Dodatkowa duszaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Epilog

Od autorki

Opieka redakcyjna: PIOTR TOMZA

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Konsultacja historyczna: prof. ANDRZEJ ŻBIKOWSKI

Korekta: MARTA KOŁPANOWICZ, AGNIESZKA STĘPLEWSKA, JOANNA ZABOROWSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: JAKUB KAMIŃSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Nordic Style

© Copyright by Wioletta Grzegorzewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07190-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Hani i Henrykowi Jakubowskim,

Ich dzieciom – Julianowi i Martinowi,

oraz Ich wnukom – Hudsonowi, Adeline i Clarabell

Dodatkowa dusza błogością napełnia

Ludowi rozbitemu drugie daje tchnienie

(fragment pieśni szabasowej Jom ze le-Israel

Izaaka Lurii, przeł. Piotr Paziński)

Rozdział pierwszy

Gwizd parowozu odbił się od ściany lasu. Pociąg jadący w stronę mostu na Bugu zwolnił. Julian Brzeziński schował pięciogroszówkę do kieszeni i spojrzał w okienko bydlęcego wagonu. Śrubka wykręcona monetą spadła na podłogę. Metalowy uchwyt od walizki został mu w dłoni. Ukrył go w kieszeni spodni i pożegnawszy się ukradkiem z żoną Hanką, bratem Mietkiem, bratową Frydą i kilkuletnią bratanicą Żenią, z trudem przecisnął się do okienka wzdłuż odkażonej wapnem chlorowanym ściany. Wśród szeptów, płaczów i pocieszeń, wśród kołysanek, przekleństw i zaklęć usłyszał hebrajskie słowa kadyszu i to dodało mu odwagi. Nawinął na uchwyt drut okalający okienko, szarpnął. Boczne mocowania ustąpiły. Dopiął kamizelkę. Z przyzwyczajenia przeczesał włosy, jakby wybierał się na spacer. Zaparł się nogą o ścianę wagonu, podciągnął na rękach, wysunął przez okienko prawą dłoń i przytrzymując się krawędzi dachu, wychylił się na zewnątrz. Spróbował wyskoczyć, ale nie dał rady przecisnąć się przez wąski otwór. „Zaklinował się” – usłyszał za sobą szepty żony i brata. Poczuł na plecach kilka par dłoni, które zaczęły go wypychać. Naprężył mięśnie ramion i karku. Deska pękła. „Udało się!” Zawisł po drugiej stronie. Puścił się i upadł na utwardzony wał przy torach. Zamroczyło go na kilka sekund, ale zanim maszynista wychylił się z breku, on resztkami sił przeczołgał się do porośniętego olszyną rowu i zanurzony do połowy w brudnej wodzie zemdlał.

W rozgrzanej słońcem ziemi dudnił jeszcze pociąg. Lasek pohukiwał i puchł od wilgoci. Śmigały w nim niewidzialne skrzydła. Kropla rosy spadła z liścia na jego powieki, kolejna zwilżyła usta. W górze pękały gałązki pod naporem zwinnych łapek wiewiórki albo ptaka. Coś siedziało w koronach drzew, przeżuwało szyszki i wypluwało puste nasiona. Czas wracał do siebie, a wraz z nim zapachy ziemi, kurzu, krwi oraz ból w rękach i klatce piersiowej. Opierając się pokaleczonymi dłońmi o drzewo, Brzeziński wstał z wysiłkiem, zaczekał, aż miną mu zawroty głowy, otrzepał się z igieł i ociekający cuchnącą wodą, wszedł w głąb lasu. Zerwał z prawego ramienia schandeband, opaskę hańby, i wepchnął ją pod korzeń. Ukryty w krzakach, zajrzał do nawilgłej kenkarty i dopiero teraz zauważył, że litera „J” – od „Jude” – na okładce jest uwięziona w czarnej ramce. Przyjrzał się swojej fotografii, z pieczęcią orła z ciążącym mu przy ogonie wieńcem i swastyką, oraz odciskom palców wskazujących z prawej i lewej dłoni. Urodzony 14 maja 1899 roku w Przywitowie. Okręg: Warschau, Land: Generalne Gubernatorstwo. Zawód wyuczony: inżynier, zawód wykonywany: kupiec, wyznanie: mozaizm, przynależność narodowa: Jude. Przełknął ślinę. Dzieci poniżej lat czternastu: Marcin Brzeziński. Ważne do 17 lipca 1947. „Jeszcze pięć lat? Wasze niedoczekanie!” Podarł dokument na strzępy i rozrzucił je po kępkach wrzosu. Zjadł garść przejrzałych jeżyn i tak jak go nauczył kolega z wojska, naciął płaskim kamieniem pień brzozy, zebrał skapujący płyn w dłonie, napił się słodkawej oskoły, a potem, uważając na zastawione w paprociach wnyki, zatrzaski i sidła, wyszedł z lasu i powlókł się na pagórek, zza którego wysnuwały się dratewki dymu. Zachodzące słońce zmieniało widoczny w oddali Bug w strugę denaturatu.

