Niewidzialna wojna

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zdumiewające, ale tak właśnie wygląda schemat dystopii Lord of the World, do której za moment odwoła się papież Franciszek!

„L’Oservatore Romano” przytoczyło papieską homilię z 18 października 2013:

Zawrzyjmy przymierze z poganami żyjącymi wokół nas; nie możemy żyć w izolacji czy trwać przywiązani do naszych starych tradycji. Zawrzyjmy z nimi przymierze, bo jeśli się od nich odgrodzimy, spadnie na nas wiele zła. Ta propozycja tak się im spodobała, że niektórzy pełni zapału poszli widzieć się z królem, by się z nim targować, by negocjować29.

Po przywołaniu tych słów papieża „L’Oservatore Romano” pisało dalej:

Biskup Rzymu porównał tę postawę do tego, co nazywa współczesnym „duchem niedojrzałego progresizmu”, który zwodniczo sugeruje, że zawsze, kiedy stajemy wobec jakiejkolwiek decyzji, należy raczej zrobić ruch naprzód aniżeli pozostać wiernym swoim własnym tradycjom. „Ludzie – mówił papież – targowali się z królem, negocjowali z nim. Nie negocjowali jednak zwyczajów… negocjowali wierność Bogu, który zawsze jest wierny. Nazywamy to apostazją; prorocy nazywali to cudzołóstwem. Ci ludzie byli cudzołożnikami, którzy negocjowali coś podstawowego dla swego własnego bytu, to jest wierność Panu”30.

Watykański dziennik podaje dalej:

„Wielu ludzi – mówił papież – zaakceptowało rozkazy króla, «które nakazywały, by wszyscy ludzie w jego królestwie byli jedno i by każdy porzucił swoje własne prawo». Jednak – zauważył Franciszek – nie była to «piękna globalizacja» wyrażająca się w «jedności narodów», w której każdy zachowuje swoją własną tożsamość i tradycje. Nie – mówił – czytamy tu o «globalizacji dominującej jednorodności», jednorodności myśli zrodzonej ze światowości. Dziś duch światowości prowadzi nas ku progresizmowi, do jednorodności myśli… Negocjowanie własnej wierności Bogu jest jak negocjowanie własnej podmiotowości” – powiedział papież. W tym momencie odwołał się do dwudziestowiecznej powieści Lord of the World Roberta Hugh Bensona, syna arcybiskupa Canterbury Edwarda White’a Bensona, w której autor mówi o duchu świata prowadzącym do apostazji „niemal jakby to było proroctwo, jakby autor ukazywał to, co się stanie. […] Dobrze zrobimy, jeśli zastanowimy się nad tym, co stało się w Księdze Machabejskiej – mówił dalej papież – co stało się krok po kroku, zanim zdecydujemy się pójść za «niedojrzałym progresizmem» i zaczniemy robić to, co robią wszyscy”31.

Reporter watykańskiego dziennika przytacza raz jeszcze słowa Franciszka:

„Zrobimy też dobrze jeśli zastanowimy się nad konsekwencjami ich niewierności, jeśli pomyślimy o «wyrokach śmierci, ofiarach z ludzi», które przyszły potem”32.

I dodaje:

Następnie papież zapytał obecnych: „Myślicie, że dziś nie ma ofiar z ludzi? Jest ich wiele, wiele. I istnieją prawa, które ich bronią”33.

Lord of the World jest dla Franciszka celną ilustracją tego, co czeka świat, jeśli ludzie poddadzą się „globalizacji dominującej jednorodności” i dadzą posłuch szerzącej się wokół moralności pogańskiej. Zgoda na apostazję w imię Nowego Ładu, który niesie ze sobą obietnicę pokoju i wygodnego życia, pociągnie za sobą klęskę.

FRANCISZEK POLECA LEKTURĘ BENSONA

Trzeci raz słowa o wizji Bensona pojawiają się 19 stycznia 2015 na pokładzie samolotu lecącego z Manili do Rzymu, po zakończeniu pielgrzymki papieskiej na Filipinach. Zauważmy od razu, że była ona spektakularnym sukcesem. Główna msza święta odprawiana przez papieża zgromadziła największą liczbę wiernych: sześć milionów, czyli nawet więcej niż największa liturgia za czasu pontyfikatu Jana Pawła II (która zresztą też miała miejsce na Filipinach). Tym bardziej dziwią pesymistyczne słowa Ojca Świętego wypowiedziane kilka godzin po zakończeniu pielgrzymki.

