9 godzin do nieba

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


DLA N .

– Michael? Michael Davies?

Usłyszawszy swoje imię, dwudziestosześciolatek wyrwał się z chwilowego zamyślenia i spojrzał na elegancko ubranego mężczyznę stojącego przed nim.

– Tak, to ja – odpowiedział nerwowo i niezbyt wyraźnie. – Proszę, usiądź.

Nieznajomy ocenił podejrzliwym wzrokiem cały bar, jakby chciał się upewnić, że jest tu bezpiecznie, i zajął miejsce naprzeciwko rozdrażnionego chłopaka, który dokładnie obserwował jego ruchy. Gdy usiadł już na krześle, ponownie rozejrzał się dookoła, po czym oparł obydwie ręce na stoliku i z opuszczoną głową popatrzył na Michaela w taki sposób, jakby w okamgnieniu chciał przeanalizować całe jego życie. Nim powiedział cokolwiek, wziął głęboki oddech i przysunął się bliżej.

– Na początku chciałbym, abyśmy sobie coś wyjaśnili – oznajmił stonowanym męskim głosem. – Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co skłoniło cię do podjęcia takiej decyzji, ale jeśli chcesz umrzeć i jesteś tego świadomy, mogę ci pomóc. Nie będzie to darmowa pomoc, rzecz jasna. Wiesz, co potrafi Niebo. To wyjątkowa perła wśród całego narkotykowego syfu, jaki jest dostępny w Nowym Jorku. Odejdziesz stąd w spokoju, a więc tak, jak zapewne sobie tego życzysz, czyż nie?

– Rozumiem. – Chłopak kiwnął głową, jednocześnie zastanawiając się nad nieco tajemniczym, jednakże w jakiś przewrotny sposób wzbudzającym zaufanie człowiekiem.

– Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, ale nie zapomnij przygotować odpowiedniej kasy. Jak zapewne się domyślasz, to nie kosztuje tyle, co jakaś beznadziejna hera, którą wstrzykujesz sobie w żyły. – Mężczyzna poprawił koszulę i z widoczną impertynencją w oczach ponownie rzucił kilka spojrzeń na ludzi siedzących w barze. – Chociaż wątpię, by byli tu jacykolwiek dżentelmeni.

Michael zmieszał się po tych słowach, co nie uszło uwadze rozmówcy.

– Ale chyba nie chcesz powiedzieć, że masz zamiar popełnić samobójstwo i martwisz się o pieniądze?

– Nie, nie martwię się – odpowiedział chłopak. – Zastanawiam się jednak, czy w ogóle będzie mnie stać na to, co nazywasz Niebem.

– Więc wrócisz, kiedy będzie cię stać, rozumiesz? – wtrącił natychmiast. – Z drugiej strony jako sprawny doradca bankowy na pewno nie zarabiasz najgorzej, co?

Nieznajomy cofnął głowę tak, że zginęła w cieniu obskurnego lokalu.

– Skąd to wiesz?

– Bądźmy szczerzy, Michael. Nikt o zdrowych zmysłach nie prosi o to, o co ty poprosiłeś. Musiałem sprawdzić człowieka, który decyduje się na taki krok. W tym mieście można spotkać ludzi, którym ten narkotyk znacznie by pomógł, który byłby pierdolonym wybawieniem, ale oni na to nie zasługują. Niebo spełni twoją prośbę, ale pamiętaj, że zrobi to tak, jak nic innego na tym świecie. Jestem przekonany, że po wszystkim będziesz chciał mi nawet podziękować, ale – stuknął kilka razy palcami w stolik, po czym szyderczo spojrzał na chłopaka – raczej nie będziesz miał okazji.

Sztuczne światło padło na wyłaniający się z mroku drwiący uśmiech nieznajomego. Z każdym usłyszanym słowem dłonie Michaela drżały coraz bardziej. Próbował ukryć ten fakt, ale po chwili przestało to mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Złączył dłonie i mocno zacisnął. Przybliżył się do rozmówcy, przez chwilę zastanawiając się nad zadaniem pytania, które nurtowało go od dłuższego czasu.

– Jak działa to Niebo? Pytam z ciekawości.

– To dobre pytanie i prawdę mówiąc, moje ulubione. W przypadku Nieba najtrudniejszym momentem jest ten, w którym trzeba połknąć tabletkę. Potem wszystko się zmienia. Rozpoczyna się czas oczekiwania na to, aż serce przestanie bić, a ciało zgaśnie jak delikatny płomień na wietrze. W tej chwili ten płomyk trwa w burzy, która bez litości targa nim na wszystkie strony. Tak wygląda twoje życie, co? Dzięki Niebu opanujesz tę burzę, zło i ból odejdą i dopiero wtedy poczujesz delikatny wietrzyk, który sprawi, że twoje cierpienie się zakończy. Nie w burzy, nie w złości, a w spokoju, którego tak bardzo potrzebujesz, prawda?