Stojąc na pagórku za gruszą, obserwował chaty z pozamykanymi okiennicami, przez które światło wyciekało na zasnute mrokiem podwórka. Wioska w dolinie wydawała się tak spokojna, jakby zapomniała o wojnie. Podniósł znalezioną na miedzy świńską kość, zszedł ze wzgórza przez porośnięty przekwitającym dziurawcem parów i zbliżył się do chałupy, która stała na uboczu. Schował się za kupą gnoju w obawie, że pies go wyczuje i zrobi rejwach, ale obłaskawiona kością psina obwąchała tylko jego brudne, przesiąknięte wieczorną rosą nogawki i zaległa pod czółnem opartym o ścianę stodoły. Nie chcąc robić hałasu, wyminął studnię, napił się prosto z kubła deszczówki smakującej zbutwiałymi liśćmi, stanął za pomalowanym w barwne kłosy narożem chaty i nasłuchiwał.

Okiennica się uchyliła. W żółtej kluzie okna przetasowały się dwie postacie.

– Ktoś się burzy – usłyszał głos kobiety.

– Kto zaś? – odparł jej męski głos.

– Nasz Wojtuś zjechał z wojaczki.

– A idź. Każdego powsinogę będziesz brać za niego.

Rozczochrany mężczyzna, wyglądający na rówieśnika Brzezińskiego, stanął na progu, odłożył naftówkę na odwrócone do góry dnem wiadro i sięgnął do kieszeni. Wydobywszy kapciuch z machorką, oderwał palcami kawałek gazety, zgiął go w rynienkę, nałożył tytoniu i wprawnym ruchem starego palacza skręcił papierosa. Draska wydała iskrę. Przysłonięty dłonią ogieniek rozbłysnął w ciemności. Po podwórku rozniósł się przyjemny zapach palonej machorki.

– Jest tam kto? – zapytał chłop, wydmuchując dym. – Wojtuś, ty żeś to?

Julian wyszedł zza węgła.

– Pochwalony – przywitał się z chłopem na wszelki wypadek po chrześcijańsku.

– Sława Isusu Chrystu – odparł tamten.

Brzeziński potrącił wiadro butem. Naftówka zachwiała się, oświetlając jego brudne ubranie, podkrążone oczy i zapadnięte policzki.

– Wszelki duch... A kto wy? – zapytał chłop.

– Dobry człowieku, wybaczcie, że was nachodzę tak po nocy, ale zgubiłem się. Można by tu przenocować? – Wskazał na stodołę. – Rano sobie pójdę.

Gospodarz oparł się ręką o futrynę, zgniatając przypadkiem brudnicę, która zakamuflowała się na sęku, i trwał w milczeniu, jakby na coś czekał.

Julian sięgnął do kieszeni i podał mu „górala”.

W pierwszej chwili chłop się zawahał i kiedy zdawało się, że zawróci do chaty i zatrzaśnie mu drzwi przed nosem, capnął banknot, ukrył go za cholewą trzewika i gestem zaprosił do środka.

Stanęli naprzeciw siebie w ślepym przedsionku pod wiankiem macierzanki, jak dwa wilki, które spotkały się przypadkiem na ciemnej polanie.

Chłop puścił gościa przodem do izby, gdzie jak dorodna pieczarka wynurzył się z półmroku bity z gliny piec chlebowy, dalej stół z dwiema ławami, maselnica, miotła i coś, co wyglądało na kołyskę wyłożoną słomą, w której na poduszce drzemał kot. Na jednej ścianie wisiały wyprawione głowy ryb, na drugiej ikony w posrebrzanych ramkach.

Na widok Brzezińskiego szczupła kobieta o ciemnych włosach splecionych w warkocz odłożyła koszyk z fasolką, którą łuskała, dopięła koszulę, narzuciła na głowę chustkę i naprędce wytarła rękawem lśniący od tłuszczu stół.

– Prosim, prosim. Usiednijcie se.

– Ludka wam zara krupy nawarzy, ino drew podłoży pod blachę – odezwał się chłop.

– Nie ma drew – wtrąciła gospodyni.

– Zaś nie ma? Rano żem narąbał.

– Ale wyszło.

– To ja skoczę na podwórek. – Nie chcąc się sprzeczać przy obcym, złapał czapkę i wyszedł z chaty.

