Poskromienie złośnicyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

William Shakespeare

Poskromienie Złośnicy

Wydane w formacie ePUB przez Imprint Sp. z o.o. – 2011 rok.

UGŁASKANIE SEKUTNICY. PRZEKŁAD JÓZEFA PASZKOWSKIEGO.

OSOBY.

DZIEDZIC.

KRZYSZTOF SZLAJ, Szewc, Pijak.

Karczmarka, Paź, Aktorzy, Strzelcy i Słudzy. Osoby występujące we Wstępie

BAPTYSTA, bogaty Paduańczyk.

WINCENCYUSZ, stary obywatel z Pizy.

LUCENCYUSZ, syn jego.

PETRYCY, obywatel z Werony.

GREMIJO.

HORTENSYUSZ. Ubiegający się o Biankę.

TRANIJO.

BIONDELLO

GRUMIJO.

KURTYS. Słudzy Petrycego.

KOMMISSANT.

KATARZYNA.

BIANKA. Córki Baptysty. Pani DOROTA, Wdowa, idąca za mąż za Hortensyusza. Krawiec, Modniarka i Służba Baptysty i Petrycego. Rzecz dzieje się poczęści w Padwie, poczęści w domu Petrycego na wsi.

PROLOG.


Scena I.

Przed karczmą w lesie. Wchodzi SZLAJ, za nim KARCZMARKA. SZLAJ. Ejże, bo wasanię pogłaszczę kułakiem. KARCZMARKA. W dybach ci siedzieć, ty łobuzie. SZLAJ. Cicho, babo. Szlajowie nie łobuzy. Zajrzyj do kronik: przybyliśmy tu z Ryszardem, Zdobywcą[1]. Stul więc swój pytel i zostaw świat w pokoju. KARCZMARKA. Zapłacisz mi za potłuczone szklanki, czy nie? SZLAJ. Ani szeląga. Odczep się, kobieto. Wleź W zimne łóżko i rozgrzej się. KARCZMARKA. Już ja sobie z tobą poradzę: pójdę sprowadzić konstabla.

(Wychodzi). SZLAJ. Sprowadź ich i dziesięciu; nie boję się: znam prawo. Żebym zmarniał, jeżeli ci na włosek ustąpię. Sprowadź go, sprowadź, tylko w galop!

(Kładzie się na ziemi i zasypia).

(Odgłos myśliwskich rogów. Dziedzic wracający z polowania, wchodzi ze Strzelcami i Służbą). DZIEDZIC. Mości nadleśny, miej o psach staranie:. Każ je na sfory pobrać. Biedny Zagraj Strasznie się zmachał. Skupluj Śpiewkę z Pisklą; Czyś widział, jak się Grżmilas popisywał Na zimnym tropie, tam na skręcie plota? Nie oddałbym go za dwadzieścia funtów. NADLEŚNY. Puzan jest równie dobry, Jaśnie Panie;. On przecie pierwszy dziś doławiać zaczął, I dał dwukrotnie obrót rogaczowi: Bodaj czy nawet on nie lepszy. DZIEDZIC. Brednie! Gdyby Przygrywka była równie chyża, Wyżej bym cenił ją, niż tuzin takich. Karmże ich dobrze i miej o nich pieczę. Jutro mam zamiar znowu zapolować. NADLEŚNY. Stanie się wszystko, jak Jaśnie Pan każe. DZIEDZIC

(spostrzegając Szlaja). Co to jest? Ktoś nieżywy albo spity. Pójdźcieno i zobaczcie, czy oddycha. LEŚNICZY. Oddycha, Jaśnie Panie. Sznaps go grzeje, Inaczej hultaj nie spałby tak twardo, W tak zimnem łóżku. DZIEDZIC. O, plugawe bydlę! Leży jak świnia. Jak odrażającym Jest taki obraz śmierci! jak ohydnym! Wiecie co, muszę sobie z tym pijakiem Jaki żart zrobić. Gdyby go, naprzykład, Przenieść do łóżka, dać mu ciepłe szaty, Drogich pierścieni nakłaść mu na palce, Przy łóżku sutą ucztę mu postawić, A wpodle strojną, służbę, coby skinień Jego czekała, skoro się przebudzi? Czyliżby grądal ten nie stracił głowy? NADLEŚNY. Niechybnie by tak było, Jaśnie Panie. LEŚNICZY. Dziwnemby mu się to wydało. DZIEDZIC. Prawda? Jak sen łudzący, rozkoszne marzenie.