Chłopak przez dłuższą chwilę myślał o tym, co powiedział siedzący przed nim człowiek, ale mimo wielu wątpliwości o nic nie spytał. Odrzucił myśli na bok i przeszedł do próby rozwiązania kolejnej zagadki.

– A czy mógłbyś mi powiedzieć, co będę czuł w międzyczasie?

– Nic specjalnego, Michael – odpowiedział jak zwykle spokojnie i z subtelną stanowczością mężczyzna.

– W takim razie co jest w tym takiego wyjątkowego? – zapytał dwudziestosześciolatek.

– Właśnie to, o czym ci mówiłem, i proszę, nie bądź typowym, nic niewartym ćpunem. Zwróć uwagę na to, co najistotniejsze. Nie spodziewaj się międzygalaktycznej podróży między baśniowymi światami. To nie ten typ ogłupienia, w którym mimo leżenia w rynsztoku i tak uznajesz to za najlepszą chwilę swojego życia.

– Czego mam się więc spodziewać? – Chłopak ciągnął za język swojego rozmówcę, który powoli zaczynał tracić cierpliwość.

– Skup się na tym, co mówię, chłopcze. – Nieznajomy odetchnął i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. – Oczekuj pieprzonego spokoju, pieprzonej racjonalności i pogodzenia się z samym sobą. Tak ciężko ci to, kurwa, zrozumieć? Ludzie chrzanią – podniósł nieznacznie głos – że przed śmiercią ważne jest przebaczenie i pogodzenie się z bliskimi. Pieprzyć to! Wiesz, co jest ważniejsze? Ważniejsze jest pogodzenie się z samym sobą, a na to będziesz miał czas, dużo cennego czasu. Znajdź więc jakieś spokojne miejsce i ciesz się ostatnimi chwilami.

– A jakieś mniej racjonalne doznania?

Mężczyzna spojrzał z lekkim zażenowaniem i zamilkł.

– Przepraszam, nie o to mi chodziło – sprostował Michael. – Chcę tylko wiedzieć, nie zależy mi na żadnych dziwnych przeżyciach.

– Masz jakieś marzenia?

– Nie mam. Chyba nie mam.

– Nie wiesz, czy masz marzenia? Marzenia to jedna z istot człowieczeństwa. Na pewno jakieś się pojawiały, kiedy przeżywałeś ten swój ból istnienia.

– Nie wiem, naprawdę – odpowiedział po chwili zastanowienia Michael.

– To trochę dziwne, ale skoro nie masz, to nie wiem, czy Niebo ci o nich przypomni.

– Jak to przypomni?

– Zazwyczaj w ostatniej godzinie pojawiają się fragmenty twoich marzeń, a czasami nawet i miejsca, które uspokajają lub uspokajały kiedyś twoje ciało i umysł. Ta substancja potrafi przywrócić każde wspomnienie. Niebo to nie tylko oczyszczenie, to też ciepło marzeń, które dawały ci kiedyś siłę do życia.

Michael uśmiechnął się szczerze, jakby zapomniał na moment o tym, do czego służy narkotyk.

– A dlaczego ktoś nazwał ją Niebem? – Chłopak wyrwał się z chwilowego zamyślenia i spojrzał na mężczyznę. – To piękna nazwa dla czegoś, co zabija.

– Niektórzy twierdzą, że ostatnia chwila romansu z tą perłą to niebiańskość we wszelkiej możliwej postaci. Jak się domyślasz, nie jest to potwierdzone na piśmie. – Mężczyzna uśmiechnął się ironicznie. – Myślę jednak, że to prawda. Każdy, kto miał przy sobie świadka, majaczył o jakiejś plaży i błękicie, który widział dookoła siebie. Prawdziwe niebo, tak realne i obecne, że każdy je czuł. Może to w istocie prawdziwe niebo? Kto wie? I wiesz co? – zapytał gwałtownie, nagle zagniewany. – Chrzanić tych sukinsynów, którzy nie zasługują na mój skarb, moją cudowną perłę. – Parsknął jakby obsesyjnie i uderzył pięścią w stół. – W ostatnich chwilach, kiedy w twoim ciele bije jeszcze serce, dusza zaczyna powoli przenosić się tam, gdzie nie spotka jej podłość tego syfu dookoła. Nie będziesz myślał o śmierci tak, jak myślisz o niej każdego dnia.

Chłopak odczekał chwilę, by się upewnić, że jego rozmówca przestał mówić.