Po ukradkowych oględzinach niespodziewanego gościa gospodyni uchyliła skrzynię i bez słowa podała mu wykrochmaloną koszulę.

 

– Na was będzie jak ulał.

Julian podziękował i podniósł się z ławy.

– Tutej możecie się rozdziać. – Wskazała kąt w przedsionku za płócienną zasłonką, gdzie była urządzona prowizoryczna umywalnia z miednicą na taborecie, ścierką i kostką czegoś szarego, oblepionego zdechłymi muszkami, co wyglądało na mydło.

Starając się nie patrzeć na swoje odbicie w ukruszonym na rogach lusterku, rozebrał się do pasa, nalał z dzbanka zimnej wody do miednicy, zanurzył w niej dłonie. Sycząc z bólu, oderwał z nich farfocle zdartej, brudnej skóry, umył palcem zęby i przebrał się w czystą koszulę.

Kiedy wrócił do izby, onieśmielona jego obecnością gospodyni kręciła się po trojaku, trzaskając garnkami, zamiotła uschnięte obierki pod piec, chodziła od komory do sieni, od sieni do komory. Dziesięć minut później chłop uchylił nogą drzwi.

– Nu – zwrócił się do Juliana, odłożywszy koszyk z drewnem. – Tera wyglądacie jak człowiek.

Usiadł na zapiecku, obserwując żonę, która próbowała napalić w piecu. Uchyliła boczne drzwiczki, wsunęła w nie kilka polan i nakrywszy je suchymi gałązkami igliwia, wskrzesiła draską ogień. Dym buchnął kłębem przez fajerki prosto pod okap.

– Cugu cosik ni ma – zakaszlał chłop.

Na te słowa pojedynczy płomyczek zapełgał, wystrzelił w górę i rozplenił się pod blachą. Chałupę wypełniła kojąca żywiczna woń palonego igliwia.

Pół godziny później Julian dostał na kolację michę kaszy okraszonej skwarkami, które ukradkiem wsuwał kotu pod stół. W pierwszej chwili odrzucił go zapach wieprzowego sadła, ale głód okazał się silniejszy.

Gdy skończył jeść, gospodarz zniknął w komorze i wrócił z chlebem, nabitą na drut wędzoną słoniną i zakorkowaną butelką. Rozlał bimber do stakanów. Zabrzęczało szkło.

– Zdrowie gospodarzy. – Julian podniósł szklankę i upił łyk trunku. – Uch, mocne.

– Nu – uśmiechnął się chłop, klepiąc go w obolałe plecy. – Bez zapojki nie idzie. Przepijcie se kompotem.

– I wyśmienicie doprawione. Czym, jeśli można spytać?

– Bukwicą.

– O czymś takim nigdy nie słyszałem.

– To ziele – wtrąciła się gospodyni i podetknęła Julianowi pod nos torebkę z suszem.

– Mówimy na taki samogon księżycówka, bo w miesiączek dochodzi – odezwał się chłop.

– Sam pan pędzi?

– Ludki baćko pędzi na bagnach.

Kobieta szturchnęła męża w bok, a ten zamilkł.

– A, a, aleście się potrzaskali – wtrąciła się do rozmowy. – Ziebro może być pogruchotane.

– Zna tu pani jakiego doktora?

– A siedzi na kolonii taki jeden. Przyjechał nie wiadomo skąd i za felczera się podaje, ale po niego posłać nie możem, bo trzyma z sołtysem. A ten sołtys to folks. Ziomala wydał, suka, za dwa kilo cukru. – Splunęła na podłogę. – Jutro wam przyniesę od babki maść na bolienie.

– Proszę się nie kłopotać. Rano sobie pójdę. Muszę jak najszybciej wrócić do Warszawy.

– A co wam tak pilno do stolicy?

– Syn tam na mnie czeka.

– A to insza sprawa.

Wymienili jeszcze kilka zdań o kończącym się lecie, o zbliżających się wykopkach i o wojnie. A kiedy Julian zapytał chłopa o czółno, które widział przy stodole, ten się ożywił i zaczął opowiadać, jak za młodu wypływał z ojcem na Bug.

– O, ta-akie sandacze brały. – Pokazywał na stole, przewracając naczynia, które gospodyni starała się łapać, nim upadły. – Ta-akie szczupaki, ta-aakie sumy i białoryby!

W końcu zapadła cisza, przerywana strzykaniem ognia pod blachą i pomrukiwaniem kota w kołysce. Samogon zabuzował w głowie, zniekształcając wnętrze chaty.

Julian zmrużył oczy, jakby oglądał gospodarzy przez lupę. Ich twarze przybliżały się i oddalały, wirując jak purimowe maski z tektury. Haftowane makatki wsiąkały w pobielone ściany. Zabłąkana osa uderzała skrzydłami o fajansowe talerze ustawione na policach przybitych przy belkach stropowych.

