Niewidzialna wojna

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TREŚĆ DYSTOPII I UTOPII R. H. BENSONA LORD OF THE WORLD

Księga pierwsza: Adwent

Lata 80. XX wieku. Londyn. Oliver Brand, wpływowy polityk, odbiera od swego sekretarza Phillipsa najnowsze sprawozdania dotyczące zbliżającej się lada dzień wojny z Imperium Wschodnim. Na świecie są obecnie trzy siły: Konfederacja Europejska, Republika Amerykańska i Wschodnie Imperium. To ostatnie dąży od kilku lat do wojny z Europą; właśnie gromadzi wojska. Phillips wskazuje na nazwisko amerykańskiego senatora Juliana Felsenburgha, który podróżuje po Azji, zabiegając o pokój. Ten człowiek, o którego przeszłości nic nie wiadomo, okazuje się genialnym dyplomatą – na kolejnych spotkaniach uspokaja nastroje wojenne.

Chwilę później żona Branda, Mabel, dojeżdża koleją do stacji w Brighton, gdzie jest świadkiem katastrofy rządowego volora – pasażerskiego środka komunikacji powietrznej. Widzi, jak na miejsce tragedii przybywa ekipa „ministrów eutanazji”, którzy uśmiercają rannych i konających. Dostrzega też ks. Percy’ego Franklina (głównego bohatera powieści), który chodzi z krzyżem wśród ofiar katastrofy i udziela ostatniego namaszczenia jednej z nich – katolikowi. Opowiada potem o dziwnym księdzu swemu mężowi i teściowej – starszej kobiecie, której pokolenie było kiedyś pokoleniem ludzi wierzących w Boga.

Oliver Brand udaje się volorem do Paryża, by rozmawiać z innymi politykami o przygotowaniach do wojny. Okazuje się, że fabryka broni Benninschein wynalazła narzędzie masowej zagłady i sprzedała ją obu stronom konfliktu. Oznacza to, że przynajmniej jedna ze stron zostanie całkowicie unicestwiona. Jednak wojna nie wybucha. Do obradujących w Paryżu dyplomatów dociera informacja: Felsenburgh sprawił, że groźba wojny minęła.

Podczas wyjazdu Branda do Paryża Phillips, jego sekretarz, zjawia się u ks. Percy’ego i prosi o przybycie do umierającej kobiety, która pragnie powrócić przed śmiercią do Kościoła. Kapłan nie odmawia mimo podejrzeń, że może to być pułapka. Kościół stracił już w Anglii wszelkie prawa i za jakiekolwiek próby nawracania groziły bardzo surowe kary. Po drodze słyszy on informację o wycofaniu się Wschodniego Imperium z planowanej wojny i ustanowieniu na świecie „powszechnego braterstwa”. Znowu pada nazwisko tajemniczego Felsenburgha.

Dom, przed którym staje ks. Franklin, okazuje się mieszkaniem Olivera Branda, a chora kobieta jego matką. Nim zdołał opuścić siedzibę antykościelnego polityka, ten powraca. Na widok kapłana wpada we wściekłość, jednak jego żona, Mabel, pozwala Percy’emu odejść. Tłumaczy, że nie boi się ludzi jego pokroju, bo katolicy odeszli już do historii; teraz świat idzie drogą pokoju wytyczoną przez Felsenburgha. Franklin nie zostaje aresztowany i wraca spokojnie do domu.

Po drodze jest świadkiem zebrania się ogromnego tłumu wyglądającego pojawienia się Felsenburgha, który odwiedza Londyn. Gdy go widzi, przez krótką chwilę i on ulega jakiejś hipnotycznej sile, i zaczyna w niego wierzyć! Z trudem oddala pokusę…

Księga druga: Spotkanie

Ks. Franklin zostaje wezwany do Rzymu, gdzie spotyka się z papieżem Janem XXIV i rozmawia z nim na temat ocalenia Kościoła zagrożonego polityką Felsenburgha. Angielski duchowny opowiada o swej idei powołania do życia nowego radykalnego zakonu, którego patronem byłby ukrzyżowany Chrystus, a członkiem mógłby być każdy katolik gotowy umrzeć za wiarę.

Nie mija wiele czasu, a Julian Felsenburgh przejmuje władzę nad całym światem. W odpowiedzi papież zabrania reagowania siłą na stosowaną przemoc i wskazuje inną drogę walki: powołuje do życia Zakon Chrystusa Ukrzyżowanego, którego staje się pierwszym członkiem.

