Tam, gdzie rośnie czerwona paproćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wilson Rawls

Tam, gdzie rośnie czerwona paproć


ISBN 978-83-8203-075-4


Tytuł oryginału:

Where the Red Fern Grows


Text copyright © 1961 by Sophie S. Rawls, Trustee, or successor Trustee(s) of the Rawls Trust, dated July 31, 1991

This translation published by arrangement with Random House Children’s Books, a division of Penguin Random House LLC.

Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadzący Tomasz Zysk Redakcja Aleksandra Kubisiak Projekt typograficzny i łamanie Anna Szarko Projekt graficzny okładki i stron tytułowych Joanna Wasilewska Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Święty Marcin 77 lok. 8, 61-717 Poznań telefon 881 000 125 www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

Mojej cudownej żonie, bez której pomocy ta książka nigdy by nie powstała.

1.

Kiedy wyszedłem z biura w tamten piękny, wiosenny dzień, nie miałem pojęcia, co mnie czeka. Z początku wszystko było zbyt idealne, żeby miało się wydarzyć cokolwiek niezwykłego. Był to jeden z tych dni, kiedy człowiek czuje się dobrze, ma ochotę porozmawiać z sąsiadem, cieszy się, że mieszka w kraju takim jak nasz, i jest dumny z rządu. Wiecie, co mam na myśli: jeden z tych rzadkich dni, kiedy wszystko jest w porządku i nic złego się nie dzieje.

Szedłem sobie, pogwizdując, gdy usłyszałem, że gdzieś gryzą się psy. Wpierw nie zwróciłem na to większej uwagi. W końcu nie było się czym ekscytować, nie pierwszy raz psy się gryzły na osiedlu.

Gdy odgłosy walki przybliżyły się, uznałem, że walczy kilka psów. Wypadły z zaułka, skręciły i skierowały się prosto na mnie. Nie chciałem, żeby mnie pogryzły albo przewróciły, więc stanąłem na skraju chodnika.

Zobaczyłem, że wszystkie psy gryzą jednego. Jakieś dziesięć metrów ode mnie dopadły go i powaliły. Żal mi się zrobiło tego biedaka. Wiedziałem, że jeśli czegoś szybko nie zrobię, to miejskie służby oczyszczania będą musiały zabrać go martwego.

Zastanawiałem się, jak mu pomóc, gdy stało się coś niespodziewanego. W tej całej warczącej, kłębiącej się, rzucającej i gryzącej masie stanął na tylnych łapach stary, rudy gończy pies na szopy. Widziałem go przez sekundę. Wstrzymałem oddech. Nie wierzyłem własnym oczom.

Wykręcał się i ciął zębami, przedostał się przez sforę i schował pod niskimi gałęziami żywopłotu. Psy, warcząc i groźnie ujadając, otoczyły go półkolem. Duży aporter, odważniejszy od innych, skoczył. Żywopłot zatrząsł się, gdy ściął się z ogarem. Uciekł stamtąd tak szybko, że stracił równowagę i padł na grzbiet. Zauważyłem, że prawe ucho ma szeroko rozerwane. To było dla niego zbyt wiele, więc ruszył ulicą, drąc się jak poparzony kot.

Szczęścia spróbował wielki, brzydki kundel. Tak łatwo nie zrezygnował. Wyszedł z lewym barkiem rozdartym do kości. Usiadł i dał światu znać, że został zraniony.

Tymczasem zawrzała we mnie krew wojownika. Trudno jest człowiekowi stać i patrzeć, jak stary ogar walczy z przeciwnościami, zwłaszcza jeśli ten człowiek nosi w sercu wspomnienia, tak jak ja w swoim. Zdarzyło się kiedyś, że taki stary ogar oddał za mnie życie.

Zdjąłem płaszcz i wszedłem w czeredę. Moje krzyki i besztanie nie zrobiły na zgrai większego wrażenia, ale zadziałał płaszcz, którym wymachiwałem. Psy rozpierzchły się i odeszły.

