Pierścień i róża

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Pierścień i róża
Pierścień i róża
Audiobook
Czyta Roman Felczyński
19,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział siódmy, w którym pyszna Angelika po sprzeczce z Lulejką traci pierścień zaręczynowy

Po dłuższym pobycie w stolicy Paflagonii (wiecie już zapewne, że miasto to zwało się Blombodynga) powrócił Lorenzo Gwazdrani do Krymtatarii, uwożąc całe stosy obrazów wykonanych na dworze króla Walorozy. Szczytem sztuki malarskiej był portret księżniczki Angeliki, przed którym codziennie tłoczyły się tłumy najprzedniejszych rycerzy i panów krymtatarskich.

Portretem tym raczył się nawet zachwycić sam król Padella I i nie omieszkał odznaczyć artysty Orderem Brylantowej Dyni – szóstej klasy.

Od tego czasu do nazwiska Lorenza dodawano w dziennikach tytuł Kawalera Orderu Brylantowej Dyni, ilekroć zapowiadano specjalną wystawę jego arcytworów, co zdarzało się szesnaście razy w każdym roku.

Król Walorozo przesłał z powodu tego wysokiego odznaczenia swoje gratulacje Kawalerowi Brylantowej Dyni, wraz z asygnatą na znaczną sumę pieniędzy, gdyż, jak wiecie, Lorenzo portretował nie tylko księżniczkę Angelikę, ale i króla, i królową, i wszystkie damy, i wszystkich panów dworu, co wywołało niesłychaną zawiść i rozgoryczenie wśród artystów paflagońskich, zazdroszczących cudzoziemcowi sławy i łaski monarszej. Król Walorozo, jakby dla ostatecznego ich pognębienia, rozkazał miłościwie wystawić na widok publiczny portrecik księcia Bulby, ofiarowany mu przez Lorenza, i przy tym lubił wypytywać:

– Któż z was zdolny jest stworzyć podobne temu arcydzieło?

Potem powieszono podobiznę księcia Bulby w jadalni pałacowej, tuż przy półeczce z przyborami do herbaty, i księżniczka Angelika podziwiała go przy każdym śniadaniu. Oblicze młodego księcia, wyzierające z płótna, podobało się jej coraz bardziej, a po pewnym czasie zaczęło wzbudzać w niej taki zachwyt, że zapatrzona w nie księżniczka raz po raz, podając królowej lub królowi herbatę, rozlewała ją przez roztargnienie na obrus. Wtedy rodzice spoglądali na siebie ze znaczącym uśmiechem i mówili sobie na ucho: – Aha, wiemy, gdzie raki zimują!

Tymczasem nieszczęsny Lulejka leżał w swoim pokoju i z dniem każdym czuł się słabszy, pomimo (a może własnie dlatego) że jak na zucha przystało, zażywał wszystkie najszkaradniejsze mikstury, jakich mu Jego Ekscelencja Doktor Pigulini nie szczędził. (Wierzę, że i wy, mili czytelnicy, postępujecie tak samo, kiedy jesteście chorzy i mama pośle po doktora.) Nie widywał nikogo prócz zacnego kapitana Zerwiłebskiego, choć i ten rzadko mógł go odwiedzać, gdyż był bardzo zajęty sprawami wojskowymi i nieustannymi paradami, oraz oprócz młodziutkiej służącej z fraucymeru księżniczki, Rózi, która przynosiła mu codziennie kleik, słała jego łóżko i sprzątała jego pokój.

Każdego ranka i każdego wieczora, zaledwie w drzwiach uchylonych ukazała się twarzyczka Rózi, książę Lulejka zapytywał śpiesznie:

– Ach, Róziu, Róziu, czy nie wiesz, jak się ma dzisiaj księżniczka Angelika?

A Rózia odpowiadała:

– Jej Książęca Mość ma się dobrze, dziękuję Waszej Wysokości.

Słysząc te słowa, Lulejka wzdychał ciężko i szeptał do siebie:

– Ach, gdyby Angelika była chora, ja bym się pewnie lepiej nie miał!

