny dzień, a ja jeszcze ci dokładam. Chyba mi odbiło, ale naprawdę męczy mnie ta życiowa prowizorka. Nie mogę zdzierżyć, że sama szarpiesz się ze wszystkim, widzę, ile cię to kosztuje, dlatego puszczają mi nerwy. Przepraszam, nie sprzeczajmy się dłużej – prosił, objąwszy ją wpół.

– Ja nie zaczęłam – wypomniała. – Myślisz, że mnie jest łatwo?

– No wieeeem – przyznał. – Ale przecież chciałaś się ze mną śmiać i płakać, kłócić, potem godzić, kochać się, odkryć ze mną wyspy szczęśliwe, sama tak mówiłaś.

– Mówiłam i nadal tego chcę, jednak czasem trzeba się ugiąć przed okolicznościami.

– I właśnie z tym trudno mi się pogodzić. Po prostu chciałbym, żebyśmy tak zwyczajnie, po ludzku byli szczęśliwi. Budzili się razem i zasypiali. Na co dzień, a nie tylko od okazji do okazji. Czy to tak wiele?

– Niewiele – zgodziła się z nim. – Ja też tego chcę, tylko spotkaliśmy się w trochę niedobrym momencie. Nie powinniśmy pokazywać, że jesteśmy razem. Ale przyjdzie taki czas, że będziemy bardzo szczęśliwi, zobaczysz. Jeszcze wszystko przed nami, niech tylko skończy się ten rozwód – tłumaczyła już bez wcześniejszej irytacji. Przecież pragnęła tego samego co on. – Na razie musi zostać, jak jest. Bądź cierpliwy i pozwól mi najpierw poukładać sprawy. I proszę, obiecaj, że więcej nie będziemy do tego wracać. Po co nam kolejne kłótnie o to samo?