– Nie kimajta, bo was okradną – przebił się do niego z innej przestrzeni głos gospodarza.

Wyrwany z drzemki, podskoczył na ławie, potrącając łokciem butelkę. Resztka samogonu wylała się na podłogę.

– Późna pora się zrobiła – chrząknęła znacząco gospodyni i ziewając, zaczęła zbierać naczynia ze stołu.

– Nu, pójdziem do spichrza – powiedział gospodarz, przeciągając się.

W plamie światła podreptali z psem na podwórko.

– I mnie czasem trza się uwalić na sianie – odezwał się chłop, kiedy weszli do stodoły. – Jak za późno wrócę z gospody.

Uśmiechnął się pod wąsem i omiótłszy naftówką kąty, rozejrzał się po boisku, wygrzebał z plew pod sieczkarnią butelkę, obtarł ją rąbkiem koszuli i usiadł na drewnianej skrzynce.

– Prysnęliście z pociągu?

Julian skinął głową i usiadł na szczeblu drabiny zbitej z konarów brzozy.

– Nie myślcie, że ja nie wiem, kaj te czyhunki idą. Sto, sto dwadzieścia, sto pięćdziesiąt, a i nieraz sto osiemdziesiąt ludzi w jednym wagonie tego lata!

– Skąd pan wie?

– Mój szwagier na kolei robi, a kolej zawsze pierwsza wie o wszystkim. Naczelnicy stacji znaczą kredą każdy wagon. Przy krajowych transportach zostawiają w rubrykach puste miejsca, a przy zagranicznych zapisują stacje przeznaczenia, nach ziel.

Sięgnął odruchowo do kieszeni po kopciuch z machorką, ale zorientowawszy się, że siedzi w stodole wypchanej po brzegi suchą słomą, zrezygnował.

– Polazłem ci ja raz do lasu po chrust – wyszeptał, pochyliwszy się nad Julianem, i podał mu butelkę, a ten pociągnął łyczek. – Przycupłem przy torach za iglakiem i widzę, jak te Żydy uciekają bez okienka, dziury wybite w ścianach, młode, stare, kobity z żulikami w betach, a potem ino słychać gruchotanie karabinu.

Zagapił się na dyndający pod okapem, nasiąknięty od porannego deszczu powrozek, z którego ciemne krople sączyły im się prosto pod nogi.

– Ze dwie niedziele temu wyskoczyło z pociągu dwóch chłopaczków. Ukrainiec ich złapał, ale do wagonu nazad nie wrzucił, bo się bał, że jak drzwi roztworzy, to mu inne pouciekajo. Temu większemu kazał usiąść na ziemi przy nasypie, młodszego posadzić na kolana. Zastrzelił ich jedną kulą i późni się tym chwalił w kantynie.

Julian pobladł, zaciskając dłonie na szczeblu drabiny.

Chłop musiał to zauważyć, bo zmienił temat.

– No to jak, po poslednim? – Pokazał na butelkę.

Brzeziński zaprzeczył dłonią.

– A to na sam koniec wam powiem, że cztery krowy, cztery jałowniaki, kozy i świnie kazali nam Niemce w remizie zdać, ale my im odpłacili pięknym za nadobne. Gęba sama mi się uśmiecha, jak o tym myślę. W nocy pochowaliśmy się po rowach przy torach. Na znak dany przez szwagra rzucilimy się do stojących wagonów, podmienili wypasione świnie na prosiaki. Cha, cha! Tak nam się to podkładanie świni Niemcu spodobało, że dwie niedziele późni poszlimy do lasu partyzantkę robić. Podkowy na szyny zakładać.

– Jak podkowy?

– Kamieniami nie idzie wykoleić pociągu. Ściska się taką podkowę, obcęgami, i zakłada na szynie. Ino na straż kolejową trza dać pozór, bo jak cię taki zobaczy przy torach, to z miejsca strzela, bez żadnego tam krzyczenia Hände hoh.

– Bazyli, Bazyli Iwaniuk, do dom! – Usłyszeli nawoływanie gospodyni, która stanęła przed chatą w koszuli nocnej. – Kaj żeś się stracił?

Chłop zerwał się ze skrzynki jak oparzony.

– Ale żem się zagadał. Nu, śpijta. Nie będę wam wincy głowy durzył. – Zamknął wrota stodoły na kołek i zaczął się kręcić po obejściu, naciągnął wody ze studni, zatrzasnął okiennicę i zaryglował drzwiczki chlewa.