I znowu po chwili pytał:

– Powiedz mi, Róziu, czy księżniczka nie pytała dziś o mnie?

I znowu odpowiadała Rózia:

– Jeszcze nie pytała, proszę Waszej Wysokości; albo:

– Właśnie, kiedy szłam na górę, Jej Książęca Mość ćwiczyła nowy utwór na klawicymbale, proszę Waszej Wysokości; albo:

– Właśnie Jej Książęca Mość zajęta była rozsyłaniem zaproszeń na bal jutrzejszy, więc nie mogła mówić ze mną, proszę Waszej Wysokości.

Poczciwa Rózia codziennie wynajdywała nowe usprawiedliwienie dla braku serca i obojętności księżniczki, a pragnąc z całej duszy szybkiego wyzdrowienia księcia, zaczęła mu przynosić rozmaite przysmaki (naturalnie bez wiedzy Dra Piguliniego). Najpierw kilka łyżek malinowej galaretki, potem ćwiartkę kurczaka pieczonego, to znów móżdżek cielęcy w winnym sosie i za każdym razem zapewniała, że przysmaki te przyrządziła Angelika własnoręcznie i kazała zanieść księciu wraz z najczulszym pozdrowieniem i zapewnieniem o swej pamięci.

Ledwie Lulejka to usłyszał, od razu poczuł się bardziej rześki. Zjadł ze smakiem galaretkę i móżdżek, a potem zabrał się do kurczaka i w okamgnieniu, z wdzięczności dla swej ukochanej, obgryzł łapki, skrzydełka, piersi, grzbiet, szyję, obojczyk, nie zostawiając ani odrobinki, i zaraz poczuł taki napływ sił i energii, że o własnych siłach wstał z łóżka, ubrał się i zszedł do bawialni, gdzie spotkał się z Angeliką, która właśnie zajęta była przystrajaniem konsol w bukiety świeżych kwiatów. Bawialnia miała wygląd uroczysty. Z wszystkich mebli zdjęto pokrowce, w świeczniki założono nowe świece, rozwieszono adamaszkowe portiery, usunięto gazety i robótki, zwykle rozrzucone tu i ówdzie, a na stołach porozkładano najpiękniejsze albumy. Włosy Angeliki pozwijane były w papiloty. Jeden rzut oka wystarczył, aby odgadnąć, że na dworze królewskim przygotowuje się przyjęcie.

– A ty się skąd tutaj wziąłeś, Lulejko? – wykrzyknęła Angelika, ujrzawszy wchodzącego księcia. – Bój się Boga, jak ty wyglądasz! Co za ubranie włożyłeś na siebie! Wracaj natychmiast na górę i przebierz się!

– Nareszcie wstałem, droga Angeliko, a wyzdrowienie swe zawdzięczam kurczakowi i galaretce, które łaskawie mi przysłałaś wczoraj.

– Kurczakowi? Galaretce? Czy ty masz bzika, Lulejko? Nic nie wiem o żadnym kurczęciu ani o żadnej galaretce.

– Jak to, więc nie ty, nie ty mi przysłałaś kurczę, Angeliczko? – zapytał zmieszany Lulejka.

– Ja miałabym ci przysyłać kurczę! Tego by jeszcze brakowało! – zaśmiała się księżniczka. – Nie, nie, luby Lu-le-je-czko – przedrzeźniała go złośliwie – An-ge-licz-ka zajęta była urządzaniem pokoju dla Jego Książęcej Wysokości następcy tronu Krymtatarii, który przybywa dzisiaj na dwór mojego papy.

– Następca tronu Krym-ta-ta-rii? – wykrztusił z trudem Lulejka.

– Tak jest, następca tronu Krym-ta-ta-rii – powtórzyła niepoczciwa Angelika, przedrzeźniając dalej biednego Lulejkę. – Założyłabym się, żeś nawet nie słyszał o istnieniu takiego kraju! Czy ty zresztą słyszałeś kiedykolwiek cokolwiek o czymkolwiek! Założyłabym się, że nie wiesz nawet, czy Krymtataria leży nad Morzem Czarnym, czy Czerwonym!

