PoldarkTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

KSIĘGA DRUGA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Tytuł oryginału: THE ANGRY TIDE

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcie na okładce: © Andy & Michelle Kerry / Trevillion Images

Korekta: Igor Mazur

Redaktor prowadzący:Anna Brzezińska

Copyright © Winston Graham 1977. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-467-4


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Jean



KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy
I

Było wietrznie. Blade popołudniowe niebo pokrywały strzępiaste chmury, a na gościńcu, który w ciągu ostatniej godziny stał się wyjątkowo wyboisty i pełen tumanów kurzu, leżały zwiędłe liście, szeleszcząc w podmuchach wiatru.

W dyliżansie jechało pięć osób: chudy, wyglądający na kancelistę mężczyzna o szczurzej twarzy, ubrany w wyświechtany surdut, jego jeszcze chudsza żona, nastoletnia córka i dwóch innych pasażerów. Pierwszym z nich był wysoki, kościsty, dumny dżentelmen zbliżający się do czterdziestki, a drugim tęgi duchowny, młodszy o kilka lat. Wysoki mężczyzna miał na sobie brązowy aksamitny żakiet z mosiężnymi guzikami, w większości rozpiętymi, a poza tym czystą koszulę, podniszczoną żółtą kamizelkę, ciasne płowożółte spodnie i buty do konnej jazdy. Duchowny, choć nosił koloratkę, wyglądał jak dandys. Ubrany był w zielony jedwabny surdut, jedwabną kamizelkę, czerwone pończochy i czarne trzewiki ze sprzączkami.

Kancelista i jego żona, trochę onieśmieleni towarzystwem ważnych osób, wśród których przyszło im podróżować, szeptali do siebie niekiedy, a tymczasem dyliżans podskakiwał z trzaskiem na wybojach. Chociaż w tej chwili panowała cisza, wcześniej zamieniono kilka zdań i pasażerowie wiedzieli nieco o sobie. Wysokim mężczyzną był kapitan Poldark, od niedawna sławny w całej Kornwalii, poseł do Izby Gmin z Truro, duchownym zaś Osborne Whitworth, proboszcz kościoła Świętej Małgorzaty w Truro i tytularny proboszcz kościoła Świętego Sawle na północnym wybrzeżu hrabstwa.

Przez chwilę rozmawiano, lecz w końcu zapadło niezbyt przyjazne milczenie – wymiana zdań od początku wydawała się nerwowa. Kapitan Poldark wsiadł do dyliżansu w St Blazey, a pastor Whitworth nieco później, w St Austell.

– Ach, Poldark, więc już pan wraca! – rzucił duchowny. – Cóż, spodziewam się, że pobyt w domowych pieleszach sprawi panu przyjemność. Jak się panu podobał Westminster? Pitt, Fox i cała ta zgraja. Mój wuj twierdzi, że w stolicy wszyscy bez przerwy plotkują.

– Zależy kto – odparł Poldark. – Zawsze tak jest.

– Ha! Święte słowa. To samo mówił mój kuzyn George po powrocie z Londynu. Zadał mu pan ciężki cios, pozbawiając go mandatu posła. Rok w Izbie Gmin sprawił, że jego ambicje znacznie wzrosły. Przez pewien czas chodził z nosem spuszczonym na kwintę.

Kapitan Poldark nie odpowiedział. Dyliżans pachniał stęchlizną i nieświeżymi oddechami. Pastor nieelegancko rozluźnił ciasne spodnie.

– Niech pan pamięta, że George Warleggan potrafi pilnować swoich interesów. Nie wątpię, że przed końcem roku jeszcze pan o nim usłyszy.

 

– Będę czekał z zainteresowaniem – odrzekł Poldark, unosząc wydatny nos.

– Anglia potrzebuje wszystkich ludzi zdolnych do działania – ciągnął Whitworth. – Teraz bardziej niż kiedykolwiek, mój panie. Powszechne niezadowolenie w kraju, kluby jakobińskie, bunty marynarzy wywieszających czerwone flagi, fala bankructw, a do tego powstanie w Irlandii. Wie pan, czy już je stłumiono?

– Jeszcze nie.

– Haniebne okrucieństwa katolików zasługują na surową karę. Słyszy się historie o ekscesach, które dorównują największym potwornościom rewolucji francuskiej.