Tymczasem Julian rozejrzał się po stodole w poszukiwaniu narzędzia, które posłużyłoby mu do obrony, i uważając, by nie nadepnąć na widły, stanął pod powieszonymi na gwoździach podkowami. Zdjął ostrożnie sierp z haka, po omacku wybadał dłonią chropowatą deskę, która zdawała się luźniej przylegać do poprzecznej krokwi, i wybił ją z buta. Kiedy awaryjna droga ucieczki była gotowa, wspiął się po drabince na sąsiek, tam zdjął wilgotne buty i zakopał się w sianie z sierpem ułożonym przy ręce, podkładając pod głowę znalezioną obok płachtę. Nie szło jednak spać. Ból w klatce piersiowej dokuczał. Noc się dłużyła. Kołatek skrzypiał w więźbie.

Pomyślał, że gdyby przed wojną wysłał list do kuzynki Niuty z Argentyny, nie musieliby znosić tego wszystkiego. Dopiero teraz, po kilku latach, przypomniał sobie rozmowę ze szwagrem Mietka, Józkiem Osnosem, który miał fabrykę czajników elektrycznych i żelazek Kaloryt SA i dorobił się majątku na pośrednictwie w sprzedaży diamentów między Francją a Belgią. Wpadli na siebie wiosną trzydziestego dziewiątego na Nalewkach.

– Coś taki nie w sosie? – spytał Józka.

– Śniło mi się, że to wszystko zamieni się w gruz. – Wskazał ręką na pobliskie kamienice i schował do kieszeni płaszcza gazetę, z której Julian zdążył pochwycić wzrokiem nagłówek o trzymaniu palca na cynglu. – W Europie robi się niebezpiecznie, Julku. Poważnie się zastanawiam, czy nie wyjechać z żoną i synkiem do Indii. Tobie też radzę o tym pomyśleć. Jakby co, pomogę wymienić gotówkę na diamenty.

Julian wybrał się na ten spacer z Marcinem. Na Nalewkach w jaskrawym świetle kwietnia odznaczały się szyldy pasmanterii, obiadów domowych, pracowni beretów, kapeluszy, pończoch, teczek i produkcji wędlin. Choć wieści ze świata były niepokojące, tutaj panował spokój, życie toczyło się niezmiennym rytmem. Zbliżał się szabas. Dzielnica pustoszała. Pachniało pieczoną rybą i rosołem. Spóźniona dziewczynka wybiegła z piekarni, trzymając w obu dłoniach zawinięty w ścierkę, parujący gar czulentu. Minął ich miotlarz z wiązką wikliny na plecach. Na przystanku tramwajowym zadzwoniła siedemnastka. Wprawdzie 23 marca Niemcy zajęli Kłajpedę i Julian sam miał złe przeczucia, wciąż jednak żywił nadzieję, że to wszystko nie skończy się wojną. Nie chciał myśleć o wyjeździe z Polski. Jego rodzina mieszkała tu od pokoleń, czuli się Polakami i traktowali ten kraj jak własny. Tamtego wiosennego dnia, po spotkaniu z Józkiem Osnosem, długo wędrowali po mieście. Bruk w centrum lśnił, spłukany ulewą. Słońce gubiło się w wysokich oknach kamienic. Marcinek oglądał wystawy sklepików filatelistycznych, a on patrzył na przechodniów. Gesty warszawiaków wydawały mu się wtedy tak pewne i zdecydowane. Przed wojną ludzie inaczej się poruszali, w wyglansowanych szuwaksem butach kroczyli raźno przed siebie, ufnie spoglądając w przyszłość spod eleganckich kapeluszy, i przebiegali ulicę przed rozpędzonymi samochodami i dorożkami, jakby polegali na losie.

Wstąpili do cukierni. Zamówił synowi gorącą czekoladę i kiedy ten był zajęty oglądaniem nowych znaczków z serii safari, Julian, popijając herbatę, pochylił się nad zagadką szachową w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”, ale nie mógł się skupić. Słowa Józka nie dawały mu spokoju. Postanowił, że zaraz po powrocie do domu napisze list do kuzynki Niuty, która mieszkała w Buenos Aires przy ulicy Lavalle, ale kiedy dwie godziny później wrócił, zjadł tylko na kolację ulubioną sałatkę wiedeńską, a potem zmęczony zasnął w fotelu i o wszystkim zapomniał, a może nie chciał pamiętać. Na pustą kopertę z adresem Niuty natknął się pod koniec sierpnia, kiedy szukał w szufladce biurka zielonej książeczki wojskowej, lornetki i pistoletu, a potem wyszedł z mieszkania, żeby ochłonąć. Pod słupem ogłoszeniowym zebrał się tłum zdezorientowanych ludzi, którzy spoglądali na plakat z obwieszczeniem o mobilizacji powszechnej. W radiu usłyszał, że nowe linie żeglugowe uruchomiły tańsze połączenie do Argentyny, ale było już za późno.