– Owszem, wiem, Krymtataria leży nad Morzem Czerwonym – wyszeptał ogłuszony Lulejka.

– Ach, ty kapuściana głowo! Ha! Ha! Ha! – wybuchnęła księżniczka szyderczym śmiechem. – Wierz mi, mój Lulejko, że jesteś tak głupi, że nie powinieneś się pokazywać w wykwintnym towarzystwie. Umiesz rozmawiać tylko o koniach i psach myśliwskich, więc poproszę papę, żeby ci kazał siąść przy oficerskim stole, między najstarszymi dragonami. To będzie kompania najstosowniejsza dla ciebie. A teraz niech acan11 przestanie gapić się na mnie i zabiera się stąd jak najprędzej. Niechże acan nie zapomni przywdziać najlepszych szat na przyjęcie Jego Książęcej Mości. Prędzej, proszę mi zejść z oczu, bo nie mam czasu na gawędy z szanownym kuzynem.

– O Angeliko! – szepnął Lulejka. – Nigdy nie sądziłem, byś mogła być tak okrutna! Inaczej przemawiałaś ongi, kiedy wsunąłem na twój serdeczny palec pierścionek zaręczynowy, inaczej nazywałaś mnie w ten wieczór, kiedy po raz pierwszy mnie poca…

Nigdy jednak nie dowiemy się, co uczyniła księżniczka po raz pierwszy, bo Angelika rzuciła się ku Lulejce wrzeszcząc: – Milcz, milcz, prostaku bezwstydny! Jak śmiesz wspominać niecne zuchwalstwo swoje! Masz! Masz! Twój śliczny pierścionek niewart grosza jednego! – i szybkim ruchem ściągnęła z palca pierścionek, i wyrzuciła go przez otwarte okno.

– Angeliko! To obrączka zaręczynowa mojej nieboszczki matki! – krzyknął Lulejka.

– A mnie co do tego, czyja to była obrączka, życzę ci, ożeń się z tą, która tę obrączkę znajdzie, choćby z pierwszą lepszą garderobianą, bo że mnie do ołtarza nie powiedziesz, to jak dwa a dwa cztery! Oddaj mi natychmiast mój pierścionek, słyszysz? Nie mogę znieść ludzi, którzy wypominają po sto razy każdy drobiazg ofiarowany im z dobroci serca! Nie myśl, że będę żałowała tego pierścionka, który pewnie kupiłeś za dwa grosze na chłopskim jarmarku. Znam kogoś, kto mnie obdarzy tak cudownymi podarunkami, jakich ty we śnie nawet nie widziałeś!

Jestem pewien, że Angelika nie byłaby się tak chętnie pozbyła zaręczynowej obrączki, gdyby była wiedziała, że niepozorny ten pierścionek jest cudownym darem Czarnej Wróżki, ofiarowanym niegdyś matce Lulejki. Pierścionek ów miał władzę zjednywania serc i miłości człowiekowi, który go miał na palcu, serc męskich – jeżeli nosiła go kobieta, kobiecych – jeżeli był w posiadaniu mężczyzny. Ojciec Lulejki uwielbiał wprost żonę swoją i od zmysłów odchodził z żalu i rozpaczy w czasie jej śmiertelnej choroby, od chwili jednak, gdy biedna kobieta, czując zbliżający się zgon, włożyła pierścionek na paluszek maleńkiego podówczas Lulejki, zobojętniał dla niej nagle, a całą czułość przelał na synka. Przez pierwsze lata Lulejki na dworze Walorozy wszyscy kochali go niewymownie i przepadali wprost za nim, ale później Lulejka oddał pierścionek swój Angelice i natychmiast ku niej zwróciły się hołdy i uwielbienia wszystkich, a jego zaniedbano zupełnie. Taka była cudowna moc pierścienia.

– Tak jest – powtórzyła z naciskiem niewdzięczna Angelika – wkrótce przybędzie ktoś, kto obdarzy mnie stokroć piękniejszymi klejnotami od twoich jarmarcznych śmieci.