Felsenburgh (jest uderzająco podobny do ks. Percy’ego Franklina) zaczyna budować antykościół: wprowadza obowiązkowe ceremonie religijne związane ze świeckim humanitaryzmem, oparte na tradycjach masońskich. Cztery razy w roku, w największe święta religii Nowego Ładu, są one obowiązkowe pod karą więzienia. Były ksiądz John Francis oferuje rządowi swe usługi w przygotowywaniu ceremonii. Razem z nim przystępują do służby Felsenburghowi liczni kapłani, którzy opuścili Kościół.

Zaczynają się prześladowania, na które grupa katolików – wbrew jednoznacznym poleceniom papieża – chce odpowiedzieć zamachem na Felsenburgha. Franklina Percy’ego, teraz kardynała, informuje o tym przybyły do Rzymu dawny sekretarz Branda, Phillips, ten sam, który wezwał go do umierającej matki polityka. Jan XXIV wysyła kardynałów Franklina i Steinmanna odpowiednio do Londynu i Berlina, by ci zapobiegli zamachowi. Nad Alpami statek powietrzny, którym podróżują napotyka wielką liczbę volorów lecących na południe. Zostały one wysłane przez Felsenburgha, który dowiedział się o spisku i kazał unicestwić Rzym za pomocą broni Benninscheina. W ataku miasto zostaje zrównane z ziemią. Ginie papież i wszyscy zebrani na noworocznych uroczystościach kardynałowie, a także tysiące katolików, którzy szukali w Rzymie schronienia przed prześladowaniami.

Wieść o próbie zamachu wywołuje na całym świecie pogromy katolików. Mabel Brand, gorliwa aż po fanatyzm wyznawczyni humanitaryzmu bezgranicznie zapatrzona w Felsenburgha, jest świadkiem przerażających scen w Londynie. Zaczyna dostrzegać fałsz Nowego Ładu i nieprzekonana tłumaczeniami męża ucieka z domu, by prosić o uśmiercenie w jednej z klinik dobrowolnej eutanazji. Rankiem w dniu śmierci widzi dziwne zmiany na niebie zapowiadające koniec znanego jej świata.

Bo natura zaczyna się buntować. Podnosi się temperatura powietrza, niebo ciemnieje, pojawiają się niespotykane w swej sile trzęsienia ziemi, tsunami niszczy wiele miast, ożywają wulkany, znikają wyspy. Rząd Felsenburgha zdaje się nie dostrzegać niebezpieczeństwa…

Księga trzecia: Zwycięstwo

Kardynał Franklin zostaje wybrany na papieża. Konklawe stanowią: on sam, berliński purpurat Steinmann oraz umierający w Jerozolimie patriarcha, do którego przybywają obaj kardynałowie nieobecni podczas ataku na Rzym. Niebawem patriarcha umiera, a Steinmann, który powraca do Berlina, zostaje natychmiast zlinczowany w kolejnym pogromie.

Nowy papież reorganizuje Kościół i powołuje grono dwunastu kardynałów. Ich tożsamość, podobnie jak miejsce pobytu papieża Sylwestra III pozostaje sekretem.

Felsenburgh nasila atak na Kościół. Rozkazuje, by wszyscy ludzie poddali się próbie: muszą formalnie wyrzec się Boga albo zostaną bez wyroku sądu skazani na śmierć. Wielu odmawia i ginie, są też jednak liczne apostazje. Felsenburgh – głowa antykościoła – dowiaduje się, że na dzień Zesłania Ducha Świętego zostaje zwołane kolegium kardynałów do Nazaretu, w którym ukrywa się papież Sylwester, żyjąc ubogo jak Chrystus. Papieża zdradza kardynał Dolgorowski z Moskwy. Felsenburgh domaga się wysłania tam volorów i zbombardowania nowej siedziby głowy Kościoła w ten sam sposób, w jaki został zniszczony Rzym.

Ojciec Święty dowiaduje się o nieprzybyciu kardynała Dolgorowskiego na zwołany sobór. Wie, co to oznacza – w gronie dwunastu znalazł się Judasz, który go zdradził i Felsenburgh z pewnością wysłał już statki powietrzne, by spuścić na Nazaret broń masowego rażenia. W dniu Zesłania Ducha Świętego odprawia uroczystą mszę świętą i zaczyna po niej adorację eucharystyczną. W procesji z Najświętszym Sakramentem rusza w kierunku miejsca zwanego Medigo, którego inna nazwa to Armageddon.