Przykląkłem i zajrzałem pod żywopłot. Pies wciąż był rozdrażniony. Warknął na mnie i pokazał zęby. Wiedziałem, że walka z człowiekiem nie leży w jego naturze.

Zacząłem z nim rozmawiać łagodnym głosem.

– Chodź, piesku – powiedziałem. – Już dobrze. Jestem twoim przyjacielem. Chodź.

Ogień walki powoli znikał z jego oczu. Pochylił łeb, a długi, rudy ogon zaczął uderzać o ziemię. Ciągle go uspokajałem. Centymetr po centymetrze pies podczołgał się do mnie i położył mi głowę na dłoni.

Prawie się rozpłakałem, gdy go zobaczyłem. Sierść miał brudną i ubłoconą. Skóra była opięta na szkielecie. Sękate stawy bioder i barków sterczały na dobre dziesięć centymetrów. Widziałem, że jest zagłodzony.

Nie mogłem tego rozgryźć. To nie był pies z miasta. Daleko mu było do bokserów, pudli, spanieli i innych miejskich ras. Pochodził ze wsi. Był psem myśliwskim.

Podniosłem jedną z jego łap i wyczytałem na niej jego historię. Poduszki miał starte i śliskie jak skórka na jabłku. Wiedziałem, że przeszedł długą drogę i bez wątpienia długa droga była jeszcze przed nim. Na szyi miał obrożę z surowej skóry. Przy bliższej inspekcji zobaczyłem, że sporządzono ją z kawałka lejców. Na każdym końcu zrobiono po dziurce i połączono je zwykłym drutem.

Kiedy obróciłem obrożę, zobaczyłem coś jeszcze. Tam, w twardej skórze widniało głęboko wydrapane imię „Buddie”. Domyśliłem się, że najprawdopodobniej te niezdarne litery wyskrobał jakiś mały chłopiec.

To naprawdę niesamowite, jak uśpione wspomnienia mogą trwać w umyśle człowieka przez tyle lat. A jednak te wspomnienia można przebudzić i odświeżyć, wystarczy jakiś widok lub głos, stara, znajoma twarz.

To, co zobaczyłem w ciepłych, szarych oczach przyjaznego, starego psa, przywołało wspaniałe wspomnienia. Żeby okazać za nie wdzięczność, schwyciłem go za obrożę i powiedziałem:

– Chodź, piesku, idziemy do domu, musimy coś zjeść.

Pies zrozumiał, że znalazł przyjaciela. Poszedł chętnie.

Wykąpałem go i wymasowałem mu z mięśni całe zmęczenie. Wypił litry ciepłego mleka i zjadł całe mięso, które miałem w domu. Pobiegłem do sklepu i kupiłem więcej. Jadł tak długo, aż się nasycił.

Spał całą noc i przez większość następnego dnia. Późnym popołudniem zaczął się niepokoić. Powiedziałem mu, że rozumiem i że jak tylko się ściemni, może ruszać w drogę. Pomyślałem, że będzie miał większe szanse, jeśli wyjdzie z miasta nocą.

Tego wieczoru, trochę po zachodzie słońca, otworzyłem tylną furtkę. Pies wyszedł, zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na mnie. Podziękował mi, machając ogonem.

– Było mi miło, stary druhu – powiedziałem ze łzami w oczach. – W sumie mógłbyś zostać tutaj, jak długo chcesz.

Zaskomlił i polizał mnie po ręce.

Zastanawiałem się, dokąd pójdzie. Pisnął jeszcze raz, odwrócił się i skierował na wschód. Uśmiechnąłem się mimo wszystko, patrząc jak truchta uliczką. Zauważyłem, że jego tylne łapy skręcają w prawo, nigdy nie pozostawały w linii z przednimi, jednak zawsze idealnie trzymały rytm. Długie uszy podskakiwały w dół i w górę, zgodnie z ruchami ciała. Tak, zdecydowanie wszystkie cechy zdradzały, że to pies myśliwski.