– Dość tego! – przerwał Lulejka, a oczy jego ciskały błyskawice. – Zwracam waćpannie pierścionek – to mówiąc, zdjął zaręczynową obrączkę z palca i podał ją księżniczce, ledwie jednak popatrzył na nią, osłupiał ze zdumienia: zdawało mu się, że widzi ją po raz pierwszy w życiu.

 

– Co to jest? Czyżby to była ta sama dziewczyna, którą uwielbiałem przez tyle lat? Gdzież ja miałem oczy, że nie widziałem… nie, naprawdę, Angeliko, przecież ty jesteś trochę zezowata!

– Milcz, potworze! – wrzasnęła Angelika.

– Nie, to ciekawe, przysiągłbym, że masz jedno ramię wyższe od drugiego.

– Co?! – krzyknęła Angelika.

– I… i… Ha! Ha! Ha! Angeliko, przecież ty jesteś ruda, ospowata i masz trzy wstawione zęby, i utykasz trochę na lewą nogę! Ha! Ha! Ha!

– Milcz! Milcz, nikczemniku – zaskrzeczała księżniczka i pochwyciwszy jedną ręką obrączkę, drugą wymierzyła Lulejce kilka siarczystych policzków, po czym rzuciła się do jego włosów i zaczęła rwać je z wściekłością, podczas gdy Lulejka zataczał się ze śmiechu, wołając – Ha! Ha! Ha! Angeliko, litości! Ha! Ha! Ha! Nie szarpże mojej biednej czupryny! Ha! Ha! Ha! Ty nie wiesz, że to boli, bo przecież możesz odjąć połowę swoich włosów bez pomocy nożyczek i takiego szarpania! Nie, ja chyba umrę ze śmiechu! Ha! Ha! Ha!

I kiedy tak Lulejka płakał ze śmiechu, a Angelika z bezsilnej złości, drzwi rozwarły się na oścież i na progu ukazał się wicehrabia Bombastini, wielki mistrz ceremonii, przybrany w najuroczystszy strój, i skłoniwszy się z najmilszym wyrazem na twarzy, rzekł:

– Oznajmiam najpokorniej Ich Książęcym Wysokościom, że Ich Królewskie Moście oczekują Ich Książęcych Wysokości w sali tronowej, dokąd ma wkrótce przybyć Jego Dostojność Następca Tronu Krymtatarii.

Rozdział ósmy. O niepojętej przemianie Gburii-Furii i przybyciu księcia Bulby na królewski dwór Paflagonii

Na dworze paflagońskim odbywało się uroczyste przyjęcie; lokaje snuli się w liberiach kapiących od srebra i złota, Wielki Kanclerz nałożył olbrzymią, świeżo upudrowaną perukę, gwardziści królewscy raz po raz prezentowali broń i paradowali w odświętnych mundurach, a Jejmość Pani Gburia-Furia od rana przyoblekła swą szpetną postać w najcudaczniejsze i najkosztowniejsze stroje. Właśnie wybierała się na dwór królewski, gdy wtem, przechodząc przez dziedziniec zamkowy, dojrzała coś błyszczącego między kamieniami na bruku i zaciekawiona posłała swego chłopca do posług (szkaradnego wyrostka, ustrojonego w stare ubranie nieboszczyka jej męża, źle przerobione i tak ciasne, że każdy szew zdawał się na nim pękać), i rozkazała mu przynieść ów błyszczący przedmiot. Chłopak podniósł z ziemi mały, niepozorny pierścionek i kiedy go z pokornym ukłonem podawał swej chlebodawczyni, wydał jej się nagle piękny jak cherubin. Wzięła z jego ręki pierścionek i obejrzała starannie. Była to niepozorna obrączka, o wiele za mała na jej stare, zgrubiałe palce. Lekceważącym ruchem wsunęła ją do kieszeni.

– Och, proszę jaśnie pani – wykrzyknął nagle chłopak, wytrzeszczając na Gburię-Furię głupkowate oczy. – Jaśnie pa… pani dz… dziś taka śliczna jak… jak… anioł.