Obudził się rozgorączkowany przed świtem, wytrzepał plewy ze skarpet, zszedł z sąsieka i przez szparę między deskami wyjrzał na podwórko. Na zewnątrz gwiazdy wsiąkały w popielate niebo, słońce wciąż nie wschodziło, a cukrówki pod okapem już zaczynały gruchać.

– Cosik długo nie wychodzi – usłyszał zachrypnięty głos chłopa, który z rozmachem wbił siekierę w pieniek.

– Widać, zaćmił na sianie – odparła gospodyni. Postawiwszy wiadro na oprószonym słomą progu obory, obtarła ręce o fartuch i przecedziła spienione mleko przez sitko.

– I czego burczysz?

– Ty burczysz, bo cię suszy i poprztykać się chcesz z samego rana. Wiecznie podcięty snujesz się po polach jak jaki dziad, a ja pierę ci i pitraszę.

– Ty myślisz, że ja nic nie robię, ino żłopię. – Poszukał w kieszeni kopciucha. – A kto kopiec oporządził, kto posiał, poorał i drewna z lasu nazwoził? Nu? – Rozejrzał się po podwórku i dodał ciszej: – Pokapowałem, że to Żyd. Piniondz u niego jest.

– Widziałach bez łokno, jakżeś mu zakitrał tyn piniondz.

 

– Przed tobą nic się nie ukryje. – Zarumienił się.

– I po coś brał?

– Dał „górala”, tom wzion. Dach w spichrzu przecieka. Na świętego Dymitra trza będzie załatać. – Usiadł na pieńku i westchnął. – Bracia Zagajce gadali wczera, że kilku takich zaźgali przy torze.

– Zbóje. Ktoś ich powinien nauczyć rozumu.

– Pryndzy czy późni, przyjdzie na nich kryska na matyska. – Splunął w popielisko. – Zakurzę se i podprowadzę Weronkę na parów, żeby się popasała, a ty idź, powiedz mu, żeby się zbierał, skoro chciał iść z samego rana. Daleka droga przed nim.

– A wczera gadał ci co wincy?

– E, nie. Zastraszony jest.

– I chudy taki, poobijany. U nos niech się ostanie do niedzieli, wykuruje się. Nu, co ci szkodzi?

– Banialuki gadasz.

– Przecie on jada jak ptaszek.

– Nie o to się rozchodzi, ile on jada. – Spojrzał na drogę. – Ludzie mają długie jęzory. Dojdzie, gdzie nie trza, i będzie po nas.

– Po wsi rozpowiesz, że ziomal z Siedlec przyjechał na wykopki.

Bazyli wyszczerzył pożółkłe od machorki zęby.

– Taki z niego ziomal jak ze mnie batiuszka. Przecie zrazu widać, że on miastowy. Warzechą jeść nie umie i nie żegna się po naszemu.

– A ty się żegnasz?

– Nie durz głowy. – Odłożył garnczek na pieniek i poczłapał w stronę obory. – Zanieś mu co do jedzenia – powiedział na odchodne. – A ja Weronkę wyprowadzę na parów, żeby się popasała.

– Ino mi tam zaś nie chlej, bo cię doma nie wpuszczę! – zawołała za nim, a potem w towarzystwie kur przecięła podwórko i zniknęła z wiadrem w chacie.

Nie minął kwadrans, jak podreptała do stodoły, taszcząc miednicę z wrzątkiem. W kieszeń fartucha wepchnęła słoiczek z maścią, a na ramię zarzuciła skrawki płótna.

– Śpicie? – zawołała do Juliana, stając przy drabinie. – Bo jak nie, to byście tu zeszli. Opatrzę was na drogę.

Julian wygrzebał się z siana i przytrzymując się szczebli, zszedł na dół.

– Za wszystko się pani odwdzięczę.

Gospodyni, puściwszy jego słowa mimo uszu, przemyła szmatką zranione miejsca, stłukła liście kapusty drewnianą łyżką, by puściły sok, i obłożyła mu klatkę piersiową. Słońce wpadające do stodoły oświetlało jej ładny profil, lekko zadarty nos i piegowaty dekolt, przędło złote nitki w wystającym spod chustki warkoczu.

– Niech się tak nie wierci, bo go poparzę. – Obtarła do sucha rany, odkaziła je żółtą mazią i owinęła mu skaleczone dłonie skrawkami płótna. Poczuł dawno zapomniany zapach dziegciu.

– Wiela tymu waszymu żulikowi bydzie roków? – zagadnęła.