(Do Służby), Weźcież go, zręcznie żart ten przeprowadźcie. Złóżcie go w głównej sali mego zamku; Porozwieszajcie w koło malowidła Drażniące zmysły; brudną, jego głowę Woniejącemi zlejcie olejkami, A salę drzewem obkadźcie laurowem; Niechaj muzyka będzie w pogotowiu Zabrzmieć mu słodkim hymnem, jak się ocknie; A gdy przemówi, poskoczcie co żywo, I w kornej, pełnej attencji postawie, Spytajcie: co nam Jaśnie Pan rozkaże? Niech jeden srebrną poda mu miednicę, Z różaną wodą, ustrojoną w kwiaty; Drugi niech trzyma dzbanek, trzeci ręcznik; – I zapytajcie: czy Wasza Cześć życzy Ochłodzić sobie ręce? Inny znowu, Niech przed nim stanie z bogatemi szaty, I niech go spyta, jaką chce wdziać suknię. Inny o koniach i psach niech mu prawi, I o zmartwieniu, jakie jego słabość Małżonce jego sprawia. Wmówcie w niego, Że był warjatem, jeźli zaś wam powie, Że jest Maciejem, Wojtkiem albo Bartkiem; Powiedźcie mu, że marzy, bo w istocie Nie jest czem innem jedno wielkim panem. Zróbcie to, moi drodzy, tylko gładko: Tym więcej będzie pociech, im się gładziej I naturalniej ten żart poprowadzi. PIERWSZY SŁUGA. Wywiążem się z ról naszych, Jaśnie Panie, I otumanim go tak, że da wiarę Iż jest tym, kim go tytułować będziem. DZIEDZIC. Podnieścież go ostrożnie i do łóżka! A jak się zbudzi, każdy pełnij swoje.

(Kilim Sług wynosi Szlaja).

(Trąbka się odzywa). Kogoż ta trąbka zwiastuje? – Idź zobacz.

(Wychodzi Sługa). Może to jaki wielki pan, co w drodze To miejsce sobie obrał ku wytchnieniu.

(Sługa powraca), No i cóż? SŁUGA. Proszę łaski Jaśnie Pana, To komedjanci, którzy sobie życzą Polecić służby swoje Jaśnie Panu. DZIEDZIC. Każ im przyjść.

(Wchodzą Aktorowie). Witam was, moi panowie. PIERWSZY AKTOR. Dziękujem Jaśnie Wielmożnemu Panu. DZIEDZIC. Czybyście u mnie chcieli spędzić wieczór? DRUGI AKTOR. Jeżeli Jaśnie Wielmożny Pan raczy Przyjąć usługi nasze. DZIEDZIC. Jak najchętniej. Ten tu jegomość jest mi znany: pomnę Jak raz grał syna dzierżawcy i chwacko Smalił cholewki do córki dziedzica; Imię waćpana wyszło mi z pamięci, Aleś grał z wielką prawdą, z wielką werwą. PIERWSZY AKTOR. W roli Sotona zapewne? DZIEDZIC. W tej samej: Odegrałeś ją Waćpan przewybornie. No, bardzom kontent, moi przyjaciele, Żeście przybyli, tem bardziej, że właśnie Mam pewien żart na myśli, do którego Wasz talent wielce może mi dopomódz. Jest u mnie w zamku jeden pan, co jeszcze Nie zna teatru i pierwszy raz będzie Na przedstawieniu waszem. Otóż nie wiem, Czy potraficie być panami siebie, Patrząc na jego minę ogłupiałą, I czy zdołacie nie parsknąć od śmiechu; Coby go obraziło, jest on bowiem Na takie rzeczy niezmiernie draźliwy… PIERWSZY AKTOR. Może być Jaśnie Wielmożny Pan o to Spokojny; będziem mieli moc nad sobą, Choćby wyglądał śmiesznie jak sam Komus. DZIEDZIC

(do jednego Sługi). Idź ich zaprowadź do gościnnej izby; Przyjm ich uprzejmie i niech im nie zbywa Na niczem, na co stać memu domowi.