– Okrucieństwa są stosownie karane, a przynajmniej spotykają się z odwetem. Nigdy nie wiadomo, kto zaczyna: pojawia się ciąg zdarzeń, które nie mają końca.

Pastor Whitworth wyjrzał przez okno na zielony krajobraz.

– Oczywiście wiem, że pański Pitt jest zwolennikiem emancypacji katolików. Na szczęście są niewielkie szanse, by to przeszło w parlamencie.

– Moim zdaniem ma pan rację, ale nie zgadzam się z poglądem, że to szczęście. Czy nie wyznajemy tego samego Boga?

Pastor Whitworth również uniósł nos – różniący się kształtem od nosa kapitana Poldarka – zirytowany bezczelnością człowieka ośmielającego się kwestionować poglądy duchownego w kwestiach religijnych. Rozmowa zamarła na jakiś czas. Jednak młody pastor nie zniechęcał się drobnymi afrontami. Kiedy dyliżans zatrzymał się na pięć minut, a woźnica i kilku pasażerów podróżujących na dachu usuwało z drogi złamany konar, powiedział:

– Spędziłem dwa dni u Carlyonów. Zna ich pan?

– Ze słyszenia.

– Tregrehan to bardzo wygodna i przestronna rezydencja. Moi rodzice przyjaźnili się z Carlyonami, a ja podtrzymuję znajomość. Mają doskonałego kucharza, prawdziwy skarb.

Kapitan Poldark spojrzał na wydęty brzuch Whitwortha, lecz się nie odezwał.

– Wiosenne mięciutkie jagnię… oczywiście ze szparagami i pieczonym cielęcym sercem. Do tego zwykłe dania. Na Boga, sam nie wiem, czy gotowana cielęcina w słodkim sosie własnego przepisu, z rozmarynem i szałwią, nie była jeszcze lepsza. Nieustannie powtarzam żonie, że nie chodzi o składniki, tylko o sposób przyrządzenia.

– Mam nadzieję, że pańska żona cieszy się dobrym zdrowiem. – Był to przynajmniej wspólny temat.

– Stale jest przygnębiona. Doktor Behenna uważa, że cierpi na zaburzenia śledziony. Za to mój syn jest w świetnej formie, co bardzo mnie cieszy. Jeszcze nigdy nie widziałem silniejszego dwulatka. Nawet nie skończył dwóch lat. Dorodny, piękny malec… – Whitworth się podrapał. – Zupełnie inny niż to biedne, słabowite stworzenie, które urodziło się Enysom. Chude, wątłe, z za dużą głową. Powiadają, że przez cały dzień z ust tego dziecka cieknie ślina… Przysięgam, że w tym dyliżansie jest mnóstwo pcheł. Mam delikatną skórę, bardzo wrażliwą na pchły, i po każdym ugryzieniu pojawia się ślad wielkości gwinei.

– Powinien pan wypróbować puder fumigacyjny doktora Leacha, sir – rzekł kancelista, ośmielając się zabrać głos. – Jest używany przez najszlachetniejsze rody.

Whitworth spiorunował wzrokiem urzędnika.

– Dziękuję za radę, sir. Słyszałem o tym pudrze.

Dyliżans podskakiwał na wybojach.

II

Ross pomyślał: moje życie to ciąg powtórzeń.

Wiele lat temu – zapomniałem, jak dawno temu – jechałem z Bristolu takim samym dyliżansem, wracając z wojny w Ameryce. Byłem młodym oficerem z blizną na twarzy, kulałem i miałem podobnych kompanów. Kancelistę z żoną, choć towarzyszyło im niemowlę, a nie chuda, dziobata pannica. W dyliżansie był również duchowny. Halse – w tej chwili starzec – którego nie znosiłem prawie tak samo jak Whitwortha. Sprzeczaliśmy się i złościliśmy na siebie. Była zupełnie inna pora roku, październik, choć dziś na drodze leżą liście zerwane przez wczorajszą burzę, jakby już zaczęła się jesień. Główna różnica polega chyba na tym, że wtedy po powrocie do domu przeżyłem szok, widząc skalę swojej nędzy. Teraz jestem zamożnym człowiekiem. Przeżyłem jeszcze większy wstrząs, gdy odkryłem, że dziewczyna, którą kocham, zamierza poślubić mojego brata stryjecznego. Teraz mam żonę… Cóż, tak, żonę…

Wtedy byłem młody i pełen niezwykłej energii. W tej chwili skończyłem trzydzieści osiem lat i nie jestem już taki młody. I chyba nie taki odporny.

