Romeo i JuliaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

OSOBY:


PROLOG

 
Dwa rody, jasne jednako i sławne,
Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie,
Do nowej zbrodni pchają złości dawne,
Pamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie.
 
 
Z łez tych dwu wrogów wzięło bowiem życie,
Pod najstrazliwszą z gwiazd, kochanków dwoje;
Po pełnym przygód nieszczęśliwych bycie,
Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje.
 
 
Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny,
I jak się ojców nienawiść nie zmienia,
Aż jązakończy dzieci zgon przedwczesny,
 
 
Dwugodzinnego treścią przedstawienia,
Które otoczcie cierpliwymi względy,
Jest w nim co złego, my usuniem błędy…
 

AKT PIERWSZY

SCENA I

Plac publiczny
(Wchodzą: Samson i Grzegorz, uzbrojeni w tarcze i miecze)
 
Samson. Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.
 
 
Grzegorz. Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.
 
 
Samson. Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.
 
 
Grzegorz. Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.
 
 
Samson. Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.
 
 
Grzegorz. Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.
 
 
Samson. Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą
bardzo łatwo.
 
 
Grzegorz. Rozruchać się tyle znaczy, co ruszyć się z miejsca;
być walecznym, jest to stać nieporuszenie: pojmuję
więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie -
drapnięcie.
 
 
Samson. Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą
tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego
mężczyzny i dla każdej kobiety z tego domu.
 
 
Grzegorz. To właśnie pokazuje twoją słabą stronę: mur
dla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.
 
 
Samson. Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą
się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi
Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.
 
 
Grzegorz. Spór jest tylko między naszymi panami i między
nami, ich ludźmi.
 
 
Samson. Mniejsza mi o to: będę nieubłagany. Pobiwszy
ludzi, wywrę wściekłość na kobiety: rzeź między nimi
sprawię.
 
 
Grzegorz. Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?
 
 
Samson. Nieinaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei.
Wiadomo, że się do lwów liczę.
 
 
Grzegorz. Tem lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś
się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem.
Weźno się za instrument, bo oto nadchodzi dwóch
domowników Montekiego.
 
(Wchodzą: Abraham i Baltazar)
 
Samson. Mój giwer już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.
 
 
Grzegorz. Gwoli drapania?
 
 
Samson. Nie bój się.
 
 
Grzegorz. Jabym się miał bać z twojej przyczyny?
 
 
Samson. Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.
 
 
Grzegorz. Marsa im nastawię, przechodząc; niech go sobie,
jak chcą, tłómaczą.
 
 
Samson. Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię;
hańba im, jeśli to ścierpią.
 
 
Abraham. Skrzywiłeś się na nas, mości panie?
 
 
Samson. Nieinaczej, skrzywiłem się.
 
 
Abraham. Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?
 
 
Samson (do Grzegorza). Będziemyż mieli prawo za sobą,
jak powiem: tak jest?
 
 
Grzegorz. Nie.
 
 
Samson (do Abrahama). Nie, mości panie; nie skrzywiłem
się na was, tyłko skrzywiłem się tak sobie.
 
 
Grzegorz (do Abrahama). Zaczepki waść szukasz?
 
 
Abraham. Zaczepki? nie.
 
 
Samson. Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi.
Mój pan tak dobry, jak i wasz.
 
 
Abraham. Nie lepszy.
 
 
Samson. Niech i tak będzie.
 
(Benwolio ukazuje się w głębi)
 
Grzegorz (na stronie do Samsona). Powiedz: lepszy. Oto
nadchodzi jeden z krewnych mego pana.
 
 
Samson. Nieinaczej; powiedz: lepszy.
 
 
Abraham. Kłamiesz.
 
 
Samson. Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu,
pamiętaj o swoim pchnięciu. (Biją się).
 
 
Benwolio. Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew!
Sami nie wiecie, co robicie.
 
(Rozdziela ich swoim mieczem)
(Wchodzi Tybalt)
 
Tybalt. Cóż to? krzyżujesz oręż z parobkami?
Do mnie, Benwolio! pilnuj swego życia.
 