Sam Felsenburgh prowadzi atak volorów. Za chwilę ma zacząć się bombardowanie, ale papież i kardynałowie spokojnie idą w procesji, kontynuując śpiew Przed tak wielkim Sakramentem. Wszystko trwa zaledwie kilka minut – trzy, cztery, bo tyle czasu zajmuje zaśpiewanie Pange lingua. Kończą ostatni werset hymnu i wtedy – nim wyśpiewają „Amen” – następuje interwencja z wysoka. Świat się kończy…

A może wcale nie…? Zamknięcie powieści pozostawia miejsce na inną interpretację.

PS Sens tytułu książki

Już sam zaproponowany przez Bensona tytuł jego dystopijnej opowieści stanowi dla czytelnika wyzwanie. Lord of the World to coś więcej niż po prostu Pan świata, tytuł jest bowiem rebusem teologicznym.

Benson pod słowem „Lord” zawarł coś więcej niż „pan”, „władca”, „król”. Julian Felsenburgh z powieści Bensona jest rzeczywiście „Panem”, ale „Panem” pisanym z wielkiej litery. Dość odwołać się do teologii biblijnej, którą autor znał doskonale, i przypomnieć za Benedyktem XVI, że „Lord” należy tłumaczyć nie jako „Pan”, bo słowo to stosujemy dziś powszechnie jako prosty wyraz szacunku do osoby. Nawet mówiąc „Panie Boże” myślimy, że tym słowem wyrażamy wobec Boga należny Mu szacunek. Tymczasem nic bardziej błędnego!

Biblijne „Pan” jest synonimem „Boga” i podkreśla Jego absolutnie suwerenne panowanie nad wszechświatem, Bóg jest bowiem Jego Stwórcą, Właścicielem i Kresem. Kiedy papież Benedykt tłumaczy znaczenie słowa „Pan” w odniesieniu do Jezusa, przypomina scenę z Ewangelii według św. Łukasza, w której Szymon Piotr w cudownym połowie ryb „dojrzał moc Boga, który działa przez słowa Jezusa, i to bezpośrednie spotkanie z Bogiem żywym w Jezusie jest dla niego głębokim wstrząsem”. Ojciec Święty wyjaśnia, że „to nieoczekiwane pojawienie się bliskości Boga w Jezusie wyraża się w tytule, którego Piotr używa wyłącznie w odniesieniu do Jezusa: Kyrie – Panie”. Benedykt XVI przypomina, że „jest to starotestamentalne określenie Boga, którym zastępowano niewypowiadane imię Boga, poznane w zdarzeniu płonącego krzewu. Przed wypłynięciem nad jezioro – dodaje papież – Jezus był dla Piotra «Epostata», co znaczy: mistrz, nauczyciel, rabbi – teraz natomiast widzi w Nim «Kyrios» – Pana”53. Dla Piotra Jezus nie jest już wielkim człowiekiem, potężnym panem, nauczycielem, prorokiem i cudotwórcą. Jest czymś więcej: „Synem Bożym, który przyszedł na świat z misją zbawienia”.

Zastosowane do Jezusa słowo „Pan” wskazuje na Niego jako na „Boskiego pochodzenia Zbawiciela”. Teologia podkreśla, że nie chodzi tu jedynie o władcę, pana, o kogoś, kto decyduje o losach świata. Benson, doskonale wykształcony, wiedział, że biblijne „Pan” jest synonimem „Boga”, innym określeniem „Zbawcy” – kogoś nie definiowanego w swej istocie jako prorok, nauczyciel, cudotwórca czy nawet władca. „Pan” jest Bogiem, który stał się człowiekiem – Synem Bożym. Tytuł Lord of the World sugeruje, że Julian Felsenburgh – bo on jest owym Panem świata – jest uznany za nowego, jedynie prawdziwego Zbawiciela i utożsamiany z Bogiem. I jest tak rzeczywiście.

 

W Lord of the World czytamy:

Do tego człowieka – przynależały wszystkie te tytuły dotąd związane z wyobrażeniami Istoty Najwyższej. To właśnie w ramach przygotowań na jego przyjście obrazy te weszły w sferę ludzkich myśli i miały wpływ na ludzkie życie.

Był Stwórcą, ponieważ dla Niego zostało zastrzeżone wprowadzenie w życie ideału unii, do której cały świat dotąd wzdychał na próżno; to na swój obraz i podobieństwo uczynił on człowieka.

Był także Odkupicielem, bo […] wyprowadził człowieka z ciemności i cienia śmierci, kierując jego kroki na drogę pokoju. Był Zbawicielem z tego samego powodu. Był Synem Człowieczym, bo On jeden był doskonałym człowiekiem. Był Absolutem, bo w Nim zawarły się wszystkie ideały. Był Odwieczny, gdyż zawsze była w Nim potencjalność natury i Jego istnienie gwarantowało trwanie porządku. Był Nieskończony, bo wszystkie skończone rzeczy dalekie są od Jego wielkości, a On sam jest więcej niż ich sumą.