Wydaje się, że całe moje życie biegnie podobnymi drogami, tak jak teraz. Dwa razy pod wpływem impulsu wdarłem się do więzień i uwolniłem skazańców. Najpierw w Anglii, za co wściekle atakowali mnie członkowie mojej własnej klasy, a później we Francji, za co chwalono mnie i podziwiano. Nie licząc kilku przypadkowych przygód, kochałem w życiu dwie kobiety i obie mnie zdradziły. Założyłem dwie kopalnie. Mam dwoje dzieci. Można wyliczać bez końca.

Może wrażenie, że życie się powtarza, jest naturalnym skutkiem starzenia się, pomyślał. Może doświadcza go każdy, kto przeżył wystarczająco dużo lat? Rzeczywiście, większość ludzi prowadzi nudne, nieciekawe życie, więc powinienem się uważać za szczęściarza, bo moje jest takie urozmaicone.

Ale tak naprawdę nie o to chodzi. Osłabiasz siłę własnej argumentacji…

– Słucham? – Whitworth o coś go zapytał. – O nie, Izba Gmin zbierze się dopiero za sześć lub siedem tygodni.

– Więc wraca pan wcześniej?

– Interesy – odparł Ross. – Długo byłem poza domem.

– Ach tak, interesy… – Pastor ze zrozumieniem przyjął słowa Rossa. – Tak przy okazji, skoro zna pan dobrze wicehrabiego Falmouth… – Umilkł, lecz Poldark ani nie zaprzeczył, ani nie potwierdził. – …teraz, gdy musi pan dobrze znać wicehrabiego Falmouth, ponieważ jest pan posłem z kontrolowanego przez niego okręgu wyborczego, może mógłby go pan poprosić o wyświadczenie mi przysługi. Staram się o beneficjum w Luxulyan i chociaż nie on o tym decyduje, z pewnością jest w przyjaznych stosunkach z patronem okręgu wyborczego. Gdyby wymienić jego nazwisko w liście, miałoby to duże znaczenie.

– Przykro mi słyszeć, że opuszcza pan Truro – rzekł zjadliwie Ross.

– Och, bynajmniej – zapewnił go Ossie Whitworth. – Niedawno zmarły proboszcz Luxulyan rzadko odwiedzał swoją parafię. Chciałbym zwiększyć własne skromne dochody, które, jak pan rozumie, ledwo wystarczają na codzienne życie i utrzymanie żony oraz powiększającej się rodziny. Dochody duchownych zupełnie nie odpowiadają potrzebom. Człowiek Kościoła musi mieć co najmniej dwa beneficja, by przeżyć. Niestety, taka jest prawda.

– Ma pan w tej chwili dochody z dwóch parafii – zauważył Ross. – Przed dwoma laty został pan tytularnym proboszczem Sawle, tuż obok Nampary.

– Tak, lecz wpływy z Sawle są żałośnie skromne. Prawie wszystko pochłaniają wydatki. Luxulyan to bogatsza parafia, a właściciele ziemscy i dżentelmeni są znacznie hojniejsi. Południowe wybrzeże zawsze było zamożniejsze od północnego.

Z dachu dyliżansu dobiegły okrzyki protestujących pasażerów, ponieważ zaprzęg przejeżdżał pod niskimi drzewami. Jedna z gałęzi otarła się o boczne okno. Kancelista i jego żona wymienili spojrzenia, ponieważ pastor bez żenady prowadził przy nich rozmowę o swoich sprawach finansowych, jakby w ogóle nie istnieli. Jednak wydawało się, że kapitan Poldark nie ma ochoty dyskutować na ten temat. Kancelista mimo woli pomyślał, że wielebny Whitworth mógłby przedstawić swoją prośbę taktowniej.

Ossie wyjrzał przez okno.

– Ach, dzięki Bogu, jestem prawie w domu. Od tych podskoków robi się człowiekowi niedobrze. Tylko raz płynąłem statkiem, ale przysięgam, że czułem się podobnie. Mam nadzieję, że ten łotr Harry będzie czekał, by wziąć moją torbę. Tak, widzę go. – Uniósł laskę i głośno zastukał w dach dyliżansu.