– Skąd wiesz? Skąd wiesz, co może czekać kogoś po tamtej stronie?

Mężczyzna się uśmiechnął, schylił głowę i spojrzał na swojego klienta niemalże świecącymi zielenią oczami.

– Po prostu wiem, chłopcze. I wiem też, że nie każdy zasługuje na taką śmierć. Niebo jest wybawieniem dla tych ludzi, którzy nie potrafią już odnaleźć jakiegokolwiek sensu w swoim życiu.

– Jest pewne to, że jedna tabletka załatwi sprawę?

– Będę z tobą szczery, dzieciaku. Sześć, może siedem na dziesięć osób umiera. Jeśli nie umrzesz, to po prostu bierzesz następną pigułkę i tyle. Na wstępie uprzedzam, że łączenie dwóch od razu nic nie daje. Jeżeli pierwsza nie rozwiąże twojego problemu, to masz drugą. Po kilku godzinach od niewypału możesz wziąć kolejną. To skomplikowana chemia, nie wiemy jeszcze, dlaczego działają wybiórczo. Zawsze możesz domówić towar.

Michael pokiwał głową i uświadomiwszy sobie w pełni sens słów rozmówcy o braku stuprocentowej pewności, posmutniał i opuścił wzrok.

– I pamiętaj – dodał mężczyzna. – Nie będziesz czuł błogości jak po brązie. Hera to syf sztucznie tworzący w głowie błogostan, który jest właśnie tworem, sztucznym, gównianym tworem. Właściwie jak każdy inny narkotyk. To, co czujesz pod ich wpływem, kończy się, gdy substancja przestaje działać.

– Chcesz powiedzieć, że twoja tabletka nie jest sztucznym tworem?

Mężczyzna parsknął pod nosem i kontynuował z uśmiechem na twarzy.

– Wszystko w dzisiejszych czasach jest sztuczne, bezsensowne i coraz częściej pozbawiane emocji. Czy według ciebie narkotykiem jest jedynie to, co wciągasz nosem albo wstrzykujesz sobie w żyły? Powiem ci tylko, że wszystko może się nim stać. I będą to rzeczy, które nie zabiją cię bezpośrednio, ale cię zniszczą. Zniszczą tak jak lata trwania w najgorszym uzależnieniu. Narkotykiem może stać się kobieta, którą obdarzysz najsilniejszym uczuciem. Miłość może dać ci szczęście, którego nie będziesz mógł opisać. Ale jeśli tak się nie stanie, miłość zadrwi z twojej psychiki stokroć mocniej w porównaniu do maratonów z metą. Nieodwzajemniona miłość to nic innego jak życie w świecie całkowicie pozbawionym sensu. Każdy dzień będzie męką, której nie będziesz w stanie znieść. Co prawda mówię o złych kobietach, ale w przypadku mężczyzn jest dokładnie tak samo. Zdarza się, że kobiety tracą przez nich wiarę w swoją kobiecość i stają się cieniem, tak samo mężczyźni tracą wiarę w swoją męskość i w to, że są cokolwiek warci. Miłość może wyniszczyć człowieka jak najgorszy narkotyk. Różnica jest jedynie taka, że w przypadku miłości wszyscy myślą, że działają właściwie i w najlepszej możliwej sprawie.

 

– Widzę, że dokładnie analizujesz uczucia swoich klientów – podsumował jego słowa dwudziestosześciolatek i podniósł głowę, by spojrzeć mu w oczy. – No chyba że opowiadasz o własnych przeżyciach.

– Płacz kobiety, która straciła ukochanego męża, był tak ciemną otchłanią, że poruszyło to nawet takiego sukinsyna jak ja.

– Nawet ciebie?

– Nie jestem uczuciowym człowiekiem, nigdy nim nie byłem, ale widziałem wiele w swoim życiu i myślę, że dobrze rozumiem ludzi, którzy do mnie przychodzą.

– Możesz powiedzieć coś więcej o tej kobiecie? To musi być naprawdę przykre, skoro o tym wspominasz. Takich opowieści nie słucha się codziennie.

Mężczyzna nie odpowiedział na pytanie. Powiercił się przez chwilę na krześle, po czym wstał i podszedł do barmana, od którego odebrał dwa kufle piwa.

– Nawet nie zauważyłem, kiedy je zamówiłeś – zareagował Michael, gdy mężczyzna wrócił z alkoholem.

– To mało istotne. A, i jeszcze jedno. Możesz mówić mi John.

Kiwnęli głowami, jakby poznali się w zwyczajnych okolicznościach, po czym pewnie chwycili kufle i niemalże w ten sam sposób pociągnęli po solidnym łyku.

– A więc co z tą kobietą… – chłopak zawahał się przed wypowiedzeniem imienia – John?