Tam, gdzie zaułek dochodził do ulicy, pies zatrzymał się i obejrzał. Pomachałem mu ręką.

Kiedy patrzyłem, jak znika w półmroku, wyszeptałem:

– Do widzenia, stary druhu. Powodzenia i dobrych łowów!

Nie musiałem go wypuszczać. Mogłem go zatrzymać na podwórku, ale takie uwięzienie psa to grzech. Złamałbym mu serce. Powoli opuszczałaby go wola życia.

Nie miałem pojęcia, skąd przybył ani dokąd zmierza. Może niezbyt daleko, a może czekała go długa droga. Próbowałem przekonać samego siebie, że w górach Ozark, gdzieś w Missouri lub w Oklahomie, czeka na niego dom. To nie było niemożliwe, nawet jeśli takie miejsce było bardzo oddalone od Doliny Snake River w Idaho.

Uznałem, że w jego życiu musiało się zdarzyć coś drastycznego, bo ogar bardzo rzadko wędruje samotnie. Może został skradziony albo sprzedany, bo ktoś bardzo potrzebował pieniędzy. Cokolwiek zakłóciło jego życie, on sam próbował to wyprostować. Wracał do domu, do pana, którego kochał, i z bożą pomocą uda mu się to.

Dla niego nie miało znaczenia, jak długa będzie droga, jak trudna i skalista. Jego stare łapy będą biegły, dalej i dalej, kilometr za kilometrem. Żadnego biadolenia ani poddawania się. Gdy łapy się zmęczą, zwinie się w kłębek w zaroślach i odpocznie. Pragnienie zaspokoi w kałuży po deszczu albo w górskim strumieniu i schłodzi gorące, wyschnięte gardło. Jedzenie znalezione przy szosie lub podarowane przyjazną ręką zaspokoi głód. Przez deszcze, śniegi albo pustynny żar będzie biegł, nie oglądając się za siebie.

Pewnego ranka ktoś go znajdzie zwiniętego w kłębek na ganku. Długa podróż skończy się. Będzie w domu. Będzie dużo machał ogonem i parę razy zaskomli. Ciepłym, wilgotnym językiem poliże rękę pana. Wszystko zostanie wybaczone. Znów zaświeci słońce w psim świecie. Serce się ucieszy.

Gdy mój przyjaciel zniknął w ciemnościach, stałem i gapiłem się na pustą uliczkę. Nawiedziło mnie dziwne uczucie. Na początku myślałem, że to samotność lub smutek, ale zdałem sobie sprawę, że to zupełnie nie tak. To uczucie było cudowne.

Chociaż ten stary ogar o tym nie wiedział, poruszył wspomnienia i skrywane w nich bezcenne skarby. Wspomnienia z mojego dzieciństwa – stara puszka po proszku do pieczenia i dwa małe, rude ogary. Wspomnienia cudownej miłości, bezinteresownego oddania i śmierci w jej najsmutniejszej postaci.

 

Gdy odwróciłem się, żeby wrócić na podwórko i zacząłem zamykać furtkę, pomyślałem: „Nie, zostawię otwartą. Może wrócić”.

Byłem mniej więcej w połowie drogi do domu, gdy od surowych gór Teton powiał chłodny wiatr. Kąsał chłodem, aż gęsia skórka pojawiła mi się na skórze. Zatrzymałem się w drewutni i wziąłem kilka polan.

Nie zapaliłem żadnych świateł, wchodząc do domu. Ciemność i spokój to idealna atmosfera dla mojego nastroju. Roznieciłem ogień w kominku i przyciągnąłem mój ulubiony fotel bujany.

Kiedy siedziałem w ciszy, ogień się rozpalił. Trzaskał i buchał. Cienie zaczęły migotać i tańczyć wokół pokoju. Dobrze czułem się w cieple, w miłym żarze.