(Wychodzi Sługa z Aktorami),

(Do innego Sługi). A waść pobiegnij do mojego pazia Bartolomea i każ mu się ubrać Jak dama: poczem wejdź z nim do pokoju Tego pijaka; nazywaj go panią, I bądź z najgłębszem dlań uszanowaniem. Po wiedz mu, jeźli dba o moję łaskę, Żeby się względem tego pijanicy Tak zachowywał, jak widywał nieraz Zachowujące się szlachetne damy Względem swych mężów. – Niech przemawia słodko. Nadskakująco chodzi koło niego; I niech mu powie: co rozkażesz, Panie, W czemby twa żona i powolna sługa Mogła ci swoje posłuszeństwo, swoję Miłość okazać? Ściskając go potem, I obsypując pocałowaniami, Na piersi jego pochylając głowę, Niech łzy wylewa, jakoby z radości, Że jej szlachetny pan do zdrowia wrócił, Po siedmiu latach szału, w ciągu których Sądził się biednym, nikczemnym prostakiem. Jeźli zaś chłopak nie ma właściwego Kobietom daru, lania łez udanych, Cebula k'temu dobrym będzie środkiem; Niech ją nieznacznie w chustkę sobie włoży, I trze nią oczy, a pewnie się zwilżą. Spraw to, jak tylko będziesz mógł najprędzej: Niedługo dam ci inne polecenia.

(Wychodzi Sługa). Wiem, że ten chłopiec uda doskonale Układ, głos, ruchy i maniery damy. Pilno mi słyszeć, jak on tego draba Swoim małżonkiem tytułować będzie, I patrzeć, jak się będą moi ludzie Krztusić od śmiechu, służąc temu chłopu, Idę ich wesprzeć moją obecnością: Powstrzyma ona zbytnią ich wesołość, Któraby całą popsuła uciechę.

(Wychodzi ze swym Orszakiem).

Scena II.

Pokój w zamku Dziedzica. SZLAJ siedzi na łóżku, ubrany w paradny szlafrok; w koło niego stoją słudzy: jedni z szatami, inni z miednicą, z dzbankiem i z innemi sprzętami. – DZIEDZIC wchodzi przebrany za Lokaja. SZLAJ. Na miłość bozką, półkwaterek wódki! PIERWSZY SŁUGA. Czy nie chce Jaśnie Pan kieliszka wina? DRUGI SŁUGA. Może pozwoli Jaśnie Pan tych konserw? TRZECI SŁUGA. Jakie dziś szaty Wasza Cześć przywdzieje? SZLAJ. Ja jestem Krzysztof Szlaj; nie nazywajcie mnie Waszą, Cześcią ani Jaśnie Panem: jak żyję, wina nie piłem, a jeżeli mi chcecie dać jeść, to mi dajcie flaków albo bigosu, a nie jakichś tam kąsów. Co wy mnie pytacie, jakie szaty przywdzieję? ja mam tyle sukman ile grzbietów, tyle pończoch ile łydek, a tyle butów, ile nóg; ba, czasem więcej nóg niż butów, albo takie buty co mi z nich palce wyglądają. DZIEDZIC. Oby łaskawe nieba oddaliły Ten opłakany obłąd Waszej Części! O, żeby człowiek tak świetnego rodu, Zacny, zamożny i pełen znaczenia, Tak był od złego ducha nagabany! SZLAJ. Cóż to? czy wy mnie chcecie wykierować na waryata? Nie jestżem Krzysztof Szlaj, syn starego Szlaja z Bartonhet, kramarz według pochodzenia, gręplownik według edukacyi, niedźwiednik według niestałości, a według teraźniejszej profesyi szewc? Zapytajcie tej tłustej karczmarki z Winkot[2], Maryanny Haket, czy mię nie zna: jeżeli wam nie powie, że stoję u niej na rachunku za czternaście półkwaterek sznapsa, to niech tu nie stoję żywy. Przecieżem u djabła nie oczarowany. Oto jest. PIERWSZY SŁUGA. Toć to jest, co tak dręczy Jaśnie Panię. DRUGI SŁUGA. Toć to jest, co nam z oczu łzy wyciska. DZIEDZIC. Tenci to powód, o dostojny Panie, Że krewni twoi stronią od twych progów, Zrażeni dziwnem twojem obłąkaniem. Szlachetny Panie, wspomnij cnych swych przodków; Przywołaj dawne zmysły twe z wygnania, I wygnaj z głowy te niegodne mary, Patrz, jak twój wierny orszak w koło ciebie Czuwa i skinień oczekuje twoich. Chceszli muzyki? Patrz, już gra Apollo,