– To piękna historia z prawdziwie tragicznym zakończeniem, cała esencja syfu tego świata. Zresztą jak wiele innych, których byłem świadkiem.

– Czy za każdym razem spełniałeś prośbę? Przecież twoja pomoc to śmierć. Dlaczego to robisz? Przepraszam, że o to pytam i oczywiście, jeśli to jakaś tajemnica, nie musisz odpowiadać.

– I tak nikomu nie przekażesz tego, co usłyszysz, co nie? Inaczej byś mnie wkurzył, a wtedy żadne tabletki nie będą ci już potrzebne – zadrwił w odpowiedzi John. – Bo wiesz – podrapał się po podbródku – często można coś naprawić, ale naprawdę solidnym ciosem w serce jest sytuacja, kiedy nie można już niczego zrobić, bo ta druga osoba już, kurwa, nie żyje. To jest chore i popieprzone, ale tak bardzo prawdziwe.

Od razu po wypowiedzeniu tych słów zaobserwował na twarzy młodzieńca smutek. Nie zareagował na jego zwątpienie, choć przez krótki moment chciał to zrobić.

– A wracając do tej kobiety, niespełna dwa lata temu spotkałem się z nią, gdy ustawił nas jej przyjaciel.

– Jej przyjaciel?

– Tak, jej przyjaciel. Moja reakcja była podobna, jedno wielkie „Kurwa, że co?”. Jednakże kiedy ją zobaczyłem, stwierdziłem, że nie da się jej już uratować. Znalazła w mieszkaniu swojego męża, który kilka godzin wcześniej zakończył życie złotym strzałem. Przez chwilę nie wiedziała, co się stało, nie wiedziała nawet, że był pieprzonym ćpunem. Po tym wszystkim, czego doznała i co poczuła, jej oczy stały się uosobieniem największej melancholii, jaką mógłbyś sobie tylko wyobrazić. Jej wzrok nieustannie zatrzymywał się na jednym punkcie i był zawieszony tak nawet przez kilka godzin. Poetycko można by powiedzieć, że ten chłopak był jej oczami na szczęście. Wiem, że dziwnie to brzmi w moich ustach, ale tak właśnie było. To, że nie patrzę na cierpienie innych, nie oznacza, że go nie widzę.

Michael kolejny raz sposępniał i wziął duży łyk piwa, pokazując, że jest gotów na kontynuowanie rozmowy.

– Często widzę, że jedna śmierć jest śmiercią dwojga ludzi. Zazwyczaj wszystko można naprawić, wszystko można razem przeżyć i wszystkiego można razem doświadczyć, ale jeżeli umiera druga osoba, to połowa świata, w którym żyłeś, nagle po prostu, kurwa, odchodzi. Nie ma już szans na nic wspólnego, wszystko się wtedy kończy. Zdawało mi się, że w tamtym momencie ją rozumiałem. Teraz wiem, że w pełni ją rozumiałem. Kiedy jest tylko jedna osoba, która patrzy w tym samym kierunku i jest zdolna zrozumieć to, co czujesz i kim jesteś, to oczywiste, że kiedy odejdzie, twoje życie przestaje mieć jakikolwiek sens.

Kiedy John skończył, oparł się wygodnie na krześle.

– A swoją drogą, mogę wiedzieć, ile masz lat?

– Dwadzieścia sześć.

– A byłeś kiedyś w podobnej sytuacji?

– Nie, nie miałem nigdy nikogo.

– Mając tyle lat? – zapytał John, jednocześnie kręcąc głową. – Śmiem wątpić, Michael. Musiał ktoś być. Chętnie posłucham. Akurat wciągnąłem coś, przez co lepiej mi się rozmawia. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo kocham tę sztuczną empatię i rozluźnienie spowodowane dobrym ćpaniem. Wiesz, taka moja chwilowa odskocznia od desperatów i ich płaczliwego pierdolenia.

– Tak naprawdę podobała mi się tylko jedna dziewczyna, z którą, szczerze mówiąc, nigdy nie rozmawiałem. Nie uznaj mnie za wariata, ale czułem się kiedyś tak, jakbym wymienił z nią tysiące najtreściwszych zdań.

– Już dawno to zrobiłem, możesz mówić dalej – wyjaśnił John.

– Dzięki. – Michael uśmiechnął się niepewnie. – Kiedyś pracowała ze mną dziewczyna, która wydawała mi się bardzo bliska. Uwielbiałem patrzeć na nią, gdy była pewna, że nikt jej nie obserwuje. I właśnie wtedy uświadamiałem sobie, jak bardzo jest wyjątkowa. Czułem, że tylko ona mogłaby mnie zrozumieć.

