ExodusTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Wincenty Łaszewski 2021

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2021

All rights reserved

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE:

Ndphoto / Shutterstock

REDAKCJA:

Malwina Błażejczak

KOREKTA:

Krystyna Stobierska

ISBN 978-83-66859-16-6

Wydanie I, Kraków 2021

Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.

ul. Władysława Siwka 27a, 31-588 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl ksiegarnia@esprit.com.pl biuro@wydawnictwoesprit.com.pl Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

SPIS TREŚCI

Wstęp

PRELUDIUM Wszystko jest łaską

WIZJA PIERWSZA Spokój żółwia

WIZJA DRUGA Dwa miasta

WIZJA TRZECIA Dwa sekrety fatimskie

WIZJA CZWARTA Dwa pokolenia

WIZJA PIĄTA Kościół i anty-Kościół

WIZJA SZÓSTA Powrót do zaczynu

WIZJA SIÓDMA Dwie kolumny

EPILOG Przyjdzie czas

Wezwanie na misje

Przypisy

Nic nie może się zdarzyć, jeśli nie chciałby tego Bóg. A wszystko, czego On chce, chociaż mogłoby wydawać się nam najgorsze, jest dla nas najlepsze.

św. Tomasz More († 1535)

Wstęp

„Wszystko idzie na opak… Cnota jest ścigana, występek sławiony, prawdy nie ma, kłamstwo ma trzy języki… księgi są bez mędrców, a mędrcy bez ksiąg… Zwierzęta udają ludzi, a ludzie zwierzęta”. Już średniowieczny mnich z przerażeniem spoglądał na świat, w którym niszczono Boży porządek. Nie był ani pierwszym, ani jedynym; w erze chrześcijańskiej znany ludziom świat kończył się wielokrotnie. Ostatni tego rodzaju przypadek pisany jest w czasie teraźniejszym. Burzenie ładu Bożego dzieje się dziś, wśród nas, a my nie jesteśmy tym razem jedynie widzami. Wydarzenia dzieją się wokół, dotykają nas – i bolą.

To „nasz kryzys”, a lista lęków z nim związanych jest długa. Nie otwierajmy jej. Nie jest nam potrzebna. Weźmy głęboki oddech i spójrzmy na to z innej strony. Z wyższej perspektywy. Najwyższej – z nieba, z obłoku Opatrzności.

Przewodnikami będą nam wielcy Boży święci i Boży prorocy. Okaże się, że nie żyjemy w czasach przeklętych, ale że naszym udziałem staje się błogosławieństwo. „Staje się”, bo ma być ono karmione naszym osobistym wyborem.

To nie są czasy złe. Nie ma takich w Boskiej księdze dziejów. Są karty trudniejsze i łatwiejsze, ale na tych pierwszych najwięcej jest błogosławieństw i łask, więc powinniśmy je cenić ponad wszystko.

To te czasy. Może zrodzić się w nich owoc tak wielki i cenny, że kiedyś o tej epoce będą się uczyć kolejne pokolenia. Żyjące w innym, nowym świecie.

Bo ten świat, który atakuje, by zniszczyć Kościół, nawet nie „przegra”. Sam stanie się Kościołem. Powróci do swej natury, którą otrzymał od Stwórcy. Przecież ma zadanie: stać się Bożym królestwem.

Przyszłość będzie pisana przez nas. Kościół ma zespolić z powrotem całą ludzkość, wraz ze wszystkimi jej dobrami, z Chrystusem – przypomina nam Tradycja Kościoła.

Więc… Czas powiedzieć „dość” chrześcijańskiemu pesymizmowi, wygasić lęki, podnieść głowę. I wyruszyć w drogę.

Czas na „exodus”.

Dziś to ważne dla nas słowo, znane z historii narodu wybranego. Opowiada o naszym wyjściu z „niewoli” pośród wielkich znaków i cudów i o zamieszkaniu na nowej ziemi, która tak naprawdę była nasza od wieków. Można rzec: „exodus” mówi o powrocie do siebie. [Dodajmy, że słowo to pochodzi od greckiego ἐξ- (ex-) – to przedrostek „z” – i ὁδός (hodós) – rzeczownika, który oznacza nie tylko „drogę”, ale i „sposób życia”]. „Exodus” oznacza wysłuchanie Boga, który poleca nam opuścić dotychczasowe życie, by rozpocząć życie nowe tam, gdzie od wieków jest nasza ojczyzna. Temu wezwaniu towarzyszą znaki, później zaś będzie towarzyszyć niezwykła opieka i cuda. Wówczas nawet potęga faraona okaże się bezsilna.

Właściwie – z Bożej perspektywy – jest to powrót. Powrót do początków Kościoła, powrót do świętości, powrót do Boga.