Był więc Alfą i Omegą, początkiem i końcem, pierwszym i ostatnim. Był Dominus et Deus noster54.

Słyszymy w tej litanii ułożonej na cześć Felsenburgha język religii chrześcijańskiej, który tak mówi o Bogu…

Może więc najlepiej sens oryginału odda tłumaczenie tytułu jako „Zbawiciel świata”. Fałszywy, z piekła, ale świat w niego uwierzył i na swoje nieszczęście poddał się jego władzy…

THE DAWN OF ALL

The Dawn of All (Jutrzenka pełni) to „lustrzane odbicie” powieści Lord of the World. Benson napisał ją tylko dlatego, że – jak mówił –„wielokrotnie mi mówiono, iż wydźwięk Lord of the World jest niezwykle przygnębiający i zniechęcający”. W ten sposób w 1911 roku powstaje książka, która nie odniosła wielkiego sukcesu, jest jednak ważnym przyczynkiem do zrozumienia wizji świata ukazanej przez Bensona, dla którego „niewiara jest czymś skrajnie nielogicznym”.

Akcja The Dawn of All została umieszczona w latach 60. XX wieku, ale celowo wszystko dzieje się we śnie – jest bardziej wizją niż rzeczywistością. To, co opisuje Robert Benson, jest „logiczną możliwością”. Bohaterem powieści jest ksiądz John Masterman, który porzucił kapłaństwo i wyrzekł się wiary. Leży w londyńskim szpitalu pogrążony w śpiączce i nagle… budzi się w świecie, w którym jest „domowym prałatem Jego Świątobliwości Grzegorza XIX” i „sekretarzem Jego Eminencji kardynała Gabriela Bellarisa”. Nic nie pamięta, wszystko jest mu obce, myśli, że stracił pamięć. Z wolna poznaje świat, w którym żyje, uczy się wszystkiego na nowo, w czym ogromną pomocą jest mu jego własny sekretarz, ks. Jervis. Masterman pełni w Kościele na tyle ważne funkcje, że jest świadkiem procesu podporządkowywania Kościołowi wszystkich aspektów życia, z władzą świecką włącznie. Papież staje się swego rodzaju prezydentem całej ziemi.

Książka jest próbą przedstawienia świata, którym kieruje Kościół. Dominacji Kościoła sprzeciwiają się jednak ateiści, którzy ostatecznie wywołują w Berlinie rewolucję, opanowują miasto, a dysponując nową bronią masowej zagłady, stawiają papieżowi ultimatum: Kościół ma zrezygnować ze swej władzy. Papież wysyła do nich jednego z przebywających w Rzymie książąt (w świecie panuje monarchia), poseł zostaje jednak zabity, ponieważ nie przywiózł informacji o spełnieniu żądań buntowników. Do Berlina rusza volorem Gabriel Bellaris, któremu towarzyszy Monsignore Masterman. Ten ostatni zostaje przedstawiony przez kardynała jako jego sekretarz, nie poseł, dzięki czemu nie ginie. W dniu, w którym ma być odesłany do Rzymu z ultimatum, że o północy buntownicy jako ostrzeżenie unicestwią wybrane miasta i dadzą swej „piątej kolumnie” hasło do rewolucji na całym świecie, przybywa z posłaniem sam papież Grzegorz XIX. Jego osobowość i argumentacja sprawiają, że buntownicy padają przed nim na kolana i uznają jego władzę.

Opis poselstwa papieża w Berlinie jest niezwykły… Warto dla tych kilku stron przebrnąć przez całość nudnawej, sztucznie prowadzonej akcji.

Nasz dostojnik kościelny zaczyna mieć nowe zaburzenia pamięci… i nagle budzi się w szpitalnym łóżku, by spostrzec ze zdumieniem, że miał niezwykły sen. A może proroczą wizję? Prosi o kapłana z posługą sakramentalną. Ten, który jedna go z Bogiem, nosi nazwisko oddanego mu całym sercem sekretarza z proroczego widzenia. Okazuje się, że w rodzinie szpitalnego kapelana są bratankowie, którzy też noszą to nazwisko… Czy rzeczywiście to wszystko prawda, a któryś z nich będzie kiedyś „sekretarzem Jervisem”? Ks. Masterman prosi o chwilę uwagi i zaczyna opowiadać swój sen…

TEMAT ZADANY

■ Co by się stało, gdyby – zgodnie z duchem papieża Franciszka – przypomnieć dziś ludziom, że szatan jest i działa, że dziś wygrywa, że ma już nawet swoje przyczółki w świecie widzialnym, że ma na nim swoich ludzi działających jako „piąta kolumna”? Ciekawe, że wątek ten jest proroczo obecny nie tylko w Lord of the World, ale nawet w „zagrożonej utopii” Bensona zatytułowanej The Dawn of All – zagrożonej, bo w akcji książki pojawia się w chwila, kiedy zło staje przed realną szansą unicestwienia żyjącego w pokoju, uporządkowanego według Bożych zasad świata.