Co działo się na pokładzie samolotu lecącego z Manili do Rzymu? Zacytujmy za „News.va – Official Vatican Network”34. Dziennikarz Jan Cristoph Kitzler z grupy niemieckojęzycznej zadał Ojcu Świętemu pytanie: „Mówiliście o «kolonizacji ideologicznej». Czy moglibyście rozwinąć szerzej ten temat?”.

Oto cała odpowiedź papieża:

Kolonizacja ideologiczna. Podam tylko jeden przykład, który sam widziałem. Dwadzieścia lat temu, w 1995 roku, minister edukacji [Argentyny] poprosiła o duży kredyt na budowę szkół dla ubogich. Udzielono go pod warunkiem, że w szkołach na poziomie jednej z klas znalazłby się pewien podręcznik. To był podręcznik – dobrze przemyślany i doskonale opracowany pod względem metodologicznym – w którym uczono dzieci teorii gender. Kobieta potrzebowała pieniędzy, ale był warunek. Mądra kobieta powiedziała „tak”… ale przygotowała kolejną książkę i dała do szkół obie. Tak właśnie się stało. To jest kolonizacja ideologiczna. Wprowadza się ideę w krąg ludzi, a ona nie ma z tymi ludźmi nic wspólnego. Z jakąś grupą ludzi tak, ale nie z ludźmi w ogólności. Kolonizuje się ludzi pomysłem, który zmienia lub ma zmienić mentalność czy strukturę. Podczas synodu biskupi afrykańscy narzekali na ten temat. To była ta sama historia: niektórych pożyczek udzielano pod pewnymi warunkami.

Ja tylko mówię o sprawie, którą sam znam. Dlaczego mówię „ideologiczna kolonizacja”? Ponieważ wykorzystuje się potrzeby ludzi, by wprowadzić i umacniać [swoją ideologię] – przez dzieci. Ale to nic nowego. To samo zostało zrobione przez dyktatury ubiegłego wieku. Weszli z własną doktryną. Pomyślcie o Balilla35, pomyślcie o Hitlerjugend... Kolonizowano ludzi, chciano to robić. Tyle cierpienia – ludzie nie mogą utracić wolności. Każdy naród ma swoją własną kulturę, swoją historię. Każdy naród ma swoją własną kulturę. Ale gdy warunki są narzucane przez kolonizacyjne imperia, podejmowana jest próba wyzbycia tych narodów z ich tożsamości i stworzenia jednolitości. Jest to kulista globalizacja – wszystkie punkty są w równej odległości od centrum. Tymczasem prawdziwa globalizacja, chcę to powiedzieć, nie jest kulą. Ważne jest, aby zglobalizować, ale nie jak sfery, lecz jak wielościan. Mianowicie, każdy naród, każda część, zachowuje swoją tożsamość, bez ideologicznej kolonizacji.

Istnieje „kolonizacja ideologiczna”. Jest taka książka – wybaczcie jej reklamę – jest książka, której styl jest może na początku nieco ciężki, ponieważ została napisana w 1907 roku w Londynie... W tym czasie autor widział dramat kolonizacji ideologicznej i opisał go w tej książce. Nosi ona tytuł Pan świata. Autorem jest Benson, książka powstała w 1907 roku. Proponuję przeczytać. Czytając ją, zrozumiecie, o co mi chodzi, gdy mówię o kolonizacji ideologicznej36.

Wiele wskazuje na to, że papież Franciszek poleca lekturę Bensona z dwóch powodów. Po pierwsze, Lord of the World wyjaśnia mechanizm działania „Nowego Ładu Światowego”, który skolonizuje ideowo całą ziemię (rzeczywiście wykorzystując do tego narzędzie edukacji37), nie dając miejsca na żadną inność poza obowiązującym sposobem myślenia. Z drugiej strony powieść z 1907 roku pozwala poznać przerażające konsekwencje opanowania świata przez Nowy Ład. Może jeszcze jest powód trzeci: ten przewrotny proces globalizacji jest w książce Bensona – jak w wykładzie Ratzingera – dziełem Antychrysta…

Czyżby papież sugerował, że zgoda na kolonizację ideologiczną może przyspieszyć godzinę końca świata i sprawić, że zamykająca historię paruzja (powtórne przyjście Chrystusa na ziemię) wydarzy się wcześniej? Gdy świat zostanie w pełni opanowany przez zło, gdy pojawi się na nim Antychryst, gdy to, co duchowe, zostanie zabite i na ziemi zamieszkiwać będą już tylko aktywni słudzy szatana oraz bierni „widzowie” jego działań, ludzkość nie da Bogu innej możliwości jak ta…

Trzeba będzie zamknąć księgę historii.

