Otello

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

William Shakespeare

Otello

Tłumaczenie Leon Ulrich

Warszawa 2017

Spis treści

Osoby

Akt pierwszy

Scena I

Scena II

Scena III

Akt drugi

Scena I

Scena II

Scena III

Akt trzeci

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Akt czwarty

Scena I

Scena II

Scena III

Akt piąty

Scena I

Scena II

Osoby

DOŻA WENECKI

BRABANCJO – senator, ojciec Desdemony

Dwaj inni SENATOROWIE

GRACJANO – brat Brabancja

LODOWIKO – krewny Brabancja

OTELLO – wódz, Murzyn

KASSJO – jego porucznik

JAGO – jego chorąży

RODERIGO – szlachcic wenecki

MONTANO – poprzednik Otella, gubernator Cypru

PAJAC – sługa Otella

HEROLD

DESDEMONA – żona Otella

EMILIA – żona Jaga

BIANKA – kortezana

OFICEROWIE, SZLACHTA, POSŁAŃCY, MUZYKANCI, MAJTKOWIE, SŁUŻBA

Scena w pierwszym akcie w Wenecji, w innych aktach w porcie Cypryjskim.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Akt pierwszy

Scena I

Ulica w Wenecji.

Wchodzą: Roderigo i Jago.

RODERIGO

Dość tego, przestań! Naprawdę się gniewam,

Że ty, ty, Jago, coś miał kieskę moją,

Jakby jej sznurki w twoim były ręku,

Wiedziałeś o tym.

JAGO

Lecz nie chcesz mnie słuchać!

Brzydź się mną, jeślim marzył nawet o tym.

RODERIGO

Mówiłeś nieraz, że go nienawidzisz.

JAGO

Gardź mną, jeżeli nie mówiłem prawdy.

Prosili za mną trzej senatorowie,

Żeby mnie swoim zrobił porucznikiem,

Chodzili za mną, czapkowali przed nim;

Znam moją cenę; wiem, żem godzien stopnia;

Lecz on w swych własnych zakochany planach,

Ciągle ich łudził brzmiącymi słowami,

Epitetami wojny nadzianymi,

A w końcu, z kwitkiem odprawił proszących.

„Prawdziwie, rzekł im, mam już porucznika”.

Któż on? Zaiste, wielki matematyk,

Jakiś Florentczyk, jakiś Michał Kassjo,

Co nie jak żołnierz, ale żył jak panna,

Co nigdy w polu nie rozwijał kolumn,

A na manewrach tak zna się jak szwaczka.

Porządku bitwy z książek się nauczył;

Teoria, którą lada mowny rzecznik

Może wykładać; jego też wojskowość

Czczą jest gawędą. A ja, którym walczył

Pod jego okiem na Cyprze i Rodus,

Po chrześcijańskich i pogańskich ziemiach,

Jak stara nawa muszę w tyle zostać,

Muszę ustąpić temu kupczykowi!

On porucznikiem, a ja, co za łaska!

Jego murzyńskiej mości ot, chorążym!

RODERIGO

Wolałbym raczej jego być oprawcą.

JAGO

Nie ma lekarstwa; to jest klątwa służby.

Awans zależy od wpływu i łaski,

Nie od starszeństwa, jak dawniej bywało,

Gdy drugi miejsce pierwszego dziedziczył.

Sam teraz osądź, czyli mam powody

Murzyna kochać.

RODERIGO

A po cóż z nim płyniesz?

JAGO

Mój Roderigo, niech cię to nie dziwi:

Idę z nim tylko w nadziei odwetu.

Toćże nie każdy panem może zostać,

I pan nie każdy wierne sługi znaleźć.

Czasem zobaczysz pokornego głupca,

Który w niewoli własnej zakochany

Czas swój marnuje, niby osieł pański,

Za lichą strawę; na starość – idź z torbą!

Daj mi batogi tym głupcom uczciwym!

Są inni, biegli w wszystkich formach służby,

Którzy dla siebie baczne strzegą serca,

A łudząc panów usługi pozorem,

Tuczą się na nich; podszywszy kieszenie,

Żyją swobodnie. Tacy mają duszę,

Do takich rzędu ja się także liczę.

Bo tak jest pewna jak to, żeś Rodrygo,

Będąc Murzynem, nie chciałbym być Jagiem.

Idąc z nim, z sobą tylko samym idę;

Niebo mi świadkiem, nie, nie dla miłości,

Choć to jest pozór, lecz dla własnych celów.

Bo kiedy moja zewnętrzna postawa

Zdradzi rodzimą formę mego serca

Znakiem wyraźnym, niezadługo potem

Własne me serce przypnę do rękawa

Na żer dla kawek. Nie jestem, czym jestem!

RODERIGO

Co za fortunę znajdzie grubowargi,

Jeśli mu jego udadzą się plany!

JAGO

Wołajże, krzyczże; ze snu rozbudź ojca;

Goń za nim w tropy, zatruj mu rozkosze;

Trąb o nim w mieście, podszczuwaj jej krewnych,

A chociaż żyje w szczęśliwym klimacie,

Dręcz go muchami; choć radość radością,

Przynajmniej tyle frasunku mu dorzuć,

Żeby choć cząstkę blasku utraciła.