„I ty jesteś piękny jak amorek” – miała rzec Gburia-Furia, ale raz jeszcze spojrzawszy na chłopca przekonała się, że jest takim jak zwykle brzydkim, piegowatym wyrostkiem, o gapiowatym wyrazie twarzy. Bądź co bądź, pochwała jest zawsze miła, nawet jeżeli pochodzi od najgłupszego i najszkaradniejszego chłopaka, toteż i pani Gburia-Furia z zadowoleniem spojrzała po sobie, kazała chłopcu podnieść tren swojej sukni i cała rozpromieniona weszła w komnaty Pałacowe. Strażnicy pozdrowili ją ze szczególnym respektem. Na progu powitał ją okrzyk kapitana Zerwiłebskiego:

– Mościa Pani Hrabino, wyglądasz dziś jak anioł!

Kłaniając się na prawo i lewo, weszła Gburia-Furia do sali tronowej, zajęła miejsce za królewską parą i z zalotnym uśmiechem zaczęła przyglądać się zgromadzeniu. Księżniczka Angelika siedziała u stóp dostojnych swych rodzicieli. Lulejka stał za tronem królewskim, a wyraz jego twarzy nie wróżył nic dobrego.

W otoczeniu swej świty wszedł wkrótce na salę oczekiwany następca tronu Krymtatarii; tuż za nim postępował jego szambelan baron Safandullo, za baronem zaś Murzyn, niosący na aksamitnej poduszce przepiękną koronę. Książę ubrany był w strój podróżny, a włosy jego (jak widać na obrazku) były niebywale rozczochrane.

– Trzysta mil zrobiłem konno bez odpoczynku – rzekł – byle jak najprędzej ujrzeć księżnicz… to jest dostojną rodzinę i dwór władcy paflagońskiego, nie miałem czasu się przebrać, bo każda minuta zwłoki wydawała mi się całym wiekiem.

Na te słowa Lulejka, stojący za tronem Walorozy, parsknął szyderczym śmiechem. Cały dwór jednak łowił tak chciwie słowa księcia Bulby, że nikt nie zwrócił uwagi na ten niewczesny wybuch wesołości.

– Radzi jesteśmy Waszej Królewskiej Wysokości zawsze i w każdej szacie – rzekł król. – Mrukiozo, podaj krzesło Jego Królewskiej Wysokości – dodał, zwracając się do ministra.

– Każda szata, która ma szczęście okrywać Jego Książęcą Mość, jest szczytem elegancji – powiedziała Angelika z najczulszym uśmiechem.

– Ech! Trzeba mnie dopiero zobaczyć w moich paradnych strojach! – wykrzyknął książę Bulbo. – Byłbym je zaraz włożył na siebie, ale ten głupi stangret nie przywiózł ich dotąd. A tu kto się tak śmieje?

– To ja się roześmiałem – zawołał Lulejka. – Bo najpierw powiedziałeś waszmość, że nie przebrałeś się ze zbytniego pośpiechu, a teraz okazuje się, że nie masz nic innego do włożenia na grzbiet prócz tego, co na tobie oglądamy.

– Waszmość kim jesteś? – zapytał wyzywająco książę Bulbo.

– Ojciec mój był królem Paflagonii, a ja jestem jego jedynym synem! – odparł wyniośle Lulejka.

– Uf! – syknęli równocześnie król i Mrukiozo, jakby im kto nastąpił na odcisk. Ale król odzyskał natychmiast panowanie nad sobą i rzekł:

– Kochany książę Bulbo, zapomniałem przedstawić Waszej Dostojności mego ukochanego bratanka, księcia Lulejkę. Proszę, uściśnijcie się po bratersku. Lulejko, podaj rękę Jego Dostojności.

Lulejka pochwycił rękę księcia i ścisnął ją tak silnie, że nieszczęsnemu Bulbie łzy trysnęły z oczu. Teraz minister Mrukiozo podsunął mu krzesło, które ustawił na wysokim wzniesieniu tronowym obok siedzeń królewskiej rodziny. Widocznie jednak krzesło stało zbyt blisko brzegu wzniesienia, bo ledwie zasiadł na nim Bulbo, usunęło się w tył, a książę Bulbo potoczył się jak kula ze wzniesienia i upadł na posadzkę, wywróciwszy wpierw kilka koziołków.