Potarłem zapałkę, żeby zapalić fajkę. Wtedy nad kominkiem zalśniły dwa piękne puchary. Uniosłem zapałkę, żeby móc lepiej się przyjrzeć. Stały tam, obok siebie. Jeden był większy, z długimi, prostymi uchwytami, niczym skrzydła gołębicy. Mocno wypolerowana powierzchnia lśniła i błyszczała złotem. Drugi był mniejszy i wykonany ze srebra. Był schludny, zgrabny i błyszczał jak biała gwiazda na niebie.

Wstałem i zdjąłem je. Te puchary miały swoją historię, która sięgała ponad pół wieku wstecz.

Kiedy gładziłem gładkie powierzchnie, wróciłem myślami w tamte lata, do mojego dzieciństwa. Jakie cudowne to były wspomnienia. Historia powracała, kawałek po kawałku.

2.

Z pewnością w życiu każdego chłopca przychodzi czas, kiedy staje się ofiarą cudownej, szczenięcej miłości. Nie mam na myśli tej, którą chłopiec może poczuć do ślicznej dziewczyny z sąsiedztwa. Mam na myśli tę prawdziwą, do czterech łap i merdającego ogona oraz ostrych ząbków, które potrafią podgryzać chłopcu palec; tę, z jaką chłopak może baraszkować i bawić się, a nawet jeść i spać.

Miałem dziesięć lat, kiedy zaraziłem się tą okropną chorobą. Jestem pewien, że żaden chłopiec na świecie nie przeżywał tego gorzej ode mnie. Małemu chłopcu nie jest łatwo, kiedy chce mieć psa, a nie może. Boli go serce i nękają sny. Jest coraz gorzej, aż w końcu staje się to prawie nie do zniesienia.

Gdyby moje pragnienie posiadania psa było zwyczajne, jak u innych chłopców, pewnie rodzice daliby mi szczeniaka, ale moje potrzeby były inne. Nie chciałem tylko jednego psa. Chciałem dwa, i to nie obojętnie jakie. Musiały być wyjątkowe i specjalnej rasy.

Musiałem mieć psy. Poszedłem do ojca i porozmawiałem z nim. Podrapał się po głowie i przemyślał sprawę.

– Cóż, Billy – powiedział. – Słyszałem, że collie starego Hatfielda będzie miała szczeniaki. Pewnie mogę dostać jednego dla ciebie.

Równie dobrze mógłby oblać mnie zimną wodą.

– Tato – powiedziałem. – Nie chcę collie. Chcę ogary, psy gończe na szopy… i to dwa.

Po wyrazie jego twarzy widziałem, że chce pomóc, ale nie może.

– Billy – powiedział. – Takie psy kosztują pieniądze, a teraz ich nie mamy. Może kiedyś, jak będzie nas stać, będziesz mógł je dostać, ale nie teraz.

Nie poddawałem się. Po rozmowie z tatą poszedłem do mamy. Z nią też nie poszło mi lepiej. Od razu powiedziała, że jestem za mały, żeby polować z psami. Poza tym myśliwy potrzebuje broni, a tego tak czy inaczej nie mogę mieć, dopóki nie skończę dwudziestu jeden lat.

Nie mogłem tego zrozumieć. Mieszkałem w samym sercu najdoskonalszych terenów łowieckich na świecie, a nawet nie miałem psa.

Nasz dom stał w pięknej dolinie, daleko w surowych górach Ozark. Tereny były słabo zamieszkane. To była ziemia Czirokezów, przydzielono ją mojej matce ze względu na krew Czirokezów płynącą w jej żyłach. Działka ciągnęła się pasem od podnóża gór do brzegów rzeki Illinois w północno-wschodniej Oklahomie.

Ziemia była bogata, czarna i żyzna. Tata mówił, że można tu piłę zasadzić, a wyrosną na niej włosy. Był pierwszym człowiekiem, który wbił zimny, stalowy pług w tę dziewiczą glebę.