Oto co przed nami. Te czasy do tego wzywają, dlatego mimo ogłuszającego huku i oślepiających błyskawic są błogosławione. Czyli szczęśliwe.

W świetle wiary nagle wszystko rozjaśnia światło. Ten świat nie jest naszym wrogiem. On należy do nas, a ci, którzy próbują go zabrać Stwórcy i… Kościołowi (sic!), przypominają Kainitów budujących swoje królestwo z daleka od ziemi Pana. Nie do nich będzie należeć historia.

Ruszajmy. Drogę nadziei, nawrócenia i odkrywania prawdy wytyczy nam siedem proroctw – siedem obrazów. Naszymi przewodnikami, którzy niczym biblijny Mojżesz wskażą nam szlak wędrówki, będą: św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, św. Augustyn, fatimska wizjonerka Siostra Łucja, święty papież Jan Paweł II i Joseph Ratzinger, jego następca, wreszcie św. Jan Bosko.

Tych obrazów i proroctw, wizji i znaków jest więcej, bo Bóg jest dziś hojny w udzielaniu swego światła. Niech inni wskazują kolejne. Na chwilę obecną wystarczy nam pierwszych siedem. Może jedno z nich wykorzysta Bóg, by do nas przemówić z mocą, która daje odwagę, nadzieję, pewność wiary. I czyni z nas zaczyn nowości. Najpiękniejszej, bo oczekiwanej przez naszego Stwórcę od pokoleń, pokoleń, pokoleń.

Zaczynamy naszą wędrówkę, a przewodnikiem po siedmiu wizjach i proroctwach niech będzie nam jeszcze jeden święty – Tomasz More. Ten angielski męczennik umieścił w swej Utopii słowa, które są dla nas jak podniesiona wysoko lampa rzucająca swój blask na wszystkie zakamarki naszego domu. Nagle wszystko staje się oczywiste. Już wiemy, że głoszenie Ewangelii jest dziś niezwykle trudnym zadaniem. Wiemy, że podejmą je tylko ci, którzy naprawdę wierzą. Święcie wierzą.

Co napisał More?

Jeśli mamy pominąć milczeniem to wszystko, co może się wydawać ludziom ekscentryczne i absurdalne, wszystko, co przewrotna natura ludzka uważa za obce sobie, to wówczas w naszym chrześcijańskim społeczeństwie musielibyśmy zamilknąć niemal na każdy temat, który poruszał sam Chrystus. […] Więc tak dostosowują nauczanie Chrystusa do ludzkiego zachowania, by ono jakoś do niego pasowało. Moim zdaniem ci ludzie nie czynią wcale dobra, poza takim, że lud czuje się bezpieczniej, czyniąc zło.

PRELUDIUM Wszystko jest łaską

Może to niejednego z nas zdziwi, ale Bóg nie jest przerażony sytuacją, która nas tak przeraża.

Powodów, dla których Boskie Serce wypełnia święty spokój, jest kilka. Musimy je sobie uświadomić, bo to On jest Panem – jest Tym, dla którego nic nie jest zakryte i którego wszechmocy nic się nie wymyka.

Może nie umiemy tego dostrzec, ale przecież Bóg nawet zło przekuwa w dobro. Tylko Jego jednego możemy nazywać Dokonawcą. Trudno w to uwierzyć? Pewnie widzimy za mało detali, może ze zbyt wąskiej perspektywy patrzymy, może ślizgamy się tylko po powierzchni faktów. Nie dostrzegamy tego, na co On patrzy wiecznie. On, który przenika wszystko, panuje nad wszystkim. Przecież Bóg jest Ojcem, i to Ojcem Wszechmogącym. Czyli chce naszego dobra i każdego z nas może do niego prowadzić. Wyznajemy to wprost w naszym Credo. Mówimy, i to w pierwszych słowach: „Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego”.

Bóg nie jest Początkiem, któremu historia wypadła z rąk. Czasem wydaje nam się, że właśnie tak jest, ale On jest i Alfą, i Omegą: również na końcu czasów będzie Panem dziejów. Dodajmy dla jasności: jest i będzie Panem w każdym szczególe każdego wydarzenia. Jemu wszystko służy! Nawet ci, którzy nie chcą Mu służyć. Również oni wpisani są w Jego wielki plan. Nawet ci, którzy z Nim walczą, którzy mówią, że Go nie ma, którzy Go nienawidzą, jak nienawidzi sam szatan – wszyscy oni, we wszystkim, co robią, chcąc nie chcąc, pełnią funkcję zbawczą…

Przypomnijmy w tym miejscu mocne słowa nauki Kościoła. Oddziaływanie Szatana ograniczone jest przez Bożą moc. Jest ono „dopuszczone przez Opatrzność Bożą, która z mocą i zarazem łagodnością kieruje historią człowieka i świata” – jak czytamy w Katechizmie Kościoła katolickiego (p. 395).