Pojazd stanął. Koła zaskrzypiały w miękkiej ziemi, rozległ się brzęk żelaznych prętów i skrzyp skórzanej uprzęży. Woźnica zeskoczył, otworzył drzwi i zdjął kapelusz w nadziei na napiwek.

Ossie nie śpieszył się, by wysiąść. Podrapał się i zaczął zapinać surdut.

– Niech pan pamięta, mógłbym kiedyś wyświadczyć panu przysługę, Poldark. Może pan tego nie wiedzieć, ale mój wuj Conan Godolphin to bliski przyjaciel księcia Walii. Przyjaciel na dworze królewskim może czasem bardzo pomóc posłowi do Izby Gmin. Zwłaszcza posłowi z zapadłej prowincji, bez tytułu szlacheckiego i koneksji, takiemu jak pan. Wuj Conan zna rodziny wszystkich wybitnych wigów i wielu wpływowych arystokratów, więc można by liczyć na quid pro quo.

– Rzeczywiście – odrzekł po chwili Ross. – Quid pro quo, co?

– Tak. Właśnie to proponuję.

– Nie jestem pewien, co pan naprawdę proponuje.

– Och, niech pan da spokój, Poldark. Wyraziłem się jasno.

– Jest pan tytularnym proboszczem Sawle, z czym nie wiążą się żadne obowiązki – odparł Ross. – Natomiast Odgers ciężko pracuje. Po otrzymaniu beneficjum podniósł pan jego wynagrodzenie z czterdziestu do czterdziestu pięciu funtów rocznie.

– Tak, to prawda. Był to z mojej strony hojny gest zgodny z duchem czasu. Odgers uprawia ogród i nie ma prawie żadnych wydatków. Trudno zgadnąć, co robi z pieniędzmi.

– Mogę pana zapewnić, że żyje bardzo skromnie. Uprawia warzywa, które sprzedaje na miejscowym targu. Jego żona oszczędza na wszystkim, ceruje, przerabia ubrania starszych dzieci dla młodszych, nie stać ich na naukę ani porządną odzież, jaką powinny mieć dzieci duchownego. Powiedział pan, że trudno jest się panu utrzymać. Dostając czterdzieści pięć funtów rocznie, Odgers żyje prawie tak samo jak podkuwacz koni albo kowal.

– Mogę tylko powiedzieć, że z pewnością źle prowadzi swoje sprawy! Od dawna uważam, że jest niekompetentny.

Ross spojrzał chłodno na rozmówcę.

Quid pro quo byłoby możliwe, Whitworth, gdyby podniósł pan wynagrodzenie Odgersa do stu funtów rocznie. Nie potrzebuję pomocy pana wuja, ale w takim przypadku byłbym skłonny porozmawiać z lordem Falmouth w pańskiej sprawie.

– Sto funtów rocznie?! – Wydawało się, że Whitworth puchnie, co zdarzało się, gdy ogarniała go złość. Jest to charakterystyczna cecha niektórych zwierząt i ptaków, lecz Ossie również ją miał. – Zdaje pan sobie sprawę, że całkowite dochody z Sawle to zaledwie dwieście funtów?! Jak może pan oczekiwać, że będę sprawował funkcję proboszcza, skoro mam płacić połowę niedouczonemu klerykowi?!

– Odgers wykonuje całą pracę – odparł Ross.

Ossie Whitworth chwycił swój kapelusz. Jego służący Harry zdjął już walizę i czekał z głupawym uśmiechem obok woźnicy.

– To tylko supozycje ignorantów.

– To moje supozycje, ponieważ mieszkam w pobliżu pańskiego kościoła.

– Na Boga, życzę panu miłego popołudnia, kapitanie Poldark.

Wysiadł z dyliżansu, otrzepał wolną ręką klapy surduta, jakby nie tylko chciał się pozbyć dokuczliwych pcheł, ale również odrzucał absurdalną propozycję. Nie zajrzał z powrotem do dyliżansu, nie dał napiwku woźnicy i ruszył wąską drogą w stronę plebanii kościoła Świętej Małgorzaty, gdzie czekała nieprzychylna mu żona. Z tyłu szedł wysoki, krzywonogi Harry, usiłował nadążyć za szybko idącym panem. Między pochylonymi drzewami lśniła rzeka.