PYTANIE O ZAKRES ANALOGII

Ktoś powie, że przytoczone wypowiedzi nie mówią o wizji końca świata, ale jedynie o zagrażającym światu zjawisku globalizacji ideologicznej. Czy rzeczywiście, skoro pojawia się w nich słowo „Antychryst”, a ten jest zapowiedzią ostatecznego końca? Wypowiedź Ratzingera z jego przywołaniem słów Benedykta XV rzeczywiście odnosi się do „Nowego Ładu”, ale jednoznacznie skupia się też na konsekwencjach tej szatańskiej globalizacji. Ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary zapowiada nastanie czasu prześladowań i terroru, który ociera się o Armagedon. W tym kontekście mówi wprost o dziele Antychrysta, którego imienia z pewnością nie przywołał bez głębszego celu; raz jeszcze przypomnijmy, że jego pojawienie się jest równoznaczne z nastaniem czasu apokalipsy. Logika logicznego kardynała jest identyczna z tą, jaką Benson ukazał w swej dystopii: nowy ład, powszechny pokój, jeden władca i jedna ideologia prowadzi do czasu próby, do oczyszczenia, prześladowań, do Kościoła w odwrocie, do próby jego ostatecznego unicestwienia, do bezpośredniego zaangażowania się Chrystusa w walkę z Anty-Chrystusem. Zwróćmy też uwagę, że pierwsze odwołanie się do tej powieści przez papieża Franciszka nakłada na siebie trzy obrazy: biblijny z początków Pierwszej Księgi Machabejskiej, Bensonowski z Lord of the World i współczesny, który jest już malowany pierwszymi pociągnięciami pędzla globalnej ideologii „światowości”. Z kolei trzecie odniesienie się do dystopii Bensona skupia się na ostrzeżeniu przed pierwszymi próbami wprowadzenia w życie globalizacji ideologicznej. Jakby Franciszek sugerował, by skupić się na tym, co teraz najważniejsze; jakby chciał powiedzieć: Nie wolno dopuścić do globalnego ładu, nawet jeśli obiecuje ludzkości (i da) trwały pokój, bo wszystko to okaże się wkroczeniem w świat apokalipsy!

Gdy uzupełnimy ten obraz wzmianką, że papież Franciszek wciąż wspomina o działaniu szatana w świecie i przestrzega przed jego „sukcesem”, odniesienie do powieści Bensona okazuje się nie jednowymiarowe, ale całościowe… Lord of the World jest wizją, w której „jakby autor ukazywał to, co się stanie”.

 

Papież zdaje się ostrzegać, że gdy ludzkość zgodzi się na „Nowy Ład”, nastąpi efekt domina…

PONTYFIKAT FRANCISZKA JEST WPISANY W POWIEŚĆ BENSONA?

Pozwólmy sobie na jeszcze jedną uwagę, w której mieści się próba zrozumienia inności pontyfikatu papieża Franciszka. Patrick Ryan Cooper z Katolickiego Uniwersytetu w Leuven napisał nieco inaczej o wizji papieża Franciszka. Czytamy w artykule Apokaliptyczna wizja papieża Franciszka i Antychryst w „Panu świata” Bensona38:

Więcej niż jeden raz Franciszek odwołuje się do antyutopijnej powieści Bensona, która jest obecnie w dużej mierze zapomniana (ilustruje to fakt, że jedyny zachowany egzemplarz, do jakiego dotarłem to tania, fotograficzna edycja). Przede wszystkim w styczniu Franciszek zacytował Bensona jako wskazanie klucza do wyjaśnienia, co rozumie przez „ideologiczną kolonizację rodziny”. Powiedział, że „jest to książka, która została napisana w Londynie w 1907 roku przez Bensona, zatytułowana Lord of the World. Polecam ją wam”. Franciszek wyjaśniał dziennikarzom w drodze powrotnej z Filipin: „Jeśli ją przeczytacie, zrozumiecie, co mówię”. Jednak jego wypowiedzi o „ideologicznej kolonizacji” rodziny pozostają w dużej mierze enigmatyczne, a w swym apokaliptycznym dramacie Benson nie przywiązuje większej wagi do sytuacji rodziny (lub teorii gender). Nasuwa się raczej przypuszczenie, że Franciszek, mówiąc o takich odniesieniach, miał być może zupełnie inny zamiar, a mianowicie: to postać kodu służącego do mówienia o „Antychryście” w obrębie mediów publicznych, mówienia sprytnie, nie używając samego słowa. A także komunikowanie czegoś fundamentalnego o sobie samym i swoim pontyfikacie.