Mama wybrała miejsce na naszą chatę z bali. Dom wtulał się w podnóże góry przy ujściu małego kanionu, a otaczała go kępa olbrzymich, czerwonych dębów. Za naszym domem kilometrami ciągnęły się potężne góry Ozark. Wiosną aromatyczną woń dzikich kwiatów, judaszowców, asymin i dereni wiatr roznosił nad doliną i po naszym domu.

Poniżej naszych pól wiła się jasnoniebieska, krystaliczna wstęga rzeki Illinois. Brzegi były chłodne i zacienione. Żyzne tereny zalewowe znaczyły wysokie jawory, brzozy i klony jesionolistne.

Dla dziesięcioletniego chłopaka ze wsi to było najpiękniejsze miejsce na całym szerokim świecie, więc korzystałem z tego wszystkiego. Przemierzałem wzgórza i doliny strumieni. Znałem wszystkie ścieżki zwierzyny pośród trzcin i wszystkie ślady zwierząt odciśnięte w błocie nad brzegiem rzeki.

Najbardziej fascynowały mnie ślady nadrzecznych szopów, wyglądające, jakby zostawiło je dziecko. Leżałem godzinami, przyglądając się im. Zanim odszedłem, brałem gałązkę i zacierałem je wszystkie. Nazywałem to moim „okiem na trop”. Następnego dnia śpieszyłem z powrotem i mogłem być pewny, że dziewięć razy na dziesięć na czysto zamiecionej ziemi znów znajdę ślady szopika.

Wiedziałem, że przechodził tędy nocą. Mogłem zamknąć oczy i prawie go widziałem, jak brodził zgarbiony i delikatnymi łapkami łowił pod brzegiem raki, żaby i płotki.

Byłem myśliwym, od kiedy zacząłem chodzić. Łapałem jaszczurki na sztachetach płotów, szczury w silosach z kukurydzą i żaby w strumyku płynącym przez pola. Byłem młodym Danielem Boonem – legendarnym łowcą i traperem.

Mijały dni, a ja coraz bardziej chorowałem na psa; pogarszało mi się. Zacząłem widzieć psy we śnie. Wróciłem do ojca i matki. I znowu to samo. Dobre gończe kosztują, a oni po prostu nie mieli pieniędzy.

Przez moje pragnienie psa zacząłem tracić na wadze, jedzenie już mi nie smakowało. Mama to zauważyła i porozmawiała z tatą.

– Będziesz musiał coś zrobić – powiedziała. – Nigdy nie widziałam, żeby chłopiec tak się zamartwiał. Tak nie może być, nie może.

– Wiem – odparł tata. – Czuję się tak samo źle jak ty, ale co mogę zrobić? Wiesz, że nie mamy takich pieniędzy.

– To mnie nie obchodzi – powiedziała mama. – Musisz coś zrobić. Nie mogę patrzeć, jak płacze. Poza tym jest z nim kłopot. Nie mogę pracować. Chodzi za mną całymi dniami i błaga o psy.

– Zaproponowałem mu psa – odparł tata – ale on nie chce byle jakiego. Chce ogary, a one kosztują. Wiesz, ile chłopcy Parkerów zapłacili za parę ogarów? Siedemdziesiąt pięć dolarów! Gdybym miał tak dużo pieniędzy, kupiłbym kolejnego muła. Potrzebuję go przecież.

Podsłuchałem tę rozmowę z innego pokoju. Najpierw poczułem się z tym całkiem dobrze. Przynajmniej mieli poważny dylemat. A potem poczułem się gorzej. Wiedziałem, że rodzice są biedni i nie mają pieniędzy. Zaczęło mi być żal ich i siebie.

Przemyślałem to wszystko i wpadłem na sposób, żeby im pomóc. Chociaż to było wielkie poświęcenie, powiedziałem tacie, że nie chcę dwóch psów. Jeden by wystarczył. Zobaczyłem ból w jego oczach. Poczułem, jakby coś rozsadzało mi serce.