 
Benwolio. Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad
Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.
 
 
Tybalt. Z gołym orężem pokój? Nienawidzę
Tego wyrazu, tak jak nienawidzę
Szatana, wszystkich Montekich i ciebie.
Broń się, nikczemny tchórzu.
 
(Walczą)

(Nadchodzi kilku przyjaciół obu partyi i mieszają się do

zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami).

 
Pierwszy obywatel. Hola! berdyszów! pałek! Dalej po nich!
Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!
 
(Wchodzą: Kapulet i pani Kapulet)
 
Kapulet. Co to za hałas? Podajcie mi długi
Mój miecz! hej!
 
 
Pani Kapulet. Raczej kulę: co ci z miecza?
 
 
Kapulet. Miecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi
I szydnie swoją klingą mi urąga.
 
(Wchodzą: Monteki i pani Monteki)
 
Monteki. Ha! nędzny Kapulecie! (Do żony). Puść mię, pani.
 
 
Pani Monteki. Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.
 
(Wchodzi Książę z orszakiem)
 
Książę. Zapamiętali, niesforni poddani,
Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to,
Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,
Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie
W własnych żył swoich źródle purpurowym:
Pod karą tortur, wypuśćcie natychmiast
Z zawziętych dłoni tę broń buntowniczą
I posłuchajcie tego, co niniejszym
Wasz rozjątrzony książę postanawia.
Domowe starcia, z marnych słów zrodzone
Przez was, Monteki oraz Kapulecie,
Trzykroć już spokój miasta zakłóciły,
Tak, że poważni wiekiem i zasługą
Obywatele werońscy musieli
Porzucić swoje wygodne przybory,
I w stare dłonie stare ująć miecze,
By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe
Niechęci wasze przecinać. Jeżeli
Wzniecicie jeszcze kiedyś waśń podobną,
Zamęt pokoju opłacicie życiem.
A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.
Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem;
Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu
Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie
Dalsza ma wola oznajmiona będzie.
Jeszcze raz, wzywam wszystkich tu obecnych
Pod karą śmierci, aby się rozeszli.
 
(Książę z orszakiem wychodzi; podobnież Kapulet, pani Kapulet,
Tybalt, obywatele i słudzy)
 
Monteki. Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze,
Byłżeś tu wtedy, gdy się to zaczęło?
 
 
Benwolio. Nieprzyjaciela naszego pachołcy
I wasi już się bili, kiedym nadszedł;
Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:
Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem,
I harde zionąc mi w uszy wyzwanie,
Jął się wywijać nim i siec powietrze,
Które świszczało tylko, szydząc z marnych
Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą
Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się
Większy tłum ludzi, z obu stron walczono,
Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.
 
 
Pani Monteki. Lecz gdzież Romeo? Widziałżeś go dzisiaj?
Jakże się cieszę, że nie był w tem starciu.
 
 
Benwolio. Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce
W złotych się oknach wschodu ukazało,
Troski wygnały mię z dala od domu
W sykomorowy ów gaj, co się ciągnie
Ku południowi od naszego miasta.
Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał.
Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;
Lecz on, spostrzegłszy mię, skręcił natychmiast,
I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.
Pociąg ten jego do odosobnienia
Mierząc mym własnym, (serce nasze bowiem
Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni)
Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach
I w inną stronę się udałem, chętnie
Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.
 
 
Monteki. Nieraz o świcie już go tam widziano
Łzami poranną mnożącego rosę,
A chmury swego oblicza chmurami.
Aliści, ledwo na najdalszym wschodzie
Wesołe słońce z przed łoża Aurory
Zaczęło ściągać cienistą kotarę,
On, uciekając od widoku światła,
Co tchu zamykał się w swoim pokoju,
Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem
I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.
W czarne bezdroże dusza jego zajdzie,
Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.
 
 
Benwolio. Szanowny stryju, znaszże powód tego?
 
 
Monteki. Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.
 
 
Benwolio. Wybadywałżeś go jakim sposobem?
 