O czym jest Pan świata?

Jednym z głównych tematów Lord of the World jest pokazanie sposobu, w jaki zło podstępnie pożera dobro oraz jak bardzo mesjańskie okazuje się działanie Antychrysta i przewrotne, ateistyczne hasła humanizmu głoszące (by użyć brzmiącego postmodernistycznie sformułowania Bensona) „katolicyzm bez chrześcijaństwa”. Benson nieskończoną ilość razy wykorzystuje ten znajomy temat genderowski, w którym pracujący w pogotowiu ratunkowym „ministrowie eutanazji” są uważani za „prawdziwych kapłanów” miłosierdzia i współczucia. Poświęca też wiele miejsca opisowi nowo zinstytucjonalizowanego obowiązkowego kultu, który Felsenburgh – Antychryst – wprowadza wraz z Franciszkiem, byłym księdzem o skłonnościach modernistycznych, który dokonał apostazji i stał się ministrem kultu publicznego. Tutaj pura natura neoscholastyki ukazuje swoje przerażające oblicze, jakim jest nowa elita z entuzjazmem upajająca się takim kultem, ujawniając „najgłębszy instynkt człowieka”, w którym ludzie oddają cześć Macierzyństwu (nic dziwnego, że jego święto przypada 1 stycznia) oraz Życiu (25 marca). Poza tymi świętami są jeszcze święta Pożywienia i Ojcostwa, gdyż „Bóg stał się człowiekiem, a Felsenburgh jest Jego wcieleniem!”.

Jednak w powieści najbardziej demonicznie przedstawia się głębokie podobieństwo fizyczne łączące Felsenburgha i głównego bohatera powieści, angielskiego kapłana Percy’ego Franklina, który później, po całkowitym zniszczeniu Rzymu i [znajdującej się tam] hierarchii kościelnej, staje się kardynałem i papieżem Sylwestrem III. Podobnie jak w przypadku dość niejasnego Felsenburgha, ks. Percy, ten Bensonowski bohater znikąd, ma bardzo silny charakter, który zaprzęga do działania w samym środku wydarzeń, by po ogromnym zamieszaniu i prześladowaniu Rzymu wznieść się aż do tronu Piotra. Od razu ukazuje się kontrast [nowego stylu pontyfikatu] z poprzednim – wyniosłym i monarchistycznym. Benson wciąż podkreśla, że nowo wyświęcony Sylwester III jest pod każdym możliwym względem „modelem prostoty”. Czy nie brzmi to znajomo? Powinno, bo być może wtedy będziemy mogli lepiej zrozumieć nie tylko, dlaczego Franciszek ma taki sentyment do tej książki, ale co więcej, możemy również spekulować, jak widzi on dzisiaj istotę urzędu Piotrowego, „Sługi sług”, w jego własnym niezwykłym wywyższeniu – zgodnym z interpretacją tej apokaliptycznej hermeneutyki.

Oto do czego dochodzimy… Chrześcijaństwo znika z Europy jak zachodzące słońce na ciemniejących szczytach, Wieczny Rzym staje się stertą gruzu, tak na Wschodzie, jak i Zachodzie na tronie Boga zostaje posadzony człowiek i ogłoszony boskim. Świat skoczył do przodu, ludzie osiągnęli pewną „stałą” przyjmowania nauki społecznej chrześcijaństwa zupełnie w oderwaniu od Boskiego Nauczyciela, a raczej – jak mówią – mimo Niego. W całym zamieszkałym świecie pozostały być może trzy, pięć, co najwyżej dziesięć milionów – niemożliwe się tego dowiedzieć – ludzi, którzy nadal oddają cześć Jezusowi Chrystusowi jako Bogu. A wikariusz Chrystusa siedzi w bielonym wapnem pokoju... ubrany tak prosto jak jego Pan, i czeka na koniec.