– Jaka była? – przerwał mężczyzna.

Michael na myśl o niej uśmiechnął się lekko, w zasadzie robił to za każdym razem, gdy mówił o czymś dla niego bliskim i wyjątkowym. Jak rozmarzony wędrowiec odpoczywający na wzgórzu skąpanym w zachodzie słońca przymknął oczy, by przypomnieć sobie czasy, w których ją spotykał. Po chwili ciszy zaczął o niej mówić tak, jakby siedziała obok nich.

– Zawsze była taka sama – oznajmił, wpatrując się w kłąb dymu tytoniowego, jakby zauważył w nim jej oblicze. – Miała piękne, niebieskoszare oczy, niewielkie usta i czarne włosy, które zawsze rozpuszczone opadały na jej smukłe ramiona. Miała też kształtny nos i subtelny, czarujący, choć rzadko goszczący na jej twarzy uśmiech. Czasami się zdarzało, że odwzajemniła moje spojrzenie, ale onieśmielała mnie tak bardzo, że nigdy nie wiedziałem, jak mam zareagować i wychodziłem na idiotę, który sam nie wie, o co mu chodzi.

– Ależ romantyczne pieprzenie! Dlaczego nigdy nie zamieniłeś z nią żadnego słowa? Masz odwagę na spotkanie ze mną, a bałeś się zagadać do dziewczyny?

– Sam nie wiem, naprawdę. – Michael odkaszlnął i spojrzał w drugą stronę, by uniknąć kontaktu wzrokowego. – Ale wtedy przez chwilę czułem, że jest ktoś, kto mógłby mnie zrozumieć i ucieka myślami do miejsc, w których moglibyśmy się spotkać.

– I trwaliście w takiej relacji bez rozmowy przez jakiś czas, tak?

– Szybko zmieniła pracę i tak to się skończyło. Powinienem ją odnaleźć, ale nie miałem na to siły.

– Powiedz mi teraz, dlaczego ktoś taki jak ty próbuje ze sobą skończyć? Wyglądasz na dobrego chłopaka z perspektywami na przyszłość i znaczącą wyprawką od rodziców.

– A dla kogo zarezerwowane jest samobójstwo, że tak cię to dziwi?

Chłopak oparł twarz na prawej ręce i czekał na odpowiedź, która właściwie już go nie interesowała.

– Uwierz, rzadko zdarza mi się ktoś taki jak ty. Moimi klientami są zazwyczaj biznesmeni, którzy wszystko stracili. Nie mogą pogodzić się z nowym życiem, które pozbawione jest luksusu i pieniędzy. Wtedy zawsze się zastanawiam, jakim cudem stali się bogaczami, bo to zwykli idioci z nosami upieprzonymi w kokainie i willami zamieszkałymi przez hordy dziwek. – John poprawił się na krześle i gestem poprosił barmana o kolejne dwa piwa. – Ale ty? Ty po prostu wydajesz się zwyczajnym, dobrym chłopakiem. Podobni do ciebie raczej kończą zaćpani w jakiejś melinie, jeśli decydują się już na taki krok. I często nie robią tego świadomie, tylko padają na glebę po raz ostatni odurzeni ogromną ilością syfu, którego w ogóle nie znali.

– Szczerze, nie obchodzi mnie, co o mnie sądzisz i jakich masz klientów. Chcę tylko, byś załatwił to, o co cię proszę.

– Spokojnie, chłopaku, masz to jak w banku. Pamiętaj jednak, że po połknięciu tabletki nie ma już odwrotu. Nie każdy umiera, ale jeśli trafi na ciebie, to nic cię nie uratuje. Nawet dziesięciu najlepszych lekarzy w Stanach nie da sobie rady.

– I dobrze! Na tym najbardziej mi zależy. Nie jestem aż taki słaby, by w trakcie z tego zrezygnować, a gdyby jednak tak się stało, to przecież i tak będę wiedział, że nic nie da się już zrobić. Mógłbyś mi tylko powiedzieć, po jakim czasie to zadziała?

– Tak w przybliżeniu to dziewiąta godzina po wzięciu tabletki powinna być twoją ostatnią.

– Dokładnie dziewiąta?

– Dokładnie? Nie jesteś pierdoloną mikrofalówką, nie ustawię cię na dziewięć godzin, by po tym czasie twój mózg wystrzelił jak petarda. Czasami ktoś wykorkuje przy ósmej, ale to się rzadko zdarza. Jeśli dojedziesz do dziewiątego przystanku, to na tym wysiądziesz, możesz mi wierzyć.