Opiekujący się światem i człowiekiem Stwórca dopuszcza działanie złych duchów tylko dlatego, że – jako Istota wszechmocna – potrafi z niego wyciągnąć większe dobro dla ludzi, którzy Go kochają.

Czytamy dalej w Katechizmie:

 

Dopuszczenie przez Boga działania Szatana jest wielką tajemnicą, ale „wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8, 28).

Musimy mocno wierzyć, że wszystko ma Boży sens i że na wszystkim Pan kładzie swą świętą dłoń. Nawet największe zło, skoro jest, ma sens. Święty Augustyn uczył: „Bóg wszechmogący […] ponieważ jest dobry w najwyższym stopniu, nie pozwoliłby nigdy na istnienie jakiegokolwiek zła w swoich dziełach, jeśli nie byłby na tyle potężny i dobry, by wyprowadzić dobro nawet z samego zła”1. Kiedyś, gdy Chrystus przyjdzie sądzić żywych i umarłych, pojmiemy to – i to w pełni.

PESYMIZM

To wszystko prawda, a jednak dziś ludzie – nawet głęboko wierzący – mówią słowa tak ciężkie jak kamień młyński i mogące zatopić naszą nadzieję. Wypowiadają słowa „kryzys”, „upadek” „agonia”, a słowa te odnoszą do Kościoła. Może warto w tym momencie postawić pytanie, czy takie hasła można w ogóle związać z Kościołem, który jest „jeden, święty, powszechny i apostolski”, który został „zbudowany na fundamencie Apostołów” i którego „bramy piekielne nie przemogą”.

Można i nie można. Wszystko zależy od tego, czym kończy się taka wypowiedź. Czy po słowach „kryzys”, „upadek”, „agonia” pojawia się wykrzyknik, a z nim – gniew lub rozpacz? Pamiętajmy, że gniew i rozpacz to nie są cechy Boga, a więc w nas, stworzonych na Jego obraz i podobieństwo, są one grzechem. A może odnoszone do Kościoła słowa „kryzys”, „upadek”, „agonia” zamyka znak zapytania, a z nim – wątpienie we własny sąd? To zgodne z nauką Ewangelii, przecież wiemy, że nie mamy prawa sądzić… A może krytyka Kościoła kończy się pokornym dopowiedzeniem: że tak jest, ale „sądząc po ludzku”? I znowu trzeba dać prawo do tak budowanej krytyki. Skoro wiemy, że myśli Boże nie są naszym myślami, a Jego drogi mijają się z naszymi, nasza ocena może całkowicie mijać się z sądem Boga…

Jeśli więc przy krytykowaniu Kościoła nie pojawia się wykrzyknik, który zamyka wszystko, to możemy mówić o „problemach Kościoła”. Możemy pytać o jego dzisiejszy stan, ale spoglądając na to, co się w nim dzieje, powinniśmy być zawsze świadomi tego, że patrzymy na wszystko po ludzku, że powinniśmy próbować dostrzec coś więcej – spojrzeć po Bożemu…

OPTYMISTYCZNE SŁOWO

„Kryzys”, „upadek”, „agonia”… Może lepiej zrezygnujmy z tych terminów, wymagają one bowiem zbyt wielu wyjaśnień lub dekoracyjnych dodatków, a wciąż kuszą brzmieniem żałobnej melodii. Nie zagrzewają nas do walki, nie wzmacniają w nas wiary, nie pomnażają radości. Może lepiej zrobimy, jeśli – za wielką Tradycją Kościoła – uprościmy je i sprowadzimy do jednego wspólnego mianownika. Szkoda, że przed większością ludzi jest on zakryty i że go nie widzą. Bóg zastępuje te wypowiadane przez nas wyrażenia – te powtarzane wciąż: „kryzys”, „upadek” „agonia” – jednym biblijnym słowem, które jest jak spiż i które ma wieczny sens. Pan nazywa „kryzys”, „schizmę”, „apostazję”, „upadek”, „zdradę”, nawet „kres” słowem „oczyszczenie”. Pora, by i ludzie wierzący zaczęli go używać i rozumieć jego sens.

To wszystko, co ubieramy w bolące słowa, jest tak naprawdę oczyszczeniem, błogosławionym oczyszczeniem. I nieważne, czyimi rękami się ono dokonuje. Czy to takie istotne, czyje ręce trzymają miotłę, która wymiata brud? I pamiętajmy jeszcze o jednej ważnej kwestii, o której przypominają nam święci: prawdziwe, trwałe oczyszczenie dokonuje się zawsze od wewnątrz.