Odłóżmy jednak na bok wszystkie popularne oraz heterodoksyjne opisy apokaliptycznej przepowiedni i zapytajmy, jakie w rzeczywistości może mieć teologiczne znaczenie opisywanie Franciszkowej wizji Kościoła jako apokaliptycznej, jako „szpitala polowego po bitwie”? Aby to zgłębić, posłuchajmy pewnego teologa z irlandzkiego Uniwersytetu Notre Dame, Cyrila O’Regana, który w ciągu ostatniej dekady stale poddaje w wątpliwość upodobanie teologii w zachowywaniu „kordonu sanitarnego wokół siebie, aby odeprzeć apokaliptyczne zakażenie”. O’Regan dostrzega pilną potrzebę nazwania przez Kościół po imieniu własnej chrześcijańskiej wizji apokaliptycznej, która jako jedyna może zebrać w sobie zarówno odzyskanie tożsamości chrześcijańskiej podzielonej przez „korozyjne działanie Oświecenia w dyskursie chrześcijańskim”, jak również nacisk na praktykowanie sprawiedliwości jako „specyficznie chrześcijańskiej ścieżki działań i form życia, które wykraczają poza to, co jest wymagane przez kulturę świecką”. Ta „konieczność”, przypomina nam O’Regan, nie może być jedynie „obronna” i podejrzliwa wobec współczesnego życia ani też stać się triumfalistyczna. Wymaga ona ewangelicznej solidności, bo „mówić prawdę odważnie (parrhesia) jest imperatywem chrześcijanina”. Według niego taki wykład teologiczny jest „coraz bardziej konieczną formą teologii”.

Na zakończenie chciałbym stwierdzić, że w tej niebezpiecznej chwili, w której prześladowania religijne i przerażające obrazy męczeństwa pojawiają się prawie codziennie (to „ekumenizm krwi”), Franciszek rzeczywiście jest na wiele sposobów kształtowany przez ten imperatyw [apokalityczny]. Jego teologię i jego „wizję Boga” oraz rozumienie Kościoła możemy nazwać prawdziwie apokaliptycznymi, bo – jak sam sugeruje – dziś „istnieje o wiele więcej do zrobienia niż robić wystarczająco dużo; dziś wymagane jest świadectwo aż po męczeństwo”39.

Dodajmy jeszcze jedną uwagę do podkreślanego przez Bensona podobieństwa Antychrysta do Chrystusa, Felsenburgha do Sylwestra III. Kluczem może być wymyślone przez angielskiego pisarza nazwisko Antychrysta, władcy świata. Określenie go mianem „Felsenburgh” nie jest przypadkowe. To antytytuł św. Piotra, o którym Jezus mówił, że jest on skałą, na której Bóg zbuduje Kościół, skałą tak potężną, że bramy piekła będą wobec niego bezsilne; więcej: że w ręku Piotra znajdują się klucze do Królestwa Niebieskiego i w jego władzy będzie wprowadzać ludzi do Nieba (Mt 16, 18-19). Zauważmy, że słowo „Piotr” też posiada ukrytą warstwę pełną znaczeń… Podobnie słowo „Felsenburgh”. Wywodzi się ono z języka niemieckiego, a imię Antychrysta składa się z dwóch germańskich słów: „die Felsen” – skały oraz „der Burg” – forteca, zamek, warownia. „Felsenburgh” kryje w sobie ukrytą wzmiankę o potędze antykościoła, też zbudowanego na skale – tu jego siłą jest piekło. Analogia zdaje się oczywista: obok Kościoła opartego na mocy Boga pojawia się – jak w lustrzanym odbiciu – antykościół zbudowany na skale piekła, obok mocy Boga staje moc anty-Boga, szatana, a obok papieża antypapież, czyli papież „Kościoła diabła”. Tyle znaczy „Felsenburgh”. Wiemy już, że przeciwnik ks. Percy’ego będzie miał władzę wiązania ludzi z piekłem. Wiemy też – wciąż na zasadzie analogii doskonale sformułowanej przez Bensona – gdzie na ziemi będą znajdowały się klucze do piekielnej otchłani. Stąd władza Felsenburgha jest tak ogromnym zagrożeniem dla ludzi – właśnie w wymiarze wieczności.

Kto wie, czy Robert Hugh Benson nie ukrył w imieniu Antychrysta jeszcze jednego znaczenia, staroangielskie „fals”, które pobrzmiewa w „Felsenburgh”, oznacza bowiem nie tylko coś fałszywego (współczesne ang. „false”), ale także „zwodzenie”, „oszustwo”. Tym samym potęga i władza Felsenburgha zbudowana by była na wielkim oszustwie, a zwiedzeni przez niego ludzie – okażą się kiedyś największymi przegranymi…

Dodajmy na koniec, że imię „Julian” nawiązuje najprawdopodobniej do imienia pierwszego cesarza – apostaty, który władał imperium rzymskim w latach 361–363 i dążył do zniszczenia religii chrześcijańskiej. Julian Apostata chciał, by w miejsce wiary w Chrystusa powróciły wierzenia pogan. Może fakt, iż cesarz Julian był ostatnim władcą Rzymu praktykującym kult pogański, jest ukrytą przez Bensona wskazówką, że w czasie bombardowania Nazaretu rzeczywiście stało się coś niezwykłego i to nie papież zginął, lecz antypapież, a świat z pogańskiego stał się ponownie chrześcijański.