– Dobrze, przepraszam – uspokoił go Michael.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział John tak, jakby jego wcześniejsza reakcja była całkowicie naturalna. – Ale pozwolisz, że zaspokoję swoją ciekawość? Nie łatwiej było skoczyć pod pociąg albo zawisnąć na drzewie? Zdecydowanie szybciej i też prawie bezboleśnie. Co prawda wkurzyłbyś ludzi dojeżdżających do pracy, ale w sumie chrzanić to! Samobójca nie przejmuje się konsekwencjami.

Westchnienie chłopaka, które dotarło do uszu Johna, stało się zapowiedzią tego, co zaraz miał usłyszeć i czego się spodziewał.

– Próbowałem, ale – wskazał dłońmi na siebie – jak widać, żyję. Kolejny raz nie mam zamiaru robić tego w taki sposób. Na samym końcu chcę mieć spokój, o niczym innym nie marzę.

– Skoczyłeś pod stojący w miejscu pociąg? – zaśmiał się John, zwracając uwagę osób siedzących dookoła.

– To nie jest śmieszne. – Michael uspokoił wzrokiem otoczenie i schował twarz między swoimi barkami. – W sumie mam to gdzieś. Los zsyła mi najgorsze scenariusze. Jeśli będę chciał umrzeć, to zapewne przeżyję, a jeśli będę chciał żyć, to po prostu umrę. Jestem przyzwyczajony do tego, że życie za każdym razem daje mi w kość.

– Dobra, wyluzuj. Dostaniesz to, czego chcesz, choć radziłbym ci poważnie się nad tym zastanowić. Nie należysz do osób, których zamówienie chętnie realizuję, ale jeśli naprawdę chcesz się świadomie przekręcić, to trudno, twoja decyzja. Pozwól jednak, że kolejny raz wtrącę się w twoje życie. Nie próbowałeś wizyty u psychologa? Nie masz żadnych przyjaciół, którzy wzięliby się za ciebie?

– Brzmisz bardziej jak mój znajomy z pracy niż ktoś, kto sprzedaje zabójcze narkotyki. A co do twoich pytań, to tak, próbowałem, i tak, mam przyjaciół – odpowiedział chłopak, zastanawiając się, dlaczego ktoś taki jak John zadaje tego typu pytania.

Mimo iż Michael wiedział, z kim ma do czynienia, w głębi serca pragnął, by każde wskazanie na planowane samobójstwo spotkało się z próbą zmiany jego nastawienia. Nawet tylko po to, by zobaczyć w ludziach chęć jakiejkolwiek pomocy. Miał świadomość tego, że nie wydarzy się nic, co odciągnęłoby go od tego pomysłu, ale chciał słyszeć szczerą poradę i prośbę, by się nad sobą zastanowił. W Johnie widział kogoś, kto chce mu pomóc, ale kiedy analizował jego zachowanie, domyślał się, że jest to tylko sztuczna empatia pochodząca z działania narkotyków, które zażył przed spotkaniem.

– Skoro chcesz się zabić, to dlaczego nazywasz ich przyjaciółmi? Nie powinni ci pomóc? Jaka jest więc ich rola?

– Proszę, zostaw ich w spokoju. Szczerze powiedziawszy, nie mam ochoty na to, by wprowadzać ich do tej rozmowy.

– Odpowiedz – odparł stanowczo mężczyzna.

Michael westchnął i zaczął błądzić oczami.

– Chcieli mi pomóc, ale oni mnie nie rozumieją i wiem, że choć bardzo chcą, nie są w stanie tego zrobić. To nie ich wina.

– Kochasz ich?

– Tak – odpowiedział bez zastanowienia dwudziestosześciolatek. – Ale to chyba nie powinno cię za bardzo obchodzić.

– Dlaczego więc chcesz ich zostawić? – dopytywał jednak John.

– Miłość do nich tego nie zmieni. Mają swoje życie i widzę, jak bardzo męczy ich to, że są bezradni i muszą żyć ze świadomością, że za każdym razem, gdy się spotykamy, ja po prostu nie jestem obecny. Towarzyszy mi wtedy depresja albo narkotyki, z którymi nie chcą mieć nic wspólnego. Chcę ich odciążyć. Mam za sobą dwie próby samobójcze i chcę tylko jednej rzeczy: tego, by trzecia była tą ostatnią. Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz. Właściwie nie ty – chłopak wykonał nieokreślony gest dłonią – tylko ten syf, który oferujesz.

 

Michael spojrzał na pokerową twarz Johna, z której nie dało się wyczytać żadnych emocji. W pełni sobie uświadomił, z jakiego rodzaju człowiekiem ma do czynienia. I choć John czasami wydawał się kimś, z kim można by było normalnie porozmawiać, to i tak jego oczy zdradzały to, kim naprawdę był: bezwzględnym sprzedawcą tego, co sam czasami nazywał „perłą wśród zabójczych narkotyków”.