OCZYSZCZENIE OD WEWNĄTRZ

„Od wewnątrz”… Być może z pojawieniem się tych słów zaczynamy lepiej rozumieć, że „swąd szatana” (nie będę tego imienia pisał wielką literą, bo szatan nie jest tego wart!), o którym mówił św. Paweł VI w 1964 roku, a który pojawił się właśnie we wnętrzu Kościoła, jest nie tyle przekleństwem, ile łaską? Trudną łaską, przez większość niechcianą i niezrozumianą, a jednak łaską. Czyli jednocześnie darem i zadaniem. „Swąd czarta”, który czujemy wokół, jest znakiem. Trzeba nam ten znak odczytać, zrozumieć i podjąć działania, do których nas wzywa, podjąć je zgodnie z wolą Boga. Wtedy – dodają święci i teologowie – w znaku ujawni się moc, która nawet złu nada wektor zbawczy.

Okazuje się, że obecność „swądu szatana” w Kościele niekoniecznie jest tylko „czarną łaską”, czyli „darem”, jaki otrzymujemy z ciemnego wymiaru nadprzyrodzoności. Święty Jan Paweł II nazwałby ją „antyłaską”. Bo jest i taka łaska, niepochodząca z nieba, i jest też taki wymiar, który, choć nadprzyrodzony, nie jest Boski; bo jest i taki dawca, który tylko udaje Boga – czasem doskonale. Na wysokościach działa nie tylko Bóg. Jest też demon, który czyni wszystko, by Mu dorównać i by przejąć oddawaną Bogu chwałę – przede wszystkim, by odebrać Mu tę największą chwałę, jaką jest człowiek.

Źle się dzieje, kiedy ludzie wszystko, co przychodzi ze sfery nadprzyrodzonej, traktują jako dar z góry, od Ojca świateł, nie rozumiejąc, że jest jeszcze hojny ojciec kłamstwa, że obok wielkiego Króla jest też książę ciemności, który rozdaje swe ponętne dary zła, kusząc opakowaniem i przebierając się nawet za anioła utkanego ze światła.

Jeżeli obecność szatana w Kościele jest łaską, to jest właśnie łaską oczyszczenia. Oczyszczenie, które jest darem z Nieba, rodzi się albo z odkrycia miłości, albo ze wstrętu do ohydy zła, i jest zawsze łaską niebieską, pełną światła i Bożych mocy zdolnych przemienić świat. Jest łaską jak skała – objawieniem wszechmocy Boga, który ze zła wyprowadza zwielokrotnione dobro.

WIERZĄCY W BOGA, OTWARCI NA SZATANA

To prawda, wielu ludzi Kościoła otworzyło się dziś na niewłaściwe dary nadprzyrodzone… Może było tak w każdej epoce, ale my – współcześni – najlepiej widzimy współczesne zło… Widzimy, jak ludzie otwierają swe dusze przed szatanem przychodzącym ze swoimi darami. I nie mówimy tu jedynie o osobach duchownych, bo ten temat może nawet w większej mierze dotyczy świeckich.

Są w Kościele ludzie wierzący i głęboko religijni, ale paradoksalnie ich wiara jeszcze bardziej otwiera ich serca i umysły na wpływy szatańskie.

Uczy duchowy mistrz Ludwik Grignion de Montfort z Bretanii:

Piękne i wzniosłe myśli i święte plany mogą być z natchnienia diabła, bo ten zły i przewrotny duch, zamieniając się w anioła światłości, często mami najgorliwsze dusze i najbardziej duchowych ludzi. Zwodzi je przez swe fałszywe światła, tym samym doprowadzając je do upadku.

Dlaczego tak się dzieje? Bo są ludzie, którzy zapewniają, że wierzą, ale ani nie dotknęli tajemnicy Boga, ani też Bóg nie dotknął ich swoją dłonią (nie pozwolili na to?). Może do odkrycia przez nich prawdziwego, żywego Boga potrzebna jest jakaś wielka nadprzyrodzona interwencja, o której tyle się mówi w dzisiejszych proroctwach i widzeniach. A może wystarczy posłannictwo samego Kościoła? Może to on otworzy ludziom oczy na to, co prawdziwe, a co nie jest mamieniem piekieł?

DROGA DO ŚWIATŁA

W jaki sposób? Przez świadectwo męczeństwa? Przez postawienie radykalnych wymagań? Przez zbudowanie nowej wspólnoty podobnej do pierwszego Kościoła? To będzie oczyszczenie tych ludzi. Odzyskają wzrok, zaczną widzieć jasno i czysto.