RODERIGO

To dom jej ojca. Głośno go zawołam.

JAGO

Niech głos twój będzie trwożny a wrzaskliwy,

Jak kiedy w nocy, wśród ludnego miasta,

Ujrzy kto nagle płomień buchający.

RODERIGO

Hola, Brabancjo! hej, panie Brabancjo!

JAGO

Wstawaj, Brabancjo! Złodzieje! złodzieje!

Pilnuj twej córki, pilnuj twoich worków!

Wstawaj! Złodzieje!

BRABANCJO

w oknie:

Co się to ma znaczyć?

Co za przyczyna tych krzyków ulicznych?

RODERIGO

Panie, czy w domu cała twa rodzina?

JAGO

Czy drzwi zamknięte?

BRABANCJO

Dlaczego się pytasz?

JAGO

Boś okradziony; ubierz się co prędzej;

Pierś twa rozdarta, pół duszy straciłeś,

Bo teraz, teraz, stary czarny baran

Tryksa się z twoją bieluchną owieczką.

Wstawaj! Chrapiących zbudź obywateli,

Albo cię wkrótce diabeł zrobi dziadkiem.

Wstawaj! powtarzam.

BRABANCJO

Czy głowę straciłeś?

RODERIGO

Czyli znasz głos mój, przewielebny panie?

BRABANCJO

Nie znam. Kto jesteś?

RODERIGO

Jestem Roderigo.

BRABANCJO

Tym gorzej. Czym ci raz już nie powiedział,

Abyś się więcej przy mych drzwiach nie włóczył?

Wszak ci z uczciwą otwartością rzekłem,

Że ręka córki mojej nie dla ciebie.

Teraz szalony wieczerzą i winem,

Chcesz mnie, jak widzę, próżno niepokoić,

Sen mój przerywać.

RODERIGO

Panie! panie! panie!

BRABANCJO

Ale bądź pewny, dość mam jeszcze wpływu,

Aby ci z lichwą złość twoją zapłacić.

RODERIGO

Cierpliwość, panie!

BRABANCJO

Mówisz o kradzieży;

Wszak to Wenecja, dom mój nie stodoła.

RODERIGO

Panie Brabancjo, przychodzę do ciebie

W całej prostocie i szczerości ducha.

JAGO

Należysz, jak widzę, mój panie, do liczby ludzi, którzy nie chcą służyć Bogu, jeśli im diabeł to radzi. Przychodzimy oddać ci usługę, a ty, biorąc nas za łotrów, wolisz, żeby się twoja córka odstanowiła z afrykańskim ogierem; chcesz, żeby twoje wnuki rżały do ciebie; chcesz mieć rumaki za kuzynów, a za kuzynki klacze.

BRABANCJO

Kto jesteś? wyuzdany nędzniku!

JAGO

Jestem człowiek, który przychodzi powiedzieć ci, panie, że twoja córka i Murzyn robią teraz zwierzę o dwóch grzbietach.

BRABANCJO

Jesteś nędznikiem!

JAGO

A pan – senatorem!

BRABANCJO

Odpowiesz za to; znam cię, Roderigo!

RODERIGO

Za wszystko jestem gotów odpowiedzieć.

Jeśli z twą radą, mądrym zezwoleniem,

(Jak w części wierzę) piękna córko twoja,

W tej chmurnej nocy, tej późnej godzinie,

Sama, wątpliwej powierzona straży

Najemniczego wioślarza gondoli,

Biegnie w lubieżne objęcia Murzyna;

Jeśli wiesz o tym, gdyś na to zezwolił,

Wtedy, wyznaję, masz powód mnie łajać;

Lecz jeśliś dotąd o niczym nie wiedział,

Wyznaj, żeś krzywdził przyjaciół niesłusznie.

Nie sądź, bym ustaw grzeczności niepomny

Chciał szydzić z twojej wysokiej godności.

Twa córka, jeśliś na to nie zezwolił,

Bunt przeciw twojej podniosła powadze,

Łącząc swą piękność, dowcip i majątek

Z awanturnikiem obcego narodu,

Który, bez domu, tuła się po świecie.

Patrz, czyli córka jest w swojej komnacie;

Jeśli ją znajdziesz, cała prawa srogość

Niech spadnie na mnie, żem śmiał cię tak łudzić.

BRABANCJO

Rozpalcie ogień! Dajcie mi pochodnię!

Zwołajcie wszystkich moich domowników!

To wydarzenie zgadza się z snem moim,

Wiara w nie ciąży już na duszy mojej.

 

Światła! powtarzam; dajcie mi pochodnię!

Znika z okna.

JAGO

Bądź zdrów! Nie mogę z tobą dłużej zostać.

W mym położeniu źle i niebezpiecznie

Stawać jak świadek przeciw Murzynowi,

A to mnie czeka, jeśli nie odejdę.

Senat nie może, chociaż obrażony,

Bez niebezpieczeństw odjąć mu dowództwa,

Bo zbyt ma wiele i ważnych powodów,

By mu cypryjskiej wojny dać kierunek;

I duszy kosztem znaleźć by nie zdołał

Równego jemu wyspy swej obrońcy.