– W styczniu skończył dwanaście – odparł i upił łyk mleka. – Gdyby nie wojna, byłby już w pierwszej klasie gimnazjum. – Sięgnął do kieszeni kamizelki i pokazał jej wymięte zdjęcie. – O, tu ma sześć lat.

– Nieboraczek. Pewno mu ciężko samemu – westchnęła. – A ślubna wasza?

– Pojechała na Małkinię, w tych bydlęcych wagonach, bez wody i jedzenia.

– Mój Boże. Jakie to straszne czasy nastały. – Otarła rękawem powieki. – Nasz Wojtuś chciał robić bohaterstwo. Poszedł we wrześniu na wojaczkę i tylem go widziała. Inne wróciły, a on przepadł bez śladu. Może go tam kaj trzymają i jak wojna się skończy, to go wypuszczą?

– Mnie wypuścili. Po wymianie jeńców.

– Po jakiemu?

– Takie były warunki kapitulacji z Hitlerem.

– A niech go szlag. Tego Hitlera. Skąd się taki wzion? – Splunęła na klepisko i zatrzasnęła za sobą wrota z taką werwą, że aż zadrżały pajęczyny po kątach.

Kiedy wyszła, pomyślał, że zamiast się wylegiwać na sianie, powinien jak najszybciej wrócić do Warszawy i podać zaległe pieniądze ludziom, u których ukrywał się Marcin. Mimo zawrotów głowy wyszedł ze stodoły i zaczął się myć w cebrzyku przy studni. Kiedy chłodna woda wylała się mu na stopy, zauważył, że ma dziurę w prawym bucie. Poszedł do chaty, żeby poprosić gospodynię o kawałek gałganka.

Nie było jeszcze dziewiątej, kiedy Bazyli Iwaniuk przywiązał Weronkę w parowie, pociągnął kilka łyków z butelczyny ukrytej w dziupli i ułożywszy się na murawie, zsunął kapelusz na czoło. Ukontentowany żuł źdźbło trawy, od czasu do czasu opowiadając Weronce o bieżących troskach, wydatkach, a ta strzygła uszami, jakby go naprawdę słuchała.

W oddali rozległo się buczenie. Chłop otworzył jedno oko, potem drugie, zamachnął się ręką, jakby chciał przegonić latającego nad głową trzmiela, a kiedy bzyczenie nie ustawało, usiadł i przysłaniając oczy daszkiem z dłoni, spojrzał w stronę drogi. Coś błyskało z daleka i rzucało zajączki na dachy. Bazyli zerwał się na równe nogi. Stary Zagajec pruł na motorku w stronę gospodarstwa, gdzie na placu przy chlewie zebrało się kilku chłopów uzbrojonych w widły i kije. Dowodził nimi sołtys, który gestykulując nerwowo, pokazywał na las. Bazyli sprawdził węzełek na kołku, poklepał Weronkę po boku i pognał do domu.

– Zbierajta się! – wykrzyknął, wpadłszy zdyszany do chaty tak głośno, że aż kot drzemiący w kołysce uciekł pod stół. – We wsi coś się szykuje. Trza uciekać.

Julian zerwał się z ławy, narzucił na ramiona kamizelkę, która przez noc zdążyła przeschnąć, i był gotowy do odejścia.

– Ludka was podprowadzi na drogę, a ja tu zostanę i w razie czego ich zatrzymam – zwrócił się do niego Bazyli.

– Nabierę onemu kartofli – szepnęła gospodyni do chłopa, kiedy Julian wyszedł do przedsionka.

– Surowymi kartoflami się nie naje – odparł. – Spakuj mu lepi bułę chleba, masło i cebulę.

Kiedy gospodyni wyszła do komory, Bazyli podszedł do Juliana.

– Idźcie z Bogiem i nie wsiadajcie do pociągów, bo was złapią – powiedział, po czym sięgnąwszy do kieszeni spodni, oddał mu „górala”.

Brzeziński wyciągnął rękę, ale zamiast zabrać banknot, zamknął go w dłoni chłopa i próbował ją ucałować, ten jednak wyrwał rękę, wymamrotał coś, co zabrzmiało jak „nie wydurniajta się”, odwrócił się na pięcie, wybiegł na podwórko i zagwizdawszy na psa, wziął go pod pachę, a potem stanął przy furtce.

Pobiegli ścieżką wzdłuż sośniaka do głównej drogi, skąd było widać kamienny trakt do Warszawy – najpierw Ludka ściskająca na piersi pakunek z wałówką, za nią Brzeziński, próbując nadążyć za majtającym na boki warkoczem.

Zatrzymali się na rozwidleniu dróg, przy ogrodzonej płotkiem białej kapliczce z prawosławnymi krzyżami na wieżycach. Julian oparł się o murek, ledwo oddychając. Balsamiczne, przesiąknięte zapachem drzew iglastych powietrze ćmiło go w nosie. Pod powiekami migotała zieleń.