Kościół będzie też musiał oczyścić ludzi przywiązanych do szatana. Trzeba ich będzie od źródła ciemności odciąć. I znowu: jeśli nie zdoła tego zrobić Kościół, zrobi to sam Bóg. To także będzie oczyszczeniem – tym razem oczyszczeniem z wysoka. Dzięki tej łasce ludzie przywiązani do szatana będą mogli wyjść z bagna i obmyć się z jego nieczystości w wodach łaski.

A co Kościół ma zrobić z tymi, którzy są zlani w jedno z szatanem (odwrotność przebóstwienia), już nawet nie z opętanymi, ale ucieleśnieniem zła? Czytamy w pismach św. Pawła, że takich trzeba wyrzucić precz, zamknąć przed nimi wspólnotę, nie dopuścić ich do sakramentów, oddać piekłu! To także jest oczyszczenie, choć niestety nie ludzi niszczonych przez zło. To oczyszczenie wspólnoty zagrożonej ich zaraźliwym grzechem.

Są też inni oczekujący oczyszczenia. To ludzie letni. Czy zajmie się nimi Kościół, czy znowu zadanie to będzie musiał przejąć Bóg? Trzeba postawić tych ludzi przed wyborem zimna lub gorąca. To także będzie oczyszczenie. Ci ludzie staną przed szansą rozpoczęcia prawdziwego życia, szansą znalezienia prawdziwego szczęścia.

Myli się ten, kto sądzi, że Bóg tego dokona, strzelając palcami w wybranej przez siebie godzinie, a my, szczęśliwi, otworzymy oczy i ujrzymy nowy świat i nowy Kościół oczyszczony ze zła. Nie, to sam Kościół ma sprawić, że ci ludzie stracą grunt pod nogami – że nie będą mogli stąpać po ziemi czystej, świętej, czasem nawet naznaczonej krwią. Będą musieli albo stać się czyści dla ziemi czystej, albo ją opuścić.

Jest jeszcze jeden rodzaj oczyszczenia, najważniejszy, bo „katolicki”, czyli powszechny. Głos Ewangelii, a za nią głos proroków, wizjonerów i świętych, powtarza: wszyscy wierzący mają porzucić brud, odepchnąć czarne dary, powiedzieć „nie” szatanowi – nawet gdy przychodzi on jako niewinna teza opowiadająca o prawach człowieka i o ludzkiej wolności. „Niech ludzie przestaną obrażać Boga swymi grzechami – już i tak jest dosyć obrażony!” – woła Matka Najświętsza na zakończenie objawień w Fatimie. Wszyscy członkowie Kościoła muszą zgasić ogarki, które palą diabłu. Muszą podejść do przedmiotu swojej wiary, do swego Credo, wyciągnąć rękę i jak Tomasz sprawdzić – czy to nie jest aby bóg martwy, bóg ich wyobrażeń i oczekiwań – pusty bożek, podobny do figurki z gipsu. Muszą zapytać: Gdzie jest żywy Pan? Gdzie jest Ten, który – gdy da się dotknąć – napełnia radością i trwogą, i zamienia człowieka w światło? Muszą wyruszyć w drogę – w drogę wewnątrz Kościoła. Z wierzących stać się wierzącymi naprawdę. Muszą odkryć Boga w… Kościele.

Nie ma mowy o oczyszczeniu, jeśli nie idzie za nim nawrócenie. A nie ma nawrócenia, jeżeli oczyma wiary nie ogląda się Boga.

PEDAGOGIA OBRAZÓW

Dobrze, zostawmy te wątki – być może dla niejednego z nas poplątane w nieczytelne warkocze. Obejrzyjmy wspólnie kilka obrazów stworzonych przez wielkich ludzi Kościoła, świętych wizjonerów, i wejdźmy na kilka dróg… Pozwoli nam to zrozumieć, dlaczego Bóg jest spokojny o swój Kościół, dlaczego i my mamy zachować spokój i patrzeć na to, co przyniesie jutro – z radosną nadzieją.

Nie, nie patrzeć. Mamy stworzyć przyszłość, której chlubą i bogactwem będzie święty Kościół.

Losy – i Kościoła, i nasze – mogą potoczyć się rozmaicie. Uwierzmy jednak, że w ten wachlarz dróg i możliwości jest wpisana jedna reguła: na koniec to Bóg będzie Panem! Jeśli trzeba, uczyni to za pomocą cudu, nawet za pomocą osobistej, nieznanej dotąd w całej historii świata interwencji. Na końcu na pewno będzie światło. Wszystko będzie światłem. Wszystko zostanie zanurzone w Bogu. Ciemność zwinie się jak materia wessana w czarną dziurę. Jej rola bycia cieniem w historii skończy się raz na zawsze: na całą wieczność.