Tak więc, zmuszony koniecznością życia,

Choć się nim brzydzę jak mękami piekła,

Miłości flagę i znaki wywieszam;

Lecz znaki tylko! Dla większej pewności

Brabancja z dworem zaprowadź pod Strzelca,

A tam mnie znajdziesz z Otellem. Więc żegnam.

Wychodzi. – Wchodzą: Brabancjo i Domownicy z pochodniami.

BRABANCJO

O, zbyt prawdziwe nieszczęście! Zniknęła!

A dla dni moich nędznego ostatka

Gorycz została. Powiedz, Roderigo,

Gdzie ją widziałeś? – Nieszczęsna dziewczyna! –

Z Murzynem, mówisz? – Kto by chciał być ojcem! –

Jakżeś ją poznał? – O, ty mnie zawiodłaś

Nad myśli miarę! – Co ci powiedziała?

Więcej pochodni! Rozbudźcie mych krewnych!

Czy sądzisz, że już ślub wzięli?

RODERIGO

Tak sądzę.

BRABANCJO

O nieba! Ale jakże wyszła z domu?

Zdrada krwi własnej! O, odtąd, ojcowie,

Przestańcie wierzyć, że zewnętrzne znaki

Szczerze tłumaczą córek waszych myśli! –

Nie ma li czarów, które tajną siłą

Młodej dziewicy uwieść mogą duszę?

Czy nie czytałeś o podobnych czarach?

RODERIGO

Czytałem, panie.

BRABANCJO

Zawołać mi brata!

Teraz żałuję, że ci jej nie dałem.

My tą, a tamtą wy pójdziecie stroną.

Czy wiesz, gdzie szukać córki i Murzyna?

RODERIGO

Myślę, że zdołam znaleźć ich schronienie.

Panie, racz tylko dobrą straż wziąć z sobą.

BRABANCJO

Prowadź nas, proszę. Wszystkie zburzę domy,

Bo wszędzie prawie mogę rozkazywać.

Wszyscy do broni! Zbudzić komisarzy!

Naprzód, Rodrygo! licz na moją wdzięczność!

Wychodzą.

Scena II

Ulica w Wenecji.

Wchodzą: Otello, Jago, Służba z pochodniami.

JAGO

Choć zabijałem w żołnierskim rzemiośle,

Za treść to jednak sumienia uważam

Nie dokonywać rozmyślnego mordu.

Chciałbym mieć czasem więcej trochę złości,

Ażeby sobie w potrzebie poradzić.

Stokroć pod piąte chciałem pchnąć go żebro.

OTELLO

Lepiej się stało.

JAGO

Aleć bo on, panie,

Tak w słowach swoich był niepowściągliwy,

Honor twój czysty tak zjadliwie szarpał,

Że ledwo, z trochą mojej pobożności,

Mogłem cierpliwie do końca go słuchać.

Lecz przede wszystkim, wodzu, czy ślub dany?

W senacie wielka jest ojca jej miłość,

W Radzie głos jego silny i przeważny,

Jakby głos doży. Albo was rozwiedzie,

Lub zwali na was kłopoty i ucisk,

Do jakich zdoła przy swojej powadze

Prawo naciągnąć.

OTELLO

Śmieję się z gróźb jego.

Usługi, którem oddał senatowi

Potrafią zgłuszyć skargi jego wszystkie.

Jeśli przechwałki za honor tu służą,

I ja dowiodę, choć dotąd milczałem,

Że ród mój wiodę z królewskiego szczepu,

I że mi prawo dają me zasługi,

Abym z nakrytą przemawiać mógł głową

Do tych, z którymi mój ślub dziś mnie łączy.

Gdybym nie kochał słodkiej Desdemony,

Nie chciałbym stanu mojego swobody

Ujmować w kluby domowego życia

Za morza skarby. Co znaczą te światła?

Wchodzą: Kassjo i Straż z pochodniami.

JAGO

To pewno ojciec w przyjaciół swych gronie.

Ukryj się, wodzu.

OTELLO

Ja kryć się? Broń Boże!

Bo moja godność, charakter, sumienie

Każą mi czoło stawić im otwarcie.

Oniż to idą?

JAGO

O nie, na Janusa!

OTELLO

To straże doży z moim porucznikiem.

Pokój tej nocy z wami, przyjaciele!

Co przynosicie?

KASSJO

Pozdrowienie doży,

I prośbę, wodzu, ażebyś bez zwłoki,

Żebyś natychmiast śpieszył do senatu.

OTELLO

Co jest, jak sądzisz, przyczyną pośpiechu?

KASSJO

Myślę, że jakieś z Cypru wiadomości,

Które najmniejszej przewłoki nie cierpią.

Nasze galery przysłały tej nocy

Dwunastu, jeden po drugim, posłańców;

Większa część Rady, nagle rozbudzona,

Już się zebrała do pałacu doży;

O ciebie, wodzu, pytają się ciągle;

Gdy powiedziano, że nie ma cię w domu,

Senat wyprawił trzy oddzielne straże

Szukać za tobą.