Ludzie oddani złu przenikają dziś w struktury świata, są obecni nawet w obozie wroga. „Piąta kolumna” zła jest faktem. Ci ludzie, nam znani, dla nas widzialni, zwykli, są w rzeczywistości pociągani za niewidzialne sznurki, których końce trzyma wcielone zło. Czeka – jak sugeruje Benson – z gwałtownym szarpnięciem na Lucyferowy rozkaz do ataku.

Ludzie szatana – siostra Łucja wprost mówiła o „pokoleniu szatańskim”55 – zajęli nawet wysokie stanowiska dowodzenia w Kościele, a diabeł wprowadza konia trojańskiego w świat ducha – proponuje ludziom swoje własne „Boskie” objawienia, w których ukrył śmiertelną truciznę (najczęściej pychy i nieposłuszeństwa Kościołowi), „nową” religię, „nowe” obrzędy, nawet „nowego” Boga. Od półwiecza czuć nawet w Kościele „swąd szatana”. Paweł VI podczas homilii w Bazylice św. Piotra 26 lipca 1972 roku mówił:

Odnosimy wrażenie, że przez jakąś szczelinę wdarł się do Kościoła Bożego swąd [dym] szatana. Jest nim zwątpienie, niepewność, zakwestionowanie, niepokój, niezadowolenie, roztrząsanie. Brak zaufania do Kościoła. Natomiast darzy się zaufaniem pierwszego lepszego świeckiego „proroka” wypowiadającego się przy pomocy prasy lub przemawiającego w jakimkolwiek ruchu społecznym i żąda się od niego formułek dla prawdziwego życia! Nie myśli się przy tym, że my te formuły już posiadamy! Naszą świadomość opanowało zwątpienie. Ono wtargnęło przez okno, które wolno tylko dla światła otworzyć! Krytykę i zwątpienie spowodowała wiedza, której celem powinno być ukazanie prawdy. Wiedza nie powinna nas oddalać od Boga, lecz uczyć nas, jak Go szukać, by móc Go lepiej chwalić. Uczeni stawiają sobie najboleśniejsze pytania, opuścili głowy, w końcu oświadczyli: „Ja nie wiem nic, my nie wiemy nic, my nie możemy wiedzieć”. Nauka staje się źródłem zamieszania, a nawet absurdalnych sprzeczności. Uwielbia się postęp, ażeby go zaraz przez dziwaczne i radykalne rewolucje zniszczyć, by zaprzeczyć osiągnięciom i wrócić do prymitywu, pomimo że niedawno tak bardzo chwalono postęp w nowoczesnym świecie.

Również i w Kościele panuje klimat niepewności. Należało sądzić, że po Soborze słońce zajaśnieje nad Kościołem, zamiast słońca mamy chmury, burze, ciemności, szukanie, niepewność. Mówimy o ekumenizmie, a codziennie coraz bardziej rozdzielamy się. Tworzymy przepaście zamiast je zasypywać! Jak mogło to nastąpić? Sądzimy, że spowodowała to nieprzyjazna noc. Jej imię jest szatan, ta tajemnicza istota, o której wzmiankuje św. Piotr w swoim liście (l P 5,8-9). Jak często mówi Chrystus w Ewangelii o tym nieprzyjacielu ludzi! My wierzymy w coś (albo kogoś) pozanaturalnego, co przyszło na świat, ażeby go zawikłać, zniszczyć owoce ekumenicznego Soboru, zahamować radość Kościoła, który urzeczywistnił swoje pełne samouświadomienie. Dlatego chcemy dziś bardziej niż kiedykolwiek w obecnym położeniu wykonać przez Boga św. Piotrowi powierzone zadanie: umacniać braci w wierze56.