Woźnica wdrapał się na kozioł, strzelił z bata, po czym dyliżans zaskrzypiał i ruszył. Został mu do przebycia ostatni, półtorakilometrowy odcinek drogi do Truro.

III

Demelza Poldark zaprosiła Rosinę Hoblyn na herbatę. Odkąd doktor Enys nastawił zwichnięte kolano Rosiny, dziewczyna prawie nie utykała. Mimo to w dalszym ciągu pozostawała niezamężna po nieudanych zaręczynach z Charliem Kempthorne’em. Miała dwadzieścia pięć lat, była urocza i sympatyczna. Jej młodsza siostra Parthesia poślubiła parobka i urodziła dziecko. Rosina, zawsze cicha i spokojna (być może z powodu uszkodzenia kolana we wczesnym dzieciństwie), mieszkała z matką i ojcem, od czasu do czasu dorabiając jako szwaczka.

Demelza lepiej poznała ją zaledwie kilka miesięcy wcześniej i polubiła, toteż zlecała jej różne prace. Rosina okazała się miła i pracowita. Szyła czepki i kapelusze dla dzieci i przynosiła je z Sawle, by sprawdzić, czy się podobają i pasują. W czasie wizyty w Namparze wypiła herbatę, a Demelza zamówiła u niej słomkowy kapelusz dla siebie. Później, w jasnym wieczornym słońcu, odprowadziła Rosinę w stronę wioski, wszędzie zauważając ślady wczorajszej burzy.

Zatrzymała się przy Wheal Maiden i pożegnała dziewczynę, lecz nie wróciła natychmiast do dworu. Zamiast tego obserwowała zmniejszającą się postać Rosiny, która szła przez posępne wrzosowisko w stronę kościoła w Sawle. Pomyślała, że szkoda tej miłej kobiety, ładnej, pracowitej, o zaskakująco dobrym guście i manierach, biorąc pod uwagę, kto jest jej ojcem – stale zagniewany Jacka. Demelza doskonale rozumiała sytuację Rosiny, choć w porównaniu z ojcem Demelzy Jacka wydawał się łagodnym, rozsądnym mężczyzną. Miały ze sobą wiele wspólnego: nie przypominały rodziców, w jakiś sposób ich przerosły; ich myśli i uczucia nie pasowały do środowiska, w którym przyszły na świat.

 

Bóg jeden wie, czy owe cechy ujawniłyby się w Demelzie, gdyby nie przypadkowe spotkanie z Rossem na jarmarku w Redruth przed wielu laty. Gdyby nie to spotkanie, jak potoczyłoby się jej życie? Harowałaby od świtu do nocy, terroryzowana przez ojca, zajęta opieką nad młodszymi braćmi, dla których stała się matką w wieku czternastu lat. Ojciec może w końcu i tak zostałby metodystą, a Demelza zdołałaby znaleźć dla siebie jakieś miejsce w ubogim, wypełnionym morderczą pracą świecie górników. Ale nie miałaby nic porównywalnego z tym, co zdobyła po poślubieniu Rossa – choć nie była już pewna, czy w dalszym ciągu może liczyć na miłość męża.

Przynajmniej ich status materialny się nie zmienił: widziała to wokół siebie. Gospodarstwo (można je również nazwać posiadłością) zaspokajające wiele potrzeb życiowych; kopalnia pozwalająca na zakup reszty niezbędnych rzeczy i luksusowych artykułów; dwór (można tak nazwać dom w Namparze), którego skrzydło (miał tylko jedno skrzydło) niedawno powiększono i odremontowano. Czworo służących bez szemrania wykonywało polecenia Demelzy i ze wszystkimi instynktownie nawiązała relacje oparte na przyjaźni i szacunku. Miała dwoje wspaniałych, pięknych dzieci, mieszkała w pięknej okolicy, w głębi doliny w pobliżu nadmorskich klifów. Niedawno skończyła dwadzieścia osiem lat – nie była jeszcze stara, gruba, wychudzona, pomarszczona. Nie miała na brzuchu rozstępów po ciążach. Jak dotychczas straciła tylko dwa zęby trzonowe, a przednie były białe, ponieważ codziennie przecierała je korzeniem prawoślazu. Obracała się w najlepszym towarzystwie Kornwalii, wśród ziemian, lecz i arystokratów, którzy traktowali ją jak kogoś równego sobie – przynajmniej tak się zachowywali. Obcowała też z górnikami i rybakami, a ci również ją akceptowali.