 
Monteki. Wybadywałem i sam, i przez drugich:
Lecz on, jedyny powiernik swych smutków,
Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,
Od otwartości wszelkiej tak daleki,
Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie,
Nim światu wonny swój kielich roztoczył
I pełność swoją rozwinął przed słońcem.
Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,
Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.
 
(Romeo ukazuje się w głębi)
 
Benwolio. Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę:
Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.
 
 
Monteki. Obyś w tej sprawie, co nam serce rani,
Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.
 
(Wychodzą: Monteki i pani Monteki)
 
Benwolio. Dzień dobry, bracie.
 
 
Romeo. Jeszczeż nie południe?
 
 
Benwolio. Dziewiąta biła dopiero.
 
 
Romeo. Jak nudnie
Wloką się chwile! Moiż-to rodzice
Tak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?
 
 
Benwolio. Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?
 
 
Romeo. Nieposiadanie tego, co je skraca.
 
 
Benwolio. Miłość więc?
 
 
Romeo. Brak jej.
 
 
Benwolio. Jakto? brak miłości?
 
 
Romeo. Brak jej tam, skądbym pragnął wzajemności.
 
 
Benwolio. Niestety! Czemuż, zdając się niebianką,
Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?
 
 
Romeo. Niestety! Czemuż z zasłoną na skroni,
Miłość na oślep zawsze cel swój goni!
Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno
Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko.
W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.
O! wy sprzeczności niepojęte dziwa:
Szorstka miłości! nienawiści tkliwa!
Coś narodzone z niczego! Pieszczoto
Odpychająca! Poważna pustoto!
Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu!
Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu!
Śnie bez snu! Taką-to w sobie zawiłość,
Taką niełączność łączy moja miłość.
Czy się nie śmiejesz?
 
 
Benwolio. Nie, płakałbym raczej.
 
 
Romeo. Nad czem, poczciwa duszo?
 
 
Benwolio. Nad uciskiem
Poczciwej duszy twojej.
 
 
Romeo. A więc strzała
Miłości nawet przez odbitkę działa?
Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego
Brzemię powiększasz przewyżką twojego;
Współczucie twoje nad mojem cierpieniem
Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem
Dla mego serca. Miłość, przyjacielu,
To dym, co z parą westchnień się unosi;
To żar, co w oku szczęśliwego płonie;
Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.
Czemże jest więcej? Istnym amalgamem:
Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem.
Bądź zdrów. (Chce odejść).
 
 
Benwolio. Zaczekaj! krzywdębyś mi sprawił,
Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.
 
 
Romeo. Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobą;
To nie Romeo, co rozmawia z tobą.
 
 
Benwolio. Kogóż to kochasz? mów.
 
 
Romeo. Przestań mię dręczyć
Mamże wraz jęczyć i mówić?
 
 
Benwolio. Nie jęczyć,
Tylko mi klucz dać do tego problemu.
Kogóż to kochasz? powiedz!
 
 
Romeo. Każ choremu
Pisać testament: będzież to wezwanie
Dobre dla tego, co jest w tak złym stanie?
A więc kobietę kocham.
 
 
Benwolio. Celniem mierzył,
Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.
 
 
Romeo. Biegle celujesz. I ta, którą kocham,
Jest piękna.
 
 
Benwolio. W piękny cel trafić najłatwiej.
 
 
Romeo. A właśnieś chybił. Niczem tu kołczany
Kupida; ona ma naturę Dyany:
Pod twardą zbroją wstydliwości swojéj
Grotów miłości wcale się nie boi;
Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych;
Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;
Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.
Bogata w wdzięki, w tem jedynie biedna,
Że, kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi
Całe bogactwo, którego tak skąpi.
 
 
Benwolio. Wiecznież chce sama zostać z swem bogactwem?
 
 
Romeo. Tak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem,
Bo piękność, którą własna srogość strawia,
Całą potomność piękności pozbawia.
Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;
Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.
Przysięgła nigdy nie kochać, i dzięki
Temu, skazany-m wiecznie cierpieć męki.
 
 
Benwolio. Jest na to rada: przestań myśleć o niej.
 