Kiedy zdawało się, że szatan wygrywa – jak jest w powieści Bensona – niewidzialną wojnę, w strefie nadprzyrodzonej wydarzyło się coś niezwykłego. Świat uniknął globalnej wojny nuklearnej (1985) i otrzymał od Boga dar pokojowych przemian „od wewnątrz” (1989)… Nie wykorzystał jednak tej łaski, historia zatoczyła wielkie koło, szala zwycięstwa zaczęła znowu przechylać się na stronę zła, a świat ponownie ruszył drogą ku zagładzie. Pytanie, czy znowu na kilka lat przed „końcem świata” pojawi się prelado (termin za chwilę stanie się zrozumiały), pozostaje dziś bez odpowiedzi…

Czy czeka nas „koniec”, czy „koniec świata”, realizacja Bensonowskiej utopii czy dystopii? Znaki z Nieba, które towarzyszą współczesnym dziejom, mogą nam ukazać strategię Bożego działania i odsłonić przyszłość, o której zdaje się mówić papież Franciszek… Trzeba tylko – jak radzi Benedykt XVI – „zachować serce otwarte na głos wyższych rzeczywistości”57.

„Czy widziałeś ostatnio Matkę Najświętszą?” – pyta Alice Camille z „U.S. Catholic”58. I odpowiada:

Jeśli nie, możesz być częścią kurczącej się mniejszości. […] Niewiele jest takich miejsc na ziemi, gdzie Maryja by się nie pokazała. W Europie zatrzymała się w Anglii, Irlandii, Belgii, Portugalii, Hiszpanii, w Niemczech, Włoszech, na Węgrzech, w Szwajcarii i Francji. Była w Rosji, pojawiła się na Ukrainie, w Polsce oraz w Bośni i Hercegowinie. Bliżej swej ziemskiej ojczyzny zaznaczyła swą obecność w Syrii, Libanie, Izraelu i Egipcie. Nie jest też obca Indiom, Chinom, Tajwanowi, Japonii i Wietnamowi w Azji ani ludom Afryki, jak choćby w Rwandzie, Zairze i Nigerii. Na drugiej stronie globu Maryja była widziana w Wenezueli, Chile, Brazylii, Peru, Meksyku, Nikaragui, Haiti, w Portoryko i w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli którykolwiek kraj nie wystąpił dotąd na trasie Królowej Nieba, [Jej wizyta] wydaje się tylko kwestią czasu59.

Dziennikarka dopowiada:

Jako obywatelka współczesnego świata jestem sceptyczna, gdy słyszę o stworach, które pojawiają się w nocy, szczególnie kiedy pojawiają się w świętych miejscach. […] Wolę pozostać, tak jak sam Kościół, oficjalnie ostrożna, ale i otwarta na niebieskie możliwe interwencje60.

Zamknijmy uwagi Alice Camille jej własnym pytaniem: „Ale po co w ogóle się męczyć tematem objawień? Czy cokolwiek z tego, co zawierają, jest nam absolutnie niezbędne?”61. Nasza odpowiedź brzmi: Zdecydowanie warto! Jeśli objawienia i inne nadnaturalne znaki są faktem powszechnym (a stwierdza to sama dziennikarka), nie da się uniknąć pytania o ich sens. Może ich analiza okaże się pomocna w zrozumieniu Bensonowskiej wizji współczesnego świata, wizji, do której odwołuje się papież Franciszek.

MAPA

Metodologia mówi jasno: najpełniejszy ogląd rodzi się wtedy, kiedy na daną rzecz, zjawisko lub wydarzenie spoglądamy w wielu wymiarach, z wielu stron i w wielu momentach czasowych, korzystając przy tym z właściwych narzędzi. Skoro więc rzeczywistość, w której żyjemy, nie jest ani jednowymiarowa ani jednobarwna, to do jej opisu, do jej zrozumienia i w konsekwencji do prognozowania wyglądu przyszłości potrzeba nam wielu narzędzi. Posłużmy się prostą analogią: termometr zmierzy temperaturę, wiatromierz wskaże prędkość i kierunek wiatru, ale żaden z tych przyrządów nie powie nam nic o ciśnieniu, wilgotności czy położeniu na mapie…

„Stworzyliśmy sobie takie pojęcie rzeczywistości – uczy Benedykt XVI – które wyklucza dostrzeganie Boga przez pryzmat rzeczy realnie istniejących. Za rzeczywiste uważa się tylko to, co można potwierdzić na drodze eksperymentu”62. Dzisiejsza nauka odrzuciła część narzędzi poznawczych, uznając je za niepotrzebne, bowiem w oparciu o obowiązujący, urzędowy światopogląd przyjęto założenie, że nie istnieją parametry, które można za ich pomocą zmierzyć. Nie istnieje m.in. czynnik nadprzyrodzony: nadnatura, wymiar ducha, transcendencja, pierwiastek wieczny, Bóg i znaki jego działania w historii. Konsekwencje takich rozstrzygnięć podejmowanych á priori są bardzo poważne.