OTELLO

Dobrze, żeś mnie spotkał.

W domu tym tylko kilka słów pomówię,

I razem z tobą śpieszę do senatu.

Wychodzi.

KASSJO

Nie wiesz, chorąży, co go tu sprowadza?

JAGO

Co? Abordował lądową karakę,

A jeśli zdobycz sąd za prawną uzna,

Skarb posiadł wielki.

KASSJO

Nie rozumiem wcale.

JAGO

Żonę dziś pojął.

KASSJO

Kogo?

JAGO

Pytasz kogo?

Pojął –

Wchodzi Otello.

A, wodzu, czyli idziesz z nami?

OTELLO

Jestem gotowy.

KASSJO

Otóż drugi oddział,

Który, jak widzę, szukać cię przychodzi.

JAGO

Ha, to Brabancjo! Miej się na baczności,

Bo, jak mówiłem, w złej przychodzi myśli.

Wchodzą: Brabancjo, Roderigo, i Oficerowie z pochodniami.

OTELLO

Kto idzie? Stój!

RODERIGO

Ha, to jest głos Murzyna!

BRABANCJO

Zabić złodzieja!

Z obu stron dobywają szabli.

JAGO

do Roderigo:

Chcesz bitki? i owszem.

OTELLO

Włóżcie do pochew jasne wasze miecze,

Bo zardzewieją od rosy. Ty, panie,

Przemożesz więcej wiekiem niż żelazem.

BRABANCJO

Podły złodzieju, gdzie jest córka moja?

Ty, potępieńcze, tyś ją zaczarował!

Bo odwołuję się do sądu świata,

Czy dziewczę młode, piękne i szczęśliwe,

Unikające przez wstręt do małżeństwa

Hożych, bogatych młodzianów Wenecji,

Gdyby nie wpadło w czarodziejską matnię,

Chciałoby stać się szyderstwa przedmiotem,

Lecieć w czarnego potworu objęcia,

Przedmiotu trwogi, ale nie miłości?

Niech świat mnie sądzi, czy nie jest widoczne,

Żeś czarodziejskich środków na nią zażył,

Żeś ziół sokami, proszkami kamieni

Osłabił władze delikatnej myśli.

To rzecz widoczna, to rzecz niewątpliwa!

Więc cię, Murzynie, aresztuję teraz,

Jak zwodziciela, który śmiał używać

Sztuk przez weneckie prawa zabronionych.

Weźcie go, straże; jeśli opór stawi,

Weźcie go, choćby życia jego kosztem!

OTELLO

Ni kroku dalej! Niech się nikt nie waży,

Z moich ni twoich, ręki wznieść do góry!

Gdybym chciał walczyć, wiem, jak szabli dobyć

Bez waszych podniet. Gdzie chcesz, abym poszedł

Na zaskarżenie twoje odpowiedzieć?

BRABANCJO

Do turmy, póki nie przyjdzie godzina,

W której cię wezwie sąd do zdania liczby!

OTELLO

Cóż, gdybym twego rozkazu usłuchał?

Mógłżebym razem spełnić rozkaz doży,

Którego posłów przy mym widzisz boku,

Ażebym śpieszył do izby senatu,

Gdzie mnie wzywają państwa interesa?

1. POSŁANIEC

Tak jest, zaprawdę, godny senatorze,

Doża jest w Radzie; nie ma wątpliwości,

Że i do ciebie posłano wezwanie.

BRABANCJO

Co? Doża w Radzie? O tak późnej nocy?

Weźcie go, straże! Moja także sprawa

Zwłoki nie cierpi, i równie sam doża

Jak bracia moi, członkowie senatu,

Krzywdę mą uczuć muszą jak swą własną,

Albo w senacie naszym, naszym sądzie

Podły niewolnik, poganin zasiądzie.

Wychodzą.

Scena III

Wenecja. Izba Senatu.

Doża, Senatorowie na ławach, Służba.

DOŻA WENECKI

Tyle sprzeczności w listach tych znajduję,

Że im nie mogę zupełnej dać wiary.

1. SENATOR

To prawda, sprzeczność granice przechodzi.

W liście mym czytam sto i siedem galer.

DOŻA WENECKI

Ja znowu w moim czytam sto czterdzieści.

2. SENATOR

Ja w moim dwieście. Ale chociaż listy

Na liczbę statków zgodzić się nie mogą,

Co bywa zwykle, gdy je wieść dyktuje,

Lecz wszystkie mówią o tureckiej flocie,

Wszystkie, że flota żegluje do Cypru.

DOŻA WENECKI

Zważywszy dobrze, wszystko to być może.

Nie uspakaja mnie tych nowin sprzeczność,

Przeciwnie, w groźną treść wszystkich tych listów

Zupełnie wierzę.

MAJTEK

za sceną:

Hej, hola! hej, hola!

1. SŁUGA

Nowy posłaniec od floty przybywa.

Wchodzi Majtek.

DOŻA WENECKI

Co nam przynosisz?

MAJTEK

Tureckie okręty

Zwróciły nagle ku rodyjskim brzegom.

Signor Angelo z wieścią tą mnie przysłał.

DOŻA WENECKI

Cóż senat na to?