 
Romeo. Doradźże także, jakimbym sposobem
Mógł przestać myśleć.
 
 
Benwolio. Dając oczom wolność
Rozpatrywania się w innych pięknościach.
 
 
Romeo. To byłby tylko sposób przywołania
Jej cudnych wdzięków tem żywiej na pamięć.
Maska, kryjąca lica pięknej damy,
Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy
Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał,
Zapomniż kiedy, jaki skarb posiadał?
Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy,
Będzież on dla mnie w istocie czem więcéj,
Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,
Przed którą ta-by uklęknąć powinna.
Bądź zdrów: niewczesną podajesz mi radę.
 
 
Benwolio. Najpraktyczniejszą, życie w zastaw kładę.
 
(Wychodzą.)

SCENA II

Ulica
(Wchodzą: Kapulet i Parys, za nimi służący)
 
Kapulet. Podobną, jak mnie, karą zagrożono
I Montekiemu; ależ w wieku naszym
Spokojnie siedzieć rzecz nie trudna.
 
 
Parys. Oba
Szanownych szczepów jesteście odrośle;
Tem-ci żałośniej, że od tyła czasu,
Żyjecie w takiem rozdwojeniu z sobą.
Co mówisz, panie, na moje zabiegi?
 
 
Kapulet. To samo, co już dawniej powiedziałem:
Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy,
Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę;
Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba,
Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.
 
 
Parys. Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.
 
 
Kapulet. Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki.
Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje,
Oprócz tej jednej; ona jest, Parysie,
Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką.
Staraj się jednak, skarb sobie jej serce,
Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce;
Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie
Jej pozwolenia echem tylko będzie.
Daję dziś wieczór, na który niemało
Gości sprosiłem; gdyby ci się dało
Być jednym więcej, w nader miły sposób
Zwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób.
W biednym mym domu, jednocześnie z nocą,
Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą,
Że od ich blasku blask niebieskich zblednie.
Uciechy, młodym ludziom odpowiednie,
Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia,
Gdy w starym progu zimy się pojawia;
Takie uciechy, w całej swojej mocy,
Wśród hożych dziewic staną się tej nocy
Udziałem twoim w domu Kapuletów.
Przyjdź, przejrz i wybierz sobie z tych bukietów
Kwiat najpiękniejszy. I mój tam kwiat luby
Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby.
Idźmy. (Do sługi). A wasze obejdź w krąg Weronę,
Wynajdź osoby tu wyszczególnione
 
(oddaje mu papier)
 
I powiedz każdej, że mój dom otworem
Na ich usługi stanie dziś wieczorem.
 
(Wychodzą: Kapulet i Parys)
 
Służący. Mam wynaleźć osoby tu wyszczególnione: to się
znaczy, według tego, co tu napisano… A cóż tu napisano?
Oto: że szewc ma pilnować łokcia, a krawiec
kopyta; rybak pędzla, a malarz więcierza. Jakże wynajdę
osoby tu wyszczególnione, kiedy nie mogę wynaleźć
środka na wyczytanie tego, co osoba pisząca tu wyszczególniła?
Kazano mi jednak; muszę się udać do
uczonych. Oto jacyś ichmoście; może mi poradzą.
 
(Wchodzi Romeo i Benwolio)
 
Benwolio. Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,
Ból dawny nowym leczy się cierpieniem;
Kręć się na odwrót, gdy masz zawrót głowy;
Klin wyrugujesz, klin wbijając nowy;
Zaczerpnij nowej zarazy do łona,
A jad dawniejszej niewątpliwie skona.
 
 
Romeo. Liść pokrzywiany wyborny jest na to.
 
 
Benwolio. Na cóż to, proszę?
 
 
Romeo. Na oparzeliznę;
Spróbujno tylko.
 
 
Benwolio. Powiedz mi, Romeo,
Czyś ty oszalał?
 
 
Romeo. Nie, nie oszalałem,
Lecz wpadłem w gorszy stan niż szalonego.
W loch się dostałem, jestem pastwą głodu,
Chłost i mąk. – Dobry wieczór, przyjacielu.
 
 
Służący. Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?
 