Tata wziął mnie na kolana i odbyliśmy szczerą rozmowę. Powiedział mi, jakie są ciężkie czasy i że człowiek nie może dostać uczciwej ceny za wszystko, co wyhoduje. Niektórzy farmerzy porzucili rolnictwo i wycinali podkłady kolejowe, żeby móc wyżywić rodziny. Jeżeli sytuacja się nie poprawi, to on będzie musiał zrobić to samo. Powiedział, że odda wszystko, żeby zdobyć dla mnie dobre gończe, ale teraz nie da się tego zrobić.

Poszedłem do łóżka z rozdartym sercem i szlochając, zasnąłem.

Następnego dnia tata musiał jechać do sklepu. Późnym wieczorem zobaczyłem, że wraca. Jak najszybciej pobiegłem się z nim przywitać, spodziewając się torebki cukierków. Zamiast niej wręczył mi trzy małe, stalowe pułapki.

Gdyby sam Święty Mikołaj zszedł z gór, z reniferami i w ogóle, nie byłbym bardziej uszczęśliwiony. Podskakiwałem jak nakręcony i wylałem całe wiaderko łez. Przytuliłem się do taty i powiedziałem mu, jaki jest cudowny.

Pokazał mi, jak ustawić pułapki, naciągając sprężynę nogą, i jak działa spust. Tej nocy wziąłem je do łóżka.

Nazajutrz rozstawiłem pułapki wokół stodoły. Pierwszy złapał się Samie, nasz domowy kot. Ale się zrobiło zamieszanie! Nie zamierzałem go łapać. Chciałem złapać szczura, ale Samie jakimś cudem zaczął węszyć i wpadł w moją pułapkę.

Moje siostry zaczęły wrzeszczeć i wołać mamę. Mama przybiegła, żeby się dowiedzieć, co się, do diaska, dzieje. Żadne z nas nie musiało nic mówić. Samie oznajmił jej wszystko prychaniem i wrzaskiem.

Oszalał. Nie mógł zrozumieć, co go kąsa w łapę, i robił przez to okropny hałas. Jego nastroszony ogon zrobił się gruby jak mokry kaczan kukurydzy, a wszystkie włosy na ciele stanęły na sztorc. Prychał, miauczał i nie pozwalał nikomu zbliżyć się do siebie.

Moje siostry darły się jak opętane.

– Biedny Samie! Biedny Samie! – powtarzały na okrągło.

Mama uciszyła je i kazała mi przynieść żerdź z rozwidleniem do podtrzymywania linki z praniem. Pobiegłem po nią.

Nikt nigdy nie pomagał mi lepiej niż mama. Rozwidlonym końcem przytrzymała szyję Samiego przy ziemi.

I tak działa mu się tragedia, kiedy pułapka gryzła go w łapę, ale unieruchomienie szyi… to było już za wiele. Wpadł w szał. Nigdy w życiu nie słyszałem takiego rwetesu.

W mgnieniu oka wszystko dookoła ogarnął strach. Kury zaczęły gdakać i przebiegły na zbocze góry. Stokrota, nasza mleczna krowa, zdemolowała zagrodę i wieczorem nie chciała dać mleka. Brudna Ann, locha, zaczęła dreptać w kółko, kwiczeć i chrząkać.

Samie wiercił się i szarpał. Miauczał i prychał, ale bez rezultatu. Mama była sprawna i tęga. Trzymała go mocno przy ziemi. Podbiegłem i postawiłem stopę na sprężynie, nacisnąłem ją i uwolniłem kocią łapę. Samie wydał z siebie jeden głośny pisk i szurnął pod stodołę.

– Chyba nie będziesz miał więcej kłopotów z tym kotem – powiedziała po wszystkim mama. – Dostał nauczkę.

Jakże się myliła. Samie należał do wścibskich kotów. Przyczaił się na konarach czerwonego dębu i obserwował każdy mój ruch.