– Rozumiem – skinął głową mężczyzna.

– Byłem nawet wierzącym człowiekiem – kontynuował swoją myśl dwudziestosześciolatek. – Prosiłem Boga o pomoc, ale uświadomiłem sobie, że lepiej będzie, jeśli się okaże, że w ogóle nie istnieje. Czyż moje samobójstwo nie będzie jego porażką?

– Nie znam się na wierze, ale wy chyba macie wolną wolę, więc rób, jak uważasz.

– A może Bóg jednak istnieje? Mam to gdzieś. Jeśli chce mi zaimponować tym, że pozwoli mi umrzeć, to trudno.

John skrzywił się lekko, jakby to, co zażył wcześniej, przestało działać, i przysunął się bliżej Michaela.

– Skończ już pieprzyć. Jutro tutaj o tej samej porze. Jeśli się nie zjawisz, to sam cię zabiję. Mój czas drogo kosztuje – oznajmił diler, ukazując nagle swoje prawdziwe oblicze: bezlitosną obojętność zabarwioną lekko wrogością. Nieoczekiwana zmiana nastawienia wstrząsnęła Michaelem tak bardzo, że przez moment nie miał odwagi, by cokolwiek odpowiedzieć.

– Będę, o to się nie martw – wydusił po chwili.

– To świetnie.

John odsunął krzesło i z gracją poprawił marynarkę. Dopił resztę piwa i odwrócił się w stronę wyjścia.

– Weź dwie tabletki, proszę – usłyszał, odchodząc. Skwitował tę prośbę cynicznym uśmiechem i po chwili bez słowa zniknął gdzieś w ciemnej i zatłoczonej ulicy.

Rozdarty spotkaniem Michael bezradnie schował w dłoniach swoją bladą i zmęczoną twarz. Załamany wszystkimi decyzjami, które w ostatnim czasie podjął, zaczął płakać, choć jego oczy nie były już w stanie ronić łez. Łkając, co chwilę spoglądał na żywo rozmawiających ze sobą ludzi. Szklistymi oczami obserwował największe dobro, jakie posiadali wszyscy obok. Była to normalność pozwalająca na czerpanie szczęścia z najprostszych czynności. On nie mógł już tego doświadczyć. Obserwował przez dłuższy czas parę siedzącą kilka metrów dalej. Kiedy patrzył na łączące ich uczucie, uśmiechnął się szczerze pod nosem, jakby chciał pokazać, że nie ma do nikogo pretensji o stan, w którym sam się znajdował. Oparł się o ścianę, przy której siedział, i westchnął.

– A więc taki początek ma mój koniec – wydusił cicho i zamknął oczy. – Czy świadomość realnie zbliżającej się śmierci jest dla mnie nowa? Czy zaczynam umierać na nowo? Kolejny już raz? – wyszeptał drżącymi ustami.

Michael poczuł intensywny dreszcz na myśl o tym, co przeżył już dwukrotnie. Wyjął z kieszeni pogniecioną karteczkę i zużyty niemalże w całości ołówek. Przeniósł na papier zdanie, którym podsumował spotkanie z Johnem, i wpatrując się w nie, postanowił domówić kolejne piwa. Jak pamiętnik samobójcy, dzięki któremu ktoś być może zrozumie moją decyzję, pomyślał i schował kartkę do kieszeni. Opróżniał kufel za kuflem, żeby uwolnić się od natrętnych myśli. W pewnym momencie stracił równowagę i upadł na ziemię.

– Lepiej się ogarnij, bo wylecisz! – zgromił go barman.

Chłopak machnął ręką i z trudem wdrapał się na krzesło. Chyba trochę przesadziłem, pomyślał i oparł się czołem o blat stolika, uciekając tym samym przed drwiącymi spojrzeniami dookoła. Dudniąca w tle ciężka, rockowa muzyka ledwo docierała do jego zamglonego alkoholem umysłu. Wydawała się kołysanką, która miała mu towarzyszyć przez całą noc. Gdy zdołał na chwilę oprzytomnieć, ujrzał przed sobą twarz Susan.

– Su… – wypowiedział z trudem i przełknął ślinę. – Susan?

– Cześć, Michael. Wszystko z tobą w porządku? – Kobieta odsunęła się o kilkadziesiąt centymetrów i zmierzyła go wzrokiem.

– T… – zająknął się kolejny raz. – Tak. Przepraszam, spotkałem starego znajomego i trochę za du… dużo wypiłem.

– Oj, biedactwo. – Susan pogładziła go po włosach i usiadła przy stoliku. – Jak się czujesz? – zapytała, gdy chłopak poprawiał T-shirt.