 

(Muzyka słyszeć się daje). I w klatkach śpiewa dziesięć par słowików. Chceszli spać? miękkie czeka cię posłanie, I rozkoszniejsze od owego łoża Zgotowanego dla Semiramidy. Chcesz się przejść? drogę ci posypiem kwieciem. Chcesz się przejechać? Wierzchowiec twój strojny W rzędy kapiące złotem i perłami Stoi tuż. Chceszli polować z sokołem? Sokoły twoje wyżej od skowronka Ulecą. Chceszli polować z gończemi? Głos ich odbije się aż o strop niebios. I zbudzi echo we wnętrznościach ziemi. PIERWSZY SŁUGA. Może z chartami zapolować wolisz? Charty twe szybsze od sarn i jeleni, DRUGI SŁUGA Może się kochasz w pięknych malowidłach? Wraz ci przyniesiem jedno z Adonisem, Spoczywającym nad brzegiem strumienia, Kędy Cyterę trzcina całkiem kryje, I od jej tchnienia chwieje się, tak właśnie, Jak gdyby lekki wietrzyk ją, kołysał. DZIEDZIC. Damy ci widzieć nadobną, Jonę, Gdy jeszcze była panną, jak została W mglistym obłoku zdradnie napadniętą I uwiedzioną. Obraz ten ma tyle Życia i prawdy ile i rzecz sama. TRZECI SŁUGA. Albo ci damy widzieć śliczną Dafnę, Uciekającą przez cierniste krzaki, I nogi sobie o nie kaleczącą; Przysiągłbyś, że się zraniła na prawdę, I że Apollo płacze na ten widok, Tak są mistrzowsko krew i łzy oddane. DZIEDZIC. Tyś panem z panów, panem, niczem innem, Masz żonę, która pod względem piękności Jest istnym cudem w tym znikomym świecie. PIERWSZY SŁUGA. Póki łzy, które wylała nad tobą, Ciec nie zaczęły, po jej hożych licach, Była zaiste najpiękniejszą z niewiast; I teraz jednak nie ma sobie równej. SZLAJ. Jestżem ja panem? Mamże taką żonę? •Czy ja śpię? czy też spałem do tej pory? Ale nie, nie śpię; patrzę, słyszę, mówię; Wącham kadzidła, czuję miękką pościel. – Dalipan, jestem panem, w rzeczy samej; Nie żadnym szewcem, nie Krzysztofem Szlajem. – No, dobrze, niech tu przyjdzie moja żona, I niech mi dadzą półkwaterek wódki. DRUGI SŁUGA. Czy Wasza Wielkość życzy umyć ręce?

(Służba podaje miednicę, dzbanek i ręcznik). O, co za radość, że Wasza Dostojność, Czem jest, poznała, odzyskała zmysły! Przez lat piętnaście śniłeś, Jaśnie Panie, A gdyś się zbudził, byłeś jakby śpiący. SZLAJ. Przez lat piętnaście? Patrzcie! tom się zaspał! I nic-że-m przez ten cały czas nie gadał? PIERWSZY SŁUGA. I owszem, Panie, ale nie do rzeczy: Bo choć tu leżysz w tej pięknej komnacie, Mówiłeś, że cię wysadzono za drzwi, Lżyłeś karczmarkę z Winkot, i klnąc srodze, Groziłeś, że ją zapozwiesz do wójta Za to, że wódkę dobiera pół na pół. Czasem wzywałeś Kunegundy Haket. SZLAJ. Aha! tej dziewki z karczmy. TRZECI SŁUGA. Nie masz, Panie, Żadnych stosunków z szynkiem, ni z dziewkami, Ni z nikim takim jak Jan Duda z Kępy, Stach Leń, Nicibor Struk, Tomek Pimpernel, I inni, których nazwy wymieniłeś, Których nie było nigdy i nikt nigdy O nich nie słyszał. SZLAJ. No, to chwałaż Bogu, Żem się nareszcie opamiętał! WSZYSCY. Amen. SZLAJ. Dziękuję wam, na dobre wam to wyjdzie.