 
Romeo. Niestety! umiem w moim przeznaczeniu
Czytać niedolę.
 
 
Służący. Tego się bez książki
Można nauczyć; ale ja się pytam,
Czy pan pisane rzeczy umie czytać?
 
 
Romeo. Małej mi rzeczy do tego potrzeba,
To jest znać tylko język i litery.
 
 
Służący. Słusznie pan mówisz, bądźże zdrów i wesół.
 
(Chce odejść)
 
Romeo. Czekajno wasze, umiem czytać. (Czyta).
»Sinior Martino, jego małżonka i córki. Hrabia Anzelm
ze swemi pięknymi siostrami. Siniora wdowa po Witruwiuszu.
Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice. Merkucyusz
i jego brat Walenty. Mój brat Kapulet z małżonką
i córkami. Moja śliczna siostrzenica Rozalina.
Liwia, sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjusz
i nadobna Helena.«
Wspaniałe grono! (Oddaje kartę). Gdzież oni przyjść mają?
 
 
Służący. Owdzie.
 
 
Romeo. Gdzie?
 
 
Służący. Do naszego pałacu, na wieczerzę.
 
 
Romeo. Do czyjego pałacu?
 
 
Służący. Mojego pana.
 
 
Romeo. W istocie, powinienem się był przedewszystkim
spytać, kto nim jest.
 
 
Służący. Oznajmię to panu bez pytania: moim panem
jest możny, bogaty Kapulet; jeżeli panowie nie jesteście
z domu Montekich, to was zapraszam do niego
na kubek wina. Bądźcie weseli.
 
(Wychodzi)
 
Benwolio. Na tym wieczorze Kapuleta będzie
Bożyszcze twoje, piękna Rozalina,
Obok najpierwszych piękności werońskich.
Pójdź tam i okiem bezstronnem porównaj
Jej twarz z obliczem tych, które ci wskażę:
Wnet nowe bóstwo ślad dawnego zmaże.
 
 
Romeo. Gdyby rzetelny mój wzrok tak fałszywe
Miał dać świadectwo, łzy stańcie się żarem!
Wy, zalewane wciąż, a jeszcze żywe
Przezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem!
Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidzące
Równej piękności nie widziało słońce.
 
 
Benwolio. Wielbisz ją, boś ją jedną na oboich
Ważył dotychczas szalach oczu swoich;
Lecz umieść na tej wadze kryształowéj
Obok niej inną, którą ci gotowy
Będę dziś wskazać, a ręczę, że owa
Nieporównana w kąt się przed tą schowa.
 
 
Romeo. Pójdę tam, ale z obojętnem okiem,
Jednej wyłącznie poić się widokiem.
 
(Wychodzą)

SCENA III

Pokój w domu Kapuletów
(Wchodzi pani Kapulet i Marta)
 
Pani Kapulet. Gdzie moja córka? Idź ją tu przywołać.
 
 
Marta. Na moją cnotę! jużem ją wołała.
Julciu! pieszczotko moja! moje złotko!
Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!
 
(Wchodzi Julia)
 
Julia. Czy mnie kto wołał?
 
 
Marta. Mama.
 
 
Julia. Jestem, pani.
Co mi rozkażesz?
 
 
Pani Kapulet. Słuchaj. Odejdź, Marto;
Mam z nią sam na sam coś do pomówienia.
Marto, pozostań: przychodzi mi na myśl,
Że twa obecność może być potrzebna.
Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?
 
 
Marta. Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.
 
 
Pani Kapulet. Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.
 
 
Marta. Czternaście moich zębów w zakład stawię,
(Chociaż właściwie mam ich tylko cztery)
Że jeszcze nie ma. Rychłoż będzie święto
Piotra i Pawła?
 
 
Pani Kapulet. Za parę tygodni,
Mniej więcej.
 