A Kościół będzie trwał – przez wszystkie wieki wieków. Amen.

WIZJA PIERWSZA Spokój żółwia

według św. Ludwika Marii Grigniona de Montfort

Wielka chrześcijańska Tradycja przekazuje kilka bogatych i barwnych obrazów, które mogą przybliżyć nam tajemnicę Kościoła i jego misję – także ukazać jego sposób życia. Zazwyczaj Kościół jest przedstawiany jako łódź Piotrowa albo Mistyczne Ciało, albo też jako Miasto Boże. Temu ostatniemu przyjrzymy się dokładniej za chwilę. Teraz słowo o pierwszym przedstawieniu Kościoła – o łodzi albo, jak chcą inni: o barce, okręcie czy statku.

Posłuchajmy opowieści o łodzi Piotrowej, a przewodnikiem niech nam będzie bretoński święty – Ludwik Maria Grignion de Montfort, którego znamy z Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, Tajemnicy Maryi albo z Przedziwnego sekretu Różańca Świętego. Niewielu z nas zdaje sobie jednak sprawę, że ten wędrowny kaznodzieja był przede wszystkim mistykiem i wizjonerem i że pozostawił po sobie wiele innych tekstów: modlitwy, listy, kazania i hymny. Sięgamy po te niemal nieznane zapiski i po trzystu latach od ich powstania widzimy ze zdumieniem, że przed naszymi oczami zaczyna wyłaniać się przedziwna wizja Kościoła kreślona piórem mistrza naszych wielkich proroków: Kolbego, Wyszyńskiego, Wojtyły.

Więc – to również ich głos.

Spróbujmy podążyć śladem św. Ludwika Marii. W tym celu posłużmy się metodą innego duchowego pioniera, św. Ignacego Loyoli. Czyli – przestańmy być widzami oglądającymi obrazy z zewnątrz, jak na ekranie, ale wejdźmy do środka i stańmy się uczestnikami wizji, która opowiada nam o losach Kościoła – o losach, w których mamy czynny udział. Zgodnie ze wskazówkami założyciela jezuitów uczyńmy to, przekraczając próg wyobraźni, którą (najwyższa pora na to w tych czasach) zaprzęgnijmy do oglądania spraw Bożych.

 

NIEZATAPIALNA ŁÓDŹ

Czy widzimy wokół siebie bezmiar morza, które otacza nas zewsząd – morza świata? Jest ono wzburzone. Jest pełne niebezpieczeństw. To na nim unosi się łódź św. Piotra. Jest niezwykła, rzekłbyś: cudowna – niepokonana przez największe, nawet apokaliptyczne żywioły i zawsze zwycięska, choć nieraz była zalewana wodami zła, choć niejeden raz przykrywała ją ogromna fala. Łódź ciężko pracuje, ale zawsze wynurza się spod wód, zawsze niepokonana.

Nieulękła. Niezwyciężona. Nieugięta. Nieustraszona. Niezłomna. Nieujarzmiona. Niezdobyta. Niezwalczona. Nie pokona jej nikt, nie pokona nic.

Taki obraz znamy. To wizja Kościoła, który jest wielką łodzią – największym Bożym darem dla rozbitków wyrzuconych z Edenu – rajskiej wyspy. Są w nim wszystkie skarby hojnie ofiarowane przez Pana: są sakramenty, jest łaska, jest dar odkupienia, jest Boska prawda i jest święta Ewangelia. Nikt i nic go nigdy nie zatopi, nikt i nic nie zniszczy. Ani wichura, ani błąd nawigatora, ani nawet śmierć kapitana (jak w wizji św. Jana Bosko, o której niebawem) czy – co też możliwe – bunt załogi (też o tym wspomnimy). Jest jak arka, która chroniła Noego przed śmiercią w wodach potopu. Kto jest w tym Kościele arce, ocaleje. To pewnik tak oczywisty, że stał się dogmatem. Kościół jest święty – jest sakramentem zbawienia.

NA PEWNO ŚWIĘTY?

Tylko… to wszystko wcale nie jest takie proste jak na lekcji katechizmu. Są rzeczy, które w historii Kościoła (i jego współczesności) są zaprzeczeniem wyznaczonej mu przez Boga misji. Oglądamy coś na kształt szarańczy grzechów, która pożera Kościół – nawet to, co wydaje się w nim naprawdę Boże. Czasem widać w nim niewiele ponad to. Nie dziwi, że ludzie odwracają się plecami od tego Kościoła, który woła, że jest święty, a w ich oczach okazuje się Babilonem – nierządnicą pławiącą się w obrzydliwościach grzechu.