PAPIESKA OBSESJA TEMATEM DEMONÓW

„Papież Franciszek wydaje się obsesyjnie zajęty tematem diabła”– pisze związany z działalnością watykańską o. Thomas Rosica CSB, którego trudno posądzić o myślenie nie wyrażające ducha Kościoła40. Ten członek zakonu bazylianów wyjaśnia: „Jego [papieża] tweety i homilie o diable, szatanie, oskarżycielu, złym, ojcu kłamstwa, starodawnym wężu, kusicielu, uwodzicielu, Wielkim Smoku, nieprzyjacielu i po prostu «demonie» są legionem”41.

Ojciec Rosica pisze:

Dla Franciszka diabeł nie jest mitem, ale prawdziwą osobą. Wielu współczesnych ludzi może spoglądać na papieski nacisk na diabła z lekceważącą obojętnością […] lub co najwyżej z pobłażliwą ciekawością. Jednak Franciszek odnosi się do diabła nieustannie. Nie uważa go za mit, ale za prawdziwą osobę, za najbardziej podstępnego wroga Kościoła. Kilku moich kolegów teologów powiedziało, że [papież] z tym diabłem i piekłem posunął się trochę za daleko! Możemy pokusić się o zapytanie, dlaczego Franciszek jest tak zaangażowany w sprawę księcia demonów. Ten inteligentny papież-jezuita zanurkował w głębokich wodach teologicznych, tam, gdzie niewielu współczesnych duchownych katolickich ma ochotę wniknąć42.

Rosica mówi o teologii, ale od razu podkreśla, że papież nie chce zajmować się nią jako taką, nie jest bowiem z powołania teologiem, lecz duszpasterzem.

Zajmowanie się Franciszka diabłem – pisze – nie jest kwestią teologiczną czy eschatologiczną; jest raczej wezwaniem do broni, zaproszeniem do podjęcia natychmiastowych działań; to propozycja bardzo konkretnych działań w celu podjęcia walki z diabłem i z panowaniem zła w dzisiejszym świecie43.

Związany z Watykanem bazylianin tłumaczy:

Ze swym nieustannym odnoszeniem się do diabła Franciszek odcina się od współczesnego przepowiadania w Kościele, który albo pozostaje zbyt milczący, gdy chodzi o diabła i jego przewrotne działania, albo sprowadza go do zwykłej metafory44.

Rzeczywiście, papież nieustannie wzywa ludzi „pod broń”: „Diabeł istnieje również w XXI wieku i musimy nauczyć się z Ewangelii, jak z nim walczyć” – mówi Franciszek i ostrzega, że chrześcijanie nie powinni być „naiwni” co do działania diabła. Nie jest on bynajmniej reliktem przeszłości45.

Zdaniem kanadyjskiego teologa „w obecnym pontyfikacie diabeł dokonał wielkiego come-back” i odgrywa ważną rolę w posłudze Franciszka. „Gdy chodzi o diabła – dodaje Rosica – papież jest zawsze śmiertelnie poważny! I wykorzystuje każdą sposobność, by powiedzieć mu, aby jak najszybciej opuścił nasze życie i świat”46.

Z szatanem Franciszek łączy temat dystopii nakreślonej przez Bensona w Lord of the World. 15 kwietnia 2013 roku papież powiązał w jedno oba wątki, bowiem mówiąc o działaniu diabła, nakreślił przed słuchaczami obraz á la Benson:

Kościół ma wiele mężczyzn i kobiet [...], którzy giną z nienawiści świata do Jezusa, z nienawiści do wiary. Niektórzy są zabijani, ponieważ uczą katechizmu, inni giną, ponieważ noszą krzyżyk. […] Dziś w wielu krajach są krytykowani, są prześladowani... Oni są naszymi braćmi i siostrami, którzy cierpią dzisiaj, w epoce męczenników47.