(Paź przebrany za damę, wchodzi z Orszakiem). PAŹ. Jakże się ma mój pan? SZLAJ. Ta jużci nieźle, Kiej jestem panem. A gdzie moja żona? PAŹ. Oto jest, Panie: czego żądasz od niej? SZLAJ. Tyś moja żona, i nie mówisz do mnie: Mężu? Niech moi ludzie zwą mię panem, Ty mię po prostu zwiej samczykiem swoim. PAŹ Mężu i Panie, Panie mój i mężu, Jam twoja żona uległa. SZLAJ. Wiem o tem. Jakże ja mam ją nazwać? DZIEDZIC. Magnifiką. SZLAJ. Hm! magnifiką! Kaśką magnifiką, Czy Baśką magnifiką? DZIEDZIC. Magnifiką, Bez żadnych innych dodatków: panowie Tak zwą swe żony. SZLAJ. Magnifiko, żono, Oni mi mówią, żem spał, i to djable, Bo przez piętnaście lat, może i więcej. PAŹ. Niestety, tak jest; i te lat piętnaście Zdawały mi się jakby trzydziestoma, Bom przez te lata nie znała twych pieszczot. SZLAJ. To długo. Służba! zostaw nas sam na sam: Muszę popieścić moję magnifikę. PAŹ. Szlachetny Panie, choć twych pieszczot łaknę, Nateraz jeszcze muszę się ich wyrzec, Lekarz twój bowiem zlecił najwyraźniej, Żebyś się jakiś czas po wyzdrowieniu Wstrzymał od wszelkich objawów czułości, Jako mogących wrócić twą chorobę. SZLAJ. Co tam! PAŹ, Nie, Panie; już stanęło na tem, Że będziesz dla mnie jakiś czas nieczuły. SZLAJ. Takci stanęło, że mię niecierpliwi: ale z drugiej strony nie chce mi się wrócić do dawnego stanu; będę więc nieczuły rad nie rad.

(Wchodzi Sługa). SŁUGA. Panie, aktorzy twoi posłyszawszy O polepszeniu twego zdrowia, pragną Odegrać w obec ciebie krotofilę; Doktorzy bowiem ze wszech miar są za tem, Bacząc, że zbytek smutku krew twą zgęścił, A melancholja jest obłędu matką. Taka rozrywka usposobi, Panie, Jak mówią, umysł twój do wesołości, Która z trosk szydzi i przedłuża życie. SZLAJ. A no, zgoda, niech grają z Bogiem. Czy to ma być komenda, czy maryonetki, czy jakie szprynce? PAŹ. Nie, Panie, ma to być ucieszna sztuka. SZLAJ. Co? sztuka mięsna? PAŹ. Rodzaj dykteryjki. SZLAJ. No, to się gapmy, skoro tak sądzono. Pójdź, usiądź przy mnie, magnifiko żono.

(Zasiadają w głębi na wzniesieniu).

AKT PIERWSZY.

Scena I.