Choć to z gruntu fałszywy obraz, czasem nie pozostaje nam nic innego, jak zamilknąć.

Na tej łodzi też są ludzie przegnili grzechem. Nawet więcej – są takie instytucje, w których, jeśli jest Bóg, to krzyżowany. Są takie wydarzenia, które sygnuje swą pieczęcią Kościół, a wołają one – dosłownie – o pomstę do nieba. Są pycha i buta, jest pogarda. Bywa nieczystość traktowana jako cicha norma. Zobaczymy tu także lenistwo, gnuśność i rozpasanie, wybujałe potrzeby, jakiś brak styczności życia sług Kościoła z życiem zwykłych ludzi. Jakby ci pierwsi żyli w eterycznej bańce…

Długa jest lista zarzutów, jakie stawiają Kościołowi ludzie żyjący poza nim czy na jego pograniczu. (Dziś coraz częściej mówią o tym również ludzie żyjący wewnątrz Kościoła).

Kto zniszczył chrześcijański Konstantynopol podczas IV krucjaty, wybijając w pień dzieci, kobiety i starców chroniących się w swych świątyniach? Czy nie uczynił tego jeden, święty, powszechny, apostolski Kościół? Kto nawracał mieczem Azteków, torturami wydzierając ukryte przez nich złoto? Znowu – czy nie była to oficjalna linia Kościoła? Albo – bliżej nas – kto kilkanaście lat przed potopem szwedzkim pozwalał dzieciom umierać z głodu pod murami Jasnej Góry, a okazywał im swoje miłosierdzie, zbierając datki na pokrycie kosztów ich pogrzebu? Kto w chrześcijańskim Paryżu doprowadził biedotę do tak skrajnej nędzy, że matki, nie mogąc przyjąć do domu kolejnego dziecka, wyrzucały noworodki na śmietnik?

Przykładów jest tak wiele. Ale czy zauważyliśmy, że oskarżenia o nieświętość i niejedność Kościoła powinny być kierowane także – może najczęściej – do osób świeckich? To bardzo ważne spostrzeżenie…

Zresztą… Ilekroć pojawiało się zło, w Kościele rodzili się święci, którzy je leczyli. W Meksyku był bp Juan de Zumárraga, w Paryżu – św. Wincenty a Paulo, w Częstochowie choćby o. Stanisław Oporowski. Z całego chrześcijańskiego świata tamtych epok pozostała pamięć tylko o nich – o Bożych szaleńcach.

Dość tych wywodów. Nie wytykajmy palcem zła w Kościele – robią to inni, jest ich aż nadto. Krytyka to nie lekarstwo. Zostawmy ją, bo przez jej pryzmat przyglądamy się tylko jednej stronie medalu. Właściwie to nawet nie jest druga – równa wielkością – strona medalu. To tylko plamy zła w Kościele. I nigdy nie będzie inaczej. Choćby dlatego, że jeden święty przeważa w nim z łatwością nad tysiącami nawet wielkich grzeszników. Tak było we wszystkich epokach Kościoła, tak było na początku jego dziejów. Wtedy tylko jedno serce – Niepokalane Serce Maryi – umiało przeważyć szalę Bożej sprawiedliwości i Bożego miłosierdzia. Bo Pan mierzy za pomocą jednej tylko miary – serca.

NIETYPOWY STATEK

Wracamy do wizji Kościoła unoszącego się na wzburzonym morzu świata. Spójrzmy tylko. Czy widzimy łódź Piotrową unoszącą się pewnie na morzu? Ona tu musi być i jest. Niezatapialna…

Ale przyglądamy się jej z uwagą i… czegoś nie rozumiemy.

Czy statek ten nie jest dziwny? Jest wielki i płaski – inny niż na wspaniałych kościelnych obrazach. Raczej nie płynie – to fale go opływają i z lekka nim kołyszą. Przypomina morskiego żółwia. Czyżby w niebieskich stoczniach budowano takie właśnie statki? Czy właśnie tak wygląda Kościół? Wiadomo, że to statek nie z tego świata, więc może rzeczywiście taki ma być? „Święty żółw” – uśmiechamy się złośliwie. Z łaciny: chelonia sancta. A miała być navis sancta! Miała być Święta Łódź! A tu mamy żółwia, który odpoczywa. Nie walczy – trwa w cichym błogostanie.

Coś nas w tym obrazie niepokoi, czegoś nie rozumiemy.