W tym kontekście papież wskazał na Maryję, Matkę Jezusa, jako na ocalenie Kościoła w wieku wielkich duchowych zawirowań:

Modlimy się do Matki Bożej, aby chroniła nas w czasach duchowych wstrząsów. Najbezpieczniejsze miejsce jest pod płaszczem Matki Bożej. Ona jest Matką, która troszczy się o Kościół. I w tej epoce męczenników jest Ona naszą największą obroną: Ona jest Matką. [...] Wołajmy z wiarą: Matko, Kościół jest pod Twoją ochroną. Opiekuj się Kościołem48.

 

Czy to ukryte odwołanie się do jednego z wątków Lord of the World? Benson opisuje szczegółowo przygotowania, nabożeństwo i nastrój związany z jedną tylko ceremonią zarządzoną przez Felsenburgha: z obchodem święta Macierzyństwa w zajętym przez humanitarystów londyńskim Opactwie Westminster. To święto miało stać się parodią, zaprzeczeniem i przeciwwagą kultu maryjnego: figura, która stała w centrum podczas ceremonii „przedstawiała nagą kobietę, wielką i pełną majestatu, niezwykle piękną, z głową i ramionami odrzuconymi do tyłu, jak ktoś, kto widzi dziwną i niebiańską wizję. […] Szatańska kpina – na jej długie włosy została położona korona z dwunastu gwiazd”49.

Czyżby Felsenburgh bał się wpływów Matki Bożej na dzieje świata i przez wprowadzenie zastępczego święta chciał odsunąć ludzkość od Tej, która ma moc zmienić bieg historii? Zaś papież Franciszek przeciwstawia się naporowi zła, umacniając to, co Pan świata pragnie zniszczyć, dlatego zachęca wiernych do trwania przy Maryi i wzywania Jej pomocy?

POKUSA INTERPRETACJI ŚWIATA „PRZEZ BENSONA”

Jeśli rzeczywiście dystopia Bensona jest – jak sugerują dwaj ostatni papieże – proroczą wizją nadchodzących wydarzeń (zdaniem cytowanego już Patricka Ryana Coopera z Leuven jest też być może kodem pozwalającym odczytać pontyfikat Franciszka), to może należałoby dokonać metodologicznie słusznego zabiegu i posłużyć się lekturą Lord of the World do pewniejszego zrozumienia tego, co dzieje się dziś wokół nas. Może warto wyjść – jak sugerował ks. Longenecker – „poza ramy” i spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość inaczej niż czynią to dyplomowani fachowcy od opisywania zdarzeń. Może, naśladując sposób działania papieża Franciszka, należy zacząć dostrzegać otaczające nas dziś znaki – nie tylko sygnały dawane przez Kościół, ale te dawane przez ostatecznego Reżysera dziejów świata – Boga; nie tylko te doczesne, ale też, i może przede wszystkim, znaki nadprzyrodzone: dochodzące do nas z Nieba i… z piekła. Tak jak opisywał to angielski konwertyta i pisarz Benson.

Tym bardziej wydaje się to zasadne, że akcja Lord of the World została umieszczona przez autora w odległej dla niego przyszłości, która dla nas jest już jednak przeszłością. Ostateczny termin wymieniony w prologu książki to data 1989 (choć w tym samym zdaniu jest też mowa o roku 1977)50, co pozwala umieścić wydarzenia opisane w powieści mniej lub bardziej wokół roku 2000. Historycznie był to Rok Jubileuszowy – wielkie święto Kościoła. Dla katolików przejście do nowego tysiąclecia było „przekroczeniem progu nadziei” – tak przynajmniej chciał tego jeszcze w 1994 roku św. Jan Paweł II51. Mamy powody uważać, że rok 2000 był już także dla niego pełen apokaliptycznych lęków. Dana bowiem w tych latach przez Boga szansa nie została wykorzystana i kolejne wydarzenia historyczne zaczęły przypominać do złudzenia dystopijne treści Lord of the World. Niebawem będzie o tym mowa.

Za chwilę wyruszymy w podróż drogami Roberta Hugh Bensona. Dróg jest z pewnością wiele i na wiele sposobów można próbować dokonać weryfikacji proroctw Bensona oraz starać się odszukać drogowskazy prowadzące do poznania tego, co myśli o przyszłości świata papież Franciszek. Są nauki socjologiczne, jest psychologia, nawet historia. Dla nas brytyjski konwertyta z początku XX wieku będzie przewodnikiem przez inną krainę – przez bogatą mozaikę najnowszych znaków, jakie pojawiają się wśród nas od 1981 roku – daty naznaczonej przełomem; a można założyć, że opowieść z prologu Lord of the World schodzi właśnie w pobliże tej daty… Droga przebiegać więc będzie przez niezwykłe trzydzieści parę lat, okres może najbardziej ważny w dziejach, czas, w którym trwa nie mająca precedensu walka – Benson powiedziałby: apokaliptyczna – między siłami dobra i zła. Spróbujemy odczytać kolejne znaki i poznać kierunek, w którym zdąża dziś ludzkość. Może uda się nam dowiedzieć, czy my także znajdujemy się już na progu Nowego Ładu i za chwilę pojawi się wśród nas zbawiciel świata – „dobry” Antychryst… Może zrozumiemy wtedy pośpiech papieża Franciszka.