Padwa. Plac publiczny. Wchodzą: LUCENCYUSZ i TRANIJO. LUCENCYUSZ. Skoro pałając chęcią, zobaczenia Wspaniałej Padwy, tej macierzy nauk, Stanąłem wreszcie na lombardzkiej ziemi, W tym wdzięcznym wielkiej Italji ogrodzie, Za pozwoleniem kochanego ojca, I w towarzystwie twojem, Tranjo, wierny, Wypróbowany sługo, chcę niezwłocznie Obmyślić sobie i ułożyć naprzód Plan i tryb moich naukowych zajęć. Piza, to gniazdo znakomitych mężów, Dało mi życie; tam też jest osiadły, Mój ojciec, kupiec, znany w całym świecie, Zacny Wincencjusz, z rodu Bentywogliów, Syn jego, wychowany we Florencji, Obowiązany jest ziścić nadzieje W nim pokładane i pięknemi czyny Ozdobić dary z rąk fortuny wzięte. Chcę się więc uczyć cnoty i przykładać, Do tego głównie działu filozofji, Który wskazuje, jakim się sposobem Szczęście przez cnotę otrzymuje. Tranjo, Powiedz, co myślisz; bom ja, w rzeczy samej, Opuścił Pizę i przybył do Padwy, Jak ktoś, co płytki pozostawia strumień, I szuka głębi, aby w niej dowoli Pierś mu palące ugasił pragnienie. TRANIJO. Mi perdonate, Signore, ja myślę Zupełnie tak jak signor, z duszy serca Ciesząc się, że pan trwasz w postanowieniu Ssania nektaru z piersi filozofji. Tylkoż oddając hołd surowej cnocie I moralności, nie stańmy się, Panie, Na miłość Boską, stoikami, co to O świat nie stoją, ni tak żarliwymi Stróżami reguł arystotelicznych, Żeby aż z błotem mieszać Owidjusza. Ćwicz się pan w gronie uczonych w logice, A w retoryce w potocznych dyskursach. Muzykę tudzież poezję uprawiaj, By się orzeźwić, a matematyką, Metafizyką reguluj się w miarę, Jak będziesz do nich czuł apetyt. Za nic Wszystko, do czego bierzem się bez gustu: Słowem, przykładaj się do tego, Panie, Do czego będziesz miał upodobanie. LUCENCYUSZ. Dzięki ci, Tranjo: walną radę dajesz. Szkoda, że jeszcze Biondello nie przybył, Bo byśmy mogli zaraz się urządzić, I nająć lokal zdatny do przyjęcia Przyjaciół, jakich tu zapewne znajdę. Ale patrz, co to za grono się zbliża? TRANIJO. To deputacja do nas powitalna.

(Wchodzą: Baptysta, Katarzyna, Bianka, Gremijo i Hortensyusz. Lucencyusz i Tranijo stoją na bolcu). BAPTYSTA. Moi panowie, proszę was, przestańcie Na mnie nalegać; już wam jest wiadomem Postanowienie moje nieodmienne, Że młodszej córki mej nie wydani za mąż, Dopóki losu starszej nie ustalę. Jeźli z was który kocha Katarzynę, Temu nie bronię, – ile że was obu Lubię i cenię, – dobijać się o nią. GREMIJO. Chyba rozbijać się o nią; dziękuję, Za twarda ona dla mnie. Hortensjuszu, Może ty masz ochotę i odwagę? KATARZYNA.

(do Baptysty). Proszę cię, ojcze, czy mię chcesz wystawić Na targ tym gachom? HORTENSYUSZ. Gachom, piękna Pani? Nikt tu gachować jej oskomy nie ma: Wprzódby jej trzeba być mniej szorstką, słodszą. KATARZYNA. Waćpan tu nie masz czego się obawiać; Jeszcze go sto mil dzieli od jej serca: A gdybyś miał jej serce, jej staraniem Byłoby miotłą, głowę mu uczesać, Policzki zamalować i z kretesem Wystrychnąć go na dudka. HORTENSYUSZ. Broń mię, Panie, Od podobnego djabła! GREMIJO. I mnie także! TRANIJO.

(do Lucenoyusza). Słyszysz pan? to mi cięta dobrodzika: Albo ma we łbie kiełba albo bzika. LUCENCYUSZ.

(do Tranija). A jak z milczenia tamtej i z oblicza Wieje łagodność i skromność dziewicza! Milcz, Tranjo. TRANIJO. Milczę; rób pan dalej studja. BAPTYSTA. A zatem wolny macie wóz i przewóz, Moi panowie. – Bianko, idź do domu: Niech cię to nie zasmuca, moje dziecko, Boś przeto nie mniej drogą memu sercu, KATARZYNA. Filigranowe pieścidełko! lepiej Wsadź w oko palec i zakwil jak malec. BIANKA. Bądź rada, siostro, z tego, co mnie smuci. – Ojcze, z pokorą woli twej ulegam: Zamknę się w domu; książki i muzyka Będą jedynem mojem towarzystwem. LUCENCYUSZ.

(do Tranija). Słyszysz? Te słowa godne ust Minerwy. HORTENSYUSZ. Signor Baptysto, nie bądźże tak twardym: Maż biedna Bianka pokutować za to, Że ją kochamy? GREMIJO. Chceszli ją uwędzić, Signor Baptysto? gwoli tej djablicy, I kazać jej za język tamtej cierpieć? BAPTYSTA. Moi panowie, co postanowiłem, To się stać musi – Bianko, idź do domu.