1. SENATOR

Nie, to być nie może;

Wieści tej zdrowy rozsądek zaprzecza;

Puścił ją Turek, żeby nas oszukać.

Bo gdy zważymy, jak wielkiej jest wagi

Posiadłość Cypru dla sprawy pohańców;

Gdy pomyślimy, że ważniejsza wyspa

Słabszy od Rodu stawić może opór,

Bo ani mur jej ściska naokoło,

Ni mnogie środki upartej obrony,

W które ubrane są brzegi rodyjskie;

Gdy na uwagę wszystko to weźmiemy,

Trudno przypuścić w Turkach tyle głupstwa,

Aby, niepomni ważniejszej wyprawy,

Korzyść i łatwość na bok usunęli,

Niebezpieczeństwo bezowocne budząc.

DOŻA WENECKI

Nie, nie do Rodu zmierzają pohańce.

1. SŁUGA

Nowy posłaniec.

Wchodzi Posłaniec.

POSŁANIEC

Dostojny mój książę,

Turecka flota, płynąca do Rodus

Tam się z oddzielną złączyła eskadrą. –

1. SENATOR

Ach, tak myślałem! W jakiej sądzisz liczbie?

POSŁANIEC

Trzydzieści żagli – ster zwróciła nagle,

I jak pozory zmuszają nas mniemać,

Ciągnie z powrotem ku cypryjskim brzegom.

Wierny, waleczny sługa wasz Montano,

Śląc tę wiadomość, śmie senat upraszać,

By o jej prawdzie na chwilę nie wątpił.

DOŻA WENECKI

Do Cypru płyną. Czy Marco Lucchese

Jest w naszym mieście?

1. SENATOR

Jest teraz w Florencji.

DOŻA WENECKI

Pisać do niego, niech wraca piorunem.

1. SENATOR

Otóż Brabancjo i waleczny Murzyn.

Wchodzą: Brabanco, Otello, Jago, Roderigo, Służba.

DOŻA WENECKI

Dzielny Otello, musim cię natychmiast

Słać na spólnego wroga chrześcijaństwa.

Witaj, Brabancjo, godny senatorze,

Trzeba nam twojej rady i pomocy.

BRABANCJO

Mnie trzeba waszej. Przebacz, dobry książę,

Ani mój urząd, ani sprawy państwa

Sen mój przerwały. Narodowe troski

Obce są dla mnie, bo prywatna boleść

Pędem gwałtownym, jak potopu wody,

Topi, pożera wszystkie inne żale,

Sama niezmienna.

DOŻA WENECKI

A co jej powodem?

BRABANCJO

O, córka moja, książę, córka moja!

DOŻA WENECKI

Umarła?

BRABANCJO

Dla mnie. Podły uwodziciel

Wykradł ją z domu, obłąkał jej duszę

Zdradnym, czarami zaprawnym napojem;

Natura bowiem nie mogłaby nigdy,

Nie będąc ślepej ni kulawej myśli,

Bez czarodziejstwa dziwacznie tak błądzić.

DOŻA WENECKI

Ktokolwiek czarnej dopuścił się zbrodni,

Córkę twą uwiódł i od siebie samej

 

I od twych objęć, w krwawej ustaw księdze

Sam przeciw niemu gorzkie czytaj słowo,

Sam po swej myśli, choćby syn nasz własny

Był skargi twojej występnym przedmiotem.

BRABANCJO

Dzięki ci, książę! Oto jest ten człowiek,

Murzyn, którego, jak zdaje się, książę,

Wezwałeś nagle w interesach państwa.

WSZYSCY

Bolejem nad tym!

DOŻA WENECKI

do Otella:

Co na to odpowiesz?

BRABANCJO

Nic, jak – wyznaję.

OTELLO

Potężny, wielki, poważny senacie,

Moi szlachetni i dobrzy panowie,

Żem uprowadził starca tego córkę

Jest prawda; prawda, że ją poślubiłem,

Lecz na tym cała wielkość moich przestępstw,

Na tym się kończy. Niećwiczony w mowie,

Słodkich pokoju słówek nieświadomy,

(Bo odkąd ramię to lat siedm liczyło,

Oprócz dziewięciu ostatnich księżyców,

Obóz był polem działań mych jedynym),

Mało o rzeczach świata prawić umiem

Prócz krwawych dziejów bitew i zatargów,

Sprawy też mojej upiększyć nie zdołam,

Sam siebie broniąc. W dobroć waszą ufny,

Opowiem prostą, nieozdobną powieść

Miłości mojej, opowiem zaklęcia,

Proszki i czary, i magiczne wpływy,

(Bo o to wszystko jestem oskarżony)

Jakimim zyskał miłość jego córki.

BRABANCJO

Mogłaż dziewica skromna i wstydliwa,

Którą ruch własny trwożył i rumienił,

Na przekór latom, naturze, opinii,

Znaczeniu ojca, wszystkiemu na koniec,

Pokochać tego, na którego widok

Drżała z przestrachu? Gdzież jest myśl tak krzywa,

Co zechce wierzyć, aby tyle cnoty,

Tak niespodzianie, w błąd taki popadło

Przeciw odwiecznym natury ustawom?