Przyglądamy się bliżej i co widzimy? Zbudowano na nim miasto – setki pysznych pałaców, wygodnych domów. Spoglądamy na ich piękno, na luksus, dostatek i sytość. „Dobrze nam tu być – zdają się mówić szczęśliwi mieszkańcy. – To nasz dom. Oaza. Zabezpieczenie”. To miasto jest tak stabilne, że – jak to u żółwi – występuje w nim regres: świat się zmienia, a ono trwa, coraz mniej dostosowane do rzeczywistości. Nie ma w nim potrzeby, by cokolwiek zmieniać.

Chelonia trwa poza znakami czasu. Żółwi znaki nie dotyczą.

WIDZIMY DNO

Czy tak wygląda Kościół?

To źle postawione pytanie. Trzeba raczej pytać: Czy to jest Kościół?

Odpowiedź nie może być inna: Oczywiście, że to jest Kościół! Ale w Bożej koncepcji on wcale tak nie wygląda. Niezatapialny, pływa do góry dnem… Jego smukłe maszty strzelają w stronę morskiego dna, dając jego żółwiowej postaci dodatkową niezwykłą stabilność. Wszystko jest ukryte pod linią wody: całe piękno sylwetki szybkiego jachtu, jego olinowanie, koło sterowe, mostek kapitański, wszystko. I maszt – krzyż.

„Krzyż jest tajemnicą, ukrytą gdzieś pod nami” – śpiewa św. Ludwik w hymnie Triumf Krzyża. Nie widzimy go i go nie znamy.

Kiedy – pytamy – ten stworzony do morskiej wędrówki żaglowiec zamienił się w leżącego na wodzie żółwia? Kto lub co przewróciło go stępką do góry? Tego nie wiemy, ale odpowiedź na to pytanie jest zupełnie nieistotna. Niektórzy mówią o dziejowej burzy, inni przeciwnie – o czasie usypiającego spokoju. Są tacy, którzy wywrócenie Kościoła datują już na czwarte stulecie. To wtedy religia wymagająca odwagi przestała być wyzwaniem rzuconym światu. Dotąd bycie uczniem Chrystusa oznaczało prześladowanie, brak dostępu do urzędów i szkół, utratę majątku, tortury, śmierć. Teraz, kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową (nastąpiło to w 313 roku), zamieniło się w religię powszechną i pożądaną – teraz każdy chce być „uczniem”. A tam, gdzie są wszyscy, wymagania są niewielkie. To wtedy przyjęli chrzest ci, którzy – o ironio! – nie chcieli być prześladowani, którzy chcieli skończyć dobre szkoły, mieć dobre posady, którzy chcieli cieszyć się dobrym imieniem, którym marzył się święty spokój i dobrobyt. Dostrzegamy ten paradoks? Słyszymy chichot historii? Religia tych ludzi ograniczyła się do tego, co konieczne i co zewnętrzne, a jej funkcją było dobrze urządzić się na tym świecie. Kościół już nie wymagał. To ludzie wymagali od Kościoła. Nie ludzie karmili Kościół – teraz Kościół karmił ludzi. Dawał im poczucie bezpieczeństwa i gwarancję spokoju. Niekoniecznie chodziło tu o spokój w wymiarze ducha.

To wtedy – przekonują niektórzy – sami chrześcijanie wywrócili Kościół do góry dnem. Zamieszkali w Kościele, który stał się grzbietem żółwia.

„Ci, co pragną bogactw, nawet jeśli ich intencje są dobre, zamieszkają we wraku własnej wiary” – tłumaczy św. Ludwik Maria Grignion de Montfort w Zasadach dobrowolnego ubóstwa w pierwotnym Kościele, wyjaśniając tym samym, dlaczego Kościół płynie „masztem krzyża” do dołu.

WYWRÓCIĆ KOŚCIÓŁ

Kościół jest święty, ale dziś pokazuje nam swoje dno. Tylko święci, mistycy i wizjonerzy krzyczą, że pod tym dnem, który uczyniliśmy sobie fundamentem naszej stabilizacji, jest coś więcej. Tam, pod falami, jest statek czekający, by wyruszyć w podróż.

Nikt nie słucha. Mieszkańcy Kościoła nie wywrócą go masztami do góry. Nawet jeśli znają jego prawdę – jeśli nie są świętymi – nie uczynią nic. Straciliby wszystko i swój spokojny dobrobyt. Tam czeka na nich chwiejny pokład, nieustanny trud i pełna niebezpieczeństw wędrówka po morzach. Cóż z tego, że papież Franciszek woła: Niech biskupi i kapłani opuszczą bogate pałace, niech świeccy dzielą się swym majątkiem z biedniejszymi! Ojciec święty próbuje nam przypomnieć, że Kościół to nie komfort, że bycie chrześcijaninem oznacza: chwycić za ster, ciągnąć liny, pracować, by okręt mknął!