(Wychodzi Bianka). Ma ona wielki pociąg do muzyki I do poezji; będę przeto w domu Trzymał maestrów, którzy ją w tych kunsztach Wydoskonalą. – Signor Hortensjuszu, I waćpan, mości Gremjo, jeźli znacie Kogoś takiego, to mi go nastręczcie; Umiem ja cenić ludzi z talentami, I nie żałuję grosza tam, gdzie idzie O dobre wychowanie moich dzieci. Bądźcież mi zdrowi. Katarzyno, zostań. Mam jeszcze z Bianką, coś do pomówienia.

(Wychodzi). KATARZYNA, Doprawdy? mniemam, że także pójść mogę. Będęż mieć sobie czas przepisywany? Jeszczeby! cóż to? czy ja nie wiem sama, Co mam przedsięwziąć, a czego zaniechać? Ha!

(Wychodzi). GREMIJO. Idź sobie do prababki Belzebuba! Twoje talenta są tak szacowne, że cię nikt zatrzymywać nie pragnie. Jeszczeć nam nie zupełnie klamka zapadła, signor Hortensyuszu: co się odwlecze, to nie uciecze. Bądź zdrów. Radbym dla miłości mojej Bianki wynaleźć kogo zdatnego do uczenia jej tego, co jej przyjemność sprawia i zarekomendować go jej ojca. HORTENSYUSZ. Postaram się i ja o to. Ale jeszcze słowo, signor Gremijonie. Jakkolwiek stosunek nasz nie dopuszczał dotąd między nami porozumienia, trzeba, żebyśmy teraz wzięli na uwagę to, co się obudwu nas dotyczy, i wspólnie pracowali nad przywiedzeniem do skutku jednej rzeczy, przez którą będziemy mogli mieć znowu przystęp do naszej bogdanki i swobodnie się o nią współubiegać. GREMIJO. Cóż to takiego? Ciekawym. HORTENSYUSZ. Trzeba nam się wystarać o męża dla jej siostry. GREMIJO. O djabła chyba, nie o męża. HORTENSYUSZ. O męża, mówię. GREMIJO. A ja mówię, o djabła. Czy myślisz, Hortensyuszu, że, niezależnie od majątku jej ojca, byłby kto tak szalonym, żeby się chciał z piekłem ożenić? HORTENSYUSZ. Pozwól tylko: choć ten dzwon spękany nieznośnie brzmi mnie i tobie, są jednak na świecie ludzie zgodnej natury (byle ich tylko odkryć można), coby ją wzięli ze wszystkiemi wadami, przy posagu, jaki mieć będzie. GREMIJO. Być może, ale mnieby jej posag równie nęcił, jak codzienna chłosta pod pręgierzem. HORTENSYUSZ. Masz słuszność: ocet zawsze octem, choć w złotem naczyniu. Ale, słuchaj Gremijo: ponieważ ten prejudykat czyni nas przyjaciółmi, utrzymajmyż przyjaźń dopóty, dopóki starszej córce Baptysty nie wyjednamy męża, a tem samem młodszej do męża nie uprzątniemy drogi; wtedy zaś naprzód do niej obadwa! O Bianko, luba Bianko! Szczęsny, kto cię posiędzie! Kto ostrzej jedzie, ten prędzej, mówią, staje u mety. Cóż ty na to, signor Gremijonie? GREMIJO. Piszę się na to, i gotówbym najlepszego konia, jaki jest w Padwie, podarować temu, coby się chciał puścić do mety panny Katarzyny; rozczulić ją i przytulić ją i zabrać ją z domu jak najprędzej. Idźmy.