 

Również w analizach sytuacji politycznej, społecznej i każdej innej, aż po pochylenie się nad życiem i sensem poszczególnych jednostek, zapodział się gdzieś – jako „nienaukowy” – element nadprzyrodzoności. To bardzo poważny błąd, tym bardziej, że nadnatura jako nie podlegająca naturalnym kaprysom zmian wydaje się czymś stałym. Jeżeli zdołamy ją poznać, okaże się bardziej obiektywna i łatwiejsza do analiz, a te z kolei mniej zawodnie będą mogły doprowadzić nas do prawdziwych konkluzji.

Brytyjski historyk Timothy Tindal-Robertson, prezydent Światowego Apostolatu Fatimskiego na Anglię i Walię, opowiadał przed laty swe wielkie „naukowe marzenie”:

Marzy mi się, aby powstał podręcznik historii, który uwzględniłby obecność nadprzyrodzoności jako sprawczego elementu dziejów. Zbyt wiele jest argumentów, by nie wysunąć tezy, iż przy stole, przy którym rozstrzygają się losy świata, zasiada ktoś jeszcze poza przywódcami państw, dowódcami wojsk, właścicielami globalnych korporacji i banków. Jest jeszcze Bóg. Na Jego bezpośrednie interwencje mamy wiele dowodów63.

Jeżeli pomijamy nadprzyrodzony czynnik, nie jesteśmy w stanie zrozumieć historii, która nie jest przecież tylko przyrodzona. Nadnatura jest elementem integralnym natury, podobnie jak wymiar duchowy jest koniecznym suplementem elementu materialnego w człowieku. To jakbyśmy próbowali zbadać skład chemiczny związku z rodziny węglowodorów, ale nie mielibyśmy pojęcia o istnieniu pierwiastka wodoru... Podobnie bez uznania istnienia ludzkiej duszy dochodzimy do konkluzji, które czynią człowieka tylko zwierzęciem.

Wspomniana zasada nieodłącznego współistnienia tego, co jest naturalne i co nadprzyrodzone, dotyczy każdego obszaru życia, może przede wszystkim ludzkiej historii. Od razu trzeba dodać, że Bóg to dziwny „polityk”. Jest On uzależniony w swym działaniu od ludzkiej woli – od zaangażowania człowieka; nawet nie tłumów i mas – od każdego pojedynczego „ja”.

Wróćmy do pytania o sprawczość Boga w naszej historii i zacznijmy od zasadniczej kwestii. Czy możemy zastosować poszerzoną formułę interpretacyjną i twierdzić, że uznanie Boga jako Głównego-Czynnika-Sprawczego-Historii pozwala nam lepiej zrozumieć świat i jego dzieje? Z pewnością tak, pojawia się jednak trudna kwestia „zrozumienia Boga” i Jego planów. Święci zaświadczają, że kto Go poznał, ten wie już wszystko. Rzeczywiście, jeśli bylibyśmy w stanie zajrzeć w głąb Boskiego misterium i odczytać zapisane w Boskiej Opatrzności plany oraz zamiary Stwórcy, czytalibyśmy w niej prawdziwe słowa o prawdziwej historii człowieka. Jednak my tego nie potrafimy. Co gorsza, stoimy przed niebezpieczeństwem brania za Boga czegoś, co Nim nie jest. Bywa, że widzimy Jego działanie tam, gdzie Bóg nie interweniuje, gdzie czeka na ruch z naszej strony, gdzie Jego plany oznaczają „teraz działa człowiek”. Nam się wydaje, że oglądane przez nas działanie jest Jego autorstwa, gdy tymczasem w akcji jest człowiek, przyroda, może nawet szatan... Ten mami nas najbardziej i najchętniej, potrafiąc przybierać pozory Boskie.