 
Marta. Mniej czy więcej, czy okrągło,
Ale dopiero w wieczór na świętego
Piotra i Pawła skończy lat czternaście.
Ona z Zuzanką – Boże zbaw nas grzesznych! —
Były rówieśne. Zuzanka u Boga —
Byłże to anioł! – ale, jak mówiłam,
Julcia dopiero na świętego Piotra
I Pawła skończy spełna lat czternaście,
Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz
Rok jedenasty od trzęsienia ziemi;
Właśnie od piersi była odsadzona.
Z pomiędzy wszystkich dni bożego roku
Tego jednego nigdy nie zapomnę.
Piołunem sobie wtedy pierś potarłam,
Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.
Państwo byliście tego dnia w Mantui.
A co? mam pamięć? Ale, jak mówiłam,
Skoro pieszczotka moja na brodawce
Poczuła gorycz, trzeba było widzieć,
Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;
Gołębnik za mną: skrzyp! a ja co żywo
Na równe nogi: hyc! nie myśląc czekać,
Aż mi kto każe. Upłynęło odtąd
Lat jedenaście. Umiała już wtedy
O własnej sile stać, co mówię, biegać,
Dyrdać. Dniem pierwej zbiła sobie czoło.
Mój mąż – świeć Panie, jego duszy! – podniósł
Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.
»Plackiem«, rzekł, »padasz teraz, a jak przyjdzie
Większy rozumek, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż, Julciu?« A ten mały łotrzyk,
Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć
I odpowiedział: »tak«. Chociażbym żyła
Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.
»Nieprawdaż, Julciu« rzekł, »że padniesz wznak?«
A mały urwis odpowiedział »tak«.
 
 
Pani Kapulet. Dość tego, Marto, skończ już tę historyę,
Proszę cię.
 
 
Marta. Dobrze, miłościwa pani.
Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,
Kiedy przypomnę sobie, jak to ona
Przestała krzyczeć i odpowiedziała:
»Tak«. Miała jednak guz jak kurze jaje,
Siniec porządny i płakała gorzko;
Ale gdy mąż mój rzekł: »plackiem dziś padasz,
A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż, Julciu?« tak i niebożątko
Zaraz ucichło i odrzekło: »tak«.
 
 
Julia. Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.
 
 
Marta. Jużem ucichła przecie. Pan Bóg z tobą!
Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,
Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła
Patrzeć na twoje zamęście!…
 
 
Pani Kapulet. Zamęście!
To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić.
Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie
Są chęci twoje we względzie małżeństwa?
 
 
Julia. O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.
 
 
Marta. O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była
Twą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrość
Wyssała z mlekiem.
 
 
Pani Kapulet. Myślże o tem teraz.
Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych
Domów w Weronie wcześnie stan zmieniają;
Ja sama byłam już matką w tym wieku,
W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc,
Waleczny Parys stara się o ciebie.
 
 
Marta. To mi kawaler! panniuniu, to brylant
Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku!
 
 
Pani Kapulet. Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.
 
 
Marta. Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.
 
 
Pani Kapulet. Cóż, Julio? Będzieszże mogła go kochać?
Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości.
Wczytaj się w księgę jego lic, na których
Pióro piękności wypisało miłość;
Przypatrz się jego rysom, jak uroczo,
Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą;
A co w tej księdze wyda ci się mrocznem,
To w jego oczach stanie-ć się widocznem.
Do upięknienia tej zaprawdę rzadkiej
Edycyi męża brak tylko okładki.
Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje;
Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;
I tem wspanialsza, tem więcej jest warta
Złota myśl w złotej oprawie zawarta.
Tak więc z nim wszystką jego właść posiędziesz
I w niczem sama ujmy mieć nie będziesz.
 
 
Marta. Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie
Zawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.
 
 
Pani Kapulet. Chceszże go? powiedz krótko, węzłowato.
 
 
Julia. Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;
Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,
Jak tobie, pani, podoba się żądać.
 
(Wchodzi Służący)
 
Służący. Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona,
czekają na panią, pytają o pannę Julię, przeklinają
w kuchni panią Martę – słowem, niecierpliwość powszechna.
Niech panie raczą pośpieszyć. (Wychodzi).
 
 
Pani Kapulet. Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.
 
 
Marta. Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.
 
(Wychodzą)