Znalazłem śliczne tropy w naszym ogrodzie pod wysokimi malwami. Nie wiedząc, że to ulubione szlaki myśliwskie Samiego, wziąłem je za tropy jakiejś zwierzyny i rozstawiłem tam pułapki. Samie nie mógł zrozumieć, co robię na jego terytorium łowieckim. Przyszedł to zbadać.

Nie trwało długo, a utykał na wszystkie cztery łapy. Za każdym razem, kiedy tata widział Samiego leżącego w ciepłym słońcu z łapami owiniętymi w gałgany nasączone terpentyną, śmiał się tak mocno, że aż wielkie łzy spływały mu po policzkach.

Mama odbyła z tatą kolejną rozmowę. Oświadczyła, że zamierza mi coś powiedzieć, bo jak złapię tego kota jeszcze raz, ona zwariuje.

Tata poprosił, żebym był trochę ostrożniejszy i uważał, gdzie zastawiam pułapki.

– Tato – odpowiedziałem. – Nie chcę łapać Samiego, ale nie ma drugiego tak szalonego kota. Widzi wszystko, co robię, i po prostu musi przyjść węszyć.

Tata spojrzał na Samiego. Leżał rozciągnięty na słońcu z czterema obandażowanymi łapami sterczącymi prosto w górę. Poruszał długim ogonem tam i z powrotem.

– Widzisz, tato – powiedziałem. – On mnie teraz obserwuje i czeka, aż ustawię pułapki.

Tata odszedł w stronę stodoły. Słyszałem, jak śmieje się do rozpuku.

W końcu Samie nie mógł tego dłużej znieść. Odszedł z domu. Och, od czasu do czasu wpadał, długi i chudy, ale nigdy nie był już tym samym przyjaznym kotem. Był nerwowy i nikomu nie pozwalał się głaskać. Wychłeptał mleko i czmychał do lasu.

Pewnego razu postanowiłem się z nim zaprzyjaźnić, bo czułem się źle z powodu tych pułapek. Wyciągnąłem rękę, żeby pogłaskać go po grzbiecie. Nastroszył się jak kwoka. Gałki oczne zrobiły mu się całe zielone, a głęboko w gardle rozległo się warknięcie. Prychnął na mnie i podniósł łapę, jakby chciał mi urwać głowę. Zdecydowałem, że lepiej będzie zostawić go w spokoju.

W mgnieniu oka oczyściłem obejście ze szczurów. Potem stało się coś złego. Złapałem jedną z cennych kur mamy. Oberwało mi się za to witką.

Tata kazał mi iść zastawiać pułapki w trzcinach za naszymi polami. To otworzyło wiele nowych możliwości. Łowiłem oposy, skunksy, króliki i wiewiórki.

Tata pokazał mi, jak postępować z pozyskaną zdobyczą. Skóry wieszałem w schludnych rzędach na ścianie wędzarni. Stałem godzinami i podziwiałem moje wspaniałe trofea.

Brakowało tylko jednego. Nie miałem w kolekcji skóry dużego szopa. Nie udawało mi się złapać Starego Pana Szopa. Był dla mnie zbyt mądry. Kradł przynęty, wyzwalał sprężyny, a czasem nawet wywracał pułapki.

 

Pewnego razu znalazłem patyk tkwiący pionowo w jednej z moich pułapek. Pokazałem to tacie. Roześmiał się i powiedział, że patyk musiał spaść z drzewa. Ale ja byłem przekonany, że inteligentny, stary szop celowo wetknął ten kij w moją pułapkę.

Zastawianie pułapek w znacznym stopniu złagodziło moją „chorobę na psa”, ale jak każda zabawa, wkrótce straciło urok nowości i wróciłem do punktu wyjścia. Tylko tym razem było gorzej, znacznie gorzej. Zdążyłem już poczuć zew dzikiej przyrody.