(Wychodzą: Gremijo i Hortensyusz). TRANIJO. Na miłość Boską, Panie, czy podobna, Żeby tak nagle miłość mogła zatleć? LUCENCYUSZ. O Tranjo, pókim tego nie doświadczył, I jam nie wierzył, aby to być mogło, Aż oto stojąc tu biernie i patrząc, Poczułem nagły skutek Łój bierności; I szczerze teraz ci wyznaję, tobie, Coś jest tajemnic moich powiernikiem, Jak Anna była królowej Dydony, Tranjo, ja płonę, schnę, ja umrę, Tranjo, Jeźli nie nazwę moją, tej dziewicy. Poradź mi, Tranjo, bo ja wiem, że możesz; Pomóż rai, Tranjo, bo ja wiem, że zechcesz. TRANIJO. Nie pora teraz łajać cię, Signore; Affektu z serca nie wygnać gderaniem; Jeźli cię Amor spętał, moja rada: Redime te captum, quam queas, minimo, LUCENCYUSZ. Niech ci Bóg płaci człowieku! cóż dalej? Słowa twe rzeźwią, rada twoja światła. TRANIJO. Byłeś Pan zatopiony w kontemplacji, I najważniejszą, rzecz pewnieś przeoczył. LUCENCYUSZ. O nie! widziałem cudny wdzięk jej lica, Wdzięk owej niegdyś Agenora córy, Gdy Jowisz, ręką, jej powodowany, Ku brzegom Krety pruł morskie bałwany. TRANIJO. Widziałeś, Panie, tylko to, nic więcej? Nie uważałżeś, jak jej starsza siostra W złość wpadła i gniew wyzionęła taki, Że od słyszenia uszy mogły spuchnąć? LUCENCYUSZ. Widziałem, jak się jej usteczka śliczne Otwarły, i wraz tchnienie balsamiczne Rozeszło się w powietrzu: doskonałem I świętem było wszystko, co widziałem. TRANIJO. Czas go już z tego marzenia ocucić. Signore, przebudź się! jeżeli kochasz To piękne dziewczę, to zwróć myśl ku temu, Jakby je posiąść. Rzeczy tak się mają: Starsza jej siostra jest zła, jak jędzonka, A ojciec wprzód się jej chce pozbyć z domu; Co nim nastąpi, twa kochanka, Panie, Kwasić się będzie między czterma ściany, W panieńskim stanie. Pod klucz ją wziął ojciec, By ją zasłonić przed konkurentami. LUCENCYUSZ. Ach, Tranjo! Cóż to za okrutny ojciec! Ale czyś słyszał, że on chce wziąć do niej Nauczycieli utalentowanych? TRANIJO. Słyszałem, Panie, i plan mój gotowy. LUCENCYUSZ. Mój także. TRANIJO. Bravo! bravissimo! tak więc Dowcipy nasze spotkały się. LUCENCYUSZ. Powiedz Swój pierwej. TRANIJO. Chcesz Pan być nauczycielem I kształcić swoję ulubioną,: prawda? LUCENCYUSZ. Tak jest: nie możeż to być? TRANIJO. Niepodobna. Któżby tu, w Padwie, miejsce Pana zajął, I był za niego Wincencjusza synem? Wertował książki, odwiedzał przyjaciół, Prowadził dom i gości w nim przyjmował? LUCENCYUSZ. O to się nie troszcz; obmyśliłem wszystko; Jeszcze nas w żadnym nie widziano domu, I nikt nam z twarzy poznać nie potrafi, Kto pan, kto sługa: za tem idzie, Tranjo, Że ty na mojem miejscu będziesz panem; Będziesz miał pański ton i dom i służbę, Tak jakbym ja był miał; ja zaś zostanę Chudopachołkiem, tylko co przybyłym Z Florencji, Pizy albo Neapolu, To rzecz już ułożona; zmieńmyż zaraz Nasz ubiór: oto mój płaszcz i kapelusz. Biondello będzie na twoje rozkazy, Ale mu pierwej muszę zaszyć gębę, Ażeby trzymał język za zębami. TRANIJO. Niechże tak będzie. Dobrze rzecz zważywszy, Ponieważ taka wola twa, Signore, A obowiązkiem mym jest słuchać ciebie, (Bo mi to ojciec twój przykazał, mówiąc: "Bądź użytecznym mojemu synowi; " Chociaż, na dobrą sprawę, miał on pewnie, Mówiąc te słowa, co innego w myśli); Słowem, ponieważ taka pańska woła, Z całego serca będę Lucencjuszem, Bo całem sercem kocham Lucencjusza. LUCENCYUSZ. Bądź Lucencjuszem, bo Lucencjusz kocha: On zaś z całego serca będzie sługą Gwoli tej, której zjawienie się nagłe Olśnione jego oczy ujarzmiło.

 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?