– Chyba dobrze, tylko trochę za dużo wypiłem.

– Właśnie widzę. Odprowadzić cię do mieszkania?

Michael spojrzał na nią zamglonym wzrokiem, po czym zmrużył oczy i pokręcił głową. Czy ona chce mnie taszczyć do mieszkania? – pomyślał i usiadł pewniej na krześle, by sprawiać wrażenie trzeźwiejszego. Dziewczyna delikatnie objęła dłoń Michaela, jednocześnie przyszpilając go uwodzicielskim spojrzeniem.

– Może poszlibyśmy do mnie? Odpoczniesz, a ja bardzo chętnie zajmę się… tobą.

Susan pochyliła się nad stolikiem i przeciągnęła palcem po ramieniu chłopaka.

– W sumie… – zastanowił się. – W sumie moglibyśmy – odparł bez emocji.

Kobieta wstała i podeszła do sponiewieranego alkoholem chłopaka, by pomóc mu wstać.

– Nie, zostaw – burknął, zdecydowanie ją odpychając. – Poradzę sobie. Nie jest ze mną tak źle.

Ton jego głosu sprawił, że Susan się odsunęła i spojrzała na niego pytająco, nerwowo żując gumę.

– Przepraszam – powiedział, gdy udało mu się stanąć wyprostowanym.

– Możemy już iść? – dopytała dziewczyna, usłyszawszy spokój w jego głosie.

– Poczekaj. – Michael sięgnął ręką do kieszeni. – Tak, możemy. Mam wszystko.

Gdy wyszli z baru, rozejrzeli się dookoła, po czym przeszli na drugą stronę ulicy. Susan zauważyła, że chłopak się niebezpiecznie zatacza, więc wzięła go pod rękę, by nie wpadł na przechadzających się po chodniku ludzi.

– Co świętowałeś? – zapytała po trwającej dłuższą chwilę ciszy, która uświadomiła jej, że Michael nie zacznie rozmowy.

Spojrzał na nią i ironicznie się uśmiechnął.

– Świętowałem zakończenie pewnej rzeczy. A nie, przepraszam. Dopiero się za… – odkaszlnął – zakończy, ale wszystko jest na dobrej drodze.

– W takim razie się cieszę, skarbie.

„Skarbie”? – powtórzył w myślach Michael i nagle zmarszczył czoło. Patrzył na dziewczynę zdziwiony i kontynuował niezdarny marsz. Tak, dobrze usłyszałeś, dzisiaj będziesz mój, pomyślała w tej samej chwili Susan, jednocześnie rzucając ponętne spojrzenie, na co chłopak zareagował wymuszonym uśmiechem.

– Nic nie mów – powiedziała. – Niedługo będziemy w mieszkaniu.

Michael włożył rękę do prawej kieszeni, potem do tylnej i wyjął z niej szczelnie zapakowany niepełny gram kokainy. Poczuł ulgę na myśl wypełnienia swojego nosa proszkiem, który zdecydowanie pomoże mu wytrzeźwieć.

– Co tam masz? – zapytała kobieta, obserwując jego ruchy.

– To? To nic takiego.

– Coś ciekawego? Też chcę! – zawołała entuzjastycznie.

– To nic ciekawego – odpowiedział ze spokojem i spojrzał na jej krótką spódniczkę, czarne szpilki i brązowe włosy sięgające aż do pasa. – Dla kogo tak się wystroiłaś?

– Jak to dla kogo? Dla ciebie, głuptasie! Tylko dla ciebie – oznajmiła, czując się coraz pewniej.

– Przecież się nie umawialiśmy.

– Ale wiedziałam, gdzie cię znajdę – wtrąciła od razu. – Przesiadujesz w tym obleśnym barze dosyć często, więc wytropienie cię nie było żadnym problemem.

– Dlaczego to zrobiłaś?

– Chciałam cię spotkać.

– Mogłaś mnie o to poprosić.

– I tak znalazłbyś wymówkę. Zawsze znajdujesz.

Michael odsapnął i poczuł potrzebę wytłumaczenia się.

– Przepraszam. Wiesz, że nigdy nie chodzi o ciebie. Po prostu nie lubię nigdzie wychodzić.

– Skoro nie lubisz, to dlaczego tak często tam siedzisz?

– Bo jestem sam. I tak zawsze siadam w kącie albo przy ścianie, rzadko kto na mnie wtedy patrzy. Sam robię to, na co tylko mam ochotę.

– Czyli siedzisz tam i pijesz piwo, tak? To zapewne pełne wykorzystanie swojej wolności. Pozwalasz sobie na chodzenie spać po dwudziestej drugiej czy to już przesada?