Również historia ma wymiar nadprzyrodzony. Dla ludzi świętych i głęboko wierzących jest on oczywisty, dla innych zaczyna być takim dzięki obecności najróżniejszych znaków dawanych z Nieba. Możemy je podzielić na dwie zasadnicze grupy: cuda i objawienia. Ciekawe, że na naszych oczach dokonał się jakiś niezwykły przełom, porównywalny wagą do tego, który następuje na pierwszych stronach powieści Bensona. Tyle, że nasz przełom dotyczy sfery nadprzyrodzonej, gdy Bensonowski dzieje się w wymiarze doczesnym. To chyba dobrze dla nas, bo to znak, że Bóg – inaczej niż w powieści Lord of the World – nas jeszcze nie opuścił i wciąż przekazuje ludziom swoje znaki. I jest tak dzięki Bogu aż do teraz… Czyżby wizja z Lord of the Lord była jeszcze przed nami, a papież Franciszek rzeczywiście odwoływał się do przyszłości? Hipoteza wydaje się ciekawa…

Jaki przełom naznaczył nasze współczesne dzieje? Na świecie, od 1981 roku, pojawia się zupełnie niespodziewanie nadprzyrodzona lawina znaków, a w niej zdają się dominować nie – tak jak kiedyś – cuda, ale objawienia, co więcej, wydaje się, że ich przesłania układają się dziś w pewną logiczną, czytelną dla nas całość i że można wyróżnić w nich kilka wyraźnych okresów. W każdym z nich dominują innego rodzaju przekazy bezpośrednio nawiązujące do wydarzeń, które mają pojawić się niebawem w dziejach ludzkości:

• Lata 1981–1984 to znaki ostrzegające przed „atomowym końcem świata”, który miał nastąpić w 1985 roku.

• Lata 1984–1989 to znaki będące obietnicą ingerencji Boga w historię, która nastąpiła w okresie 1989–1991, otwierając ludzkości drogę do „nowego, lepszego świata” (Jan Paweł II).

• Lata 1989–ok. 1993 przynoszą z kolei znaki wskazujące drogę „wymarzoną” przez Boga, na którą ludzkość miała historyczną szansę wkroczyć; zmarnowała jednak tę Boską sposobność.

• Lata od ok. 1993 do dziś: mamy tu znaki zwiastujące moralny, a w konsekwencji fizyczny koniec świata.

Tak właśnie kończy się książka Bensona. W egzemplarzu, który posiadam, zamiast tradycyjnego „The End” pod ostatnią linijką Lord of the World widnieje napis:

THE END

OF THE WORLD

Nie „koniec opowieści”, ale „koniec świata”. Tak przynajmniej zdaje się prorokować Benson w swej dystopii. Dodajmy od razu, że jego inna, wspominana już, książka – tym razem utopia zatytułowana The Dawn of All – oferuje czytelnikom inną wizję. Zdaniem autora wciąż istnieje szansa, by człowiek nie uległ wpływom szatana, by niewidzialna wojna, która z roku na rok ma coraz bardziej gwałtowny przebieg, zakończyła się zwycięstwem Boga, by ludzkość weszła na drogi prowadzące do powstania Bożego królestwa na ziemi. Taki cel jest wpisany w akt stworzenia świata i tak zaplanowany jest kres naszej historii. Obecny „drugi papież”, Benedykt XVI, pisze:

Wypowiadając słowa «królestwo niebieskie», nie myśli się jednostronnie o czymś nie z tego świata; wskazuje ono na Boga, obecnego zarówno na tym, jak i na tamtym świecie, Boga, który wznosi się nieskończenie ponad naszym światem, ale jest w nim zarazem w pełni obecny64.

I jeszcze:

Wierzący staje się jedno z Chrystusem i ma udział w Jego płodności. I to także można cudownie podziwiać w historii. Można w niej dojrzeć święte oazy, w których kwitnie życie, w których powraca coś z utraconego raju65.

Czy na przykład oazy stworzenia, powstające kiedyś wokół klasztorów benedyktyńskich – snuje jeszcze refleksje papież Benedykt – nie są zapoczątkowaniem tego pojednania stworzenia, którego źródłem są dzieci Boże66.

Ten inny możliwy, rajski wariant przyszłości, w którym spełnia się zapowiedź nadejścia Ery Pokoju – zapowiadany jest nie tylko w wizji Bensona czy teologicznej refleksji Benedykta XVI. Wątek ten jest alternatywnym przesłaniem części współczesnych objawień.

Tyle że papież Franciszek poleca lekturę pesymistycznej dystopii. Zresztą przywołanie najważniejszych znaków po 1981 roku pokazuje, że schemat dystopijny jest niepokojąco prawdziwy i że został on wpisany w dramat „niewidzialnej wojny”. Niewidzialnej, bo nikt jej nie dostrzega, a ludzie sądzą, że żyją w czasach pokoju, bo nie dotyka ich przekleństwo krwawych walk. Są przekonani, że skoro wśród nich nie ma wojny, to cieszą się czasem pokoju. Pokój i wojnę rozumieją w kategoriach doczesnych, widzialnych, doświadczalnych zmysłami. Jest „wokół-spokój” albo są działania militarne: krwawa wojna.