Eksperyment wart jest poświęcenia mu czasu. Póki jest nań czas.

SŁOWO O ROBERCIE HUGH BENSONIE

Robert Hugh Benson52 (1871–1914) był konwertytą z anglikanizmu. Jego przejście do Kościoła katolickiego w 1903 roku było powszechnie komentowanym wydarzeniem. Benson był wybitnym człowiekiem pochodzącym z wybitnej późnowiktoriańskiej angielskiej rodziny. Jego rodowód jako anglikanina i Anglika nie mógł być „czystszy”. Ojciec, Edward White Benson, był arcybiskupem Canterbury, a został podniesiony do tego najwyższego urzędu anglikańskiego staraniem swego dobrego przyjaciela, premiera Williama Gladstone’a. Dwaj bracia Edwarda wpisali się na stałe w ówczesny angielski krajobraz kulturowy: pierwszy – Arthur Christopher był wykładowcą w Eton i w Cambridge, znanym pisarzem i eseistą, autorem tekstu angielskiej pieśni patriotycznej Land of Hope and Glory. Drugi – Edward Frederic był jeszcze bardziej niż brat znanym i cenionym autorem powieści oraz opowiadań. Ich matka była siostrą słynnego utylitarnego filozofa Henry’ego Sidgwicka. W sprawach politycznych czy kościelnych, w nauce i literaturze Bensonowie byli nie tylko wybitnie utalentowani, ale i bardzo wpływowi w Anglii czasów jej dominacji w świecie polityki i kultury.

Robert Hugh (czy Hugo) był równie utalentowany jak reszta rodziny. Po studiach w Cambridge przyjął święcenia anglikańskie i zaczął zdobywać nazwisko jako doskonały pisarz i kaznodzieja. Było oczywiste, że to „człowiek z przyszłością”. Niebawem jednak przyszły autor Pana świata zaczął zadawać sobie pytania dotyczące podstaw swojej wiary. Gdy udał się do Ziemi Świętej i ujrzał, „jaki powszechny jest Kościół katolicki, a Kościół anglikański przypomina małą parafię”, przyjął wiarę katolicką. Miał wówczas 32 lata.

Konwersja na katolicyzm nie była w owych czasach rzeczą, którą „robi” angielski dżentelmen. Sprawy nie wyglądały aż tak źle, jak było sześćdziesiąt lat wcześniej, kiedy John Henry Newman zaszokował swym nawróceniem całą Anglię i stał się przedmiotem powszechnego gniewu oraz oburzenia. Ale wciąż w przejściu na katolicyzm było coś z obyczajowego skandalu, tym bardziej, że Benson był synem arcybiskupa Canterbury i pochodził z bardzo znanej oraz wpływowej rodziny. Decyzja nawrócenia oznaczała dla niego, że straci przyjaciół, że opuści bogaty krąg społeczny, że utraci wiele sympatii ze strony rodziny, a także niemal pewne biskupstwo wraz z miejscem w parlamencie. A wszystko za co? Za przyłączenie się do tego, co w jego dotychczasowych kręgach było postrzegane jako gorsze intelektualnie i społecznie.

W 1904 roku Benson został wyświęcony na katolickiego kapłana. Żył jeszcze tylko kolejne dziesięć lat, ale były to owocne lata. Pełnił funkcję katolickiego kapelana w Cambridge; w tym okresie miał wpływ na nawrócenie innego syna słynnego anglikańskiego biskupa, Ronalda Knoxa. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że nie jest dobrym duszpasterzem i odkrył swe powołanie w pisarstwie. Był płodnym autorem, posługiwał się wieloma gatunkami literackimi: od powieści historycznych do opowieści o duchach i futurystycznej dystopii, od apologetyki po poezję i autobiografię. W swoim czasie był uważany za jednego z najlepszych pisarzy w Anglii. Jego najbardziej znane dzieło Lord of the World to futurystyczny thriller apokaliptyczny.