Ryczał przy tym ze strachu jak bawół, a wtórował mu niepohamowany śmiech Lulejki i całego dworu, Bulbo bowiem, przed chwilą jeszcze wyglądający wcale możliwie, teraz, gdy się podniósł z ziemi, wydał się wszystkim tak pokraczny, że boki zrywano ze śmiechu. Zauważono, że przy wejściu na salę Bulbo miał w ręku różę, ale przy fikaniu kozłów z tronowego wzniesienia róża ta wypadła mu z dłoni.

– Moja róża! Moja róża! – wrzeszczał Bulbo, a jego kamerdyner rzucił się naprzód, podniósł różę z posadzki i podał ją księciu, który natychmiast wetknął kwiat w dziurkę kamizelki. I znowu zdumieli się wszyscy. Pokraczny przed chwilą Bulbo teraz wydał im się bardziej ujmujący. Prawda, że był nieco za niski, nieco za gruby, nieco rudawy i piegowaty, ale bądź co bądź, jak na następcę tronu, był nawet względnie przystojny.

Rozpoczęła się ogólna pogawędka. Ich Królewskie Wysokości zabawiały rozmową księcia, oficerowie krymtatarscy rozprawiali z oficerami paflagońskimi, a Lulejka, siedzący za królewskim tronem, tuż koło hrabiny Gburii-Furii, raz wraz rzucał na nią tak powłóczyste spojrzenia, że serce Gburii-Furii biło coraz żywiej.

– Ach, drogi książę – szepnęła w końcu z najczulszym uśmiechem – jak mogłeś odezwać się tak zuchwale w obecności Ich Królewskich Mości. Mam tak delikatne nerwy, że słysząc twoje słowa, omal nie padłam zemdlona.

– Byłbym waćpanią pochwycił w swoje objęcia – rzekł na to Lulejka, spoglądając na nią z zachwytem.

– Dlaczego byłeś, drogi książę, tak srogi dla królewicza Bulby? – szeptała dalej Gburia-Furia.

– Bo go nie cierpię – odparł Lulejka.

– Jesteś, książę, zapewne zazdrosny o niego, bo kochasz zawsze tę biedną Angelikę – jęknęła Gburia-Furia, przykładając do oczu koronkową chusteczkę.

– Kochałem ją wczoraj jeszcze, ale dziś już jej nie kocham! Gardzę nią! – wykrzyknął Lulejka porywczo. – Gdyby była następczynią nie jednego, ale dwudziestu królewskich tronów, gardziłbym jeszcze jej ręką! Po cóż jednak mówić o tronach! Mój tron królewski stracony jest dla mnie na zawsze. Za słaby jestem, by siłą dochodzić swoich praw, jestem sam na świecie, bez jednej życzliwej mi duszy!

– O, nie mów tak, książę! – czule pisnęła Gburia-Furia.

– Co mi tam zresztą – ciągnął królewicz dalej, patrząc na nią wymownie. – Siedząc tu, za wydartym mi tronem, czuję się tak szczęśliwy, że nie oddałbym tego miejsca za żadne skarby świata.

– O czymże wy tak bajdurzycie? – spytała dobrodusznie królowa, która przy całej swej poczciwości nie grzeszyła zbytnim rozumem. – Czas by już pomyśleć o przebraniu się do obiadu – dodała, dźwigając się z tronu. – Lulejko, zaprowadź księcia Bulbę do jego apartamentów. Mój książę, jeżeli szaty twoje nie nadeszły jeszcze, będziemy najszczęśliwsi, oglądając cię w stroju, jaki masz na sobie.