O nie, do tego wciągnąć ją musiały,

Chytrego piekła podstępy i sztuki!

Dlatego zarzut ponawiam raz jeszcze,

Że lekarstwami krew jej rozpłomienił,

I że napojem na cel ten zaklętym

Myśl jej przewrócił.

DOŻA WENECKI

Skarga nie jest dowód.

Tu nam potrzeba świadectw wyraźniejszych

Nad czcze domysły, nad chude pozory,

Jedyne teraz skargi twej podstawy.

1. SENATOR

Otello, powiedz, czyli podstępami,

Czyli przymusem nie podbiłeś myśli,

Czy nie zatrułeś dziewiczych jej uczuć?

Lub czyś ją zyskał przez czułe zaloty,

Jakimi dusza przemawia do duszy?

OTELLO

Błagam cię, książę, racz posłać pod Strzelca.

Rozkaż ją przywieść do izby senatu,

Niech mówi o mnie w przytomności ojca;

A jeśli jego zarzuty potwierdzi,

Nie tylko odbierz mi godności moje,

Ale niech cała praw waszych surowość

Na głowę moją bez litości spadnie.

DOŻA WENECKI

Niech Desdemona stawi się w senacie.

OTELLO

Wiedź ich, chorąży! najlepiej znasz miejsce.

Wychodzą: Jago i kilku ze Służby.

A zanim przyjdzie, tak szczerze jak niebu

Wyznaję grzechy mojej krwi namiętnej,

Poważnym uszom senatu opowiem,

Jak pokochałem tę piękną dziewicę,

A jak mnie ona.

DOŻA WENECKI

Słuchamy, Otello.

OTELLO

Jej ojciec lubił mnie, często zapraszał,

Pytał o dzieje mojego żywota.

O oblężenia, bitwy i przygody,

Śród których młode spłynęły mi lata.

Posłuszny, długą rozpocząłem powieść,

Com widział, robił od mych dni chłopięcych.

Mówiłem często o strasznych przygodach,

O krwawych scenach na lądzie i morzu,

Szturmach, gdzie życie na włosku wisiało;

Mówiłem, jak mnie pojmał nieprzyjaciel,

Jak mnie zaprzedał, com w niewoli cierpiał,

Kto mnie wykupił, co się potem stało.

Prawiłem później o moich wędrówkach,

O głuchych puszczach, o wielkich jaskiniach,

O dzikich skałach trącających niebo,

Jak ciąg powieści nastręczał kolejno,

O kanibalach, co krew ludzką piją,

Antropofagach, o ludziach, co głowy

Pod ramionami mają. Desdemona

Wszystkiego pilnie słuchała, lecz nieraz

Wzywał ją od nas zarząd gospodarstwa;

Skoro się tylko zdołała ułatwić,

Wracała do nas i łakomym uchem

Słowa powieści mojej pożerała.

To widząc, chwilę przyjazną schwyciłem,

Serdeczną od niej wyciągnąłem prośbę,

Bym jej pielgrzymki moje rozpowiedział,

Których, choć części urywkowo znała,

Nie znała ciągu. Zezwoliłem chętnie.

Z jasnych jej oczu częstom łzy wywabiał,

Gdy przyszło mówić o niebezpieczeństwach

Mojej młodości. Gdy skończyłem powieść

Za trudy moje świat mi westchnień dała.

Potem mówiła: co za dziwna powieść!

Dziwna a tkliwa, jak serdecznie tkliwa!

Raz by wolała nie słyszeć mnie, znowu

Chciała, by Bóg jej takiego dał męża.

Potem dziękując, powtarzała nieraz:

Jeśli przyjaciel twój kocha się we mnie,

Naucz go twojej powieści, a pewno

Miłość mą zyska. To mnie ośmieliło:

Ona kochała mnie dla przygód moich,

A jam ją kochał za litość nad nimi.

Oto są czary, których używałem.

Niechaj mi teraz sama da świadectwo.

Wchodzą: Desdemona, Jago, Służba.

DOŻA WENECKI

Powieść i moją uwiodłaby córkę.

Dobry Brabancjo, radzę ci zaniechać

W tej nieprzyjemnej sprawie dalszych kroków;

Bo lepiej walczyć połamanym mieczem

Niż nagą ręką.

BRABANCJO

Wysłuchaj jej, książę;

Jeśli współudział swej skłonności przyzna,

Niech zginę, jeśli przeciw Murzynowi

Skargę ponowię. Zbliż się, mościa panno,

Czyli spostrzegasz, w tym szlachetnym kole

Komu najpierwsze winnaś posłuszeństwo?

DESDEMONA

Szlachetny ojcze, w tym dostojnym kole

Moją powinność rozdzieloną widzę;

Bo tobiem winna życie, wychowanie,

A wychowanie i życie mnie uczą,

Jak cię szanować. Ty woli mej panem,

Bom córką twoją. Lecz to mój małżonek,

A posłuszeństwo matki mej dla ciebie,

Dla twojej woli nad ojcowską wolę,

Niechaj mnie broni, jeśli dziś wyznaję

Równą powinność dla mego Otella.