Znowu naprzykrzałem się mamie.

– Och, nie! Znowu to samo – powiedziała. – Myślałam, że pułapki ci wystarczą. Nie, Billy, nie chcę więcej słyszeć o psach.

Wiedziałem, że mama nie żartuje. To mi złamało serce. Postanowiłem uciec z domu. Skradłem duży słój z brzoskwiniami, trochę zimnego placka kukurydzianego, kilka cebul i ruszyłem tylnym wyjściem z domu. Wszystko zaplanowałem. Udam się do jakiegoś dużego miasta, zdobędę sto psów i przyprowadzę je wszystkie tutaj.

Szło mi dobrze, dopóki nie usłyszałem wycia szarego wilka. To mnie powstrzymało przed ucieczką z domu.

Gdy jesienią rozpoczął się sezon łowiecki, wydarzyło się coś, czego prawie nie mogłem wytrzymać. Leżałem w łóżku w pewną noc, próbując wymyślić sposób na zdobycie psów, kiedy usłyszałem głębokie ujadanie gończego. Wstałem i otworzyłem okno. Szczekanie znowu się rozległo. Głęboki głos brzmiał głośno i czysto w mroźną noc. Od czasu do czasu słyszałem, jak myśliwy pokrzykuje na psa.

Ogar polował całą noc. Skończył, kiedy o świcie zaczęły piać koguty. Nie tylko myśliwy i pies nie spali tej nocy. Czuwałem i nasłuchiwałem ich, aż ostatnie tony głosu psa ucichły z brzaskiem dnia.

Rano obudziłem się zdeterminowany zdobyć psy. Znowu wróciłem do mamy. Tym razem próbowałem przekupstwa. Powiedziałem jej, że jak kupi mi psa myśliwskiego, zaoszczędzę pieniądze ze sprzedaży futer i kupię jej nową sukienkę i pudło ładnych kapeluszy.

Tego dnia zobaczyłem w jej oczach łzy. Poczułem pustkę w środku i też trochę popłakałem. Zanim skończyła mnie całować i mówić do mnie, nie potrzeba mi już było żadnych psów. Nie mogłem znieść płaczu mamy.

Następnej nocy znowu usłyszałem tego ogara. Próbowałem zakryć głowę poduszką, żeby stłumić jego głos. To nie miało sensu. Szczekanie przedzierało się przez poduszkę i dzwoniło mi w uszach. Musiałem wstać i podejść do okna. Gdyby ten łowca szopów wiedział, że powoli zabija dziesięcioletniego chłopca, pewnie założyłby psu kaganiec.

O spaniu nie było mowy. Nawet w te noce, kiedy nie słyszałem ujadania psa, nie mogłem spać. Bałem się, że jak zasnę, to go nie usłyszę.

Zanim skończył się okres polowań, byłem znerwicowanym wrakiem. Oczy miałem opuchnięte i przekrwione. Straciłem na wadze i byłem chudy jak tyczka do fasoli. Mama mi się przyjrzała. Sprawdziła mi język i podniosła powiekę.

– Przysięgłabym, że nie spałeś dobrze. Co?

– Dlaczego, mamo? – odpowiedziałem. – Przecież chodzę spać, prawda? Po co chłopak idzie do łóżka, jeśli nie po to, żeby spać?

Zmarszczki, które wystąpiły na jej czole, powiedziały mi, że mama nie jest usatysfakcjonowana. Podczas któregoś z takich badań pojawił się tata. Mama oznajmiła mu, że się martwi moim zdrowiem.

– Och – odpowiedział – nic mu nie dolega. Po prostu siedział zamknięty całą zimę. Chłopiec potrzebuje słońca i ruchu. Ma już prawie jedenaście lat, więc pozwolę mu pomagać w polu tego lata. To mu przywróci mięśnie.

Pomyślałem, że to cudownie. W końcu dorosłem, żeby stać się mężczyzną. Będę pomagać tacie na farmie.