Miała również Rossa, tak sądziła. Ale był daleko. Zbyt długo przebywał poza domem. Właśnie to psuło szczęście Demelzy, tkwiło w sercu jak cierń.

Próbując na razie o tym zapomnieć, usiadła na granitowym bloku pozostawionym przez metodystów po rozbiórce zabudowań starej kopalni Wheal Maiden. Znów popatrzyła za odchodzącą Rosiną, której postać stała się tak maleńka, że prawie niewidoczna. Po wczorajszej burzy niebo było olśniewająco czyste, przed nadejściem zmroku zaczęły odpływać nawet nieliczne ciemne chmury widoczne na południu, nad kościołem w Sawle. To zrozumiałe, że ludzie widzą podobieństwo między sobą a pogodą, że przypisują wichrom i burzom ludzkie cechy. Wczoraj pogoda wpadła we wściekłość, miotała przekleństwa, kłóciła się ze wszystkimi, ciskała talerzami, a teraz się uspokoiła, atak złości minął, wydawała się znużona i spokojna. Trudno uwierzyć, że to ta sama osoba.

Kłopot z Rosiną polega na tym, że jest kimś pomiędzy, stwierdziła Demelza. Ma zręczne palce i ubiera się skromnie, lecz gustownie. Nauczyła się nawet czytać i pisać, ale te umiejętności i drobne oznaki pragnienia awansu społecznego postawiły ją ponad zwykłymi górnikami czy rybakami o prostych manierach i prymitywnym stosunku do życia. Prawdopodobnie czują się przy niej onieśmieleni, uważają się za gorszych, a ona za lepszą. Znajduje się w trudnej sytuacji, bo nie spotyka ludzi z innej sfery.

Obaj młodsi bracia Demelzy przeżyli nieszczęśliwą miłość. Starszy, Samuel, zakochał się z wzajemnością w hałaśliwej, wesołej, żywotnej Emmie Tregirls, jednak podzieliła ich religia. Emma nie znosiła jego żarliwego zaangażowania w ruch metodystyczny, który stanowił treść życia Sama, a jako uczciwa młoda kobieta nie chciała udawać. Dlatego wyjechała i została pokojówką w Tehidy kilkanaście kilometrów dalej. Wydawało się, że pod pewnymi względami Rosina byłaby dla Samuela znacznie lepszą kandydatką na żonę od Emmy. Należało go tylko do tego przekonać.

Ludzi nigdy nie da się poszufladkować. Kiedy Demelza spostrzegła, że doszło do całkowitego impasu, sama zasugerowała, by Emma wyjechała i spotkała się z Samuelem dopiero po roku. Emma dostała nową pracę dzięki Demelzie. Byłoby niezręcznie szukać Samuelowi żony przed upływem roku.

Pozostawał Drake, najmłodszy brat. Był w znacznie gorszej sytuacji, ponieważ zakochał się w kuzynce Elizabeth Warleggan, Morwennie Chynoweth, która poślubiła wielebnego Osborne’a Whitwortha, proboszcza kościoła Świętej Małgorzaty w Truro, i miała w tej chwili dwuletniego syna. Drake popadł w przygnębienie, ale ponieważ sytuacja z Morwenną wydawała się beznadziejna, znacznie łatwiej można by go z kimś wyswatać. Morwenna odeszła na zawsze. Sakrament małżeństwa jest nierozerwalny i nawet jeśli czuje się nieszczęśliwa jako żona proboszcza, nigdy od niego nie odejdzie i nie zamieszka z Drakiem wbrew prawom i zasadom obowiązującym w Anglii.