BRABANCJO

Bóg z tobą – przestań – dosyć mi już na tym!

Książę, przystąpmy teraz do spraw państwa.

Wolałbym przybrać dziecię, jak je spłodzić!

Zbliż się, Murzynie; całym daję sercem

To, czego gdybyś nie posiadał jeszcze,

Całym bym sercem bronił przeciw tobie.

Tyś winna, perło, że cieszę się w duszy,

Że niebo drugiej nie dało mi córki,

Bo na tyrana krok twój by mnie zmienił,

Zmusił pod kluczem niewolnicę trzymać.

Skończyłem, książę.

DOŻA WENECKI

Pozwól mi słów kilka;

Słowa te może za szczeble posłużą,

Po których oni do twej łaski wrócą.

Rozpacz z serc ludzkich z nadzieją ucieka;

Z nadziei śmiercią łez wysycha rzeka.

Po niepowrotnej stracie kto się smuci,

Ten boleść nową do dawnej przyrzuci.

Ciosów fortuny skargi nie odstraszą:

Szydzić z nich możem cierpliwością naszą.

Skradziony, śmiechem okrada złodzieje;

Sam się okrada, kto łzy próżne leje.

BRABANCJO

Niech Cypr w tureckich wpadnie dłoń korsarzy;

Nic nie tracimy, póki śmiech na twarzy.

Łatwo tam prawić mądre przypowieści,

Gdzie serce żadnej nie czuje boleści;

Lecz ci, słuchając, po dwa razy tracą,

Którzy swe straty cierpliwością płacą.

Tym jak żółć gorzkie, tym jak miód przyjemne,

Mądre nauki zawsze są daremne,

Bo słowo słowem, a jeszcze nie było,

By ranne serce słowo uleczyło.

Przystąpmy, proszę, do spraw narodowych.

DOŻA WENECKI

Turek z potężną flotą żegluje ku Cyprowi. Otello, zasoby wyspy znane ci są najlepiej; a choć nasz tameczny namiestnik posiada niewątpliwe zdolności, opinia, wszechwładna pani wypadków, więcej liczy na ciebie. Musisz więc blask swojego szczęścia przyćmić tą twardą a niebezpieczną wyprawą.

OTELLO

Przyzwyczajenie, ten człowieka tyran,

Wojny kamienne i stalowe łoże

Zmieniło dla mnie na posłanie z puchu.

Wyznaję silny, wrodzony mi pociąg

Do wojny trudów; wyznaję, że chętnie

Śpieszę do boju z tłuszczą Otomanów.

Chyląc w pokorze czoło przed senatem,

Dla żony mojej błagam o opiekę,

O poważanie, o zaopatrzenie,

O towarzystwo takie, jak przystoi

I jej godności, i jej wychowaniu.

DOŻA WENECKI

Czy chcesz ją z ojcem zostawić?

BRABANCJO

Ja nie chcę.

OTELLO

Ani ja.

DESDEMONA

Nie chcę w domu ojca zostać,

Mą obecnością gniew jego rozbudzać.

Dostojny książę, słuchaj mnie łaskawie.

I racz do mojej przychylić się prośby,

Racz przybyć mojej prostocie na pomoc.

DOŻA WENECKI

O co mnie błagać pragnie Desdemona?

DESDEMONA

Że z nim żyć pragnę, że kocham Murzyna,

I krok mój śmiały, i burze fortuny

Przed światem głoszą. Serce me podbite

Kocha rzemiosło mojego Otella.

Jam w duszy jego twarz jego widziała,

A jego sławie, a jego odwadze

Poświęcam duszę i moją fortunę.

Tak więc, panowie, jeśli tu zostanę,

Jak mól pokoju, gdy on walczyć pójdzie,

Stracę powody, dla których go kocham,

Nieprzytomności drogiej ciężkie brzemię

Zwali się na mnie. Pozwól nam iść razem.

OTELLO

I ja was błagam, nie krępujcie słowem

Wolnej jej woli: a błagam was o to

Nie, żeby moje zaspokoić żądze,

Nasycić ogień młodych namiętności,

W moim dziś sercu przez nią rozbudzonych,

Lecz żeby chęciom jej zadość uczynić.

Niechaj was niebo od myśli tej strzeże,

Że dla niej wielkie nasze interesa

Puszczę w niepamięć. Gdy skrzydlate cacko

Miłości Boga czynne władze duszy

Zdoła lubieżnym przytępić lenistwem,

Zabawą świętość obowiązków skazić,

Niech hełm mój służy za kocieł kucharce,

I niechaj wszystkie hańbiące nieszczęścia

Zadadzą kłamstwo przyszłej mojej chwale!

DOŻA WENECKI

Rób, jak sam zechcesz; weź ją albo zostaw;

Nie zwlekaj tylko; rzecz nie cierpi zwłoki.

Tej nocy musisz opuścić Wenecję.

OTELLO

Rozkazy wasze chętnym spełnię sercem.

DOŻA WENECKI

Senat się zbiera jutro o dziewiątej.

Otello, w mieście zostaw oficera,

Który ci nasze poniesie rozkazy,

Wszystkie oznaki względów i honoru,

Które twej nowej przystoją godności.