Dobiegł ich stukot kopyt i turkot kół. Zza zakrętu wyjechała fura. Julian kucnął, a gospodyni, ku jego zaskoczeniu, wyskoczyła na drogę.

– Kuźwa, kobito, życie ci niemiłe? Koń by cię zadeptał! – zbeształ ją starszy mężczyzna w kapeluszu przewiązanym bordową aksamitką.

– Inaczy byś nie stanął.

Staruszek zacisnął dłoń na bacie, jakby zamierzał popędzić konia i odjechać.

– Weźcie tego pana, baćko!

– Zdurniała czy co?

– Trza mu do Warszawy.

– A co to ja fiakier? Niech se kogo najmie. Do młyna mi trza. – Spojrzał spod byka na Juliana i machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.

– Nie dajcie się prosić.

– Napytam se biedy – powiedział. – We wsi coś się święci. Jak pokapują, żem mu pomógł, to mi te psubraty Zagajce stodołę podpalą.

– I wy się ich boicie?

– Pies ich jebał.

– Oni chcą zabić niewinnego człowieka, co wyskoczył z pociągu dla ratowania syna – powiedziała ciszej. – Jak tak dali będziecie kwękać, to go zatłuką na waszych oczach i do końca życia będziecie go mieli na sumieniu.

Staruszek zamrugał oczami.

– No już cichoj, cichoj, Ludka. Wskakujcie! – zwrócił się do Juliana. – Wiśta, wiśta! – strzelił z bata i pognał konia.

Ruszyli w stronę stolicy, aż się za nimi kurzyło. Ludka Iwaniuk poprawiła chustkę, która w czasie ucieczki zsunęła się jej z głowy. Otrzepawszy zapaskę z rzepów, zerwała kilka witek i zamiotła za nimi ślady drewnianych kół.

Ani się obejrzeli, jak byli w połowie drogi do stolicy. Julian wyjrzał spod owczej skóry okrywającej worki ze zbożem i wsłuchując się w melodię, którą koń fałszywie wystukiwał kopytami, oraz popatrując na staruszka, pomyślał o swoim dziadku. Kiedy Szmerek Brzeziński z Przywitowa grał na skrzypcach, zapominał o całym świecie. Przywoływał smyczkiem stare żydowskie melodie, polskie kadryle, rosyjskie czastuszki. Słychać w nich było turkot fur wjeżdżających na gościniec, skrzypienie żurawia ciągnącego wodę ze studni, stukot kopyt, bicie podków w kuźni, śpiew lelka, dzwonienie cynowych wiader i zgrzyt wrót stodoły. Dobrze, że Szmerek umarł przed wojną w Warszawie. Zanim ciało dziadka zniknęło w całunie i zabrał je karawan Pinkierta, Julian spojrzał ostatni raz na jego twarz, która po wyjęciu protezy wydawała się zapadnięta, a lekko zakrzywiony nos się wydłużył. Dziadek, człowiek muzykalny z zadatkami na klezmera, grywał na wszystkim, czego się dotknął: na liściach, piszczałkach z trawy, wydrążonych patyczkach, a nawet łyżeczką na serwisie Rosenthala, najlepiej jednak udawało mu się muzykowanie na skrzypcach. Latem wychodził przed dworek, siadał na ławce pod gruszą i pogwizdując kadryle, obejmował wzrokiem równinę na Kujawach, gaworzył ze służbą lub zarządcą folwarku o gospodarce, o narodzinach cielaków, w których uczestniczył, czy o karpiach w stawie, karmionych przezeń słodem, żeby miały lepszy smak. Julian często siadał u jego stóp i skubiąc słonecznik, opowiadał mu o paryskich ulicach wyłożonych granitem, o wieży Eiffla i Łuku Triumfalnym oraz o innych ciekawostkach, o których wyczytał w książkach. „I w Paryżu nie zrobisz z owsa ryżu”, kwitował jego zagraniczne opowiastki dziadek Szmerek, podkręcając wąsa palcem. Mądry i przedsiębiorczy dziadek – zarządca Młynów i kilku innych spółek zbożowych w Warszawie, który potrafił przewidzieć krachy na giełdzie, ceny owsa i pszenicy, niedowiarek, który powtarzał, że najbardziej rozpowszechnioną chorobą ludzi jest potrzeba naprawiania świata, Weltbesserungsehnsuchtkrankheit, jak to jednym „krótkim” słowem określili Niemcy – leżał z uniesionymi brwiami, jakby się dziwił, że odszedł w tak cichą noc pod koniec lata.

Inne książki tego autora