Drake znajdował się w beznadziejnej sytuacji i wiedział o tym od prawie trzech lat, które przeżył w stanie melancholii, nawet nie spoglądając na inne kobiety. Dwa lata wcześniej Ross kupił mu niewielkie gospodarstwo i kuźnię odległą o półtora kilometra od St Ann’s, więc Drake był w tej chwili szanowanym rzemieślnikiem i jedną z najlepszych partii w okolicy. Mimo to nawet nie spojrzał na żadną dziewczynę, przynajmniej nie tak, jak to zwykle robią młodzi mężczyźni. Był martwy emocjonalnie i psychicznie, skazany na jałowe starokawalerstwo; nieustannie myślał o młodej kobiecie, którą na zawsze stracił. Co więcej, nikt nie mógł być absolutnie przekonany, że gdyby małżeństwo doszło do skutku, okazałoby się udane. Morwenna była zamkniętą w sobie, nieśmiałą, starannie wykształconą dziewczyną, córką dziekana Kościoła anglikańskiego. Między nią a Drakiem istniała jeszcze większa różnica społeczna niż między Rosiną a okolicznymi górnikami. Czy mogłaby zostać żoną kowala, gotować posiłki, prać, szorować podłogi? Z pewnością szybko by jej się to znudziło.

Co prawda Drake miał dopiero dwadzieścia dwa lata – w tym wieku trzy lata to bardzo krótki okres – ale Demelza nie ufała pustce, bo wydawało się, że niesie ona ze sobą ryzyko; że Drake może się stać melancholikiem. Był zawsze bardzo miły, lecz okropnie brakowało jej jego poprzedniej wesołości. Kiedyś wręcz tryskał humorem. Ze wszystkich braci najbardziej przypominał Demelzę, umiał znajdować przyjemność w drobnych rzeczach.

Odgrywanie roli swatki mogło być ryzykowne i prawdopodobnie bezużyteczne. Nikt nie jest w stanie wykrzesać iskry, gdy kamień jest wilgotny. Niedawno Demelza usłyszała skomplikowany zwrot i kiedy zrozumiała jego znaczenie, bardzo jej się spodobał. Sprzyjające okoliczności. Nie należy robić niczego konkretnego ani oczywistego. Niczego, co mogłoby się komuś nie spodobać. Wystarczyło zaaranżować sytuację, by pojawiły się sprzyjające okoliczności. Później trzeba czekać i obserwować, czy pojawią się jakieś rezultaty.

Demelza była prawdopodobnie jedyną osobą, która mogła stworzyć sprzyjające okoliczności. Powinna się zastanowić, jak zrobić to najskuteczniej.

Ze wschodu wiał lekki wietrzyk. Wstała, by iść do domu. Przez wrzosowisko jechał samotny jeździec. Odwróciła się i ruszyła w stronę Nampary, pocieszona myślą o tym, co mogłaby zrobić. Wiele lat wcześniej ściągnęła na siebie kłopoty, aranżując spotkania między Verity, siostrą stryjeczną Rossa, a kapitanem statku pocztowego z Falmouth, człowiekiem o złej reputacji. Doprawdy, powinna być ostrożniejsza i nie wtrącać się w cudze sprawy. Ale czy w końcu nie postąpiła słusznie? Verity jest teraz żoną kapitana marynarki i do tego małżeństwo okazało się szczęśliwe. Czy można było liczyć na lepszy rezultat?

Przystanęła, uniosła spódnicę i popatrzyła na zgięcie kolana, gdzie ją zaswędziało. Okazało się, że to mrówka, która zboczyła z kamiennego murku i zapuściła się w niedozwolone rejony. Demelza strzepnęła ją palcem i opuściła spódnicę. Jednak nie poszła dalej. Dziwne uczucie w żołądku. Kto mógłby jechać konno o zmroku w dolinie Nampary? Czy wygląd jeźdźca nie wydaje się znajomy? Och, nonsens, Ross napisałby list. Przysłałby jakąś wiadomość. Gimlett wyjechałby mu na spotkanie do Truro. Sesja parlamentu jeszcze się nie skończyła. To na pewno jeden z Treneglosów. Albo sąsiad zaproszony przez Rossa i Demelzę. Tą drogą można dotrzeć do kilku miejsc. Do przysiółka Mellin, Nampary i dworu Mingoose, to wszystko. Dalej, na północnym wschodzie, rozciągają się wydmy.

Ruszyła w stronę grzbietu wzgórza. Stanęła przed kaplicą, osłaniając oczy, choć światło świeciło za jej plecami. Postać wyraźnie się zbliżyła. Nie widziała konia, ale poznała jeźdźca.

Z rozwianymi włosami zbiegała ze wzgórza na spotkanie, potykając się na nierównej drodze.