OTELLO

Książę, zostanie w mieście mój chorąży,

Człowiek uczciwy i godny ufności.

Jego opiece żonę mą zostawiam,

A razem wszystko, co senat zamierzy

Wyprawić za mną.

DOŻA WENECKI

Niechże i tak będzie.

Teraz dobranoc! Szlachetny Brabancjo,

Jeżeli cnota wagę ma piękności,

Nikt zięcia twego nie sprosta białości.

1. SENATOR

Bądź zdrów, Murzynie, kochaj Desdemonę!

BRABANCJO

A niech jej strzeże bacznie twa źrenica:

Zwiedzie ta męża, co zwiodła rodzica!

Wychodzą: Doża, Senatorowie i Oficerowie.

OTELLO

O, za jej wierność życiem odpowiadam!

Uczciwy Jago, moją Desdemonę

Zostawiam w twojej żony towarzystwie;

A ile możesz, nie zwlekaj przybycia.

Pójdź, Dedemono, godzinę mam tylko,

Którą mi wolno poświęcić miłości,

Słodkim rozmowom. Czas panem jest naszym.

Wychodzą: Otello i Desdemona.

RODERIGO

Jago –

JAGO

Co chcesz mi powiedzieć, szlachetne serce?

RODERIGO

Co mam począć, jak myślisz?

JAGO

Co? Pójść do łóżka i spać.

RODERIGO

Utopię się natychmiast.

JAGO

Jeśli to zrobisz, przestanę cię kochać na zawsze. Dlaczego chcesz się topić, szaleńcze?

RODERIGO

Szaleństwem jest żyć, kiedy życie jest męczarnią. Naszą receptą jest umrzeć, kiedy śmierć jest naszym doktorem.

JAGO

Co za nikczemność! Patrzę już na świat lat cztery razy siedem, a odkąd mogłem rozróżnić dobrodziejstwo od krzywdy, jeszcze nie znalazłem człowieka, który by umiał kochać samego siebie. Nim bym powiedział: utopię się z miłości dla perlicy, pomieniałbym się wprzódy na życie z pawianem.

RODERIGO

Co robić? Wyznaję, że wstyd mi do tego stopnia być zakochanym, lecz nie mam w sobie dość cnoty, aby tę miłość zwyciężyć.

JAGO

Cnoty? fe! Od nas samych zależy być tym albo owym. Ciała nasze – to nasze ogrody, w których wola nasza jest ogrodnikiem. Czy to chcemy sadzić po krzywy, czy siać sałatę, hodować hizop, a plewić tymianek; czy to zapełnić go jednym rodzajem ziela, czy go rozdzielić między wiele; czy zrobić jałowym przez niedbalstwo, czy użyźnić przemysłem; siła do tego i wszechwładne środki leżą w naszej woli. Gdy by wagi naszego żywota nie miały jednej szali rozumu dla równoważenia drugiej szali zmysłowości, krew i ułomność naszej natury powiodłyby nas do najopłakańszych konkluzji. Lecz mamy rozum na ostudzenie naszych szalonych popędów, naszych cielesnych podniet, naszej niepohamowanej lubieżności; a tak więc wnoszę, że co ty nazywasz miłością, jest tylko pasożytną naroślą.

RODERIGO

To być nie może.

JAGO

Jest tylko wybrykiem krwi, a dopuszczeniem woli. A więc śmiało, pokaż się mężem! Utopić się? Top koty i ślepe szczenięta! Powiedziałem ci już, że jestem twoim przyjacielem, a teraz dodaję, że wiążą mnie do twoich zasług liny wiecznotrwałej siły. Nigdy jeszcze nie mogłem usłużyć ci lepiej, jak dzisiaj. Wyładuj kieskę pieniędzmi; ruszaj na tę wojnę, a dla niepoznania, przypraw sobie fałszywą brodę; tylko powtarzam: wyładuj kieskę pieniędzmi! Niepodobna, żeby Desdemona trwała długo w miłości dla Murzyna – wyładuj kieskę pieniędzmi! – albo Murzyn w miłości dla niej. Początek był gwałtowny, taki będzie i koniec, zobaczysz. Wyładuj tylko kieskę pieniędzmi! Pokarm teraz mu tak smaczny, jak szarańcza, wyda mu się wkrótce gorzki, jak ośli ogórek. A i ona też trudno, żeby nie zapragnęła młodszego; jak się nim nasyci, odkryje błędy swego wyboru. Ona musi się zmienić, musi – a więc wyładuj kieskę pieniędzmi! Jeśli ci się chce gwałtem iść do piekła, toć szukaj przynajmniej przyjemniejszej drogi, niż utopienie. Zbierz, ile możesz pieniędzy! Jeśli święte a wiotkie przysięgi barbarzyńskiego włóczęgi a przechytrej Wenecjanki nie będą za twarde dla mojego dowcipu i wszystkich potęg piekielnych, będziesz ją miał; zbieraj więc pieniądze! Do diabła z utopieniem! Nie tędy do niej droga. Staraj się raczej wisieć po zadosyćuczynieniu twojej żądzy, niż tonąć przed jej spełnieniem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?