Okazało się jednak, że kufry księcia Bulby przybyły i czekały na niego rozpakowane w sypialni. Nadworny fryzjer zabrał się energicznie do zmierzwionych włosów księcia Bulby i wkrótce ostrzygł go i ufryzował prześlicznie. Na próżno jednak dzwon obiadowy wzywał księcia do sali jadalnej; Bulbo ubierał się tak długo, iż Ich Królewskie Moście czekały na jego przybycie przeszło dwadzieścia pięć minut. Król Walorozo był już w najgorszym humorze, bo opóźnienie obiadu uważał za najdotkliwszą przykrość, jaka go spotkać mogła.

Lulejka tymczasem asystował nieustannie Gburii-Furii i wciśnięty wraz z nią we framugę okna, nie przestawał prawić jej komplementów. W końcu wszedł kamerdyner i oznajmił uroczyście, że „Jego Dostojność Książę Bulbo, następca tronu Krymtatarii, nadchodzi”, po czym wszyscy przeszli do jadalnej sali.

Obiad odbywał się w zamkniętym domowym kółku. W uczcie tej brali udział tylko: król, królowa, księżniczka (którą do stołu prowadził książę Bulbo), obaj książęta, hrabina Gburia-Furia, minister Mrukiozo i Safandullo, szambelan księcia Bulby. Że obiad udał się świetnie, tego możecie być pewni. A co na nim było, długo by trzeba wyliczać. To pewne, że obiad ten składał się z samych potraw, które lubicie najwięcej, a smakował wszystkim ogromnie.

Przez cały czas obiadu księżniczka Angelika zabawiała rozmową księcia Bulbę, który objadał się straszliwie i raz tylko oderwał oczy od półmiska i talerza, w chwili kiedy Lulejka, krając gęś, oblał cały gors jego koszuli nadzieniem i cebulowym sosem.

Zamiast przeprosić księcia za swą nieuwagę, Lulejka roześmiał się głośno, widząc, że Bulbo ściera sos z tłustej twarzy i ubrania wyperfumowaną chustką do nosa. Ile razy Bulbo spojrzał na niego, Lulejka ostentacyjnie odwracał się w drugą stronę. Przy końcu uczty, kiedy Bulbo zwrócił się do niego, pytając uprzejmie: – Czy nie zrobiłbyś mi, książę, zaszczytu wypicia ze mną szklanki wina? – Lulejka udał, że nie słyszy go wcale.

Wszystkie jego wejrzenia i czułe słówka zwracały się jedynie do hrabiny Gburii-Furii, a stara, zarozumiała baba puszyła się jak paw z radości, sądząc, że wdziękami swymi oczarowała przyszłego następcę tronu.

Chwilami Lulejka, pochylony ku niej, wyśmiewał się z Bulby tak głośno, że Gburia-Furia kokieteryjnie uderzała go wachlarzem po ręku chichocząc: – Fe! fe! Jak możesz być tak złośliwy, kochany książę! Jeszcze cię gotów usłyszeć.

– A niech słyszy, tym lepiej! – odpowiadał Lulejka już zupełnie głośno.

Król i królowa nie zwracali uwagi na niestosowne zachowanie się Lulejki, bo królowa była trochę przygłucha, a król chlipał i smakował każdy kąsek tak hałaśliwie, że zagłuszał wszystkich. Po obiedzie obie Królewskie Moście zdrzemnęły się na dobre w swoich fotelach.

Widząc to, Lulejka zaczął w trójnasób kpić z księcia Bulby, a chcąc go do reszty ośmieszyć w oczach dam, postanowił go spoić. Zaczął więc dolewać mu raz po raz to piwa, to wina szampańskiego, to ciężkiego miodu, to likierów i malagi. Bulbo nie lubił wylewać za kołnierz, więc pił potężnie. Ale i Lulejka przebrał nieco miarę, przepijając parę razy do księcia Bulby. Toteż gdy nareszcie zjawili się w salonie, zachowywali się obaj niewłaściwie; śmieli się nie w porę i pletli niedorzeczności. Ale też obaj ciężko za to odpokutowali, o czym będzie wkrótce mowa.

Bulbo zasiadł do fortepianu, przy którym właśnie śpiewała Angelika, i zaczął jej wtórować fałszywym, ochrypłym głosem; potem strącił na jej wspaniałą suknię filiżankę czarnej kawy, którą mu podał lokaj. Plótł, co mu ślina na język przyniosła, a w końcu zwalił się jak kłoda na atłasem obitą otomanę i chrapał tak, że szyby drżały w oknach. Prosię umiałoby się zachowywać przyzwoiciej. A jednak Angelika spoglądała na niego rozmiłowanymi oczami i wyobrażała sobie, że na całym świecie nie ma piękniejszego i rozumniejszego młodzieńca.

 

Bez wątpienia rzucała na nią urok zaczarowana róża, którą Bulbo miał zatkniętą w butonierce. Wierzcie mi jednak, że wiele młodych panien zakochuje się w kawalerach, którzy niewiele większą mają wartość od Bulby. Lulejka przysiadł się tymczasem do Gburii-Furii i plótł jej niestworzone androny. Gburia-Furia z każdą chwilą wydawała mu się piękniejsza. Powtarzał jej, że równie anielskiego jak jej oblicza nie zdarzyło mu się oglądać nawet we śnie. Że jest starsza od niego? To głupstwo! Gotów jest poślubić ją każdej chwili, gdyż ona jedna może mu dać szczęście.

Na to czekała chytra ochmistrzyni. Poślubić następcę tronu Paflagonii było szczytem jej marzeń! Przewrotna kobieta pośpieszyła czym prędzej do sąsiedniego pokoju i napisała na dużym arkuszu papieru następujące oświadczenie:

„My, z Bożej łaski jedyny syn i następca nieboszczyka króla Seriozo, władcy państwa paflagońskiego, ślubujemy niniejszym i ręczymy słowem rycerskim pojąć za żonę najmilszą sercu Naszemu, czcigodną, słodką i cnotliwą Kunegundę-Gryzeldę, dwojga imion hrabinę Gburię-Furię, wdowę po nieboszczyku Antonim Gburiano.

– Co piszesz, słodka Gburciu? – spytał Lulejka, wyciągając się wygodnie na otomanie przytykającej do biurka.

– Ach, to zlecenie, żeby wobec nadchodzących mrozów wydano ubogim naszego miasta pewną ilość węgla i ciepłej odzieży – odparła przewrotna ochmistrzyni. – Drogi książę – dodała z czułym uśmiechem – zrób mi tę łaskę i podpisz ten dokument w zastępstwie króla i królowej, bo, jak widzisz, śpią oboje. Nie wątpię, że podpis twój wystarczy.

Jak wiemy już, Lulejka był bardzo dobrodusznym i łatwowiernym chłopcem, nie przeczuwając więc podstępu, podpisał podany mu przez hrabinę dokument. Gburia-Furia zaś wsunęła świstek do kieszeni i dalejże zadzierać nosa do góry! Czuła się już większą panią od samej królowej, bo wszakżeż miała poświadczone czarno na białym, że zostanie wkrótce żoną prawowitego następcy tronu Paflagonii! Nie raczyła już nawet kiwnąć głową przyjacielowi swemu, ministrowi Mrukiozie, bo dopiero teraz, kiedy się uczuła przyszłą władczynią państwa paflagońskiego, zaczęła spoglądać na niego jak na łotra, który ograbił jej przyszłego męża z majątku. A kiedy już każdy z gości z zapaloną świecą w ręku udał się do swej komnaty, kiedy królowa i księżniczka Angelika ułożyły się do snu – Gburia-Furia przeszła także do swoich apartamentów i przez dobrą godzinę nie przestawała ćwiczyć ręki w umieszczaniu następujących podpisów na arkuszu białego papieru:

„Gryzelda – królowa paflagońska”, „królowa Kunegunda”, „Kunegunda-Gryzelda – królowa Paflagonii”, „Jej Królewska Mość Gryzelda-Kunegunda”… i wiele innych jeszcze – a w myśli jej snuły się najcudniejsze marzenia o przyszłym panowaniu.

11acan (daw.) – skrót od „waszmość pan”. [przypis edytorski]